Łukasz Szopa
Berlin i psy
Dziś będzie, niestety, o gównie. Przylepiającym się do butów, śmierdzącym, berlińskim gównie. Ale gdyż nie lubię tego wulgarno-infantylnego słowa, będzie o odchodach. I by mnie nie postrzegano jako osoby nienawidzącej Berlina i/albo psów, rozszerzę temat na ich (psów) ludzi i ich karmę.
W każdym razie, po kilku tygodniach pobytu na wsi, przyjazd i kilka pierwszych dni w Berlinie były w większości nietypowe: pogoda całkiem miła i słoneczna, ludzie całkiem mili i uśmiechnięci, komunikacja miejska miła i bez opóźnień. To te – „w większości“, jak mówiłem – cechy raczej nietypowe. Typowa była jednak już podczas wyładowywania rzeczy z samochodu potrzeba przyzwyczajenia się do starej berlińskiej dyscypliny: slalomu w wymijaniu psich gówien (utrudnionym noszonym przed sobą kartonem!).
Lecz zamiast wściekać się, marudzić, czy szukać choćby na Facebooku pomocy przyjaciół w kwestii „Jak poradzić sobie z g… odchodami?“, po prostu się zastanowiłem. I myśli nie opuszczały mnie przez półtora dnia niemalże. Główne pytanie brzmiało nie „Co robią w mieście psie odchody?“, a: „Co w ogóle robią w mieście PSY?“
Gdyż dziwić się i denerwować, że leżą tu psie odchody jest absurdem – jeśli faktem jest, że w mieście mieszka dziesiątek tysięcy psów. No gdzieś muszą. Srać i spacerować. Głównie – jedno i drugie! – na asfalcie, krótciutko, i na smyczy – jeszcze krótszej. Takie to pieskie życie. Do tego wytuczone przez człowieka karmą puszkową i innymi delikatesami. To, że regał w supermarkecie z karmą dla czworonogów dłuższy niż ten z pieczywem, to wszyscy wiemy. Ale prawdziwą atrakcją w Berlinie są supermarkety specjalne dla zwierząt – „Fressnapf“ – z oddzielną sekcją „bio“.
Już bardziej absurdalny wydał mi się obrazek zgarbionego psiego człowieka zbierającego potulnie do woreczka pozostałości psiego obiadu/kolacji/śniadania, by donieść niniejszy skarb do najbliższej filii zakładu BSR – czyli pomarańczowego kosza na śmieci. (Są miasta oferujące psom i ich ludziom specjalne pojemniki na odchody – te psie! To niby postęp, ale… takie rozsiane są po mieście jeszcze rzadziej niż w Berlinie kosze na śmieci). Ale że nie byłem w nastroju do Schadenfreude – myślałem sobie dalej.
Nie tyle o tym, czy te woreczki w sumie są „bio“, czyli samoodnawialne. Bardziej generalnie. Już nie tylko o tym, co w mieście robią psie odchodzy, i co w ogóle robi w mieście pies.
Gdyż całkiem niedawno odwiedził mnie na wsi przyjaciel z Berlina. Z psem. Psem, który 80% swojego żywota spędził właśnie w Berlinie, z tego 95% – w mieszkaniu. No, pies przez ten tydzień na wsi czuł się jak ryba w wodzie, latał w około (lecz nie uciekał, mądrala), obszczekiwał sąsiadów (nawet na ich własnym podwórzu), ich kury (na szczęście zamknięte za siatką), dyskutował regularnie z psem sąsiada z lewej, z dołu, i dwoma z prawej. Czasami wdając się w kłótnie i z innymi (psami).
Ale co ciekawe, podobnie odżył na wsi jego człowiek. Spacerami, jeżdżeniem na rowerze, pracą na słoneczku, odpoczywaniem wieczorem przy ognisku, kiełbachach i piwku.
