Janina Kowalska
Halszka czyli Topola
Polska Organizacja Wojskowa, znana bardziej pod skrótem POW, była organizacją tajną, która powstała na terenie zaboru rosyjskiego w 1914 roku i stopniowo obejmowała wszystkie zabory. Miała na celu odzyskanie przez Polskę niepodleglości. Szkoliła kadry wojskowe i gromadziła broń.
Był rok 1918, kiedy Halszka zetknęła się z tą organizacją podczas pracy jako nauczycielka w majątku Gosławice pod Koninem. Mama wstąpiła do POW i brała czynny udział w szkoleniach oraz gromadzeniu broni. Obrała sobie pseudonim Topola. Była wysoką, smukłą 20-letnią dziewczyną i taki pseudonim do niej pasował.
Opowiadała mi, że kiedyś otrzymała polecenie dostarczenia karabinów do miejscowości oddalonej o kilkdziesiąt kilometrów. Dano jej do dyspozycji podwodę, czyli furmankę z woźnicą i koniem. Załadowano na furmankę karabiny, przykryto słomą, na słomie usiadła Topola i ruszyli w drogę. Była to dla Mamy nie pierwsza taka akcja, nigdy do tej pory nie miała klopotów w czasie takiej jazdy. Tym razem furman, osoba wtajemniczona, był niezadowolony z funkcji, jaka mu przypadła. Siedział na koźle zgarbiony i mamrotał coś pod nosem. Załadunek odbył się późno, tuż przed wieczorem, jechali wolno polną drogą, zapadała noc, ale dla Halszki nie było to nic nowego. Przed nimi widoczny był w oddali las. W pewnym momencie woźnica odwrócił się do Halszki i krzyknął: “dojadę do lasu i skinę“ (w gwarze wiejskiej słowo skinę, kinę oznaczało – wyrzucę.) Mężczyzna sądził, że przestraszy dziewczynę, ale Halszka siegnęła po karabin i odkrzyknęła: “jak mnie zrzucisz, to cię zastrzelę” i szturchnęła chłopa karabinem w plecy. Chłop się chyba przestraszył, bo zaciął konia i żwawo ruszyli w drogę. Halszka na wszelki wypadek karabin trzymała w rękach i od czasu do czasu poszturchiwała nim chłopa w plecy. Ten mamrotał coś pod nosem, ale już nie groził. Nie wiedział, że do tych karabinów nie było amunicji, a więc i ten karabin, który czuł na plecach, też był nie nabity.
Nad ranem dojechali na miejsce, chłop potulnie zdjął karabiny z furmanki i zaniósł, gdzie mu wskazano, a Halszka kazala mu samemu jechać z powrotem. Wolała już nie wracać z nim nieuzbrojona.
Jak dojechała do Gosławic, nie mówiła.

Halszka (po lewej) w POW
