Zaklinanie deszczu 2

Wczorajszy wpis wywołał burzę z piorunami. Zobaczymy, jak mi pójdzie dzisiaj…


Ach, jakaż to wspaniała książka. Jedna z lepszych jakie w życiu czytałam. Zawsze się martwię, że jak mi każą wybierać dziesięć książek do zabrania na bezludną wyspę, to o niej zapomnę. Z tymi dziesięcioma książkami to zresztą dziwna sprawa. Kiedyś myślałam, że zabiorę Prousta, w końcu siedem tomów, i z głowy. Ale teraz wiem, że nie można się przygotowywać na całe życie tylko z Proustem. Na pewno trzeba mieć ze sobą pierwszy tom, ale więcej nie trzeba. A więc Proust, Saul Bellow, Saroyan – Cóż za pomysł, tato!, Gerald Durrell – Moja rodzina i inne zwierzęta, Markus Zusak – Złodziejka książek, Robert van Gulik – jedna z książek o sędzim Di, na przykład Sędzia Di i chiński gwóźdź, Margaret Atwood – Pani Wyrocznia, Pascal Mercier – Nocny pociąg do Lizbony, Harper Lee – Zabić drozda, Romain Rolland – Cola Breugnon. I jedenasta – nadprogramowa – Nicole Kraus, The history of love.

Teraz sobie uświadamiam, że już raz robiłam na blogu podobną listę, ale niezbyt ją pamiętam. Nie wiem co się tu powtórzy, ale na pewno była Harper Lee. Sprawdzam i okazuje się, że było to 2,5 roku temu, w lutym 2016 roku…: Moje książki. Colas Breugnon, Zabić drozda, Sto lat samotności, Imię róży, Gra w klasy… kultowa książka mojego pokolenia w Polsce. Oczywiście W poszukiwaniu… i oczywiście Odyseja.
Czyli trzy te same książki, Harper Lee, Romain Rolland i Proust. Dużo to czy mało? Czy trzy książki na dziesięć znaczą, że jestem wierną czytelniczką, czy przeciwnie – niewierną… Dodam też, że żadna z tych książek, które się pojawiły na dzisiejszej liście, nie jest odkryciem nowym – wszystkie czytałam i wtedy, gdy zestawiałam poprzedni spis… O Hendersonie… wtedy zapomniałam.

Zawsze wierzyłam w to, co mi ktoś powiedział, że Bellow dostał za Hendersona… doktorat honoris causa z etnografii, ale usilne poszukiwania udowodniły mi, że chyba to nieprawda. Bo owszem, dostał hc, nawet kilkakrotnie, ale z literatury. Szkoda. Jak zawsze okazuje się, że zmyślenie jest lepsze od faktów…

W każdym razie – ja bym mu dała doktorat z etnografii za tę książkę, nawet jeśli wszystko w niej jest zmyśleniem, jak w każdej pikardyjskiej opowieści o zwariowanym wędrowcu, czy był to król Jan czy łazik z Tormesu.

To piosenka Rain King, do której inspiracją była powieść Bellowa… Gdy to piszę pada deszcz… Niech pada, niech pada… Bo jak nie pada, to nie tylko jest susza, ale w wodzie, gdzie poi się krowy zalęgną się żaby… (Nie wiecie o co mi chodzi – to znaczy, że koniecznie musicie przeczytać tę książkę. To historia człowieka, który jest złośnikiem i w złości porzuca, dom, rodzinę i rzeźnię śwień, która przyniosła mu ulewę pieniędzy, i wyjeżdża do Afryki, gdzie kompromituje się w sprawie żab i tak dalej).