Pytanie początkowe jest więc nieprecyzyjnie postawione. Nie: „Co robią w zabetonowanym i zregulaminowanym mieście psy?“, a – „Co robi w mieście w ogóle człowiek?“
A oto link do podobnego tekstu sprzed ponad czterech lat, po niemiecku:
https://www.freitag.de/autoren/lukasz-szopa/zivilisatorischer-hundekot
PS od Adminki: Problem psów w Berlinie, rok 1807; policja zarządza obowiązek wyprowadzania psów na smyczy. Biegające luzem zwierzaki mogą paść ofiarą rakarza. Przestraszeni obywatele posłusznie przywiązują się do ulubieńców – Berlinische Folgsamkeit, karykatura Daniela Chodowieckiego.


Psie odchody w mieście. Rozmiary tego problemu odczułem tylko w jednym miejscu – w Genewie. W Berlinie nigdy nie byłem.
W Melbourne nie jest to zauważalne gdyż właściciele psów noszą ze sobą torebki na te skarby. W ogóle odnoszę wrażenie, że Australijczycy są praworządnymi obywatelami. Coraz to czytam o róznych protestach w Polsce czy Europie. W Australii te same sprawy nie wzbudziły protestów.
Co robią zwierzęta domowe w mieście? Według mnie są niewolnikami – spełniają zachciankę swoich właścicieli.
A co robią ludzie w mieście?
Ekonomia. Ten człowiek, który tak odżył na wsi, na spacerach i przy ognisku być może musi jednak na to zarobić.
Zresztą wieś to tylko rzedsionek do miasta – bardziej gruntownie opisałem tę sprawę tutaj: https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2015/01/26/australia-odcienek-4-i-gdzie-indziej/
Tak, zwierzęta w mieście / mieszkaniu są niewolnikami – nawet rybki akwariowe. A co do wsi – jak na wszystko, na dom na wsi trzeba zarobić. Nie wiem jak w Australii, ale w Polsce a podobnie w Niemczech ceny nieruchomości w miastach jednak wyższe niż na wsi.
Aha, a co do “człowieka przy ognisku” – to akurat osoba niezbyt zamożna. Bo nie wszystko musi mieć oparcie w pieniądzu. Tego przyjaciela np. nie stać na tydzień “półspontanicznego” urlopu – czy nad morzem, czy w górach ,czy na wsi. Z kolei mnie nie stać na stolarza. Więc przy okazji umówiliśmy się: on spędza u mnie w domu tydzień, a przy okazji zajął się renowacją kilku starych mebli. Taki przyjacielski barter.
No, ale z drugiej strony: jakże to bez piesków!? Mam dwie sunie i tylko dzięki nim jakoś utrzymuję równowagę psychiczną w mieście… no, ściśle rzecz ujmując – na przedmieściu. Miejsce do swobodnych spacerów jest, więc to chyba jednak nie niewola, mam nadzieję. Inna sprawa – i tu pełna zgoda – niedopuszczalne jest trzymanie piesków “wielkogabarytowych” małych mieszkaniach. Moje sunie to mikrej postury kundelki. Ale wilczur w bloku jest nieporozumieniem. Bezapelacyjnie!
Nie mnie wydawać sądy etyczne. Ale opinie – tak. Więc etyka dotycząca psa stawia pytanie: Jak było psom PRZED przeprowadzką na przedmieście? Lepiej, gorzej? Albo też – jaki czekałby je los, gdyby Pani/Pan w ogóle ich nie przygarnął? I to chyba najwłaściwsze pytanie: W jakich okolicznościach i z jaką motywacją homo sapiens kupuje sobie zwierzaka do miasta? Mysli tylko o sobie… czy też o zwierzęciu i jego losie?
A można też na to spojrzeć szerzej, włączając aspekt etyczny odn. człowieka i jego (ludzkiego) otoczenia – bo wspomniano tu o równowadze psychicznej. Jak zachowywałby się człowiek BEZ ZWIERZĘCIA, może jak ten wariat z Las Vegas? A może po prostu promieniowałby smutkiem na innych?
Wspomniany w moim tekście piesek przyjaciela to też skomplikowana historia. Żył sobie jako 1-2 latek w lasku, lecz w pobliżu zakładów. Wolny i wesoły (ale w zimie… mniej). Gdzie latał regularnie do pracowników wyżebrać jakieś “co nieco”. Ryzykując na szosie. Teraz mieszka w małym berlińskim mieszkanku, i największym cierpieniem (oprócz nieobecności jego ludzi) są podróże samochodem.