Wczorajszy wpis wywołał burzę z piorunami. Zobaczymy, jak mi pójdzie dzisiaj…
Ach, jakaż to wspaniała książka. Jedna z lepszych jakie w życiu czytałam. Zawsze się martwię, że jak mi każą wybierać dziesięć książek do zabrania na bezludną wyspę, to o niej zapomnę. Z tymi dziesięcioma książkami to zresztą dziwna sprawa. Kiedyś myślałam, że zabiorę Prousta, w końcu siedem tomów, i z głowy. Ale teraz wiem, że nie można się przygotowywać na całe życie tylko z Proustem. Na pewno trzeba mieć ze sobą pierwszy tom, ale więcej nie trzeba. A więc Proust, Saul Bellow, Saroyan – Cóż za pomysł, tato!, Gerald Durrell – Moja rodzina i inne zwierzęta, Markus Zusak – Złodziejka książek, Robert van Gulik – jedna z książek o sędzim Di, na przykład Sędzia Di i chiński gwóźdź, Margaret Atwood – Pani Wyrocznia, Pascal Mercier – Nocny pociąg do Lizbony, Harper Lee – Zabić drozda, Romain Rolland – Cola Breugnon. I jedenasta – nadprogramowa – Nicole Kraus, The history of love.
Teraz sobie uświadamiam, że już raz robiłam na blogu podobną listę, ale niezbyt ją pamiętam. Nie wiem co się tu powtórzy, ale na pewno była Harper Lee. Sprawdzam i okazuje się, że było to 2,5 roku temu, w lutym 2016 roku…: Moje książki. Colas Breugnon, Zabić drozda, Sto lat samotności, Imię róży, Gra w klasy… kultowa książka mojego pokolenia w Polsce. Oczywiście W poszukiwaniu… i oczywiście Odyseja.
Czyli trzy te same książki, Harper Lee, Romain Rolland i Proust. Dużo to czy mało? Czy trzy książki na dziesięć znaczą, że jestem wierną czytelniczką, czy przeciwnie – niewierną… Dodam też, że żadna z tych książek, które się pojawiły na dzisiejszej liście, nie jest odkryciem nowym – wszystkie czytałam i wtedy, gdy zestawiałam poprzedni spis… O Hendersonie… wtedy zapomniałam.
Zawsze wierzyłam w to, co mi ktoś powiedział, że Bellow dostał za Hendersona… doktorat honoris causa z etnografii, ale usilne poszukiwania udowodniły mi, że chyba to nieprawda. Bo owszem, dostał hc, nawet kilkakrotnie, ale z literatury. Szkoda. Jak zawsze okazuje się, że zmyślenie jest lepsze od faktów…
W każdym razie – ja bym mu dała doktorat z etnografii za tę książkę, nawet jeśli wszystko w niej jest zmyśleniem, jak w każdej pikardyjskiej opowieści o zwariowanym wędrowcu, czy był to król Jan czy łazik z Tormesu.
To piosenka Rain King, do której inspiracją była powieść Bellowa… Gdy to piszę pada deszcz… Niech pada, niech pada… Bo jak nie pada, to nie tylko jest susza, ale w wodzie, gdzie poi się krowy zalęgną się żaby… (Nie wiecie o co mi chodzi – to znaczy, że koniecznie musicie przeczytać tę książkę. To historia człowieka, który jest złośnikiem i w złości porzuca, dom, rodzinę i rzeźnię śwień, która przyniosła mu ulewę pieniędzy, i wyjeżdża do Afryki, gdzie kompromituje się w sprawie żab i tak dalej).