Ze​wnętrz​ne scho​dy – sze​ro​kie, wy​god​ne – skrę​ca​ły na dru​gą stro​nę bu​dyn​ku. Ro​sną​ce tuż obok drze​wo chwia​ło się i trzeszczało, po​nie​waż ja​cyś lu​dzie wy​ko​ny​wa​li wśród konarów oso​bli​we za​da​nie, mia​no​wi​cie z po​mo​cą sznu​rów i prymitywnych drew​nia​nych blo​ków win​do​wa​li na ga​łę​zie duże gła​zy. Wrzesz​cze​li do za​ło​gi na​ziem​nej, któ​ra podpiera​ła gła​zy od dołu, a ich twa​rze jaśnia​ły bla​skiem wy​tę​żo​nej pra​cy. He​re​ko wyjaśnił mi, a ja nie bar​dzo go zro​zu​mia​łem, że te ka​mie​nie mają ja​kiś zwią​zek z chmurami i desz​czem, któ​ry Wa​ri​ri spodziewa​ją się spro​wa​dzić na zie​mię pod​czas niedale​kiej już cere​mo​nii. Wszy​scy tu wydawa​li się bar​dzo pew​ni, że uda im się dzi​siaj zro​bić deszcz. Sę​dzia śled​czy po​wie​dział wczo​raj​szej nocy: – Wak-ta – i po​ka​zał pal​ca​mi ule​wę. Ale na nie​bie nie ​by​ło nic. Zu​peł​na pust​ka, je​że​li nie li​czyć słoń​ca. Jak do​tąd były tyl​ko te okrą​głe ka​mie​nie na ga​łę​ziach, któ​re naj​wy​raź​niej mia​ły przed​sta​wiać deszczowe chmu​ry.

Henderson idzie spotkać się z królem. Rozmawiają trochę, a potem ruszają na dziedziniec, bo czas rozpocząć ceremonię.

