A jaki koniec i dlaczego, proszę sobie poczytać na tym blogu, wpisując w blogową wyszukiwarkę nazwisko profesora
Prochy profesora i jego żony zostały wykopane. Po grobie pozostało to – wyrwany żywopłot i porzucona cegła, oznaczająca, że był to grób honorowy Berlina. Polonii nie dano znać, kiedy prochy zostaną zabrane, nie mogliśmy się więc pożegnać. Cegłę zabraliśmy (do ubera dotargał ją Konrad). Jest u mnie w piwnicy.
ich möchte Euch ganz herzlich zur der Eröffnung meiner Ausstellung A(n)namorphosis einladen!
Wann? Diesen Freitag, den 22.09.2023 19 Uhr
Opening: 22.09.2023 at 7pm Talk with Katarzyna Mazur and Sara-Lena Maierhofer Exhibition until 27.10.2023 Only by appointment: info@kominek-gallery.com
Wo? Kominek Gallery, Berlin Prenzlauer Berg Immanuelkirch Str. 25 10405 Berlin
Chcemy Was přeprosyć na wurjadne dwójne wotewrjenje wustajeńcow, kotrejž wukonjetej wažny přinošk k diskursej wo stawiznach a přichodźe swěta, Europy a wosebje kulturnych zarjadnišćow pólskich zapadnych kónčin, kaž tež k druhim wažnym temam kaž zakorjenjenje, přiswojenje/přichilnosće k městnam a ludźom, wosobinske a zjawne podawki a prašenja wo wuznamje indiwidualneje a narodneje identity a zhromadnosće w dobje globalizacije, masoweje migracije a ekologiskeje katastrofy.
Wustajeńcy we Wrócławskim měšćanskim muzeju – „Wšo je krajina. Serbski moler Jan Buk” a „Hommage à Jan Buk (III): PŘICHILENI“– pokazujetej na korjenje pólskeho kulturneho žiwjenja w zapadnych kónčinach. Wustajeńca w Kralowskim palasće pokazuje na wukony nestorow Eugeniusza Geppertoweje akademije rjanych wuměłstwow we Wrócławju a na pokročowanje jeje tradicijow a idejow. Nimo wobšěrneho wuběra twórbow Jana Buka – jednoho z najzažnišich adeptow a nana serbskeje moderny – su tu widźeć dźěła jeho mištra Jana Cybisa a jeho docentow, kolegow a šulerjow. „Hommage à Jan Buk“ w Měšćanskim arsenalu je pokazka na pochad a přitomnosć wuměłstwa w „znowa zdobytych kónčinach“, inkluziwnje fenomena „Wrócław/Breslau – městno zetkawanja“ a wudobyćow Instituta za wizuelne wuměłstwa uniwersity Zielona Góra, kotrehož předchadnicy Jana Buka wjele lět pola tak mjenowanych energijowych pleinairow w Delnjej Łužicy zetkawachu a jich přećelstwa z nim dołhe lěta traajachu.
Wir treffen uns am 16. September 2023 um 12:00 Uhr in der REGENBOGENFABRIK, wo schon der Name ein Kreuzberg-Utopie-Programm ist.
Christine Ziegler, Jahrgang 1959 war 1983 eine der Mitmachenden, die am 8. März die alte Chemie-Fabrik besetzten. Im Lauf der vergangenen 42 Jahren erlebte die Fabrik viele ungewöhnlichen Phasen, um 2023 ein etabliertes aber immer noch utopisches Nachbarschafts-Zentrum zu sein.
Hier bekommt ihr Euren Spiel-Plan – mit den Namen vor 10 Frauen, die die Kreuzberger-Geschicke mitgestaltet haben und die es nicht mehr unter uns gibt, sowie zwei, die leben und die Sie treffen werden.
