Wiersze z brodą i bez (27)

Jakob van Hoddis 
(16.05.1887,  Berlin – am 30.05.1942 von den Nazis deportiert; genaues Platz und Todesdatum unbekannt)

Weltende

Dem Bürger fliegt vom spitzen Kopf der Hut,
In allen Lüften hallt es wie Geschrei,
Dachdecker stürzen ab und gehen entzwei
Und an den Küsten – liest man – steigt die Flut.

Der Sturm ist da, die wilden Meere hupfen
An Land, um dicke Dämme zu zerdrücken.
Die meisten Menschen haben einen Schnupfen.
Die Eisenbahnen fallen von den Brücken.

Else Lasker – Schüler
(11.02.1869, Elberfeld – 22.01.1945, Jerusalem)

Weltende

Es ist ein Weinen in der Welt,
Als ob der liebe Gott gestorben wär,
Und der bleierne Schatten, der niederfällt,
Lastet grabesschwer.

Komm, wir wollen uns näher verbergen…
Das Leben liegt in aller Herzen
Wie in Särgen.

Du! wir wollen uns tief küssen –
Es pocht eine Sehnsucht an die Welt,
An der wir sterben müssen.

schut down (5)

Intro:

5 X

mein name ist in wasser geschrieben
umfasst von wellen
unvergänglich wie schaum deren kronen

mein name wird von wind gepfiffen
spaziert mit den wolken
und fällt mit den regen herunter

 in wasser geschrieben wird mein name
——————————————————————

1985

…wracam z targów (fr/m) obładowany książkami do b.,
po drodze podrzucam  redakcji moje teksty (kilka wywiadów z węgi
erskimi autorami, reportaż, felieton, trzy 
rolki
ze zdjęciami) i parę książek, potem walę się do łóżka
i śpię 24 godziny;
po prysznicu dzwonię do pani małgosi i pytam jak tam moje teksty
– wszystkim się podobają, a naczelny zabrał je nawet do domu.
no, trochę mnie  zdziwilo to “do domu”, ale nic, robię sobie parę dni wakacji i czekam na numer;
po tygodniu mam go w ręce, otwieram i znajduję jedną szóstą reportażu i jedno zdjęcie  (stoisko naszej redakcj
i na targach z leszkiem sz. i edwardem na pierwszym tle);
lekko oszołomiony
(liczyłem, że odrobinę zarobię, a płacono od znaku; za zdjęcie dostawało się najwięcej) staram się złapać edwarda, ale oczywiście trwa to wieczność
i kiedy go wreszcie po dwóch tygodniach
(nastepny numer magazynu był już w druku) 
dopadam – on zezuje strapiony…
– dlaczego nie puściłeś moich zdjęć i tekstów? – pytam
patrzy na sufit, patrzy na ziemię, patrzy na mnie
– nie mogę, bo, hm, wiesz, to faszyści…
– bo walczyli pod stalingradem, a potem przeżyli gulag?
– tak.
– ale oni nie mieli z szalasim i jego strzało-krzyżowcami nic  wspólnego; to byli normalni, zawodowi żołnierze
I armii węgierskiej…
patrzy w bok, patrzy w górę i milczy;
milczymy obaj;

——————————————————————————–

johanssen

1,

seine größte stunde kam an einen samstag
punkt zwanzig uhr übertrug das fernsehen der ddr
ein kessel buntes aus dem friedrichstadtpalast
und er kniete auf der mitte der bühne
vor der mirelle mathieu

in seiner ückermarkischen geburtsstadt saß in diesem moment
vor jetwedem empfänger
fast jeder

nur ein zum fernsehverbot verdonnerter arrestierter 

auf der dortigen volkspolizeiwachesowie das notaufnahmekollektiv des krankenhauses
das brav auf kommando
– aber fluchend –
die zentrale und das schwarzweiss gerät
– wo gerade die grosse weite welt
in der vertretung der wunderbarsten beine des mikrokosmos
zu schwingen begann –
verlassen musste
(weil irgendein idiot einen unfall gebaut hat)
konnten es nicht
nein
hautnah erfahren:
dass johannsen

es geschafft hat!

ja
er steppte in dieser stunde um sein leben
und warf seine tanzpartnerin fünf centimeter höher als gewöhnlich
und kaschierte einen schrittfehler von katja ebstein mit einem grandiosen spagat
(gleichzeitig sein hut so werfend, dass er in seine hand zurückkam…)
er spielte einfach hinreißend
bis seine mutter vor der mattscheibe zu weinen begann

was konnte ein stockschwuler von märkischer heide
damals
in dem land der arbeiter und bauern
mehr erreichen?