Na dzie​dziń​cu do pro​ce​sji przy​łą​czył się He​re​ko ze swo​imi paraso​la​mi, a tak​że ama​zon​ki, żony, dzie​ci nio​są​ce dłu​gie pęki ku​ku​ry​dzy, wo​jow​ni​cy trzy​ma​ją​cy w ra​mio​nach boż​ków i fetysze, do​pie​ro co po​cią​gnię​te ochrą i wap​nem i ta​kiej brzydoty, na jaką stać ludz​ką pomy​sło​wość. Nie​któ​re, zda​wa​ło się, mia​ły same zęby, inne same noz​drza, kil​ka zaś obdarzo​no przy​ro​dze​niem więk​szym od ich ciał. Na dzie​dziń​cu zro​bi​ło się na​gle bar​dzo tłocz​no. Słońce pie​kło i pra​ży​ło. (…)  Te wrza​ski, to pod​nie​ce​nie! Te ryki, te głę​bo​kie pomru​ki bęb​nów, jak gdy​by zwie​rzę​ta prze​mó​wi​ły znów za po​śred​nic​twem skór, któ​re kiedyś ob​le​ka​ły ich ciel​ska! Był to po​tęż​ny wy​buch wrza​wy, przypo​mi​na​ją​cy Co​ney Island czy Atlan​tic City, czy Ti​mes Square w noc syl​we​stro​wą. W mo​men​cie kie​dy król opusz​czał dzie​dzi​niec, po​twor​na ka​ko​fo​nia zdy​stan​so​wa​ła wszyst​kie zna​ne mi do​tąd hała​sy.
Na​tę​ża​jąc glos do wrza​sku spy​ta​łem kró​la:
– Gdzie…?
Schy​li​łem się ni​sko w ocze​ki​wa​niu od​po​wie​dzi.
– … mamy spe​cjal​ne miej​sce… are​na – od​parł.
Nie usły​sza​łem wię​cej. Szał był szałem wiel​ko​miej​skim. Ko​tło​wa​ła się taka ciż​ba mężczyzn, ko​biet i fe​ty​szów, tak ogłu​sza​ją​ce było war​cze​nie jak​by bi​tych psów, świst jakby ostrzo​nych sier​pów, głos ro​gów tak dziu​ra​wił i roz​dzie​rał po​wie​trze, że nie da​ło​by się tego za​re​je​stro​wać na nor​mal​nej ska​li. Ba​rie​ra dźwię​ku mo​gła lada mo​ment pęk​nąć. (…)
Tłum
li​czył co naj​mniej ty​siąc osób, w więk​szo​ści na​gich, czę​sto o cia​łach po​kry​tych jaskra​wą farbą, a wszy​scy uży​wa​li prze​róż​nych ha​ła​śli​wych in​stru​men​tów i wrzesz​cze​li. Po​wie​trze było cięż​kie, dusz​ne, więc swę​dzi​ła mnie skó​ra na ca​łym cie​le. Był to groź​ny, prze​siąk​nię​ty ku​rzem upał i chwi​la​mi mia​łem uczu​cie, że ktoś okrę​cił mi twarz kawałkiem szorst​kiej wełny. Tłum uno​sił mnie, wciąż u boku kró​la. Pro​ce​sja wy​szła na sta​dion – nad​uży​wam tego po​ję​cia – czy​li dużą prze​strzeń oko​lo​ną drze​wa​mi. W środ​ku stał po​czwór​ny rząd ławek wy​ku​tych w bia​łym wa​pie​niu. Król miał spe​cjal​ną lożę, gdzie rów​nież mnie po​sa​dzono, pod bal​da​chi​mem ozdo​bio​nym po​wie​wa​ją​cy​mi wstąż​ka​mi, w oto​cze​niu żon, urzędni​ków i ro​dzi​ny kró​lew​skiej. Ama​zon​ki w ka​mi​ze​lach przypominających gor​se​ty, wszyst​kie o ro​słych, gład​kich cia​łach i de​li​kat​nych, wygolonych, ogrom​nych gło​wach, okrągłych jak me​lo​ny, owal​nych jak kan​ta​lu​py, podługo​wa​tych jak dy​nie, sta​nę​ły do​oko​ła nas na stra​ży. (…)
Nie​sio​ny wy​so​ko przez czte​ry ama​zon​ki, każ​da przy jed​nej jego no​dze, za​je​chał sto​lik brydżo​wy. Sta​ła na nim misa z dwie​ma czasz​ka​mi ludz​ki​mi, któ​re wi​dzia​łem nie​daw​no w aparta​men​tach kró​lew​skich. Ale te​raz mia​ły prze​wią​za​ne przez oczo​do​ły dłu​gie i bardzo błysz​czą​ce ciem​no​nie​bie​skie wstąż​ki. Po​sta​wio​no czasz​ki przed kró​lem, któ​ry rzucił im jedno spoj​rze​nie i wię​cej na nie nie pa​trzył. (…) na​gle kil​ka od​dzia​łów amazonek usta​wi​ło się w sze​re​gi i wy​mie​rzy​ło z musz​kie​tów w nie​bo. Te ro​słe ko​bie​ty za​czę​ły od​da​wać sal​wa po sal​wie, naj​pierw na cześć kró​la, po​tem jego zmar​łe​go ojca Gmila, po​tem na cześć kil​ku in​nych osób. Wresz​cie, wy​ja​śnił mi król, była sal​wa honorowa dla mnie.

Wywoływanie deszczu to niełatwa sprawa. Tu nie starczą już kamienie na gałęziach drzew, czaszki przeplecione błyszczącymi wstążkami i salwy z muszkietów. Na oczach króla, jego świty i Hendersona, tnie się nożem ciało starego mężczyzny…

