Ewa Maria Slaska
Eli, Ewie, Januszowi i Piotrowi, magicznym ludziom z podziękowaniem za magiczne dni w Lublinie.
Pojechałam do Lublina na konferencję Lublinerów. Tak się czasem zdarza przypadkiem, ale tu ja sama i różne duchy opiekuńcze zadbały o to, bym na pewno nie przegapiła tej konferencji. Tak naprawdę zjazd mnie w ogóle nie dotyczy, bo jest to spotkanie byłych żydowskich mieszkańców Lublina i ich potomków. Pierwszy ich zjazd odbył się w roku 1947, następny w 70 lat później, a ten tegoroczny – teraz właśnie. Ja się wzięłam na tym zjeździe, bo moja rodzina, a właściwie jedna jej linia, nazywała się Lublinerowie, a to oznaczało w sposób nie dopuszczający odstępstw, że tak naprawdę kiedyś cała rodzina stąd wyszła. Ale, choć przez lata zajmowałam się ludźmi z tego rodu, nigdy nie odkryłam związku między najstarszym znanym mi Lublinerem z mojej rodziny a tym pięknym renesansowym miastem.
Najstarszy był prawnik i autor, urodzony w Warszawie Ludwik Ozjasz Lubliner (1809–1868), przyjaciel Jędrzeja Śniadeckiego, stryjeczny dziadek mojego pradziadka, Stanisława Leopolda.

Gdy napisałam książkę o rodzinie Lublinerów, użyłam pseudonimu Ewa Lubliner i umieściłam na okładce zdjęcie mojej niezwykłej prababki, Eugenii z domu Cohn Lublinerowej, żony Stanisława Leopolda. Pojechałam do Lublina zaprezentować tę książkę, co było zadaniem lekko bezsensownym, zważywszy, że książka ukazała się już kilka lat temu (na stronie tytułowej widnieje rok 2017, ale tak naprawdę był rok 2018) i wcale jej nie ma na rynku. No, ale nie każdemu dybuk umożliwi opublikowanie historii swojej rodziny w wysokim nakładzie i z dodrukami 😦

Don Kichot przyplątał się przypadkiem i był ze mną przez cały tydzień. Pojawił się już w pociągu do Lublina na broszurce, którą czytał siedzący obok mnie długowłosy dryblas, jak się potem okazało, student z Rumunii.

To co zobaczyłam, to tylko połowa ilustracji, mężczyzna na koniu i w kapeluszu. Oczywiście nie był to Don Kichot, ale wtedy tego nie wiedziałam, ten zestaw elementów – mężczyzna, kapelusz, koń – to dla mnie już zawsze i na zawsze Don Kichot. Tak naprawdę mężczyzna prowadzi ze sobą liczną rodzinę.

Była to jedna z ulotek, jakie można otrzymać w warszawskiej Zachęcie na wystawie Przeczarowując świat. W drodze powrotnej poszłam na tę wystawę. Małgorzata Mirga-Tas stworzyła manifest tożsamości Romów – współczesną, uszytą z kolorowych tkanin interpretację renesansowych, antycygańskich fresków zodiakalnych z Palazzo Schifanoia w Ferrarze. Przeczarowując świat składa się z dwunastu ogromnych kobierców. Ta dwunastka jest ważna, to dwanaście miesięcy i dwanaście znaków Zodiaku. Tkaniny podzielone są na trzy pasy – górny przedstawia symboliczną wędrówkę Romów z Indii, środkowy to 12 bardzo swobodnie zinterpretowanych znaków Zodiaku, których strzegą kobiety z rodziny, kobiety strażniczki, ale i przyjaciółki. Wreszcie pas dolny to cykl obrazów przedstawiających zwykłe życie rodzin romskich. Kobiety, mężczyźni, dzieci, starzy ludzie, młodzi chłopcy i dziewczęta – jak zawsze, życie, miłość, śmierć, tylko wzbogacone o wypełniającą wszystko codzienność. Możliwe, że dzieją się tu rzeczy doniosłe, ale też gotuje się obiad i trzeba powiesić pranie. I sieka się pietruszka do rosołu, jak napisał kiedyś Tadeusz Nowak.
Mój Don Kichot to jedna ze scen przedstawiających pochód Romów z Indii.

***
Otwarcie zjazdu Lublinerów odbyło się bardzo hucznie, w trakcie wieczoru połączył się z nami na zoomie prezydent Izraela, Itzak Herzog. I gdy podeszłam do sceny, żeby zrobić mu zdjęcie, ponownie zobaczyłam Don Kichota:

To logo instytucji organizującej spotkanie: Bramy Grodzkiej – Teatru NN. Jest to wspaniałe miejsce – ośrodek badawczy i instytucja kultury zarazem, ulokowane w dawnej bramie miejskiej – Bramie Grodzkiej lub, inaczej, Żydowskiej, bramie która od średniowiecza do drugiej połowy XIX wieku łączyła dwie niezależne części miasta – polską i żydowską. I tak właśnie Brama Grodzka – Teatr NN, kierowana przez Tomasza Pietrasiewicza, rozumie swoją misję.

Mieszkałam, piłam poranną kawę i jadałam kolacje u Janusza i Ewy. Janusz pracuje w Bramie. Podczas pierwszej kolacji na stole pojawił się… Cervantes.

Oboje bożyli się, że nie był to napitek wybrany z uwagi na logo Bramy Grodzkiej. Gdy zapytałam, czy wiedzą, skąd się wziął Don Kichot w logo, powiedzieli mi, że w roku 1939 lubelski grafik, malarz i pedagog Juliusz Kurzątkowski (1888-1952) stworzył obraz przedstawiający Don Kichota i Sancho Pansę w Bramie Grodzkiej, a gdy Brama Grodzka przekształcała się w instytucję kultury w roku 1990, sięgnięto po ten symbol.

Podczas zjazdu zwiedziłam Lublin w towarzystwie Eli, germanistki, wolontariuszki, przewodniczki, zobaczyłam wystawę Tamary Łempickiej i Andrzeja Wróblewskiego na zamku i poszłam do Teatru Imaginarium – miejsca, gdzie kilkaset figurek, w tym również takie, które się poruszają, przedstawia historyczne i legendarne zdarzenia z historii Lublina. Na ścianie przy wejściu dyrektor Bramy Grodzkiej – Teatru NN porusza, no cóż, chyba Historię, ale też to właśnie on jest pomysłodawcą i autorem scenariusza wystawy.
Autorką figurek jest młoda artystka: Paulina Kara.

Tomasz Pietrasiewicz wita nas w Imaginarium, a żegna nas Don Kichot. Zdjęcie Ela Kocyla.

Kim jest ta kobieta, nie wiem, wygląda jakby była cygańską artystką. Może jest to więc Małgorzata Mirga-Tas? Może w magicznej podróży do lubelskiego imaginarium możliwe są i takie przenikania czasu i przestrzeni…

noch etwas:
„Donkey Schotte, der schottische Esel und andere Stories“.
Mehr unter rattelschneck.de und Instagram