W mieszkaniach u artystów

Karolina Kot-Simon

Paryskie atelier Tamary Łempickiej jako emblematyczny przykład francuskiego modernizmu.

Malarstwo Tamary Łempickiej doczekało się w Lublinie dużej wystawy, która wzbudziła spore zainteresowanie zwiedzających, co było sporym zaskoczeniem, zważywszy na fakt, że twórczość tej artystki była w Polsce mało znana. Wystawa stała się okazją do wypełnienia tej luki oraz do przypomnienia barwnego życia oraz błyskotliwej kariery malarki, która największe sukcesy odnosiła w przedwojennym Paryżu. Łempicką już dawno temu okrzyknięto „królową Art déco” i również w Polsce jest w ten sposób postrzegana. Ta etykietka stanowi jednak spore uproszczenie, nie ulega bowiem wątpliwości, że jej estetyczne poszukiwania pozwalały na swobodne poruszanie się pośród odmiennych – a nawet antagonistycznych – tendencji. Obrazy Tamary Łempickiej z charakterystycznymi opływowymi liniami, metaliczną kolorystyką czy skłonnością do luksusu bezsprzecznie nawiązywały do „Arts décoratifs”, chociaż ten styl objawił się bardziej w architekturze i rzemiośle niż w malarstwie. Nie sposób jednak nie zauważyć, że w pewnym momencie zbliżyła się ona do grona artystów świadomie zrywających z tą konwencją.

Wszystko zaczęło się w 1929 roku kiedy Łempicka kupiła mieszkanie-pracownię przy ulicy Méchain, w nowej kamienicy wybudowanej według projektu Roberta Mallet-Stevensa. Ten wizjonerski architekt – pionier francuskiego modernizmu – był już wtedy twórcą kilku ateliers d’artiste dla paryskiej bohemy. Największą sławę przyniosła mu jednak kubistyczna willa w Heyres, własność nietuzinkowej pary arystokratów de Noailles, którzy w przedwojennej Francji sprawowali mecenat nad awangardowymi ruchami artystycznymi. Przed przeprowadzką na ulicę Méchain, Tamara Łempicka mieszkała w eleganckiej, mieszczańskiej szesnastej dzielnicy. Jej ówczesne mieszkanie – w stylu późnego Haussemanna – posiadało (co dokumentują fotografie Lartigue’a,) wszelkie cechy dziewiętnastowiecznej estetyki: amfiladę, stiuki, boazerie i marmurowe kominki. Z perspektywy czasu przeprowadzka artystki do nowego atelier w budynku Mallet-Stevensa jawi się zatem jako świadomy akt twórczy. Wpisując się w nurt modernizmu Łempicka symbolicznie rozpoczynała nową erę. Wybór miejsca nie był kwestią przypadku. Za spiritus movens całego przedsięwzięcia możemy uznać siostrę Tamary Adriannę Górską-de Montaut, jedną z pierwszych kobiet architektów we Francji. W 1929 roku wstąpiła ona do nowo założonego Związku Artystów Współczesnych (UAM). Powstanie tego stowarzyszenia była ostrą reakcją na estetykę Art déco, którą twórcy awangardowi, z Mallet-Stevensem na czele, uważali za nazbyt konserwatywną, luksusową i nie potrafiącą sprostać wymogom współczesności. Awangardowe credo UAM głosiło syntezę sztuki i rzemiosła, a jego wyznawcy przedkładali funkcjonalność nad aspekt dekoracyjny. Zaczęto promować formy uproszczone i stosować nowatorskie materiały, wyraźnie nawiązując do niemieckiego Bauhausu czy holenderskiego De Stijl.