Ale cię​cia nie były głę​bo​kie, tyl​ko uko​śne i po​wierz​chow​ne, i mimo szyb​ko​ści, z jaką pokryty ma​lun​ka​mi ka​płan wy​ma​chi​wał no​żem, były wy​ko​ny​wa​ne pla​no​wo i zręcz​nie. W świe​że rany wcie​ra​no ochrę, co mu​sia​ło piec jak wszy​scy dia​bli, ale ten człowiek da​lej szcze​rzył zęby, a król po​wie​dział:
– Ta pro​ce​du​ra jest, moż​na rzec, pra​wie na pół zwy​czaj​na, panie Hen​der​son. Zmartwienie nie jest po​trzeb​ne. On w ten sposób awan​su​je jako ka​płan, co go bar​dzo cieszy. Je​śli idzie o krew, pa​nu​je mnie​ma​nie, że po​bu​dza ona nie​bo do desz​czu czy też urucha​mia pom​py firma​men​tu. (…) Roz​le​gła się ze wszystkich luf ogłu​sza​ją​ca sal​wa i wraz z nią głę​bo​kie dudnie​nie ba​so​wych bęb​nów. Król wstał. Osza​la​łe wrza​ski ra​do​ści! Fontanny po​chwał! Twa​rze pa​ła​ją​ce dzi​ką dumą, wy​krzy​wio​ne róż​no​ra​kim natchnieniem. Od czar​ne​go tła ciał szcze​pu Wa​ri​ri ode​rwa​ła się czy też z nie​go buch​nę​ła fala czer​wie​ni, wszy​scy stanę​li na białym ka​mie​niu try​bun i po​wie​wa​li czer​wo​ny​mi przed​mio​ta​mi. Szkar​łat był ko​lo​rem dni świą​tecz​nych szcze​pu Wa​ri​ri. Ama​zon​ki zasaluto​wa​ły pur​pu​ro​wy​mi sztan​da​ra​mi, barwą kró​lew​ską. Unie​sio​no w górę purpurowy pa​ra​sol kró​la, roz​ko​ły​sa​ła się opię​ta je​dwa​biem ko​pu​ła.
Kró​la nie było już obok mnie. Wy​szedł z loży, żeby za​jąć po​zy​cję na are​nie. Po dru​giej stro​nie krę​gu, któ​ry był nie więk​szy od pola bram​ko​we​go bo​iska, uka​za​ła się wy​so​ka kobie​ta. Była naga do pasa i całą gło​wę mia​ła w weł​ni​stych kę​dzior​kach. Kiedy po​de​szła bli​żej, zobaczy​łem, że jej twarz po​kry​wa pięk​ny deseń blizn (…).
Dziew​czy​na mia​ła na so​bie szkar​łat​ne spodnie, har​mo​ni​zu​ją​ce ze spodnia​mi kró​la, i była jego part​ner​ką w grze, któ​rą te​raz rozpo​czę​li. Do​pie​ro w tym mo​men​cie za​uwa​ży​łem, że na środ​ku are​ny stoi kil​ka osło​nię​tych płach​ta​mi po​są​gów. Do​my​śli​łem się – i słusz​nie – że są to bo​go​wie. Do​ko​ła nich i nad nimi król i złoco​na dziew​czy​na roz​po​czę​li grę posługu​jąc się czasz​ka​mi. Okrę​ca​li je na dłu​gich wstąż​kach, każ​de z nich prze​bie​ga​ło kilka kro​ków i wy​rzuca​ło czasz​kę wy​so​ko w po​wie​trze, po​nad drew​nia​ne fi​gu​ry przykryte płach​tą. Czasz​ki wy​la​ty​wa​ły hen w górę, po czym król i dziew​czy​na je chwytali. Ro​bi​li to bar​dzo zręcz​nie. Po pierw​szych kil​ku rzu​tach, za​pa​no​wa​ła ci​sza. Po chwi​li za​czął do​cie​rać do mnie świst okręcanych w po​wie​trzu cza​szek. Dziewczy​na rzuciła swo​ją. Sze​ro​kie nie​bie​skie i szkarłatne wstążki spra​wi​ły, że wy​glą​da​ła jak kwiat w po​wie​trzu. W pół dro​gi mi​nę​ła się z czasz​ką rzu​co​ną przez kró​la. Obie spa​dły w dół, a za nimi ogo​ny po​wie​wa​ją​cych nie​bie​skich wstą​żek, jak gdy​by były parą mor​skich polipów. Wkrót​ce zro​zu​mia​łem, że nie jest to zwy​kła gra, ra​czej za​wo​dy, i na​tu​ral​nie posta​wi​łem na kró​la. Skąd mo​głem wie​dzieć, czy karą za upusz​cze​nie czaszki nie jest śmierć? (…) Ostat​nie dwa rzu​ty i gra do​bie​gła koń​ca. Każ​de z nich wsu​nę​ło czasz​kę pod pa​chę, jak ma​ski szermie​rza; i obo​je skło​ni​li się wi​dzom. Wy​bu​chła po​tęż​na wrzawa i zno​wu eks​plo​do​wa​ły w gó​rze szkar​łat​ne fla​gi i płach​ty.