dazu:
eigene wohnung in der hauptstadt

mal tournee durch feindliches ausland (brd)schuhe von salamander
oder amerikanische jeans
vielleicht morgen eine datscha in der ruppiner schweiz
beziehungsweise an der usedomer riviera

doch es kam anders
2,

ein vierteljahrhundert später
lag seine verkohle leiche am bett
er wurde erdrosselt
die wohnung ausgeraubt und dann angezündet
von einem mann den er zu lieben glaubte

3,

als ich ihn zum ersten mal traf
war er schon unten
arbeitete als raumpfleger in einer sklavenfirma
und putzte vor meiner tür
my fair lady pfeifend
ständig auf der suche nach der entschwundener jugend
wie ein ton auf der sternleiter

der unermüdlichen begierde

allem zum trotz

Nieznośny wiatr w mym sercu

Teresa Rudolf

***

Obraz pontonów,
łodzi zepsutych,
i niby-statków
na morzach.

Obraz tylu zwłok;
kobiet, mężczyzn
też i małych dzieci
w objęciach śmierci.

Oni już nie walczą,
niczego nie chcą,
nie mają pragnienia
nie są  już głodni.

Unoszą się 
na wodach,
z taką wielką
wyniosłością;

przegrali
z żywiołem.
ale nie ze sobą,
nie ze swą odwagą.

(umrzeć musi każdy)

A świat patrzy 
z niejakim niesmakiem;
co z nimi robić, 
co robić z taką “plagą”

…na morzach
i oceanach…

***

A ty co wiesz o nich?
Ty, człowieku stąd,
przed czym uciekają?

Co potrafią, a ty nie?
co czują tańcząc,
co jest w ich głosach?

Jak malują,
co piszą,
kim są? 

Uciekają…

…bo głód? 
pożar ciągły 
z nieba
polityka?

Ty wiesz, 
że tam 
żyć już

nie można,
ale musisz 
się bronić?

Bo mogliby
nam zabrać,
wszystko?

Zanim i tak
przyjdzie,
to, co u nich?

Pożar ciągły  
z nieba
polityka,
głód?

***

Co pomoże
już Światu,
bez krzywdy
dla nikogo?

…może
modlitwa
do Sztucznej
Inteligencji…

bo już nie
do ludzkich,
zabłąkanych 
głów i serc…

…zatrutych
lękiem.

Tak chciałabym

Teresa Rudolf

Bajeczka

A ja tak huśtam się,
sprytnie uwieszona 
na balonie słońca,
dziś wieczorem.

Unoszę
się nad 
wodami
…jezior,
rzek…

I robię
sobie
zdjęcie
odbicia
mego,

mnie,

tej “z kiedyś”,
bezbolesnej,
beztroskiej,
radosnej,
ufającej…

I zniknę wraz
ze słońcem;
ono w wodzie
jezior i rzek,
a ja, znów…

…w dojrzałości.

Kawiarenki 

Siadam, w tej 
kawiarence 
porankiem,
a w tej myślę
wieczorem.

W tej oglądam
niebieskie niebo
jeszcze ciągle ciche,
a słońce już w złocie.

A w tej granat nocy,
próbuję już oddalić
co wokół za dnia;
tyle absurdu
i cierpienia.

Poranek, wieczór;
spokojne
ramy mego dnia,

…to chciałabym,
tak chciałabym,
jak w filmie…

Wegetarianie

Wegetarianin to indiańskie określenie łowcy nieudacznika.

*

Roger McGough (ur. 1937)

Wegetarianie

Wegetarianie to okrutni i bezmyślni ludzie.
Każdy wie, że marchewka krzyczy na tarce,
że rozrywana palcami brzoskwinia krwawi.
Wierzysz, że pomarańcza nie czuje
kciuków, które się w niej zanurzają?
że pomidory rozlewają swe mózgi bezboleśnie?
A kartofle, żywcem obierane ze skóry i gotowane,
te homary podziemnego królestwa?
Nie opowiadaj, że nie boli,
gdy odrywa się groch od strączka,
obłupia brukselkę,
szatkuje kapustę i ćwiartuje cebulę.

Odrzuć chochlę.
Odstaw motykę.
Nie koś,
wyzwól moje plemię!

znalezione na Facebooku bez podania autora tłumaczenia i tak też tu umieściłam; po czym nie zrozumiałam komentarzy – PRZEPRASZAM
spolszczył Tibor Jagielski!


