Krzysztof Mika
Kwestia smaku
Był i żył polski poeta Zbigniew Herbert. Jak wspomina Leopold Tyrmand, był to ktoś absolutnie twardy i nigdy nie dał się złamać – w czasach stalinowskich klepał prawdziwą biedę – utrzymywał się z klejenia papierowych torebek jako chałupnik. Pisał.
W jednym ze swoich wierszy, krytycznym wobec najwspanialszego systemu sprawiedliwości społecznej, użył określenia, że to nie tylko kwestia etyki ale estetyki. No właśnie. Estetyka. W dawnych, okropnych czasach wszystkie życiowe czynności miały rytuały. Pojedynkujący się panowie kłaniali się sobie i umierać też trzeba było ładnie – tak nakazywała pompa funebris. A poza tym etykieta, politessa, protokół dyplomatyczny. A nawet chłopoman Wyspiański pisał „trza być w butach na weselu”. Oczywiście z butów Wyspiańskiego słoma nie wyłaziła. No właśnie. Niezależnie od mojego stosunku do tej najlepszej ze zmian, której teraz doświadczamy, chciałbym żeby było ładnie i elegancko. Jak zabijać to szpadą, a nie kijem bejsbolowym. A tu ciągle, podkreślam ciągle, brzydko i spod eleganckich (nie zawsze) garsonek i garniturów wyłazi dresiarski dres, trzy paski na nogawce, krok koło kolan. I nawijka blokersa. Najpierw „zdradzieckie mordy”, „potem wystarczy nie kraść”, „odcinanie od koryta „,teraz ja mówię”, wrzaski „się należało za ciężką pracę”. I wszystko na krzyku z charakterystycznym plebejskim, gardłowym przygłosem. Tak wrzeszczeli działacze robotniczy, tak wrzeszczeli naziści. Teraz wrzeszczy Prezes, prof. (uniwersytecka) Pawłowicz, a ostatnio wice premier Szydło. Kiedyś ludzie się starali. Pracowali nad sobą. Elementarne dobre wychowanie i tak zwane miękkie umiejętności w relacjach z ludźmi były przepustką do wielkiego świata. Trzeba było się starać. Wiele osób z tzw awansu społecznego osiągnęło wyżyny. Tu jak by obserwujemy proces odwrotny: degradacji społecznej. Co więcej zasada ta staje się naczelną taktyką i wręcz regułą: aspirujemy do społecznych dołów. Suweren w końcu tam przebywa. Pytanie czy tylko w imieniu tego suwerena należy rządzić. Ale nie sam wrzask. Telewizja pokazuje obraz, a na obrazie twarz o koszmarnym grymasie. Jestem wzrokowcem, ta twarz zostaje w pamięci. Strach się bać. Z historii pamiętamy takie twarze. Najgorsze jest to, że w tym momencie była prawdziwa. Dużo pracowałem z osobami z tzw. obszaru wysokiego ryzyka społecznego (kiedyś mówiono, może niesłusznie: margines) i nauczyłem się wtedy czytać miny i grymasy. Brak tej umiejętności mógł skończyć się boleśnie, bardzo boleśnie. I tu nawet nie chodzi o ordynarny (tak, ordynarny) grymas, ale o oczy pełne nienawiści. W nich była prawda. Dreszcz po plecach – nie chciałbym takiej przeciwniczki, nawet nie uzbrojonej. Ależ ona nienawidzi. Patrzenie w oczy to jedna z zasad w konfliktach, szczególnie tych fizycznych ulicznych… To smutne, że schodzimy do takiego poziomu. A zaczęło się od samej góry: „ dał Jarosław nam przykłady, jak obrugać mamy”. Subtelny inteligent z Żoliborza. Tu jazda w dół była szczególnie intensywna. Oczywiście natychmiast odezwą się przeciwnicy: „przecież Piłsudski bardziej brutalnie rugał i obrażał”. No i fatalnie, że tak było i że był maj 26, i Bereza, Brześć. Nic Marszałka nie usprawiedliwia. Co więcej powoływanie się na niego jest śmieszne. Ja kradnę, bo wszyscy kradną. Piłsudski klął, o, i ja mogę. No, żebyś jeszcze był tej miary człowiekiem jak Piłsudski… A może warto wzorować się na Marszałku w innych kwestiach? A może nie? Wracając do naszej rzeczywistości – po wrzaskach p. Szydło występuję urocza jak zwykle p. Mazurek, udająca rzecznika prasowego i stwierdza, że to było wspaniałe wystąpienie. Żeby choć najmniejsze przeprosiny, tłumaczenie… A tu pełną gębą: „było świetnie”. Gdzie my jesteśmy? A może w „Szewcach” Witkacego? Jakoś dziwnie atmosfera tej fantasmagorii bliska naszej polityczno–poselskiej operetki. Popatrzcie, przeczytajcie: „sturba ich suka malowana”, ”dziamdzia ich szać zaprzała”, a może to „dziamdzia jego zafatrany glamzdeń”. Tak klną szewcy. A w akcie trzecim: ”To tak śpiewa nasza krew chamska dzika i śmierdząca”. Słowotwórstwo witkiewiczowskie, ale nie w tym rzecz. Brzmienie jakieś bliskie, takaż atmosfera.
A więc jednak szewcy?