Deszcz wciąż jeszcze nie pada. Ceremonia trwa. Król wyjaśnia Hendersonowi, że czaszki-piłki to głowy jego przodków i że nadejdzie czas, wtedy, gdy nie będzie już mógł spełniać małżeńskich obowiązków wobec kilkudziesięciu żon i zostanie zabity, że gra o deszcz będzie się toczyła z użyciem jego czaszki…

Skła​da​no te​raz zwie​rzę​ta w ofie​rze, a ro​bio​no to dość bezceremonial​nie. Ka​płan, z którego pió​ra stru​sie ster​cza​ły na wszyst​kie stro​ny, ob​jął ra​mie​niem szy​ję kro​wy, chwycił ją za pysk, szarpnął łeb do góry i prze​je​chał no​żem po gar​dzie​li, jak gdy​by zapalał za​pał​kę o siedze​nie spodni. Pa​dła na zie​mię i sko​na​ła. Nikt nie zwró​cił na to uwagi. (…)
Po​tem przy​szła ko​lej na tań​ce ob​rzę​do​we i wy​stę​py, jak żyw​cem wzię​te z wo​de​wi​lu. Stara ko​bie​ta mo​co​wa​ła się z kar​łem, ka​rzeł wpadł we wście​kłość i usi​ło​wał zro​bić jej krzyw​dę, a wte​dy ona prze​rwa​ła za​ba​wę i za​czę​ła mu wy​my​ślać. Jed​na z ama​zo​nek wkro​czy​ła na arenę, pod​nio​sła kar​ła z zie​mi, wsa​dzi​ła go so​bie pod pa​chę i ode​szła kołysząc się w biodrach. Try​bu​ny po​kwi​to​wa​ły to okrzy​ka​mi i kla​ska​niem. Na​stęp​na scen​ka też mia​ła nie​po​waż​ny cha​rak​ter. Dwaj fa​ce​ci cię​li so​bie ba​ta​mi po no​gach, podska​ku​jąc jak przy skakance. Ta​kie nie​bez​piecz​ne wy​głu​py by​naj​mniej mnie nie uspo​ka​ja​ły.

Deszczu wciąż nie ma. Henderson filozofuje na temat deszczu.

Wiesz, wa​sza wy​so​kość, moja żona Lily abo​nu​je „Scien​ti​fic Ameri​can”, więc je​stem obeznany z za​gad​nie​niem desz​czu. Techni​ka roz​py​la​nia w chmu​rach su​che​go lodu nie zdała egzaminu. We​dług nie​któ​rych ostat​nich teo​rii pra​przy​czy​ną desz​czu jest pył opadający w prze​strze​ni ko​smicz​nej. Kie​dy ten pył ude​rza w at​mos​fe​rę, coś się tam dzieje. We​dług in​nej teo​rii, któ​ra bar​dziej do mnie prze​ma​wia, sło​ny pył oce​anów, czy​li inny​mi słowy pia​na mor​ska, jest jed​nym z głów​nych skład​ni​ków desz​czu. Wil​goć osia​da i skra​pla się na tych krysz​tał​kach unoszących się w po​wie​trzu, bo prze​cież musi mieć na czym się skro​plić. Więc jak sam wi​dzisz, kró​lu, jest to praw​dzi​wa łamigłów​ka. Gdy​by nie było pia​ny mor​skiej, nie by​ło​by desz​czu, a jak​by nie było desz​czu, nie by​ło​by ży​cia.