Patti Smith arrived in New York on July 3, 1967, via the decidedly un-scenic Port Authority Bus Terminal (625 8th Ave.), where she immediately transferred to the subway and headed for Brooklyn. She hoped to connect with a friend who was enrolled at the nearby Pratt Institute, an Engineering and Arts college in Clinton Hill. Unfortunately, it was summer break and her friend had moved to a new apartment. One of the current residents knew where her friend could be found, though, and offered to direct her there. This would be her first fleeting encounter with Robert Mapplethorpe, a young Pratt art student, and the man who would ultimately become her closest companion for the next few years. Alas, her friend was not at the said address, so Patti would sleep rough for the next several days, on porches, and in Central Park close to the statue of Alice in Wonderland.
Like many young newcomers, she would wander the streets of Greenwich Village and spend hours observing the people in Washington Square Park, an active gathering place for artists, folkies, activists, and people of every stripe imaginable. She explored St. Marks Place and the East Village, then a fairly ragged but colorful neighborhood of immigrants, hippies, artists, and the poor, always dragging her plaid suitcase along with her. One day she and a street friend found a little money and treated themselves to a hot meal at the Waverly Diner (385 6th Ave.), but otherwise she ate day-old bread and handouts. The rest of the time she was desperately looking for work, and after a disastrous single shift waiting tables at a Times Square restaurant, she found work at the midtown flagship location of Brentano’s (586 5th Ave.), a venerable bookstore near Rockefeller Center. She still had no place to stay, though, and often surreptitiously slept in the store overnight, only to emerge from the bathroom in the morning as the others readied the store. One day she ran into Mapplethorpe again in the bookstore. He, coincidentally, worked at the downtown branch of Brentano’s (20 University Pl.) in the Village. Not long afterwards, in the midst of an uncomfortable date with an older bookstore patron, Patti spotted Mapplethorpe in Tompkins Square Park, where he happily rescued her by posing as her boyfriend. The two shared an egg cream at Gem Spa (131 2nd Ave.) while commiserating. The pair would become inseparable. He brought her to stay at his place, an attic room in the home of some friends on Waverly Avenue in Brooklyn. After several weeks, the two had enough money saved for their own place nearby at 160 Hall St. on the second floor for $80 per month. This would become their headquarters for well over a year.
By winter, both Patti and Robert had lost their jobs at Brentano’s but found seasonal employment at FAO Schwarz (745 5th Ave.), the gigantic toy shop. Robert decorated windows, but Patti was stuck at the cash register. Afterward, she worked briefly at Argosy Books (116 E. 59th St.) before settling at Scribner’s Book Store (597 5th Ave.). Scribner’s would be her steady job for the next couple of years. Robert, meanwhile, went through a succession of jobs, one of which was as an usher at the Fillmore East (105 2nd Ave.), where he was able to get Patti in to see the Doors. Jim Morrison was to have a lasting influence on her…
— Excerpt from the Rock and Roll Explorer Guide to New York City (Globe Pequot Press, June 2018) by Mike Katz and Crispin Kott, with a foreword by Legs McNeil. Also available by the same authors: Rock and Roll Explorer Guide to San Francisco and the Bay Area (Globe Pequot Press, May 2021), with a foreword by Joel Gion of the Brian Jonestown Massacre. Get ‘em both wherever books are sold at maximum volume.
Am Freitag, den 25.08.2023 fand in der Kunsthalle Lausitz in Cottbus die Finissage der Ausstellungen aus der Reihen „Alles ist eine Landschaft. Der sorbische Maler Jan Buck“ und „Hommage à Jan Buck (II)“ – „Wir haben den Ort gesehen“ und „Nach der Kohle … – Landschaften und Gesichter der Lausitz“ statt, über die wir bereits geschrieben haben.
