Tomasz Fetzki
Czas Wielkiej Burzy, czyli reportażu poetyzującego o Lubanicach część trzecia
Syty wrażeń artystycznych, a przy tym naładowany metafizycznie, wychodzi Viator ze świątyni lubanickiej. Dopiero teraz (w czcigodnym wnętrzu trochę nie wypadało) składa głęboki ukłon i śle podziękowania za dobre słowa, jakie wyczytał tydzień temu w komentarzach do swego tekstu. Nie tylko za to: wielkie dzięki kieruje do Armina Kity, który pomógł stworzyć tekst niniejszy. Armin, Niemiec z krwi i kości, zna język francuski, angielski, a nawet japoński, ale polskiego ni w ząb. Nic pewnie nie zrozumie, lecz, gdy zobaczy na blogu swoje nazwisko, chyba będzie mu miło – zasłużył na to.
Kilkakrotnie głęboko odetchnął Viator świeżym wiejskim powietrzem, lecz gorączka metafizyczna nie zelżała. Ruszył przeto na przechadzkę po cmentarzu otaczającym kościół, bo gdzie, jeśli nie tutaj, można się pogrążyć w odmętach smugi cienia!
Cmentarz, można by rzec, jak cmentarz. Taki sam, jak większość wiejskich cmentarzy na ziemiach, zwanych Odzyskanymi: równe rzędy mogił z wyłącznie polskimi napisami. Po przedwojennych mieszkańcach Lubanic pozostały zaledwie nieliczne tablice wmurowane w ogrodzenie nekropolii. Resztki dawnych rodzinnych grobowców. Napisy niemieckie. Dlaczego nie serbołużyckie? Przecież Jakubica, przecież Poczatku bilo to Slowo… Ano, jako się już rzekło przy witrażu Lutra i Melanchtona, Lubanice stopniowo stały się Laubnitz. Poza powolnym i skutecznym procesem germanizacji, który objął całe Łużyce, na Ziemi Żarskiej te przemiany w pewnych okresach następowały w trybie przyspieszonym. Szczególną rolę odegrała Wojna Trzydziestoletnia. Przemarsze wojsk, walki, epidemie i głód oraz grabieże i morderstwa dokonywane przez soldateskę gruntownie zdemoralizowaną wieloletnią wojaczką, spowodowały spustoszenie całej okolicy. O ile w roku 1618 Lubanice liczyły 92 zagrody, to trzydzieści lat później było ich już tylko 44. Gdy wojna skończyła się, właściciele tych ziem, von Promnitzowie, zaludnili pustki osadnikami przyciągniętymi z różnych stron. Niestety, nie byli to Serbołużyczanie.
Dlatego inskrypcje czytamy po niemiecku. O ile jeszcze dają się odczytać, albowiem większość z nich solidnie już nadkruszył, jak to mówią, ząb czasu. Nagle – niespodzianka. Nie trzeba nawet oczu szeroko otwartych, wystarczą zwyczajnie bystre. Oto jedna z tablic odcina się swą „świeżością” od reszty grobowca. Bez dwóch zdań – nie jest przedwojenna.
Grobowiec rodu Benzlerów: stary, ale nie całkiem.
Dzięki rozmowie z tutejszym kościelnym Viator wie, iż została wmurowana na początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Człowiek, który to uczynił, twierdził, iż jest bratem zmarłego. Utrzymywał też, że Hans Benzler był oficerem i poniósł śmierć za spiskowanie przeciw władzom.
Hans Benzler – ofiara przemocy państwowej.
Niemiec, oficer, a przy tym Opfer der Gewaltherrschaft? W roku 1944? Skojarzenie narzucało się samo: uczestnik spisku Clausa Schenka, Hrabiego von Stauffenberg! I tak też początkowo myślał Viator, póki nie dotarł do ściślejszych wiadomości. Nie, Hans Benzler nie miał nic wspólnego z Zamachem 20 lipca. Można go raczej nazwać „samotnym wilkiem”. Od 1935 roku oficer Luftwaffe (gdzie dosłużył się stopnia kapitana), przebywał w Berlinie, pełniąc różne funkcje w Ministerstwie Lotnictwa Rzeszy. A potem nad Europą rozpętała się (a raczej ktoś ją rozpętał, wiadomo kto – precz z eufemizmami!) Wielka Burza. Jej podmuchy wypchnęły Hauptmanna Benzlera w roku 1941 daleko, hen na Ukrainę, gdzie nadzorował pracę kołchoźników na rzecz niemieckiej armii. Po bitwie na Łuku Kurskim odesłany ponownie do Berlina, kierował usuwaniem skutków alianckich bombardowań. Jak się wydaje, nigdy nie był Benzler gorącym zwolennikiem nazizmu, rzutowało to na atmosferę panującą w domu. Jego córka Hiltrud spisała swe wspomnienia z Kristallnacht, którą jako dwunastoletnia dziewczynka widziała w Żarach, ówczesnym Sorau: Moja matka powiedziała o tym dniu, że uświadomił jej jak żaden inny, jak różne są jej dzieci. Córka, która wróciła do domu cała we łzach nad losem wyszydzonego Żyda i syn, również powracający ze służby młodzieżowej do domu, który powiedział: „Mamo, ściągam mundur, musimy przebrać się po cywilnemu, zamaskować i podpalić synagogę…” W mojej matce wzbudziło to zgrozę i nie wypuściła już brata z domu na ulicę. Niełatwo, oj niełatwo było w takich czasach nie ulec zaczadzeniu, zachować kręgosłup moralny! Więc nigdy nie popłynął Hans Benzler na fali entuzjazmu, a stopniowo stawał się zdecydowanie krytyczny: przeżycia z Ukrainy (ze zgrozą opowiadał o nich w kręgu rodzinnym), coraz częstsze naloty, których skutki usuwał… No i śmierć syna: Axel, ten piętnastolatek, co to chciał podpalać synagogę, poległ w wieku lat dziewiętnastu na Półwyspie Kerczeńskim. Dość powodów, aby z malkontenta stać się wrogiem. Zajadłym, lecz ukrytym: kapitan Benzler był ostrożny i nie wynosił swych poglądów poza rodzinny krąg. Co więc go podkusiło, jaka czara goryczy się przelała, że pozwolił sobie na wygłoszenie kilku gorzkich, krytycznych słów w dworcowej poczekalni, w obecności przypadkowego towarzysza podróży? Oczywiście trafił do więzienia (skąd my znamy takich „towarzyszy podróży”!), a wkrótce potem usłyszał wyrok śmierci.
