Transsyb (3)

Zbigniew Milewicz

Na Wschód

Do Nowosybirska jedziemy w „plackarcie“. Słowo to oznacza zarówno miejscówkę, jak i zbiorowy wagon z miejscami do leżenia, mogący pomieścić 54 osoby. Drażnią mnie germanizmy w języku rosyjskim. Je się buterbrody, chodzi do kofehauzu, nosi bjustgaltery itd. Wracając jednak do plackarty, w znaczeniu miejsca życia zbiorowego na kołach, to jest ona jednorazową przygodą, którą nawet mimo pewnych niedogodności warto przeżyć, ale trzeba zapomnieć o stereotypach. Nie ma powszechnego bratania się, chóralnych śpiewów przy akompaniamencie harmoszki, toastów „na zdarowie“ wznoszonych szklankami pełnymi wódki, zwierzeń weteranów, obwieszonych medalami, gęsi w koszykach, ani suszących się onuc u powały. Takich filmów już się nie kreci. Po zmianach ustrojowych ludzie pozamykali się w sobie, ich świat się też zglobalizował. Widać to w stylu życia, konsumpcji, modzie. Ponieważ jednak życie składa się z kompromisów, pizzę można popić petersburskim piwem, a bliny coca-colą, do rodzimego dresu założyć adidasy, sms-ować z Nokii, ale słuchać tylko rosyjskiego pop-u. Młodzi podróżni w wagonie, a wiodą prym, mają w uszach słuchawki z mp-3, więc dokładnie nie wiadomo czego słuchają. Muzyka dolatuje natomiast z głośników zamontowanych w wagonie, nie jest za głośna, można przy niej czytać, rozmawiać, uciąć sobie drzemkę. (Foto: wnętrze zbiorowego wagonu)

Nasze koje nie są najlepiej usytuowane (Edmund)

Próbuję to zrobić, tylko moje łóżko jest usytuowane tuż przy wyjściu na korytarz i do ubikacji. Co rusz ktoś wychodzi za potrzebą albo zapalić i po drodze zwykle zawadza o mnie, a drzwi skrzypią mi nad uchem. Do charakterystycznego zapaszku, dochodzącego z WC też trudno mi przywyknąć, choć z biegiem czasu się przystosuję. Edmund ma lepsze miejsce, bo na górze, za to musi się wspinać, jak chce poleżeć. Jesteśmy zakwaterowani w rzędzie pojedynczych miejsc, ciągnących się na dwóch poziomach wzdłuż przejścia przez wagon, po przeciwnej stronie są czteroosobowe, przestronniejsze boxy. Po sąsiedzku podróżuje młoda para, najwyraźniej skłócona ze sobą, sądząc po minach i zawziętym milczeniu oraz nasz rówieśnik, jadący na ślub wnuka do Krasnojarska. Tylko on kwapi się do rozmowy, rad, że spotkał polskich Niemców. Służył w armii w Berlinie Wschodnim, do 1968 roku i dobrze wspomina tamten okres. Umiał wtedy po niemiecku, ale teraz już ni czorta, wszystko zapomniał.

W wagonie 11 jest cudzoziemiec co cały czas coś notuje… (Autor)

Mam szczęście do wojskowych wątków w tej podróży. Nika, z którą przed odjazdem do Nowosybirska spotkałem się w kawiarni, uraczyła mnie następującą historią:

Niedługo po ukończeniu studiów medycznych została wysłana do Afganistanu. Spędziła tam 5 lat, więc zna afgański. Miała specjalność chirurga i lekarza ogólnego, zajęć jej nie brakowało. Kiedy trzeba było, pomagała też mieszkańcom wsi, w której stacjonowali. Leczyła, operowała, odbierała porody. Któregoś dnia, w zasadzce, została postrzelona przez łotewską snajperkę, służącą w oddziale afgańskich partyzantów. Dostała w nerki i mogła już z tego nie wyjść, ale miejscowi jej pomogli. Przemycili ją do Tybetu, gdzie dzięki innym, wspaniałym ludziom przeżyła kolejne trzy lata, na rekonwalescencji i zbieraniu wiedzy w dziedzinie niekonwencjonalnych metod leczenia, opartych na filozofii buddyjskiej. Skąd wiedziała, kto ją postrzelił? Ich rozwiedka to ustaliła, Łotyszka dostała się w ręce chłopaków i na koniec sama się przyznała.