Anlässlich der Finissage veröffentlichen wir einen Film, der einen Einblick in die wichtigsten Ereignisse des ganztägigen „Deutsch-wendisch/sorbisch-polnischen Festtags – Begegnung und Dialog“ anlässlich der Eröffnung der genannten Ausstellungen am 2.06.2023 im Wendischen Museum/Serbski Muzej, in der Stadt und in der Kunsthalle Lausitz gibt, der auch Teil des Projektes des Instituts für Visuelle Künste der Universität Zielona Góra „Hommage à Jan Buck (II)“ unter der wissenschaftlichen Leitung von Dr. Lidia Głuchowska bildet.
wieś leżąca w województwie dolnośląskim, w powiecie kamiennogórskim, w gminie Lubawka, kiedyś Schömberg. Jest to charakterystyczne miejsce w Sudetach, gdzie zachowały się drewniane domy tkaczy lnu, wybudowane przez Cytersów w roku 1707. Niezapomniany klimat tej miejscowości tworzą swoją unikatową architekturą ponad trzystuletnie budynki. Pierwotnie Chełmsko było miastem, dzisiaj nie posiada już praw miejskich.
Domów było pierwotnie dwanaście. Nazywano je apostołami, każdy dostał imię jednego z towarzyszy Jezusa. Kiedyś jeden spłonął. Akurat ten, który nosił imię Judasza.
Po kilku przypadkowych wizytach w tej miejscowości – w ramach poszukiwania miejsca, w którym mogłabym już na stałe zapuścić korzenie – wzywana przez echo tożsamości jako urodzona w Świdnicy wnuczka przesiedleńców ze Lwowa, pewnego znaczącego dnia zobaczyłam ogłoszenie o przetargu na wynajem jednego z domków tkaczy. Przeznaczenie dało o sobie znać natarczywą i pulsującą intuicją, nasunęło mi myśl, że po latach wędrowania po świecie – Chełmsko Śląskie jest tym miejscem, którego szukam. Miejscem do życia, pracy, działania i rozwoju, a także do niesienia pomocy, współpracy, realizacji celów i sięgania po więcej, według swoich przekonań, w dobrych intencjach.
Założona przeze mnie rok wcześniej Fundacja Fames Artis w pierwotnym zamiarze miała jedynie POMAGAĆ Uniwersytetowi Lwowskiemu, prowadząc siostrzany kierunek pisania ikon w Pustelni Złotego Lasu, w pokamedulskim, 400-letnim klasztorze. Jednak bardzo szybko działania Fundacji zaczęły dotykać potrzeb w innych miejscach i środowiskach, nie tylko kulturalnych. Jako autorka, scenarzystka i działaczka kultury stopniowo, przez lata, odkryłam w sobie misję społecznikowską, którą traktuję bardzo poważnie, odpowiedzialnie i etycznie pod każdym względem. Pole działania Fundacji rozszerzało się stopniowo o malarstwo i teatr. Fundacja reaguje na każdą zgłaszaną potrzebę, pełni wiernie swoją misję, organizuje akcje, angażuje się.
I tak z dnia na dzień trzystuletnie domy, na drodze przetargu, rozpoczęły z Fundacją… drogę-pracę! Fundacja, której siłą jest rodzina, a tym samym trzy kobiety-artystki, jest świadoma, że zabiera się za bardzo trudną misję. Pragnie zbudować miejsce żywej kultury, które miałoby charakter kliniki dla artystów – tych wykluczonych, niedocenionych, niezauważonych; dla tych, którzy nie zostali jeszcze odkryci, i dla tych już niechcianych. Jest w tym wyzwaniu siła trzech kobiet, które postanowiły walczyć o miejsce, o przestrzeń, o przyszłość tak niezwykłej szansy. Wiemy, że same niczego nie dokonamy!, że ludzie muszą działać razem. Nie jesteśmy sami na świecie, budujemy piękne przestrzenie razem i chociaż brzmi to socjalistycznie, być może jest to jakaś droga.
