Joanna Trümner
Nazca
Nigdy przedtem nie słyszałam o Marii Reiche, podobnie jak nigdy nie przeczytałam i nie przeczytam żadnej książki Ericha von Dänikena, dla którego linie Nazca były miejscem lądowania przybyszy z kosmosu. A szkoda, bo nazwisko Reiche jest jednym z pierwszych nazwisk, o którym słyszą dzieci w peruwiańskich szkołach. Urodzona w Dreźnie w 1903 roku Maria Reiche przyjechała do Peru w roku 1932, po ukończeniu studiów matematycznych. Na początku pobytu pracowała jako opiekunka do dzieci niemieckiego konsula w Cusco, następnie wyjechała do Limy i utrzymywała się z różnych dorywczych prac – jako nauczycielka języka i tłumaczka. Spotkanie w roku 1940 amerykańskiego naukowca, Paula Kosoka, który prowadził obserwacje niedawno odkrytych na płaskowyżu Nazca linii i figur, zmieniło jej życie. Geoglify, stworzone przez kulturę Nazca pomiędzy 800 a 200 lat przed Chrystusem, stały się jej obsesją. Po rozstaniu z Kosokiem, od 1946 r. Maria zamieszkała w małym pokoiku na skraju płaskowyżu i poświęcała każdą chwilę na analizie figur. Finansowo wspierała ją mieszkająca w Niemczech siostra, lekarka. Dochody z publikacji książki Mystery on the Desert badaczka przeznaczyła w dużej mierze na opłacanie strażników i uniemożliwienie rozdeptania geoglifów. Dzięki uporowi Marii Reiche płaskowyż został wpisany na światową listę zabytków ludzkości (1994). 40 lat na pustyni, suchy skwar w ciągu dnia, przenikliwe zimno w nocy, przemierzanie ogromnych przestrzeni, amputacja palca po ukąszeniu przez owada, wózek inwalidzki, samotność – wszystko to nie zniechęciło jej do dalszej pracy.

W wieku 52 lat przymocowana do skrzydeł helikoptera Maria Reiche zrobiła zdjęcia geoglifów, a następnie zadbała o to, żeby świat się o nich dowiedział. Z czasem linie (widoczne tylko z powietrza) stały się prawdziwym magnesem dla turystów z całego świata. Ludność miejscowa, która latami nazywała Marię „wariatką z pustyni”, z szacunkiem zaczęla nazywać ją „damą z pustyni”. Zmarła w wieku 95 lat w niewielkim domu na skraju płaskowyżu, w którym spędziła ostatnich 25 lat życia. Dzisiaj znajduje się tu małe, ale bardzo interesujące muzeum. Oglądając skromne warunki, w jakich żyła, zastanawiam się, gdzie świat byłby dzisiaj bez takich ludzi jak ona i nie mogę doczekać się lotu nad liniami.
Danielle zamówiła nam przedostatni lot o 17.30. Resztę dnia spędzamy na zwiedzaniu okolicy. Nasz pierwszy przystanek to cmentarz Chauchilla, na którym od trzeciego do dziewiątego wieku naszej ery ludzie kultury Nazca chowali swoich zmarłych. „Tyle jest jeszcze do odkrycia w tym państwie”, myślę, przypatrując się mumiom, które dzięki pustynnemu klimatowi i dużej ilości przynoszonej z wiatrem z Pacyfiku soli, zachowały się w niemal idelanym stanie. Na terenie peruwiańskiej pustyni znajduje się wiele podobnych, nie zbadanych jeszcze przez naukowców miejsc. Przed rokiem odkryto na pustyni mumie, o których do dzisiaj chodzą pogłoski, że są to mumie stworzeń bez ludzkiego DNA. Kolejna teoria zwolenników „kosmitów” interesuje mnie mniej niż fakt, że i tutaj wszystkie wartościowe rzeczy w grobach zostały rozkradzione.