Viator ma swoją teorię co do przyczyn nieuwagi kapitana. Uwięzienie nastąpiło na początku 1944 roku, zaś Axel zginął w listopadzie roku poprzedniego… Ale to tylko teoria.
Rodzina i przyjaciele interweniowali, rzecz jasna. Nawet dość wysoko. Lubanicki pastor, Heinrich Hüffmeier, poprzez swego brata Friedricha, kontradmirała skądinąd, dotarł ponoć aż do samego Göringa! Zdaje się jednak, że ta interwencja bardziej zaszkodziła, niż pomogła: pastor Hüffmeier jeszcze w roku 1934 pozwolił sobie być autorem broszurki Odpowiedź ewangeliczna na „Mit 20 wieku” Rosenberga. No i zaprzeczcie, że Lubanice miały szczęście do nietuzinkowych pastorów!
Zaś zamach Grafa von Stauffenberg ostatecznie przypieczętował los Hansa Benzlera. 11 listopada, rok po śmierci syna, został rozstrzelany w berlińskim więzieniu.
Może nie bohater, ale na pewno człowiek, który w czas Wielkiej Burzy zachował przyzwoitość. A to już bardzo dużo – nielicznych stać było choćby na to. Spiskowcy Stauffenberga? Viator po to stał się Viatorem, aby nie wierzyć zbyt łatwo! Przeczytał kiedyś, co pan hrabia pułkownik myślał o Polakach i Żydach jeszcze po podboju Polski w 1939 roku. Wie również, że taki na przykład generał Henning von Tresckow, człek niechętny Hitlerowi, który ponadto chwalebnie popełnił samobójstwo po nieudanym zamachu, wcześniej umaczał był paluszki w rabunku polskich dzieci. A snute przez spiskowców plany zawarcia separatystycznego pokoju z zachodnimi aliantami, co uniemożliwiłoby odzyskanie przez nasz kraj niepodległości? A okoliczność, że ten ich antyfaszyzm jakoś dziwnie się wzmógł dopiero po Stalingradzie i Kursku? Owszem, wielu pośród sprzysiężonych to lepsza cząstka tego narodu. Ale en bloc? Jest o czym myśleć, za kilka dni minie siedemdziesiąta rocznica Zamachu: czy naprawdę nadaje się on na ikonę sprawiedliwych Niemiec? Czy nie ma lepszego symbolu? Nie było w czasie Wielkiej Burzy prawdziwych bohaterów, takich, którzy pokazali coś więcej niż minimum przyzwoitości? Nie było wśród Niemców gigantów ducha?
Ależ byli! Pastor Bonhoeffer, który ani na chwilę nie uległ zamroczeniu, Sophie Scholl i Weiße Rose, kobiety protestujące w chłodne marcowe dni na berlińskiej Rosenstraße… (Wszędzie te róże! Przypadek?) To garstka sprawiedliwych, dzięki którym Pan nie zniszczył Sodomy, choć ukarał ją zaiste surowo. Nie minęły nawet trzy miesiące od egzekucji Hansa Benzlera, gdy nad Łużycami zaczęły wściekle bić pioruny Wielkiej Burzy. Walec Armii Czerwonej niepowstrzymanie toczył się na zachód. Między Bobrem i Nysą Łużycką zacięty, choć bezskuteczny opór stawiły mu różne niemieckie jednostki; tuż obok Laubnitz (niespełna trzy-cztery kilometry na północny wschód od wioski) walczyły oddziały 36 Dywizji Grenadierów SS Dirlewanger: banda zwyrodnialców, kryminalistów i sadystów pod dowództwem gwałciciela trzynastoletniej dziewczynki (jakimś cudem – również doktora politologii). Pół roku wcześniej ta swołocz „wsławiła się” udziałem w rzezi Woli podczas Powstania Warszawskiego. Oskar Dirlewanger i jego dzielni chłopcy nawet przez zasłużonych esesmanów nie byli określani inaczej niż jako „bydło”, „przestępcza hołota” czy „gromada świń”. Nooo, na takim tle to nawet Stauffenberg czy Benzler jawią się jako świetliste anioły!