Nad projektem budynku przy ulicy Méchain pracował kolektyw artystów i rzemieślników podzielających awangardową koncepcję dzieła globalnego. Budynek został zbudowany na planie litery L i składał się z dwóch skrzydeł o różnej wysokości połączonych centralną wieżą z klatką schodową. Charakterystycznymi elementami były duże, narożne okna, tarasy na dachu i gładkie, białe fasady poprzecinane przeszklonymi wykuszami. Wnęki, parapety i balustrady nadawały lekkości kubistycznej formie. Wewnątrz znajdowało się 12 mieszkań i dwie dwupoziomowe pracownie malarskie. Klatkę schodową oświetlał wertykalny witraż skonstruowany z przemysłowego szkła – dzieło z pracowni Louisa Barilleta – kręte schody zdobiła mozaika z czarnych kafelków a stopnie były wyłożone dywanem w geometryczne wzory projektu Mallet-Stevensa. Jean Prouvé zaprojektował przeszklone drzwi wejściowe z kutego żelaza a André Salomon opracował nowatorski system oświetlenia. Wszystkie elementy drewniane były wykonane z modnego wówczas mahoniu.
Wystrój wnętrza był logiczną kontynuacją architektonicznej koncepcji i stylu Mallet-Stevensa . Atelier o powierzchni 152 m2 składało się z dwóch poziomów. W czasach Łempickiej na dole znajdowała się wysoka na 6 metrów pracownia, sypialnia-gabinet i dwie łazienki. Na antresoli umieszczono palarnię-bibliotekę, dwie dodatkowe sypialnie, kuchnię oraz dwie kabiny prysznicowe. Mieszkanie posiadało również służbówkę i tarasy o powierzchni 16 i 22 metrów. Ogromne okno pracowni zdobiły geometryczne witraże. Charakterystycznymi elementami wyposażenia były kolumny i piedestały do eksponowania dzieł sztuki, wysokie lustra i specjalnie kinkiety, które grą świateł podkreślały teatralne efekty. Adrianna Górska była autorką drzwi ze szkła i chromowanych tub, metalowego wieszaka na okrycia oraz balustrady schodów wiodących na antresolę. Dziełem Górskiej były również meble z polskiego orzecha w palarni-bibliotece, bar, stołki oraz fotele o brązowej tapicerce z tkanymi na biało inicjałami Łempickiej (zachowały się do naszych czasów i kilka lat temu zostały sprzedane na aukcji). Jednakże modernistyczny styl i charakter nadawały wnętrzu materiały takie jak szkło, nikiel i chrom, co było wyraźnym odwrotem od szlachetnego drewna wysmakowanych mebli Art déco. Niektóre projekty Górskiej były rezultatem tych nowatorskich rozwiązań np. fotel w pracowni wykonany z chromowanego metalu oraz krzesła w błękitnej sypialni. Artykuł autorstwa Georgesa Remona opublikowany w 1931 roku w piśmie Mobilier et Décoration szczegółowo opisał styl mieszkania Łempickiej a liczne (niestety czarno-białe) zdjęcia Gravota dowodzą, że przy meblowaniu i dekorowaniu, poza wspomnianą już Górską, zwrócono się do innych awangardowych twórców tamtych czasów. W wielofunkcyjnej pracowni malarskiej, gdzie urządzono również jadalnię, stał stół i metalowe krzesła „Sandows” autorstwa René Herbsta oraz duża lampa podłogowa (model nr 15) z atelier – powracającego obecnie do mody – Jeana Perzela. W części służącej za buduar stał szklany, okrągły stoliki projektu Djo-Bourjois oraz postumentem z pracowni D.I.M (sygnatura René Jouberta i Philippe’a Petita) naśladujący linie kaloryfera. Na oświetlonej kolumnie królowało dzieło braci Martelów, konstrukcja z cynku będąca repliką ich Lwa z Belfortu. Mieszkanie zdobiły również parawany oraz dzieła innych artystów, w tym rzeźba z brązu Chany Orloff. Na toaletce w sypialni Łempicka eksponowała dekoracyjne przybory toaletowe ze srebra, laki i szylkretu, wyrób modnej pracowni złotniczej Têtard Frères.