Zewnętrzne schody – szerokie, wygodne – skręcały na drugą stronę budynku. Rosnące tuż obok drzewo chwiało się i trzeszczało, ponieważ jacyś ludzie wykonywali wśród konarów osobliwe zadanie, mianowicie z pomocą sznurów i prymitywnych drewnianych bloków windowali na gałęzie duże głazy. Wrzeszczeli do załogi naziemnej, która podpierała głazy od dołu, a ich twarze jaśniały blaskiem wytężonej pracy. Hereko wyjaśnił mi, a ja nie bardzo go zrozumiałem, że te kamienie mają jakiś związek z chmurami i deszczem, który Wariri spodziewają się sprowadzić na ziemię podczas niedalekiej już ceremonii. Wszyscy tu wydawali się bardzo pewni, że uda im się dzisiaj zrobić deszcz. Sędzia śledczy powiedział wczorajszej nocy: – Wak-ta – i pokazał palcami ulewę. Ale na niebie nie było nic. Zupełna pustka, jeżeli nie liczyć słońca. Jak dotąd były tylko te okrągłe kamienie na gałęziach, które najwyraźniej miały przedstawiać deszczowe chmury.
Henderson idzie spotkać się z królem. Rozmawiają trochę, a potem ruszają na dziedziniec, bo czas rozpocząć ceremonię.
Na dziedzińcu do procesji przyłączył się Hereko ze swoimi parasolami, a także amazonki, żony, dzieci niosące długie pęki kukurydzy, wojownicy trzymający w ramionach bożków i fetysze, dopiero co pociągnięte ochrą i wapnem i takiej brzydoty, na jaką stać ludzką pomysłowość. Niektóre, zdawało się, miały same zęby, inne same nozdrza, kilka zaś obdarzono przyrodzeniem większym od ich ciał. Na dziedzińcu zrobiło się nagle bardzo tłoczno. Słońce piekło i prażyło. (…) Te wrzaski, to podniecenie! Te ryki, te głębokie pomruki bębnów, jak gdyby zwierzęta przemówiły znów za pośrednictwem skór, które kiedyś oblekały ich cielska! Był to potężny wybuch wrzawy, przypominający Coney Island czy Atlantic City, czy Times Square w noc sylwestrową. W momencie kiedy król opuszczał dziedziniec, potworna kakofonia zdystansowała wszystkie znane mi dotąd hałasy.
Natężając glos do wrzasku spytałem króla:
– Gdzie…?
Schyliłem się nisko w oczekiwaniu odpowiedzi.
– … mamy specjalne miejsce… arena – odparł.
Nie usłyszałem więcej. Szał był szałem wielkomiejskim. Kotłowała się taka ciżba mężczyzn, kobiet i fetyszów, tak ogłuszające było warczenie jakby bitych psów, świst jakby ostrzonych sierpów, głos rogów tak dziurawił i rozdzierał powietrze, że nie dałoby się tego zarejestrować na normalnej skali. Bariera dźwięku mogła lada moment pęknąć. (…)
Tłum liczył co najmniej tysiąc osób, w większości nagich, często o ciałach pokrytych jaskrawą farbą, a wszyscy używali przeróżnych hałaśliwych instrumentów i wrzeszczeli. Powietrze było ciężkie, duszne, więc swędziła mnie skóra na całym ciele. Był to groźny, przesiąknięty kurzem upał i chwilami miałem uczucie, że ktoś okręcił mi twarz kawałkiem szorstkiej wełny. Tłum unosił mnie, wciąż u boku króla. Procesja wyszła na stadion – nadużywam tego pojęcia – czyli dużą przestrzeń okoloną drzewami. W środku stał poczwórny rząd ławek wykutych w białym wapieniu. Król miał specjalną lożę, gdzie również mnie posadzono, pod baldachimem ozdobionym powiewającymi wstążkami, w otoczeniu żon, urzędników i rodziny królewskiej. Amazonki w kamizelach przypominających gorsety, wszystkie o rosłych, gładkich ciałach i delikatnych, wygolonych, ogromnych głowach, okrągłych jak melony, owalnych jak kantalupy, podługowatych jak dynie, stanęły dookoła nas na straży. (…)
Niesiony wysoko przez cztery amazonki, każda przy jednej jego nodze, zajechał stolik brydżowy. Stała na nim misa z dwiema czaszkami ludzkimi, które widziałem niedawno w apartamentach królewskich. Ale teraz miały przewiązane przez oczodoły długie i bardzo błyszczące ciemnoniebieskie wstążki. Postawiono czaszki przed królem, który rzucił im jedno spojrzenie i więcej na nie nie patrzył. (…) nagle kilka oddziałów amazonek ustawiło się w szeregi i wymierzyło z muszkietów w niebo. Te rosłe kobiety zaczęły oddawać salwa po salwie, najpierw na cześć króla, potem jego zmarłego ojca Gmila, potem na cześć kilku innych osób. Wreszcie, wyjaśnił mi król, była salwa honorowa dla mnie.