Dzisiaj Nika pracuje w poliklinice na Starym Arbacie jako anastezjolożka, ma też kolejną specjalizację – urologiczną i stopień pułkownika. Do szpitala i domu wożą ją służbowym samochodem, ale pobory nie wystarczają na życie. Ma na utrzymaniu dwójkę dorastających dzieci i potrzeby są duże. Aby im sprostać, dodatkowo zajmuje się rozprowadzaniem bionaturalnychpreparatów farmaceutycznych pewnej międzynarodowej firmy.

Jedziemy firmowym pociągiem Sajan-Abakan, o zupełnie przyzwoitym standardzie. Jest klimatyzacja, wagon restauracyjny, konduktorzy co rusz odkurzają dywaniki w korytarzach i czyszczą szyby w drzwiach. Masz wrażenie, że dbają jak o swoje, chociaż koleje w Rosji są nadal w 100% państwowe. Tu i ówdzie działają prywatne firmy przewozowe, ale odbywa się to na zasadzie podwykonawstwa i nie dotyczy pociągów firmowych. Informacji tych udziela mi osobiście kierownik pociągu, S.Ł. Szukunow, któremu „doniesiono“, że w wagonie 11 jest cudzoziemiec, co cały czas coś notuje.

I naczelnik, dusza człowiek…

Myślę, że zrobiła to nasza prowodnica, pierwsza po Bogu w wagonie, mająca, jak za czasów nieboszczki ZSRR, obowiązek meldować naczalstwu o wszystkim, co w terenie podejrzane. Pewnie pomyślała sobie: ciekawe, o czym tak pisze i na co mu to potrzebne, co w takim pociągu może być szczególnego? Podróżni jak podróżni, jeden śpi, drugi je, a potem na odwrót. Pospał, to głodny, naje się, znowu by spał. Za oknem też trudno wypatrzyć coś nadzwyczajnego – tajga bez końca, porośnięta prawie samymi brzozami, równina płaska, jak stół. Raz na godzinę, czasem częściej, widać jakiś zrujnowany kołchoz. Może jestem szpiegiem na usługach obcego mocarstwa i wypatruję złóż strategicznych minerałów na syberyjskiej ziemi. Wysadzą mnie na najbliższej stacji, a później wsadzą. Wyląduję w jakimś prowincjonalnym, ponurym areszcie i całymi dniami i nocami będą przesłuchiwać, póki się nie przyznam.

Tymczasem naczelnik, dusza człowiek, przyniósł mi w prezencie książeczkę, którą sam napisał, pod tytułem: „Miasta i wsie wzdłuż trasy pociągu firmowego Sajany”. To przewodnik, proszę autora o autograf, uprzejmie się zgadza. Nie ma już za dużo egzemplarzy, ale kiedy ktoś jest szczególnie zainteresowany marszrutą, to dostaje taki prezent, oczywiście za darmo.

Za nami już Jarosławl, Kirow, Perm, Jekaterinburg – w czasach władzy radzieckiej Swierdłowsk. W półtoramilionowym Jekaterinburgu, stolicy bogatego w cenne minerały Uralu i ważnego ośrodka przemysłu ciężkiego federacji, kończy się Europa i zaczyna Azja. Miasto powstałe w 1721 r., na mocy ukazu Piotra Wielkiego, otrzymało imię jego małżonki Katarzyny I. Tu została, w nocy z 16 na 17 lipca 1918 roku, zamordowana carska rodzina Romanowów – Mikołaj II, jego małżonka Aleksandra i ich dzieci Aleksiej, Olga, Tatjana, Maria i Anastazja. Polecenie wydal J.M. Swierdłow, bliski współpracownik Lenina, formalnie będący głową bolszewickiego państwa. Wyrok wykonali czekiści, strzałami z rewolwerów, w piwnicach willi, która oficjalnie miała być miejscem tymczasowego pobytu aresztowanych. Budynek mieścił się w centrum miasta, w jakiś czas później otwarto tam Muzeum Rewolucji, do którego ściągać zaczęły rzesze ludzi. Jedni, żeby oddać hołd Rewolucji, inni, liczniejsi, by uczcić sławne osoby, niewinnie zgładzone w jej imieniu. Ten rozwijający się kult męczeństwa Romanowów był solą w oku władzy sowieckiej. W 1977 r. ówczesny I sekretarz miejscowego komitetu partii, Borys Jelcyn, nakazał pod jakimś błahym pretekstem zburzyć budynek, co także odbyło się za dyskretnym parawanem nocy. Dziś stoi tutaj „Cerkiew na krwi“, a ostatni z Romanowów są przez kościół prawosławny uznawani za świętych.