Artykuł Remona podkreślał, że pomiędzy artystką a jej atelier nastąpiła swoista symbioza. Sztuka Łempickiej niewątpliwie ucieleśniała ducha epoki a awangardowy wystrój mieszkania, ascetyczna elegancja i modernistyczne wizjonerstwo podkreślały przynależność do nowej estetyki. Mimo, że – śladem innych artystek swojego pokolenia –Łempicka wystawiała prace w salonie FAM (Société des Femmes Artistes Modernes), jej własna pracownia była przestrzenią, w której inscenizowała swoją sztukę i swoje życie prywatne. Atelier stało się od początku miejscem modnym, inspirując ówczesną prasę a nawet kino. Po reportażu w Mobilier et Décoration, w grudniu 1932 roku czasopismo Notre temps poświęciło Łempickiej obszerny artykuł, opisując wystawne przyjęcia urządzane przez malarkę dla paryskiej „cafe society”, artystów, bogatych klientów a nawet kobiet z półświatka. Mieszkanie przy ulicu Méchain porównywano do platynowej fryzury o opływowych liniach, co było odwołaniem do postaci z jej portretów oraz do stylistyki hollywoodzkiego filmu. Łempicka już wtedy rozumiała siłę oddziaływania reklamy i korzystała z niej przy konstruowaniu wizerunku piewczyni nowoczesności. Na początku lat trzydziestych ukazała się w dwóch kronikach filmowych wytwórni Pathé. W krótkej impresji pod tytułem Un bel atelier moderne pracowała przy sztalugach, pozując na tle awangardowego wnętrza pracowni.

Jakie były dalsze losy atelier Tamary Łempickiej? Modernistyczna wizja wnętrza zaprojektowana przez artystów UAM odeszła razem ze swoją epoką, podobnie jak na dekady przygasła sława samej artystki. Przed wybuchem II wojny światowej Łempicka wyemigrowała do Stanów Zjednoczonych, ale od lat pięćdziesiątych sporadycznie odwiedzała paryską pracownię. Wystrój uległ jednak radykalnemu przeobrażeniu. W 1956 roku artykuł w ilustrowanym piśmie Art et Décoration nazwał mieszkanie „eklektycznym”, co wskazywało na zmianę stylu. Na gładkich, niegdyś surowych ścianach, pojawiły się weneckie stiuki, a chrom, nikiel i szkło awangardowych mebli zastąpiły rokokowe stoły, intarsjowane sekretarzyki i fotele z czasów Drugiego Cesarstwa. Na miejscu konstrukcji z cynku braci Martelów stanęły rzeźby sakralne. Owa zmiana decorum odzwierciedlała ewolucję gustów i zainteresowań artystki oraz przemijanie mód i tendencji w sztuce użytkowej. Obecnie jesteśmy świadkami wielkiego powrotu do funkcjonalnego modernizmu i przedwojenne atelier Tamary Łempickiej – dzieło najświetniejszych przedstawicieli tego stylu – ponownie inspiruje. Niestety, jako własność prywatna nie jest udostępniane do zwiedzania. Pozostały zdjęcia…

Bibliografia:

1. Georges Remon „Architecture moderne: l’Atelier de Mme de Lempicka” w: Mobilier & Décoration, styczeń 1931, str. 1-9, 15 fotografie Gravota

2. Gioia Mori, Tamara de Lempicka La Reine de l’Art déco, Skira 2013,autorka cytuje artykuł Darnetala w: Notre Temps, grudzień 1932

3. Boris J. Lacroix, „Tamara de Lempicka ou la femme installée par le peintre” w: Art et Décoration, grudzień 1956.

4. Louise Campbell, “Un Bel Atelier moderne”: the Montparnasse artist at home” w: Desgning the French interior: the modern home and mass media, wyd. A. Lasc, G. Downey and M. Taylor, London: Bloomsbury Academic, 2015, str. 17

5. Axelle Corty „Tamara de Lempicka, une pionnière du star system” w: Connaissance des Art, 16.05. 2020.

6. Film, Un bel atelier moderne, Pathé studio, 1932 r, 1’30

Widok na pracownię z antresoli, wygląd współczesny

Rozsuwany witraż dzielący pracownię

Bar – wygląd współczesny

Klatka schodowa z dywanem projektu Mallet-Stevensa

Pracownia- Postument projektu DIM z rzeźbą braci Martelów, szklany stolik Djo-Bourjois, na ścianie charakterystyczne wykusze okienne, lata 30. XX w.