Wywoływanie deszczu to niełatwa sprawa. Tu nie starczą już kamienie na gałęziach drzew, czaszki przeplecione błyszczącymi wstążkami i salwy z muszkietów. Na oczach króla, jego świty i Hendersona, tnie się nożem ciało starego mężczyzny…
Ale cięcia nie były głębokie, tylko ukośne i powierzchowne, i mimo szybkości, z jaką pokryty malunkami kapłan wymachiwał nożem, były wykonywane planowo i zręcznie. W świeże rany wcierano ochrę, co musiało piec jak wszyscy diabli, ale ten człowiek dalej szczerzył zęby, a król powiedział:
– Ta procedura jest, można rzec, prawie na pół zwyczajna, panie Henderson. Zmartwienie nie jest potrzebne. On w ten sposób awansuje jako kapłan, co go bardzo cieszy. Jeśli idzie o krew, panuje mniemanie, że pobudza ona niebo do deszczu czy też uruchamia pompy firmamentu. (…) Rozległa się ze wszystkich luf ogłuszająca salwa i wraz z nią głębokie dudnienie basowych bębnów. Król wstał. Oszalałe wrzaski radości! Fontanny pochwał! Twarze pałające dziką dumą, wykrzywione różnorakim natchnieniem. Od czarnego tła ciał szczepu Wariri oderwała się czy też z niego buchnęła fala czerwieni, wszyscy stanęli na białym kamieniu trybun i powiewali czerwonymi przedmiotami. Szkarłat był kolorem dni świątecznych szczepu Wariri. Amazonki zasalutowały purpurowymi sztandarami, barwą królewską. Uniesiono w górę purpurowy parasol króla, rozkołysała się opięta jedwabiem kopuła.
Króla nie było już obok mnie. Wyszedł z loży, żeby zająć pozycję na arenie. Po drugiej stronie kręgu, który był nie większy od pola bramkowego boiska, ukazała się wysoka kobieta. Była naga do pasa i całą głowę miała w wełnistych kędziorkach. Kiedy podeszła bliżej, zobaczyłem, że jej twarz pokrywa piękny deseń blizn (…).
Dziewczyna miała na sobie szkarłatne spodnie, harmonizujące ze spodniami króla, i była jego partnerką w grze, którą teraz rozpoczęli. Dopiero w tym momencie zauważyłem, że na środku areny stoi kilka osłoniętych płachtami posągów. Domyśliłem się – i słusznie – że są to bogowie. Dokoła nich i nad nimi król i złocona dziewczyna rozpoczęli grę posługując się czaszkami. Okręcali je na długich wstążkach, każde z nich przebiegało kilka kroków i wyrzucało czaszkę wysoko w powietrze, ponad drewniane figury przykryte płachtą. Czaszki wylatywały hen w górę, po czym król i dziewczyna je chwytali. Robili to bardzo zręcznie. Po pierwszych kilku rzutach, zapanowała cisza. Po chwili zaczął docierać do mnie świst okręcanych w powietrzu czaszek. Dziewczyna rzuciła swoją. Szerokie niebieskie i szkarłatne wstążki sprawiły, że wyglądała jak kwiat w powietrzu. W pół drogi minęła się z czaszką rzuconą przez króla. Obie spadły w dół, a za nimi ogony powiewających niebieskich wstążek, jak gdyby były parą morskich polipów. Wkrótce zrozumiałem, że nie jest to zwykła gra, raczej zawody, i naturalnie postawiłem na króla. Skąd mogłem wiedzieć, czy karą za upuszczenie czaszki nie jest śmierć? (…) Ostatnie dwa rzuty i gra dobiegła końca. Każde z nich wsunęło czaszkę pod pachę, jak maski szermierza; i oboje skłonili się widzom. Wybuchła potężna wrzawa i znowu eksplodowały w górze szkarłatne flagi i płachty.