W niewielkim muzeum widzę mumię kilkumiesięcznego dziecka, które prawdopodobnie było ludzką ofiarą złożoną bogom. Podobnie jak dziesiątki pięknych, młodych dziewczyn z Domu Wybranych Kobiet w Pachacamac. Danielle uspakaja nas, że ludzkie ofiary były składane bogom bardzo rzadko i że rodziny, których członkowie od wczesnego dzieciństwa przeznaczeni byli na śmierć dla udobruchania Boga Słońca, Deszczu, Urodzaju, Gór i dziesiątków innych bogów, czuły się wyróżnione.

Po cmentarzu kolej na zbudowane około 1.500 lat temu przez kulturę Nazca i zaopatrujące do dzisiaj okolicę w wodę akwedukty Cantalloc. Jest to około dwudziestu ujęć wody, do których prowadzą spiralne rampy. Bez problemu można zejść na głębokość około dziesięciu metrów i napić się krystalicznie czystej wody spływającej z gór. Akwedukty są połączone między sobą podziemnymi korytarzami. Raz do roku odbywa się ich czyszczenie – dwie lub trzy osoby niewielkiego wzrostu przechodzą cały odcinek korytem rzeki pod ziemią i oczyszczają je z gałęzi i kamieni. Ceremonia czyszczenia akweduktów połączona jest z wielką, kilkudniową fiestą dla mieszkańców okolicznych wiosek.
Obiad jemy na własną rękę, z przerażeniem widzę jak pulchna i śmiejąca się od ucha do ucha kelnerka podaje nam olbrzymi talerz z przekąskami. Po zjedzeniu go nie jesteśmy już głodni, można byłoby zapłacić, wstać od stołu i odejść, a tu czeka nas jeszcze drugie danie, wielki talerz z Aji de Gallina (pikantne danie z kurczaka) i ciasto cytrynowe na deser. W uszach brzmi mi przestroga Danielle „Tylko nie jedzcie zbyt dużo na obiad”. Widząc nasze zwątpienie na widok ilości zamówionej przez nas kalorii roześmiana kelnerka komentuje: „W Peru porcje są zawsze takie duże”. Jest tak pełna uroku i rozbrajająca, że śmieję się razem z nią. W godzinę później siedzimy na najmniejszym i najpełniejszym lotnisku świata, na którym liczne linie lotnicze (doliczyłam się dziewięciu) oferują lot nad liniami Nazca. Na odgłos startujących samolotów robi mi się niedobrze. Nigdy w życiu nie leciałam z tak pełnym żołądkiem. Chodzę tam i z powrotem wśród tłumu ludzi w nadziei, że to potworne uczucie przejedzenia jakimś cudem samo przejdzie. Nie wiem jakim cudem udaje nam się przetrwać lot bez incydentów. Może zawdzięczamy to temu, że to, co widzimy za oknem helikoptera jest niesamowicie piękne. Rozpoznajemy każdą z figur: kolibra, pająka, małpę, fregatę i szamana (uważanego przez wielu zwolenników teorii science-fiction za astronautę).

Z powietrza nie zdaję sobie sprawy z ich długości (figury mają od 50 do 300 metrów). Podobnie jak nie zdaję sobie sprawy z tego, że znajdują się na powierzchni 750 kilometrów kwadratowych (50 km długości i 15 km szerokości). Słońce stoi już bardzo nisko (tak blisko równika wstaje przez cały rok, latem i zimią punktualnie o szóstej rano i zachodzi o szóstej wieczorem), dzięki czemu mamy piękną widoczność.
Przed hotelem żegnamy się z Danielle, jutro czeka nas długa podróż samochodem z kierowcą do Arequipy. Ostatnią rzeczą, o której myślę przed zaśnięciem jest jedzenie.
Cdn.

Wschód słońca zawsze o tej samej porze.
Sprawdziłem – Peru nie przestawi się w najblizszą niedzielę na czas letni ( u nich nadchodzi lato) – szczęśliwcy.
Ale 1994 roku mieli biedacy czas letni i zimowy.
A propos pani Marii Reiche – Google uczciło 20. rocznicę jej śmierci (8 czerwca) – w tym dniu logo Google kierowało do strony Wikipedii na jej temat.