Biblioteka- fotele projektu Adrienne Górskiej z monogramem Łempickiej

Pracownia – widok na schody i antresolę, na sztalugach jeden z portretów malowanych przez artystkę, na pierwszym planie stół i krzesła z chromowanej stali projektu Herbsta

tod im tegel / reblog

XXV SEPTEMBER

für hannelore

zuletzt schleppte sich eitelberg auf das dach und sprang in die tiefe
er lebte im siebten stock und unter seiner loggia wuchsen die zwergkiefern
er wollte auf numer sicher gehen,
darum erklomm er
mit letzter kraft die sechs etagen und stürzte sich
vom dreizehnten stock
auf die betonplatten; genau dort wo siebenhundert bewohner des hauses tagein tagaus
vorbeigehen; einen monat lang trat aus den poren des steines sein blut heraus
und färbte rostrot das grau, zwei handflächen gross.
neunundvierzig tage wollte ich an ihn denken.
manchmal legte ich eine wildrose, zog die mütze ab und blieb eine minute stehen,
doch meistens blieb es nur beim rose werfen und mütze ziehen
(szybciej, franek, szybciej);
einmal wachte ich in der nacht auf, genau um die zeit als er sprang,
und fragte mich: warum?
(ich suchte dann die brahmsplatte aus, weil bei ihm die träne, die von dem auge fällt
das herz erleichtert);
ein paar mal sprach ich für ihn das vaterunser 
(so wie ich es die ganze kindheit und jugend tat, wenn jemand starb);
manchmal meditierte ich am seeufer oder dachte an ihn beim schwimmen;
doch es gab auch tage wo ich eitelberg komplett vergaß;
es ging schnell – so reisst sich leben von dem tode weg und versucht zu fliehen.
es ging schnell: zuerst verschwand die leiche, dann die polizei, die gaffer und die reporter;
reinigungsarbeiter schütteten den sand und kamen drei tage hintereinander mit den besen;
keiner legte einen blumenstrauss oder zündete eine kerze – tschüss, erledigt;
– eeyyy!!! läßt es liegen…- rief ich einmal so laut wie ich konnte,
als irgendwelche idioten meine blume zertraten 
(sie wurden plötzlich zehn zentimeter kleiner und bogen im rudel brav um die ecke), es war mitternacht und
später, viel später, 
kurz vor dem sonnenaufgang,
flog das reiherpaar mit dem jungen am rostroten himmel vorbei und dahin.
am siebenunddreißigsten tag fing es zu regnen an; 
die wolken kamen aus dem westen
und brachten näße drei tage lang; 
dann fuhr ich weg auf die insel gepeitscht vom wind
und von zweifel; doch die ließen bald nach, als ich die wellen umarmte, sanddorn pflückte und schnitt ab den
flundern die köpfe; es wurde stiller und stiller; bis die feuerquallen an den strand kamen und tanzten im seichten
gewässer; 
sie waren rostrot;
doch ich ging am fünfzigsten tag
mit undine
in das blau
an ihnen vorbei.

2009

Reblog: Cały ten róż – bardzo krótka historia

Grażyna Bastek

Foto: Ela Kargol

Współczesna kultura ma kłopot z różowym. Gardzą nim „prawdziwi mężczyźni” (ale już nie gwiazdy rocka i James Bond, o czym poniżej), a uwielbiają przedstawiciele wszelkich łamiących tabu i zastane porządki kontrkultur. To słodki kolor Barbie, kusząca barwa prostytutek, kiczowatych sukienek (chociaż nie zawsze), a zarazem walczących o swoje prawa kobiet. Jest wykorzystywany w tak wielu rolach, jak wiele jest jego odcieni.

Continue reading “Reblog: Cały ten róż – bardzo krótka historia”

Travelling and speaking languages


Alma Karlin’s
travelling book, The odyssey of a lonely woman, was edited in English, by Victor Gollancz, London, 1933, it consists of reports about her journeys out of America, in the Far East and through Australia.