Nie pomogło Waffen-SS, nie poradził Wehrmacht. Nie było siły, która mogłaby zatrzymać krasnoarmiejców. A prości mieszkańcy Lubanic i innych okolicznych wsi oraz miasteczek, ci, którzy ostatecznie najmniej byli winni rozpętania Wielkiej Burzy, ucierpieli najdotkliwiej: kto przeżył przejście frontu, a po nim rabunki i gwałty, musiał stąd wyjechać. Zakończyła się historia Laubnitz. Niemieccy mieszkańcy wsi na zawsze utracili ojcowiznę. Z pewnością wielu z nich znajdowało pocieszenie w Słowie Pańskim: Słyszałem twoją modlitwę, widziałem twoje łzy. Po wielu latach właśnie te słowa, wzięte z Drugiej Księgi Królewskiej, umieścili dawni mieszkańcy na tablicy pamiątkowej Ku czci wszystkich Niemców, którzy w Lubanicach i Łukawach mieli swą małą ojczyznę. Tablica i pomnik pojednania, znajdujący się w południowej części cmentarza, są symbolem tego, iż zgoda jest możliwa – tak miedzy dawnymi i obecnymi mieszkańcami Lubanic, jak i w ogóle między Polakami a Niemcami.
Ich habe Dein Gebet gehört
und Deine Tränen gesehen…
Musiało oczywiście upłynąć sporo czasu, musiały ucichnąć echa Wielkiej Burzy, zanim to pojednanie nastąpiło. Ale już wcześniej pewne znaki wskazywały, że będzie ono realne. Fakt, że nowi, katoliccy gospodarze lubanickiego kościoła uszanowali wizerunki Lutra i Melanchtona, oznacza przecież, że byli gotowi uścisnąć wyciągniętą rękę, gdy przyjdzie na to czas.
A kiedy czas przyszedł, zebrali się tu wszyscy razem: Serbołużyczanie, Niemcy i Polacy, katolicy i ewangelicy. Zebrali się w 450 rocznicę przekładu pastora Miklawša, by poświęcić pomnik Biblii Jakubicy: bo to on właśnie wznosi się przy ścianie świątyni. Ponoć byli tacy, co widzieli, jak tego dnia Filip Melanchton uśmiechnął się na witrażu…
Roku Pańskiego 1998 zebrali się Serbołużyczanie, Niemcy i Polacy.
Nieco podniesiony na duchu opuszcza Viator Lubanice. Jeszcze ostatnie spojrzenie kieruje na wioskę pogrążoną w popołudniowym, niedzielnym letargu. Spokój i cisza takie, że niemal rozczulają. Chciałby Viator wierzyć, że już nigdy nie nadciągnie tu żadna Burza. Chciałby, ale nie umie. Historia wskazuje jednoznacznie, że jakaś zawierucha kiedyś nadejdzie – prędzej czy później. Lepiej później. Ach knježe, ty synu Dawidow, zmiluj se nad nama! I nie dopuść, żebyśmy dożyli czasów, kiedy przyzwoitość wymaga bohaterstwa!
Kiedy znowu nad tą sielską krainą rozpęta się piekło?
Tak sobie niewesoło duma wędrowiec. Warto by może pomyśleć wreszcie o czymś innym. Ale o czym?… Tak!!! Viator już wie, że za tydzień zaprosi tych, którzy zechcą mu towarzyszyć, nad Nysę, do Mużakowa. Tam opowie historię wielkiej miłości. Nieszczęśliwej, rzecz jasna. Bo czyż istnieją inne, Gałązko Jabłoni?


Dziękuję za kolejny odcinek serbołużyckiej opowieści.
Podczas jej czytania przyszły mi do głowy dwa bardzo luźno z nią związane wspomnienia.
Kiedyś załatwiałem korespondencyjnie jakąś sprawę z osobą o nazwisku J. Nagorcka. Wreszcie doszło do spotkania i ku mojemu zaskoczeniu osoba okazała się być mężczyzną. Zaskoczenie nie było zresztą zbyt wielkie gdyż nauczyciele mojej córki tytułowali mnie Mr Milewska. Gdy wspomniałem o słowiańskim rodowodzie jego nazwiska mój rozmówca potwierdził – tak moi przodkowie byli Sorbami.
Serbami – skorygowałem. Nie, Sorbami, oni nie pochodzili z Bałkanów tylko z terenów obecnych Niemiec.
Drugie skojarzenie to bunt Hansa Benzlera. Przypomniał mi on przejmującą książkę Hansa Fallady – Każdy umiera w samotności.
Pozdrawiam