Krysi Koziewicz, która już w zeszłym roku z uciechą opowiadała mi o tym, co się dzieje na Sylcie.
Niewiele obejrzałam we Fryzji Północnej poza miasteczkiem Bredstedt. Ale jednak udało mi się dotrzeć do Flensburga i na Sylt. Flensburg to piękne małe miasto, które wydało mi się mniejsze wprawdzie, ale bardzo podobne do Gdańska. We Flensburgu mieszka 90 tysięcy mieszkańców, w Gdańsku prawie pół miliona, ale w centrum jest podobnie – ruchliwie, gwarnie, kolorowo, pachnie morzem, kawą i deskami ze starych okrętów.

Niemieckim kierowcom Flensburg kojarzy się jednak przede wszystkim z tzw. “punktami” za niezgodną z przepisami jazdę samochodem (“Punkte in Flensburg”). Mieści się tu bowiem Kraftfahrt-Bundesamt, niemiecki centralny urząd ds. komunikacji drogowej. “Flensburg daje i odbiera”, daje punkty, odbiera prawo jazdy i kogo obchodzi, że tam tak ładnie.
Za to wszyscy wiedzą, że na Sylcie jest “samo najlepsze” (czyli najbogatsze) życie w Niemczech. Ci bogaci żyją sobie na Sylcie w pięknych drogich domach, mają piękne drogie samochody, jedzą piękne drogie jedzenie (tak, tak, również ośmiorniczki i pieczone obierki ziemniaków) i piją szampana z truskawkami.
Nie wiem, czy to się czuje w mieście. Może domy o czymś rzeczywiście świadczą, są okazałe i mają pseudochłopskie trzcinowe strzechy, które na pewno kosztują majątek. Ale ludzie, których spotykasz w pociągu, na ulicy, na nadmorskiej promenadzie nie wyglądają na “pięknych, młodych i bogatych”, raczej na gapiów, którzy chcieliby na własne oczy zobaczyć takich ludzi, tych mężczyzn “strzaskanych na mahoń” podczas żeglugi po morzach i oceanach, te kobiety z nie rzucającym się w oczy sznurkiem prawdziwych pereł na szyi (i nie ma to być jakieś tam sztuczne chińskie barachło).
Aut jakichś specjalnych nie zauważyłam, a choć mało zwracam uwagi na auta, to jednak zawsze z zainteresowaniem oglądam te wybitnie oryginalne, ale ani rolls roysów ani jaguarów czy bentleyów nie widziałam. U nas w Berlinie więcej się widuje takich okazów.

Plaża na Sylcie też jakoś nie powala, najbardziej przypomina Sopot, z tą różnicą, że w Polsce na plażach królują parawan i grajdół, a w Niemczech dominuje kosz plażowy. Ciekawe było może to, że o ile w samym centrum miasta i plaży gromadzą się tłumy, o tyle kilometr przed i kilometr za tłumem jest cicho, pusto i czysto.
Nie zauważyłam więc na Sylcie jakiegoś zwalającego z nóg bogactwa, tym niemniej ponieważ istnieje przekonanie, że to właśnie tu bawią (się) bogacze, przyciągnęło ono niezwykłą klientelę. W zeszłym roku, gdy kolej niemiecka wprowadziła na trzy miesiące wakacji bilet za 9 euro, na Sylcie pojawiły się gromady punków. Zajęli oni centrum stolicy wyspy, czyli miasta Westerland, koczowali na placu przed ratuszem, na zielonym skwerze urządzili koncert i przez całe lato tu tańczyli, spali, jedli, pili, hałasowali, śmiecili, żebrali i budzili powszechne niezadowolenie.
Niespodziewanie dla wszystkich na wyspie, będącej (teoretycznie) oazą (dla) bogaczy, pojawili się przedstawiciele jednej z najbiedniejszych grup społecznych w Niemczech. Ten kontrast był inspirujący. Gdy jesienią punki wróciły na zimowe leża do Berlina, Monachium czy Drezna, obie strony opracowały strategie na następny rok.
W roku 2023 bilet wprawdzie nie kosztuje już 9 euro, ale 45, tym niemniej punki znowu zajęły Westerland. Miasto uniemożliwiło im jednak ponowną okupację centrum – plac, gdzie w zeszłym roku zamieszkali, zajęła dość niechlujnie zaprezentowana byle jaka sztuka, na dodatek ogrodzona sznurkiem. Tym niemniej pozwolono punkom na pobyt. Najpierw, ochroniwszy plac ratuszowy, pozwolono im koczować dość chaotycznie, potem wyznaczono im teren na obozowisko – miejsce odległe, odludne i odosobnione.
Zmienił się też stosunek punków do ich pobytu na Sylcie. Pojawiła się świadomość. Z zabawy zrobił się przekaz polityczny. Jesteśmy bezwstydnie biedni, mówią punki, i dlatego właśnie przyjechaliśmy tu, gdzie mieszkają ludzie bezwstydnie bogaci. To nie my się wstydzimy, że jesteśmy biedni, to społeczeństwo powinno się wstydzić, że takie różnice jakości życia są dopuszczalne. Jednocześnie do punków dołączyli aktywiści LGBT. 18 sierpnia wspólnie zorganizowali na Sylcie pierwszy Christopher Street Day.
Byłam na Sylcie kilka dni później. Punki już zajęły nowy teren. Poszłam do nich na piechotę. Było daleko. Kilkoro z nich spotkałam po drodze – byli ładni, czyści, weseli. Szli do miasta podenerwować burżujów.

Ci, którzy nie wybierali się do centrum nie wyglądali już tak malowniczo. Ich ubrania miały kolor błota.



Pozwolili mi wejść na teren obozowiska, ale nie byli specjalnie gościnni. Nie byli też niegościnni. Po prostu mnie olali. Siedzieli gromadnie wraz z psami. Szefa nie było, jego zastępca spał. Reszta nie miała ochoty na rozmowy. Tylko chłopak ze zdjęcia poniżej nie miał nic przeciwko temu, żeby pogadać. Zapytałam, czy nie czuje, że wprawdzie zapewniono im tolerowany pobyt, ale pozbawiono ich protest wszelkiej siły. “Wyrwano Wam żądło”, powiedziałam. “Tak”, zgodził się, “wyeliminowano nas. Nikt już nawet nie wie, o co nam chodzi i dlaczego protestujemy. Ale”, dodał, “jest w tym też inny aspekt – nieco perwersyjny. Spędzamy tu wakacje, my, najbiedniejsi z biednych. Zabraliśmy bogatym ich wyłączność na spędzanie wakacji na Sylcie.”

Montaż prowizorycznej kabiny prysznicowej

Najbardziej chce jesc te pieczone obierki ziemniakow i popijac szampana z truskawkami! Ciekawa jestem nastepnej opowiesci.