She was an Austrian, so it is why some her titles were published in German first, then translated into Slovenian. Many of them have not yet been published; they are kept in the National and University Library of Slovenia and in the Berlin State Library (according to Wikipedia in a building in Unter den Linden).


Continue reading “Travelling and speaking languages”

Trzy pesos

Marek Włodarczak alias Tabor Regresywny

Jednej niedzieli wyruszyłem z małej zatoczki nad Odrą we Wrocławiu w kierunku Berlina . Obiecałem żonie, że jak pójdzie coś nie tak, to zrezygnuję. Gotowość do rezygnacji jest ważnym elementem wyprawy. Wiem dokąd chcę dopłynąć, ale nie muszę. Zaczęło się od tego, że Ewa Maria napisała do mnie : „ Och napisz coś na bloga, potrzebuję tekstu od osoby zakręconej, bo wszyscy są tacy przemądrzale normalni”. Ja napisałem, a ona znalazła w domu, w książce nigdy przedtem niewidziane trzy pesos kubańskie z wizerunkiem Che Guevary i przeznaczyła na honorarium dla mnie.


Continue reading “Trzy pesos”

Letnie wymyślanki

Teresa Rudolf

Radość wielka psa

Wichura 
trzepocąca
wszystkimi 
włosami 
sierści na raz,
i każdym też
z osobna…

Mowa
tańczącego
ogona,
śpiewa miłosne,
przeradosne 
songi o szczęściu
i wierności.

Błysk oczu
topi prawie
ludzkie serce,
opowiada historię
cierpienia z tęsknoty,
lęku bycia opuszczonym, 
wszystkiego, co psu ważne.

Pan, “bóg”
każdego psa,
znakomicie wie,
jak zrobić mu piekło 
lub niebo na tej ziemi,
a czasem w swej “manii”
jest i diabelskim potworem…

Na kogo wypadnie

Powodzie i susze,
śniegi i deszcze,
huragany, wiaterki.

Obżarstwo i głód,
dostatek i nędza,
zdrowie i choroba.

Sukces i porażka,
miłość i zdrada,
mądrość i głupota.

Tyle przeciwieństw,
i nie wiadomo nic,
bo co komu pisane…

… temu… bęc.

Amazonia

Amazonia, dom moich przodków, już niedługo może się zmienić w suche pustkowie. Śmierć Amazonii uwolni ogromny ładunek dwutlenku węgla i zagrozi naszemu istnieniu na planecie. Ale nowy prezydent Brazylii właśnie zwołał przywódców Amazonii na historyczny szczyt. Mamy więc wyjątkową szansę, by wbrew koncernom wydobywczym i drwalom obronić Amazonię przed zniszczeniem. 
Podpisz Wielką Deklarację dla Amazonii, a ja przekażę wszystkie nasze głosy na spotkaniu przywódców:

PODPISZ TERAZ

Przyjaciółki i Przyjaciele!
Nazywam się Txai Suruí. Zaledwie kilka tygodni temu nielegalni hodowcy bydła uprowadzili mnie i moją, a potem więzili nas przez 5 godzin.
Ci ludzie widzą we mnie wroga, gdyż poświęciłam życie ochronie lasu – ale nie rozumieją, że walczę także dla nich.Amazonia, gdzie mój lud żyje od ponad 6 tysięcy lat, jest bliska ekologicznego punktu załamania. Gdy go przekroczy, las zmieni się w wyschnięte pustkowie.Jeśli nie zapobiegniemy tej katastrofie, atmosferę zaleje ogromna ilość dwutlenku węgla, doszczętnie wysuszymy Ziemię, a 10 tysięcy gatunków skażemy na wyginięcie. Wtedy my wszyscy – rdzenni mieszkańcy, hodowcy bydła, ludzie w Brazylii i na całym świecie – będziemy walczyć o przetrwanie.Pozostaje jednak szansa. Liderzy z całej Amazonii zbierają się na historycznym szczycie w obronie lasów deszczowych. Jeśli będziemy głośniejsi niż koncerny wydobywcze i hodowcy bydła, może zdołamy przekonać władze do ochrony 80% lasów i uznania pełnych praw rdzennych mieszkańców do ziemi.
Stań dziś u mojego boku w obronie lasu, który podtrzymuje życie nas wszystkich. A ja przekażę nasze głosy przywódcom zebranym na szczycie. Podpisz teraz!