Historia naszych ludzkich rodzin mówi nam, że nie chcemy syndromu odciętej ręki. Moja prababka, z domu Treffler, przed I wojną światową przybyła wraz z rodzicami jako Niemka w okolice Lwowa, gdzie jako kolonijna rodzina, otrzymali majątek oraz ziemię do uprawy. Tak to stali się obywatelami Polski. Mąż i ojciec rodziny objął służbę komendanta policji w Bóbrce. Kiedy jednak wybuchła wojna, nie podpisał listy Volksdeutschów i poszedł wraz z polskimi żołnierzami na front walczyć pod Monte Cassino. Babka została sama w majątku z trójką dzieci i jakby miała mało problemów, przygarnęła jeszcze trzech Żydów i ukrywała ich na strychu. Została wydana przez sąsiadów i tylko dlatego, że była Niemką, okupanci nie zabili jej, lecz wysłali do obozu koncentracyjnego na Śląsku. Po wojnie tylko kilka osób wiedziało, że babka jest Niemką. Najstarszy syn, który został pułkownikiem, zabronił jej komukolwiek mówić, że ma syna w Niemczech. Moja babcia pisała więc w tajemnicy listy po niemiecku do swojego syna, otrzymywane od niego paczki ukrywała przed sąsiadami, a sama nigdy nie przyznała się do swojego pochodzenia. Do końca swoich dni mieszkała w skromnym pokoiku, w domu najmłodszego syna. Dopiero po jej śmierci odkryłam jej tajemnicę.
Z tego powodu bez wahania postanowiłam nie zacierać śladów kultury niemieckiej w Chełmsku Śląskim. Jestem przekonana, że to, co wydarzyło się w przeszłości i tworzyło to miejsce, ubogaciło i wypełniło to nowe, które nadchodziło, nowe, czyli polskie. Widzę w tym miejscu ruch trzech kultur, polskiej, niemieckiej, ukraińskiej. Z chwilą, kiedy pozwolimy tym trzem wiatrom hulać po myślach, snach, drogach, marzeniach, śladach przeszłości, możemy przeżyć wiele cudownych doświadczeń. To miejsce jest prawdziwym rezerwuarem energii do życia!
Przejęliśmy trzy domy po tkaczach. Okazało się, że są w stanie uniemożliwiającym pracę twórczą i jakąkolwiek inną. Zdewastowane, zaniedbane przez różnych lokatorów, w końcu krzyknęły do nas: „Ratunku!” Fundacja przeznaczyła wszystkie prywatne środki na odnowienie dwóch pokoi w jednym z tych domów.
Bardzo dbam o to, by odtworzyć pierwotny charakter tych domów, zachować ich naturalność, nie ingerować w drewno i charakter architektury. Chcę doprowadzić je do stanu jak najmniej komercyjnego. Powoli udaje się przeprowadzić ten proces w pierwszym budynku. Efekty są niezwykle motywujące i podkreślają zbawienne dla istnienia tych domów działanie fundacji.
Docelowo chcemy odnowić trzy domy. Wiedziałam od początku, że jeden z nich poświęcę nobliście, Gerhartowi Hauptmannowi, twórcy dramatu Tkacze, który dobitnie rozumiał niedolę tytułowych tkaczy w owym trudnym dla nich czasie. Nie ma większego autorytetu literackiego w tych domach. Jeśli ktoś powie: „Dlaczego nie Polak? Czemu wracamy do Niemców? Budujmy swoją kulturę!”, takie stwierdzenie uznam za infantylne. Gdyby nie tkacze, Cystersi nigdy nie wybudowaliby tu takich domów. To właśnie śląscy tkacze swoją historią sprawili, że pisarz Hauptman się wybił. Tu, w tej kulturze i na tej ziemi.
Tuż za płotem, w Rudzie, mieszka nasza współczesna noblistka, wybitna Olga Tokarczuk. Czy to nie symboliczne? Zatem pierwszemu domowi patronuje Gerhart Hauptmann. To dom pisarza i dom aktora, dawna przestrzeń tkaczy wykluczonych. Niech stworzony przez nas nowy dom też będzie schronieniem, pomocą, kliniką dla artystów prowincjonalnych, niezauważonych, niedocenionych, odrzuconych, słabych, ale i tych, którzy potrafią jak zbuntowani tkacze odszukać w sobie siłę, wartość. Niech z tej kliniki wychodzą nobliści, siłacze sztuki!