Swierdłow przeżył swoje ofiary zaledwie o 8 miesięcy. Według oficjalnych źródeł, chory na gruźlicę, zmarł w Orle podczas pandemii grypy hiszpanki. Wersja nieoficjalna, bardziej fantastyczna, podaje, że „przypadkiem” pobił go na śmierć dziki tłum, kiedy szedł ze swoich apartamentów hotelowych „Metropolu“ na Kreml. Stalin, który zajmował się wówczas jego ochroną, nie upilnował. Podobno prywatnie się nie cierpieli. Dla uczczenia zasłużonego przywódcy stolica Uralu otrzymała jego imię, do starej nazwy wróciła dopiero na początku lat 90. Obwód nadal jest jednak… swierdłowski.

Tjumeń, Omsk – dawna warownia, zbudowana w czasach Piotra Wielkiego, by strzec południowej granicy państwa. Miejsce carskich zesłań. W czasie wojny domowej po rewolucji rezydował tam Rząd Tymczasowy z admirałem Aleksandrem Kołczakiem. Stąd do Nowosybirska jeszcze tylko 625 kilometrów. Po ponad dwóch dobach jazdy jesteśmy u celu, punktualnie co do minuty. Do czasu moskiewskiego dolicza się już trzy godziny, jest znacznie chłodniej niż na Twerskiej. Ludzie chodzą w swetrach, ciepłych kurtkach, w szortach tylko dwóch przyjezdnych, ale w mig się przebiorą. Sybiraka – powiadają tutaj – nie poznaje się po tym, że marznie, tylko, że się ciepło ubiera.

Wreszcie na miejscu.

Na dworcu ma działać biuro pośrednictwa w wynajmowaniu prywatnych kwater i jest. Wcześnie rano, żadnych interesantów, stajemy więc przy kontuarze i czekamy, aż urzędniczka skończy czytać i zajmie się nami. Minę ma bardzo zaaferowaną, nie widać – czym, kontuar jest dosyć szeroki, a nie wypada zapuszczać żurawia. Od czasu do czasu łypie na nas spoza okularów i dalej czyta. Czekamy cierpliwie może już pół godziny, aż dworcowy sprzątacz, który już jakąś chwile nas obserwuje, tłumaczy szeptem, że sami powinniśmy powiedzieć jej, o co chodzi, bo tak to możemy stać i do sądnego dnia. Skutkuje, bez większych ceregieli i formalności, raz – dwa kwaterujemy się w blokowisku z wielkiej płyty, oddalonym od dworca o parę kroków.

Klatka schodowa potwornie brudna i zdewastowana, windą znowu na siódme piętro, mieszkanie jest wyłącznie do naszej dyspozycji. Niewielka, prosta kawalerka za 800 rubli na dobę. Standard radziecki, ale jest się gdzie wyspać, odświeżyć i coś upitrasić. Losujemy miejsca do spania. Dostaje mi się tapczan, Edmund będzie musiał zadowolić się rozkładanym fotelem, w sumie jest sprawiedliwie, trafił na chudszego.

Ciąg dalszy w następny wtorek

4 thoughts on “Transsyb (3)

  1. Wspaniale bezpretensjonalnie napisane, czekam na nastepny odcinek!

Leave a comment