DOŁĄCZ DO WIELKIEJ DEKLARACJI DLA AMAZONII

Mój lud, Paiter Suruí, od wieków walczy w obronie lasu. Tyle już razy czuliśmy się zdradzeni, ale ten szczyt na nowo rozbudził w nas nadzieję. Po latach wycinek, nieskrępowanego rabunku zasobów naturalnych i masowej przemocy, rządy krajów Amazonii wydają się być gotowe do wprowadzenia zmian, by ludzie znowu mogli żyć w harmonii z puszczą.
Nowy rząd Brazylii ograniczył tempo wylesiania o ponad 60% w porównaniu z lipcem zeszłego roku, ale to wciąż za mało. Katastrofy unikniemy tylko wtedy, gdy pozostałe kraje też zaczną chronić Amazonię. Dlatego Avaaz uruchomił największą w historii kampanię dla Amazonii i naciska na przywódców, by podjęli skuteczne działania. Dzięki darowiznom od społeczności Avaaz rdzenne społeczności z całej Amazonii wezmą udział w szczycie. Będą bronić naszego wspólnego domu, a stoi za nimi 9,1 miliona sygnatariuszy petycji Avaaz z całego świata.
Ten szczyt może rozpocząć szeroko zakrojoną regionalną współpracę na rzecz ochrony lasów deszczowych, i to w ostatniej chwili. Potrzebujemy jednak wsparcia ludzi na całym świecie, by stawić czoła drwalom i hodowcom bydła. Dlatego proszę: podpisz naszą deklarację już teraz, a ja przekażę ją wraz ze wszystkimi podpisami przywódcom krajów Amazonii zebranym na szczycie.

DOŁĄCZ DO WIELKIEJ DEKLARACJI DLA AMAZONII
Wielokrotnie widziałam, jak społeczność Avaaz pomagała chronić lasy deszczowe. Wraz z sojusznikami Avaaz nie raz zapewniał puszczy skuteczniejszą ochronę i powstrzymywał szkodliwe plany. Szczyt z udziałem przywódców krajów Amazonii może być szansą na szybkie wprowadzenie niezbędnych środków ochrony lasów deszczowych i wzmocnienie pozycji mojego ludu oraz innych społeczności, które w Amazonii żyją. Zróbmy to razem!

Z nadzieją i determinacją, Txai Suruí wraz z całym zespołem Avaaz

Dowiedz się więcej:

Wyborcza.pl: Amazonia umiera. Wypychamy całą biosferę Ziemi poza punkt krytyczny – ostrzegają naukowcy

W języku angielskim:
RFI: UK director, Indigenous group ambushed in Brazil: activists
Reuters: Brazil offers to host August summit for Amazon rainforest alliance
New York Times: Has the Amazon Reached Its ‘Tipping Point’?
UNESCO: An indigenous solution to deforestation in the Amazon
France24: Video: At climate summit, Brazil’s Lula promises new day for Amazon

Wiersze z brodą i bez (25)

Pan Bóg postanowił, że już za dużo tych wojen i najwyższa pora zwinąć kramik zwany światem. Uznał, że koniec świata nastąpi w przeciągu dwóch tygodni. Jednakże, chcąc być fair, powiadomił trzech najważniejszych przywódców na świecie: Bidena, Putina  i Jarkacz’a. Dowiedziawszy się o tym każdy z nich wygłosił orędzie do swojego narodu. Prezydent USA w swoim wystąpieniu powiedział, że ma dwie wiadomości: dobrą i złą. Dobra jest taka, że Bóg istnieje, a zła, że za 14 dni – nastapi koniec świata. Putin zaś rzekł do narodu rosyjskiego, że ma dwie złe wiadomości: Bóg istnieje i że pożyją jeszcze tylko dwa tygodnie. Kaczyński natomiast  zwrócił się do Polaków: Mam dwie fantastyczne wiadomości: pierwsza jest taka, że rozmawiałem z Bogiem, a druga, że będziemy rządzić do końca świata!