Z Twittera: A rare photo of baby carrot clinging to their mommy before being eaten by a vegan. Stop this cruelty now! / Rzadkie zdjęcie dziecka marchewki, przytulonego do mamy, zanim zostanie zjedzone przez weganina. Skończmy z tym okrucieństwem.

Wiem

Teresa Rudolf

Mgnienie oka

Tu słowo,
tam spojrzenie,
tu melodia;
mgnienie oka,
a nagle jakby
świat cały…

taki czysty,
bez kontroli,
bez  gierek,

przelot 
pszczoły?
czy ważki?
może ptaka?

czasem wiesz,
czasem nie wiesz…

Chaos uczuć,
chaos myśli,
chaos, chaos…

Tu słowo,
tu spojrzenie,
i nagle spokój;

była to pszczoła?
a może to ważka?
czy też może ptak?

Co mogę ci powiedzieć…

Powiedziałaś mi, 
“kiedy teraz 
ze świata odszedł, 
tak bardzo,
tak bardzo tęsknię”…

Co mogłam ci powiedzieć?

A Ty wciąż mówiłeś:
“tak bardzo 
się boję, że choroba
mi ją zabierze”

I zabrała, zabrała…

Co mogłam Ci powiedzieć?

A Ty ostatnio mówiłeś
“już nie mogę
z nią dłużej wytrzymać,
tak wykańcza”,
odszedłeś w pół słowa…

Co mogłam Wam powiedzieć?

mówiłam, bo powinnam,
bo widziałam, słyszałam,
wiedziałam, cierpiałam,

bo przyjaźń nie zawsze
ma prawo  milczeć…
Mimo bezsilnej bezsilności…

Mówiłam wam wszystkim, 
że jestem, że jestem,

że tak mało mogę,
ale wciąż jestem,
nie zostawię.

Cóż mogę nam powiedzieć?

Że, że, że…
Los człowieka…
jest jakby skórą…

I jak ona
leży tak dokładnie,

tylko na Tobie
tylko na nim,
na mnie,
na nas…

…a to wszyscy
już wiemy….

tod im tegel / reblog

XXV SEPTEMBER

für hannelore

zuletzt schleppte sich eitelberg auf das dach und sprang in die tiefe
er lebte im siebten stock und unter seiner loggia wuchsen die zwergkiefern
er wollte auf numer sicher gehen,
darum erklomm er
mit letzter kraft die sechs etagen und stürzte sich
vom dreizehnten stock
auf die betonplatten; genau dort wo siebenhundert bewohner des hauses tagein tagaus
vorbeigehen; einen monat lang trat aus den poren des steines sein blut heraus
und färbte rostrot das grau, zwei handflächen gross.
neunundvierzig tage wollte ich an ihn denken.
manchmal legte ich eine wildrose, zog die mütze ab und blieb eine minute stehen,
doch meistens blieb es nur beim rose werfen und mütze ziehen
(szybciej, franek, szybciej);
einmal wachte ich in der nacht auf, genau um die zeit als er sprang,
und fragte mich: warum?
(ich suchte dann die brahmsplatte aus, weil bei ihm die träne, die von dem auge fällt
das herz erleichtert);
ein paar mal sprach ich für ihn das vaterunser 
(so wie ich es die ganze kindheit und jugend tat, wenn jemand starb);
manchmal meditierte ich am seeufer oder dachte an ihn beim schwimmen;
doch es gab auch tage wo ich eitelberg komplett vergaß;
es ging schnell – so reisst sich leben von dem tode weg und versucht zu fliehen.
es ging schnell: zuerst verschwand die leiche, dann die polizei, die gaffer und die reporter;
reinigungsarbeiter schütteten den sand und kamen drei tage hintereinander mit den besen;
keiner legte einen blumenstrauss oder zündete eine kerze – tschüss, erledigt;
– eeyyy!!! läßt es liegen…- rief ich einmal so laut wie ich konnte,
als irgendwelche idioten meine blume zertraten 
(sie wurden plötzlich zehn zentimeter kleiner und bogen im rudel brav um die ecke), es war mitternacht und
später, viel später, 
kurz vor dem sonnenaufgang,
flog das reiherpaar mit dem jungen am rostroten himmel vorbei und dahin.
am siebenunddreißigsten tag fing es zu regnen an; 
die wolken kamen aus dem westen
und brachten näße drei tage lang; 
dann fuhr ich weg auf die insel gepeitscht vom wind
und von zweifel; doch die ließen bald nach, als ich die wellen umarmte, sanddorn pflückte und schnitt ab den
flundern die köpfe; es wurde stiller und stiller; bis die feuerquallen an den strand kamen und tanzten im seichten
gewässer; 
sie waren rostrot;
doch ich ging am fünfzigsten tag
mit undine
in das blau
an ihnen vorbei.