Jako fundacja od teraz nie spoczniemy, dopóki nie zbudujemy w tym miejscu fabryki kultury. W projekt angażują się cudowni ludzie, co jest bardzo wzruszające. Chcemy stworzyć serię wydawniczą, którą już nazwaliśmy i zorganizowaliśmy proces jej ukazywania się. Pragniemy stworzyć miejsce pobytu dla pisarzy i chcemy, abyście to Wy zgłaszali nam potrzeby tych najskromniejszych, najcichszych, ale i zdolnych , którym potrzebna jest pomoc.
Stworzyliśmy Teatr Sudecki, który pozwoli nam pokazywać to, co odchodzi już w zapomnienie, co starsi pamiętają jeszcze gdzieś z przekazów, a co jest bogactwem tego miejsca. Niech więc Teatr Sudecki przejmie tę nader ważną misję, by tak jak słowo pisane, tak i mówione stało się częścią tej duchowej, niematerialnej wartości Sudetów.
Mam wizję tego miejsca jako domu szeptuchy, stojącego w starym sudeckim lesie, domu który posiada w sobie mądrość wielu pokoleń tych ziem… Niech dom pisarza i aktora – gromadzi mądrość pokoleń, serdeczność i ciepło gościnności; wiarę w to, co każdy nosi w sercu, przy równoczesnej tolerancji dla odmienności.
Jednak nie poradzimy sobie sami z wyremontowaniem tych domów. Są one w naprawdę złym stanie. Aby funkcjonowały w sposób, który pozwoli Was w nich ugościć, Kochani, potrzeba 500 tysięcy złotych.
Liczymy, że są na tym świecie osoby, które zapragną mieć w swoich dokonaniach – jako jeden z życiowych sukcesów – postawienie na nogi domu pisarza czy domu aktora, z kameralną sceną im. Gerharta Hauptmanna w Chełmsku Śląskim. Ożywmy go w miejscu, gdzie jego tkacze każdego dnia w urokliwych domkach tworzyli charakterystyczną dla tego regionu kulturę i tradycję, dając światu piękny, naturalny len; len, o którym można by opowiadać w nieskończoność. Będziemy darczyńców reklamować na całym świecie i na każdej planecie!
Tak mówiąc o tkaczach i lnie, nie sposób nie wspomnieć, że jest w Chełmsku Śląskim wiele wspaniałych osób, pięknych ludzi, którzy z pasją już od wielu lat tworzą historię. Pomóżcie nam odbudować trzy domki tkaczy, w których będzie miejsce dla literatów, aktorów, przewodników, historyków i malarzy. Znacie doskonale Kazimierz nad Wisłą. Niechaj pozostanie Kazimierzem. Ale wypromujmy też podobnie Chełmsko , niech też stanie się wyjątkowym i dostrzegalnym miejscem, o którym będzie się mówić z dumą i nostalgią; miejscem, gdzie artyści będą chcieli zamieszkać, budzić się rano, pić kawę w kawiarni na rogu; gdzie będą mogli zamówić miód i ser u pana Heńka, a wieczorem u noblisty będą dyskutować o tym, jak pomóc Wandzie, która ma takie a nie inne problemy. I niech przyjeżdża Warszawa, niech Poznań wykupuje mieszkania, razem z Sokołowskiem, Mieroszowem. Pokażemy światu, że nie trzeba jechać do Toskanii, by emocje drgnęły. Aż w końcu tak Chełmsko zalśni, że Boguszów-Gorce przestanie wyprzedawać mieszkania za bezcen i przyjmie wracających studentów, którzy po zdobyciu dyplomu nie wyjadą, lecz zostaną, aby tworzyć te niedopisane studnie, oceany niewiarygodności, magii Dolnego Śląska.