***

Mojsze, pobożny i pracowity, ale któremu się nie przelewało,  usłyszał, że Icek, uważany za leniwego i bezbożnego, wygrał na loterii!
W wieczorej modlitwie skarży się najwyższemu na swój los,
 oburza na obibokow i tych, co nie chodzą do synagogi i prosi o wsparcie…
 Nadchodzi dzień losowania i… znowu wygrywa Icek!
Tym razem w wieczornej modlitwie Mojsze się już nie skarży, a wręcz przeklina:
– Jak to? przestrzegam szabatu i wszelkich praw twoich, a ty tak ze mną postępujesz? przestanę w ciebie wierzyć!
Na to odzywa się najwyższy i mówi:
– Mojsze, ty daj mi szans, ty kup los…

***

W Monte Carlo dwóch mieszkańców Gorzowa zatrzymali i pobili policjanci,
a jeden z mężczyzn nadal przebywa w szpitalu.
Jak informuje Radio Venus, dwóch serwisantów gorzowskiej firmy produkującej oscypki wracało ze zlecenia w Hiszpanii. Zatrzymali się na stacji benzynowej w Monte Carlo. Tam wpadli w sam środek policyjnej obławy i zostali dotkliwie pobici, a jeden z mężczyzn nadal przebywa w szpitalu.
– Nagle wyskoczyła na nas duża grupa uzbrojonych kobiet w kominiarkach z pałkami i bronią. Nie miały żadnych znaków policyjnych, nie było policyjnych aut.
Nie wiedzieliśmy, że są z policji. Wybiły nam szyby w samochodzie, z początku myśleliśmy, że to napad rabunkowy. Rzuciły nas na ziemię. Dostałem pałką w tył głowy, byłem kopany. Na twarzy mam 45 siniaków. Na lewym barku – ślad od szpilek, pod oczami 3 siniaki i dziesięć szwów, z tyłu głowy także założono mi szwy, na wylot mam przedziurawioną górną wargę, o dolnych częściach ciała nie wspomnę.
Po zatrzymaniu założono mi na oczy czarną opaskę, żebym nic nie widział
i wielokrotnie nieprzystojnie dotykano – opowiadał reporterowi Venus pan Lechosław.
Po przesłuchaniu mężczyźni trafili do szpitala. Stamtąd odebrała ich jedna z dyrektorów firmy Trepy Leokadia Zajączek.
Wszystko jednak wskazuje na to, że doszło do pomyłki. Firma zapowiedziała, że będzie dochodzić odszkodowania od monakijskiej policji za swój zniszczony majątek oraz  wspomagać swoich pracowników w postępowaniach cywilnych.

 Według informacji Radia Venus monakijska policja robiła obławę na fałszerzy firanek.

REKLAMA

Frauenblick: Macbeth

Monika Wrzosek-Müller

Macbeth bei den Salzburger Festspielen (und nicht nur)

In der Oberschule in Polen haben wir Shakespeares Drama Macbeth gelesen und dann auch Ausschnitte davon aufgeführt. Besonders gut erinnere ich mich an die drei Hexen, die ihren Text tanzend und singend vortrugen, denn eine von den dreien war ich. Diese Theateraufführungen liebte ich sehr; dadurch blieben mir auch viele Texte im Gedächtnis. Noch heute kann ich die Prophezeiungen der Hexen rezitieren.