Deszcz wciąż jeszcze nie pada. Ceremonia trwa. Król wyjaśnia Hendersonowi, że czaszki-piłki to głowy jego przodków i że nadejdzie czas, wtedy, gdy nie będzie już mógł spełniać małżeńskich obowiązków wobec kilkudziesięciu żon i zostanie zabity, że gra o deszcz będzie się toczyła z użyciem jego czaszki…
Składano teraz zwierzęta w ofierze, a robiono to dość bezceremonialnie. Kapłan, z którego pióra strusie sterczały na wszystkie strony, objął ramieniem szyję krowy, chwycił ją za pysk, szarpnął łeb do góry i przejechał nożem po gardzieli, jak gdyby zapalał zapałkę o siedzenie spodni. Padła na ziemię i skonała. Nikt nie zwrócił na to uwagi. (…)
Potem przyszła kolej na tańce obrzędowe i występy, jak żywcem wzięte z wodewilu. Stara kobieta mocowała się z karłem, karzeł wpadł we wściekłość i usiłował zrobić jej krzywdę, a wtedy ona przerwała zabawę i zaczęła mu wymyślać. Jedna z amazonek wkroczyła na arenę, podniosła karła z ziemi, wsadziła go sobie pod pachę i odeszła kołysząc się w biodrach. Trybuny pokwitowały to okrzykami i klaskaniem. Następna scenka też miała niepoważny charakter. Dwaj faceci cięli sobie batami po nogach, podskakując jak przy skakance. Takie niebezpieczne wygłupy bynajmniej mnie nie uspokajały.
Deszczu wciąż nie ma. Henderson filozofuje na temat deszczu.
Wiesz, wasza wysokość, moja żona Lily abonuje „Scientific American”, więc jestem obeznany z zagadnieniem deszczu. Technika rozpylania w chmurach suchego lodu nie zdała egzaminu. Według niektórych ostatnich teorii praprzyczyną deszczu jest pył opadający w przestrzeni kosmicznej. Kiedy ten pył uderza w atmosferę, coś się tam dzieje. Według innej teorii, która bardziej do mnie przemawia, słony pył oceanów, czyli innymi słowy piana morska, jest jednym z głównych składników deszczu. Wilgoć osiada i skrapla się na tych kryształkach unoszących się w powietrzu, bo przecież musi mieć na czym się skroplić. Więc jak sam widzisz, królu, jest to prawdziwa łamigłówka. Gdyby nie było piany morskiej, nie byłoby deszczu, a jakby nie było deszczu, nie byłoby życia.
Deszczu nadal nie ma. Król i Henderson zakładają się o to, czy spadnie jeszcze tego samego dnia.
Kilku mężczyzn w czarnych pióropuszach, jak ptaki – ludzie o dość nędznym wyglądzie – zrudziałe pióra zwisały im na ramiona – zaczęło zdejmować płachty z posągów bóstw. Zrywali je nie okazując najmniejszego szacunku. Ich lekceważenie nie było przypadkowe, jeśli rozumiecie, co mam na myśli. Chodziło o to, żeby wywołać śmiech, co też się stało. Te ptasie czy pierzaste typy, rozzuchwalone śmiechem, zachowywały się jak cyrkowe błazny; następowały posągom na palce u nóg, przewracały niektóre z tych mniejszych, niby to zalecały się do nich, wyśmiewały je i tak dalej. Karzeł, posadzony na kolanach jednej z bogiń, ściągnął palcami w dół dolne powieki i wysunął język, marszcząc się i robiąc miny obłąkańca, czym doprowadził tłum do paroksyzmów śmiechu. Rodzina bożków, wszyscy krótkonodzy i o długich korpusach, traktowała te obelgi z wielką pobłażliwością. Większość z nich miała nieproporcjonalnie małe głowy osadzone na długich szyjach. W sumie nie wyglądali na groźną bandę. Mimo to była w nich godność, tajemniczość; ostatecznie byli bogami i ferowali wyroki losu. Władali powietrzem, górami, ogniem, roślinami, bydłem, szczęściem, chorobą, chmurami, narodzeniem, śmiercią. Niech to diabli, nawet ten najgrubszy, przewalony na brzuch, czymś tam władał. Po jakimś czasie zaczęli przenosić cały panteon. Gremialnie. Najpierw mniejsze posągi, z którymi obchodzili się bardzo brutalnie i niegodziwie. Przewracali je, toczyli na wszystkie strony, wrzeszczeli na nie, jakby to było z winy ich niezdarności.