Deszczu nadal nie ma. Król i Henderson zakładają się o to, czy spadnie jeszcze tego samego dnia.

Kil​ku męż​czyzn w czar​nych pió​ro​pu​szach, jak pta​ki – lu​dzie o dość nędz​nym wy​glą​dzie – zru​dzia​łe pió​ra zwi​sa​ły im na ramiona – za​czę​ło zdej​mo​wać płach​ty z po​są​gów bóstw. Zrywali je nie oka​zu​jąc naj​mniej​sze​go sza​cun​ku. Ich lekceważenie nie było przy​pad​ko​we, je​śli ro​zu​mie​cie, co mam na my​śli. Cho​dzi​ło o to, żeby wy​wo​łać śmiech, co też się sta​ło. Te pta​sie czy pie​rza​ste typy, roz​zu​chwa​lo​ne śmie​chem, za​cho​wy​wa​ły się jak cyr​ko​we błazny; na​stę​po​wa​ły po​są​gom na pal​ce u nóg, prze​wra​ca​ły nie​któ​re z tych mniej​szych, niby to zaleca​ły się do nich, wy​śmie​wa​ły je i tak da​lej. Ka​rzeł, po​sa​dzo​ny na ko​lanach jednej z bogiń, ścią​gnął pal​ca​mi w dół dol​ne po​wie​ki i wysu​nął ję​zyk, marsz​cząc się i robiąc miny obłą​kań​ca, czym do​pro​wa​dził tłum do pa​rok​sy​zmów śmie​chu. Ro​dzi​na bożków, wszy​scy krót​ko​no​dzy i o dłu​gich kor​pu​sach, trak​to​wa​ła te obe​lgi z wiel​ką pobłaż​li​wo​ścią. Więk​szość z nich mia​ła nieproporcjonalnie małe gło​wy osa​dzo​ne na długich szy​jach. W su​mie nie wyglą​da​li na groź​ną ban​dę. Mimo to była w nich godność, ta​jem​ni​czość; osta​tecz​nie byli bo​ga​mi i fe​ro​wa​li wyroki losu. Wła​da​li po​wie​trzem, górami, ogniem, ro​śli​na​mi, by​dłem, szczę​ściem, cho​ro​bą, chmu​ra​mi, na​ro​dze​niem, śmiercią. Niech to dia​bli, na​wet ten naj​grub​szy, prze​wa​lo​ny na brzuch, czymś tam władał. Po ja​kimś cza​sie za​czę​li prze​no​sić cały pan​te​on. Gre​mial​nie. Naj​pierw mniej​sze po​są​gi, z któ​ry​mi ob​cho​dzi​li się bar​dzo bru​tal​nie i nie​go​dzi​wie. Prze​wra​ca​li je, toczy​li na wszyst​kie stro​ny, wrzesz​cze​li na nie, jak​by to było z winy ich nie​zdar​no​ści.

Kie​dy to sta​do kru​ków za​bra​ło się do więk​szych fi​gur, ko​lej​no szar​pa​li je i cią​gnę​li, ale nie da​wa​li rady i mu​sie​li się zwró​cić o po​moc do tłu​mu. Je​den po dru​gim si​ła​cze zeskakiwa​li na are​nę, żeby dźwi​gnąć boż​ka i prze​nieść go z po​zy​cji pier​wot​nej na – powiedz​my – bliskie pole, cze​mu to​wa​rzy​szy​ły wrza​ski i wi​wa​ty na try​bu​nach. Z postawy i umię​śnie​nia tych czem​pio​nów, któ​rzy prze​no​si​li więk​sze po​są​gi, wy​cią​gną​łem wnio​sek, że po​pis siły jest tra​dy​cyj​ną czę​ścią ce​re​mo​nii.