Macbeths blutrünstiges Morden, die für mich schicksalhaft an den blutigen Händen von Macbeth und stärker noch an den Händen von Lady Macbeth hafteten, stellte, so schien mir, eine direkte Fortsetzung der griechischen Tragödien dar. Auch hier gab es einen Chor (eben den der Hexen), die die Ereignisse vorhersagten und kommentierten. Außerdem faszinierte mich die Person der Lady Macbeth, die eine viel wichtigere Rolle bei der Tragödie spielte als ihr Mann. Sie stiftete ihn zu den Morden an; irgendwann aber gerieten beide in den Sog der blutigen Ereignisse. Immerhin versuchte Macbeth sein Gewissen mit den Prophezeiungen der Hexen zu beruhigen, irrtümlich legte er sie immer wieder zu seinen Gunsten aus. Die Rolle der Magie, des Schicksals im Leben des Einzelnen strahlt aus diesem dunklen Drama. Shakespeare hatte und hat immer wieder Anschluss an die Gegenwart gefunden, seine literarischen Aussagen sind heute immer noch ganz aktuell.

Vor ein paar Tagen sah ich bei ARTE die Aufführung der Oper Macbeth von Giuseppe Verdi bei den Salzburger Festspielen. Wahrscheinlich habe ich die Produktion so aufmerksam verfolgt, weil sie von dem polnischen Regisseur K. Warlikowski, in der Choreographie seiner Frau Małgosia Szczęśniak, stammt. Warlikowski hebt den Gegenwartsbezug der Oper hervor, lässt den Größenwahn und die Zerstörungswut triumphieren. Das wunderbare Bühnenbild – mit einer langen Bank in einem Warteraum – erinnert mich etwas an die Gemälde von Edward Hopper; im Hintergrund kompliziert konstruierte Auf- und Übergänge, mit einem fahrbaren Kasten, in dem der Chor der blinden Hexen sitzt und steht. In gewisser Weise zu Warlikowskis festem Repertoire gehört auch die Kinderschar, ebenso das Psychologisierende der Inszenierung: dass Lady Macbeth keine Kinder gebären kann und aus diesem Grund zu einer machtgierigen, rücksichtslosen Person wird, wird sehr nachvollziehbar; eine lange Szene, auf einem riesigen Bildschirm eingespielt, zeigt die verzweifelte Lady Macbeth bei einer gynäkologischen Untersuchung – für mich eher wie ein Theaterstück als wie eine Oper wirkend.

Die wunderschönen Kostüme der Frauen aus ungefähr den 1930er Jahren und die konventionellen Anzüge der Männer, entworfen von M. Szczesniak, lassen das Mittelalterliche bei Shakespeare gänzlich verschwinden. Bei einer Szene, in der eine der Damen, Teilnehmerin an dem Fest zur Krönung Macbeths, den Kindern einen Gifttrunk verabreicht und sie damit umbringt, denkt man unwillkürlich an Magda Goebbels und ihren Mord an den eigenen Kindern und ihren Selbstmord. Allgemein zitiert Warlikowski ausgiebig Bilder aus Filmen oder anderen Genres.

Die Kinder in der Warlikowski-Inszenierung sind wehrlos, sie unterliegen ihrem Schicksal, sie werden sogar wie eine Speise auf einem Silbertablett serviert; sind sie aber nicht die heimlichen Helden des Spektakels?

Überzeugend fand ich die Sängerin Asmik Grigorian, vielleicht vor allem als Schauspielerin, bestimmt als eine schöne Frau, weniger als Opernsängerin. Im Vergleich zu ihr gerät Vladislav Sulimsky, der Macbeth im grauen Anzug, wohl etwas in den Hintergrund. Überhaupt gibt es keine klassisch opernhaften Stehbilder, in denen die Arien vorgesungen werden, die Darsteller bleiben ständig in Bewegung; auch das Gehäuse für den Chor wird rein- und rausgeschoben, eine riesige Neonröhrensonne leuchtete aber allem. Am Ende gab es standing ovations – zu Recht; die Bilder werden bleiben; an der Musik können wir uns auch anderweitig erfreuen.

Nebenbei habe ich etwas über Giuseppe Verdi erfahren: Macbeth ist die zehnte von seinen 26 Opern. Er hat den Text gekürzt und die Rolle der Lady Macbeth stark ausgebaut; damit hat er den Frauen einen Dienst erwiesen.