Kiedy to stado kruków zabrało się do większych figur, kolejno szarpali je i ciągnęli, ale nie dawali rady i musieli się zwrócić o pomoc do tłumu. Jeden po drugim siłacze zeskakiwali na arenę, żeby dźwignąć bożka i przenieść go z pozycji pierwotnej na – powiedzmy – bliskie pole, czemu towarzyszyły wrzaski i wiwaty na trybunach. Z postawy i umięśnienia tych czempionów, którzy przenosili większe posągi, wyciągnąłem wniosek, że popis siły jest tradycyjną częścią ceremonii.
Gdy pozostają dwa ostatnie, przeogromne posągi, Wielkiego Boga i Wielkiej Bogini pojawia się siłacz, który potrafi przesunąć o dwadzieścia stóp wielki posąg Hummata, ale, jak co roku, braknie mu sił, by przenieść jeszcze większą Mummah. Nie można jednak odwrócić kolejności przesuwania bogów – Hummata trzeba przesunąć najpierw, bo inaczej nie przepuści chmur nad górami.
Powiedziałem głośno:
– Muszę spróbować.
– Co proszę? – rzekł Dahfu.
– Wasza wysokość – zwróciłem się do niego – jeżeli nie zostanie to uznane za mieszanie się obcokrajowca w wasze sprawy, myślę, że mógłbym przenieść ten posąg… tę boginię Mummah. Naprawdę chciałbym się wam przysłużyć, jako że posiadam pewne zdolności, które stanowczo powinny być spożytkowane. (…) Czy mógłbym spróbować moich sił z Mummah? Nie wiem, jak to wytłumaczyć, ale po prostu czuję, że uda mi się ją ruszyć.
– Jestem zobligowany zawiadomić pana, panie Henderson, że mogą być pewne konsekwencje. Naprawdę jest pan przekonany, że zdoła tego dokonać? – spytał.
– Królu, mogę tylko powiedzieć: puść mnie do niej. Chcę jednego: opasać ją ramionami. (…)
Bez sekundy wahania objąłem Mummah ramionami. Ani myślałem usłyszeć „nie” w odpowiedzi. Przywarłem do niej brzuchem i zgiąłem trochę kolana. Poczułem zapach starej żywej kobiety. Bo też była dla mnie żywą osobą, a nie bóstwem. Spotykaliśmy się jako wyzywający i wyzywany do walki, ale jednocześnie jako przyjaciele. I z sekretną przyjemnością, jaką odczuwamy we śnie albo w jeden z owych ciepłych, dobroczynnych, lekkich, leniwych dni, kiedy każde nasze pragnienie jest zaspokajane, przytknąłem policzek do jej drewnianych piersi. Zgiąłem jeszcze trochę kolana i powiedziałem: – Jazda do góry, kochanie. Nie próbuj robić się cięższa. Gdybyś ważyła dwa razy tyle, też bym cię podniósł. Drewniany kloc ustąpił pod moim naporem i dobrotliwa Mummah uległa mi z nieruchomym uśmiechem. Podźwignąłem ją z ziemi i przeniosłem na odległość dwudziestu stóp, w jej nowe miejsce pomiędzy innymi bożkami. Wariri podskakiwali na swoich białych kamiennych trybunach, wrzeszczeli, śpiewali, szaleli, rzucali się sobie w objęcia, wychwalali mnie.
I wtedy przyszedł deszcz. Henderson został Sungo, królem deszczu. I na dziś tylko to się miało liczyć… A jutro…
Jutro ciąg dalszy zaklinania deszczu, ale Hendersonem każdy musi się już zająć sam.