Gdy pozostają dwa ostatnie, przeogromne posągi, Wielkiego Boga i Wielkiej Bogini pojawia się siłacz, który potrafi przesunąć o dwadzieścia stóp wielki posąg Hummata, ale, jak co roku, braknie mu sił, by przenieść jeszcze większą Mummah. Nie można jednak odwrócić kolejności przesuwania bogów – Hum​ma​ta trze​ba prze​su​nąć naj​pierw, bo ina​czej nie prze​pu​ści chmur nad gó​ra​mi.

Po​wie​dzia​łem gło​śno:
– Mu​szę spró​bo​wać.
– Co pro​szę? – rzekł Dah​fu.
– Wa​sza wy​so​kość – zwró​ci​łem się do nie​go – je​że​li nie zo​sta​nie to uzna​ne za mie​sza​nie się ob​co​kra​jow​ca w wa​sze spra​wy, myślę, że mógł​bym prze​nieść ten po​sąg… tę bo​gi​nię Mummah. Na​praw​dę chciał​bym się wam przy​słu​żyć, jako że po​sia​dam pew​ne zdol​no​ści, któ​re sta​now​czo po​win​ny być spo​żyt​ko​wa​ne. (…) Czy mógł​bym spró​bo​wać mo​ich sił z Mum​mah? Nie wiem, jak to wy​tłu​ma​czyć, ale po pro​stu czu​ję, że uda mi się ją ru​szyć.
– Je​stem zo​bli​go​wa​ny za​wia​do​mić pana, pa​nie Hen​der​son, że mogą być pew​ne konsekwencje. Na​praw​dę jest pan prze​ko​na​ny, że zdo​ła tego do​ko​nać? – spy​tał.
– Kró​lu, mogę tyl​ko po​wie​dzieć: puść mnie do niej. Chcę jed​ne​go: opa​sać ją ra​mio​na​mi. (…)
Bez se​kun​dy wa​ha​nia ob​ją​łem Mum​mah ra​mio​na​mi. Ani my​śla​łem usły​szeć „nie” w odpowie​dzi. Przy​war​łem do niej brzu​chem i zgią​łem tro​chę ko​la​na. Po​czu​łem za​pach starej ży​wej ko​bie​ty. Bo też była dla mnie żywą oso​bą, a nie bó​stwem. Spo​ty​ka​li​śmy się jako wyzywa​ją​cy i wy​zy​wa​ny do wal​ki, ale jed​no​cze​śnie jako przy​ja​cie​le. I z se​kret​ną przyjemnością, jaką od​czu​wa​my we śnie albo w je​den z owych cie​płych, do​bro​czyn​nych, lek​kich, le​ni​wych dni, kie​dy każ​de na​sze pra​gnie​nie jest za​spo​ka​ja​ne, przytkną​łem policzek do jej drew​nia​nych pier​si. Zgią​łem jesz​cze tro​chę ko​la​na i po​wie​dzia​łem: – Jazda do góry, ko​cha​nie. Nie pró​buj ro​bić się cięż​sza. Gdy​byś wa​ży​ła dwa razy tyle, też bym cię pod​niósł. Drew​nia​ny kloc ustą​pił pod moim na​po​rem i dobrotli​wa Mum​mah uległa mi z nieruchomym uśmie​chem. Po​dźwi​gną​łem ją z zie​mi i prze​nio​słem na odległość dwu​dzie​stu stóp, w jej nowe miej​sce po​mię​dzy in​ny​mi boż​ka​mi. Wa​ri​ri podskaki​wa​li na swo​ich bia​łych ka​mien​nych try​bu​nach, wrzeszcze​li, śpie​wa​li, sza​le​li, rzu​ca​li się so​bie w ob​ję​cia, wychwala​li mnie.

I wtedy przyszedł deszcz. Henderson został Sungo, królem deszczu. I na dziś tylko to się miało liczyć… A jutro…

Jutro ciąg dalszy zaklinania deszczu, ale Hendersonem każdy musi się już zająć sam.

Leave a comment