Jak Nowa Ruda ma swoje Góry Literatury, oczywiście Olgę cudną i Karola, i tylu pięknych wariatów, tak pomóżcie mojej fundacji, aby miała swoją klinikę. I podobnie jak w sztuce kręconej w Chełmsku Śląskim przez znanych aktorów, Krystynę Jandę i Jurka Stuhra, niech fundacja będzie taką panią, która przychodzi z ratunkiem dla uśpionego i smutnego terenu, dla którego nie ma lekarstwa – niech zabije miejscową dulszczyznę, stereotypy i lenistwo. Przyznajmy, że choćby z tego powodu warto!
Powiem na koniec tak: jak będą domki wyremontowane, to będzie dom pracy twórczej, to będą zlecenia dla potrzebujących artystów. Będzie galeria z ich dziełami, ba!, nawet kilka galerii. Będzie księgarnia, będzie teatr i wystawiane sztuki dla kameralnej widowni. Będą wystawy i warsztaty. Będą nagrywane filmy dokumentalne. Będą spotkania z ludźmi na miarę Nobla i w literaturze, i w miłości do świata. Będzie wydawnictwo i będzie wino. Będzie kawa i będzie piernik. Będzie loteria z wielką wygraną i pomoc dzięki tej loterii dla kogoś, kto stanie na nogi. I będziemy blisko z artystami ukraińskimi, szczególnie z tymi, którzy zostali tam – tam, gdzie zamienili pióro na karabin. I dla nich, i dla ich rodzin zawsze będzie u nas miejsce. A wszystko to będzie “megawartościowe”:)
I temu, kto teraz powiedział: „No, zobaczymy…”, odpowiadam jako prezeska tej fundacji: „No zobaczymy, zobaczymy!”:) Kochani! Odbudujcie z nami trzy domki. Będą służyć światu, zareklamują WAS, PODKREŚLĄ Waszą rolę w tym, co dzisiaj jest, a czego jutro może już nie być.
I jeszcze jedna ważna zasada – i fundacji, i domów Hauptmanna. Prosimy o to, aby szanować nasze zasady, bo my szanujemy Was takich, jakimi jesteście. Nie róbmy sobie tego, czym sami nie chcemy być dotknięci. Przyświeca nam dewiza: Kochaj i rób, co chcesz! W życiu i w świecie jest tyle stresu i bólu, nie wolno nam produkować kolejnych… Może komuś z Was jest po drodze z nami. Zapraszamy! W Chełmsku Śląskim jest jeszcze tyle pięknych, niezagospodarowanych uliczek😊
Oczywiście składamy projekty o dofinansowanie remontów, ale by nie stać w miejscu, kiedy brak odpowiedzi pozytywnych z miejsc obdzielających zabytki, podciągamy rękawy i szukamy pomocy sami!
***
Jeśli chcecie dokonać wpłaty:
Fundacja Fames Artis PL 64114020040000310283375932 Tytuł wpłaty: renowacja domków tkaczy w chelmsku slaskim
Macbeth bei den Salzburger Festspielen (und nicht nur)
In der Oberschule in Polen haben wir Shakespeares Drama Macbeth gelesen und dann auch Ausschnitte davon aufgeführt. Besonders gut erinnere ich mich an die drei Hexen, die ihren Text tanzend und singend vortrugen, denn eine von den dreien war ich. Diese Theateraufführungen liebte ich sehr; dadurch blieben mir auch viele Texte im Gedächtnis. Noch heute kann ich die Prophezeiungen der Hexen rezitieren.