2009

Letnie wymyślanki

Teresa Rudolf

Radość wielka psa

Wichura 
trzepocąca
wszystkimi 
włosami 
sierści na raz,
i każdym też
z osobna…

Mowa
tańczącego
ogona,
śpiewa miłosne,
przeradosne 
songi o szczęściu
i wierności.

Błysk oczu
topi prawie
ludzkie serce,
opowiada historię
cierpienia z tęsknoty,
lęku bycia opuszczonym, 
wszystkiego, co psu ważne.

Pan, “bóg”
każdego psa,
znakomicie wie,
jak zrobić mu piekło 
lub niebo na tej ziemi,
a czasem w swej “manii”
jest i diabelskim potworem…

Na kogo wypadnie

Powodzie i susze,
śniegi i deszcze,
huragany, wiaterki.

Obżarstwo i głód,
dostatek i nędza,
zdrowie i choroba.

Sukces i porażka,
miłość i zdrada,
mądrość i głupota.

Tyle przeciwieństw,
i nie wiadomo nic,
bo co komu pisane…

… temu… bęc.

Reblog & Republik

Danke Christine fürs Finden!
Uljana Wolf war Mal vor Jahren eine junge Dichterin bei den Übersetzern Workshops von WIR e.V.
Schon damals war sie eine sehr originelle Erscheinung

REPUBLIK
 
Guten Tag Das haben wir heute für Sie:·       

Buchstaben­salat: Wenn wir Fehler in Texten bewusst einsetzen,
entsteht etwas Neues. In ihrem Essay propagiert die Lyrikerin
Uljana Wolf den Verschreiber als Chance, unsere Gewohnheiten
zu verändern·       

Am Gericht: Statt einen Klienten zu vertreten, sitzt eine
Rechtsanwältin selbst auf der Anklagebank.
Hat sie die Straf­verfolgung behindert?

Mnacamhl snid Bcuhstbean­vredrheer ein dmumes
Msisghcseick. Machnaml snid sie (wie – zuggeeebn 
– hier) sninbfeirete Speilerei. Dcoh machnmal erscahfefn
sloche Vertschauereien nuee Sinn­zusmmaenhnäge, ja
beinhae Poseie. Durch Verhörer, Verschreiber,
Buchstaben­verdreher oder falsche Übersetzungen kann
etwas Neues entstehen: eine Sprache
in der Sprache, poetischer Eigensinn.
Indem wir Fehler zulassen, ändern
wir die Regeln des Spiels.
·       
Wenn Autorinnen mit bewusst eingesetzten
Verhörern, Verschreibern oder falschen
Übersetzungen arbeiten,
passiert etwas mit den Texten.
Als würde man die Worte unscharf
sehen in Bezug auf ihre gesicherte Bedeutung,
aber überscharf in Bezug auf ihre Buchstaben,
ihre Beschaffenheit. Im Zulassen solcher
Verschreiber liegt ein wichtiger Aspekt,
möglicherweise sogar die politische Dimension
des Fehler­lesens, schreibt die deutsche Lyrikerin
und Übersetzerin Uljana Wolf in ihrem Essay.
·       
Für die Anwältin, die sich vor dem Richter
verantworten muss, steht viel auf dem Spiel.
Wird sie verurteilt, droht ihr ein – zumindest
befristetes – Berufsverbot. Der
Vorwurf der Staats­anwaltschaft:
Sie habe sich der versuchten
Begünstigung ihres Klienten strafbar gemacht,
indem sie es den Ermittlungs­behörden erschwert
habe, belastbares Material gegen den
Verdächtigten zu sammeln. Tatsächlich sind
Straf­verteidiger aber verpflichtet, die Interessen ihrer
Klienten zu wahren. Hat die Angeklagte die Grenze
des rechtlich Zulässigen überschritten?

Wir wünschen Ihnen einen schönen Tag. Bis morgen.
Ihre Crew der Republikwww.republik.ch      
 
Essay: Wer Schatten hat, muss für die Spots nicht sorgen
Am Gericht: Eine Verteidigerin als Angeklagte
REPUBLIK
Republik AG
Sihlhallenstrasse 1
8004 Zürich
Im Web lesen