Macbeths blutrünstiges Morden, die für mich schicksalhaft an den blutigen Händen von Macbeth und stärker noch an den Händen von Lady Macbeth hafteten, stellte, so schien mir, eine direkte Fortsetzung der griechischen Tragödien dar. Auch hier gab es einen Chor (eben den der Hexen), die die Ereignisse vorhersagten und kommentierten. Außerdem faszinierte mich die Person der Lady Macbeth, die eine viel wichtigere Rolle bei der Tragödie spielte als ihr Mann. Sie stiftete ihn zu den Morden an; irgendwann aber gerieten beide in den Sog der blutigen Ereignisse. Immerhin versuchte Macbeth sein Gewissen mit den Prophezeiungen der Hexen zu beruhigen, irrtümlich legte er sie immer wieder zu seinen Gunsten aus. Die Rolle der Magie, des Schicksals im Leben des Einzelnen strahlt aus diesem dunklen Drama. Shakespeare hatte und hat immer wieder Anschluss an die Gegenwart gefunden, seine literarischen Aussagen sind heute immer noch ganz aktuell.
Vor ein paar Tagen sah ich bei ARTE die Aufführung der Oper Macbeth von Giuseppe Verdi bei den Salzburger Festspielen. Wahrscheinlich habe ich die Produktion so aufmerksam verfolgt, weil sie von dem polnischen Regisseur K. Warlikowski, in der Choreographie seiner Frau Małgosia Szczęśniak, stammt. Warlikowski hebt den Gegenwartsbezug der Oper hervor, lässt den Größenwahn und die Zerstörungswut triumphieren. Das wunderbare Bühnenbild – mit einer langen Bank in einem Warteraum – erinnert mich etwas an die Gemälde von Edward Hopper; im Hintergrund kompliziert konstruierte Auf- und Übergänge, mit einem fahrbaren Kasten, in dem der Chor der blinden Hexen sitzt und steht. In gewisser Weise zu Warlikowskis festem Repertoire gehört auch die Kinderschar, ebenso das Psychologisierende der Inszenierung: dass Lady Macbeth keine Kinder gebären kann und aus diesem Grund zu einer machtgierigen, rücksichtslosen Person wird, wird sehr nachvollziehbar; eine lange Szene, auf einem riesigen Bildschirm eingespielt, zeigt die verzweifelte Lady Macbeth bei einer gynäkologischen Untersuchung – für mich eher wie ein Theaterstück als wie eine Oper wirkend.
Die wunderschönen Kostüme der Frauen aus ungefähr den 1930er Jahren und die konventionellen Anzüge der Männer, entworfen von M. Szczesniak, lassen das Mittelalterliche bei Shakespeare gänzlich verschwinden. Bei einer Szene, in der eine der Damen, Teilnehmerin an dem Fest zur Krönung Macbeths, den Kindern einen Gifttrunk verabreicht und sie damit umbringt, denkt man unwillkürlich an Magda Goebbels und ihren Mord an den eigenen Kindern und ihren Selbstmord. Allgemein zitiert Warlikowski ausgiebig Bilder aus Filmen oder anderen Genres.
Die Kinder in der Warlikowski-Inszenierung sind wehrlos, sie unterliegen ihrem Schicksal, sie werden sogar wie eine Speise auf einem Silbertablett serviert; sind sie aber nicht die heimlichen Helden des Spektakels?
Überzeugend fand ich die Sängerin Asmik Grigorian, vielleicht vor allem als Schauspielerin, bestimmt als eine schöne Frau, weniger als Opernsängerin. Im Vergleich zu ihr gerät Vladislav Sulimsky, der Macbeth im grauen Anzug, wohl etwas in den Hintergrund. Überhaupt gibt es keine klassisch opernhaften Stehbilder, in denen die Arien vorgesungen werden, die Darsteller bleiben ständig in Bewegung; auch das Gehäuse für den Chor wird rein- und rausgeschoben, eine riesige Neonröhrensonne leuchtete aber allem. Am Ende gab es standing ovations – zu Recht; die Bilder werden bleiben; an der Musik können wir uns auch anderweitig erfreuen.
Nebenbei habe ich etwas über Giuseppe Verdi erfahren: Macbeth ist die zehnte von seinen 26 Opern. Er hat den Text gekürzt und die Rolle der Lady Macbeth stark ausgebaut; damit hat er den Frauen einen Dienst erwiesen.