Poniemieckie, pobabcine, podziadkowe, porodzinne

Ela Kargol

Przyznaję, też uległam modzie na poniemieckie. Choć poniemieckość interesowała mnie już dużo wcześniej. Poniemieckość była na wyciągnięcie ręki, mimo że Poznań i Wielkopolska, skąd mój ród ze strony matki, niepodległość uzyskała po Powstaniu Wielkopolskim, a poniemieckość według słownika PWN dotyczy „mienia, ziemi: pozostałych po Niemcach, którzy do II wojny światowej mieszkali na zachodnich terenach dzisiejszej Polski“ czyli ziem tzw. „odzyskanych”. Moje znaczenie poniemieckiego mocno rozszerzam, dla swoich potrzeb.

Urodziłam się w Poznaniu w szpitalu zaprojektowanym przez niemieckiego architekta Heinricha Grüdera. Szpital do dziś jest szpitalem, jak kilka innych szpitali poniemieckich w Poznaniu. W poznańskim Pałacu Kultury, dawnym Zamku Cesarskim – wybudowanym dla cesarza, przebudowanym dla Führera – chodziłam co roku na baliki noworoczne i na zajęcia taneczno-plastyczne. Na poznańskiej Cytadeli bawiliśmy się w poniemieckich fortyfikacjach, na poczcie przy Kościuszki, której budynek zaprojektował ten sam niemiecki architekt, który projektował Zamek Cesarski w Poznaniu, pracowała moja ciocia. A Dąbrówka, (VII Liceum Ogólnokształcące im. Dąbrówki w Poznaniu) za kilka lat będzie obchodzić jubileusz 200-lecia istnienia szkoły, szkoły założonej w roku 1830 jako Luisenschule, najpierw prywatnej, a potem przejętej przez pruski system oświaty. Szkołą polską stała się w roku 1919.

Nie pamiętam niemieckich cmentarzy w Poznaniu. Ten, na którym powstało w latach 60. ubiegłego wieku Osiedle Wielkiego Października, później Pod Lipami, poznałam dużo później, już nie jako cmentarz, ale park, a ten naprzeciwko poniemieckiego szpitala (Evangelische Diakonissen-Krankenanstalt) Uniwersytecki Szpital Kliniczny w Poznaniu, jeszcze później.

Ale pamiętam inny cmentarz niemiecki, w Sośnicy koło Pleszewa, na który chętnie biegaliśmy i wśród znikających poniemieckich nagrobków uczyliśmy się zaciągać pierwszmi kradzionymi u wujka papierosami. A gdy zabrakło papierosów, skręcaliśmy je z cmentarnej trawy i zdziczałych roślin nagrobnych opakowanych w jakąś PRL-owską gazetę.

Michu, kundel przychodził z nami. Czasem musiał udawać Szarika, a my pancernych. Niemcy leżeli w grobach. Wyobraźnia podpowiadała różne rozwiązania wygranej walki, ba, wojny. Odznaczenia też mieliśmy poniemieckie, prawdziwe, z prawdziwej wojny, tej pierwszej, tej wielkiej, tej dziadkowej w pruskim mundurze. Brat dziadka był za młody, został w domu, w tym domu, niedaleko cmentarza, domu, którego już nie ma, zostało po nim kilka kamieni, które mam sobie odebrać, bo zbieram ślady. Brat dziadka zginął w Powstaniu Wielkopolskim, gdzieś pod Gnieznem, a dziadek wrócił do Polski z żelaznym krzyżem i z Błekitną Armią Hallera.

Ktoś z przytomnych rodziców pozbierał te odznaczenia, te krzyże żelazne, oddał dziadkowi. Dopiero kilka lat temu przepadły.

Moi dziadkowie urodzeni w zaborze pruskim posługiwali się równie dobrze językiem polskim jak i niemieckim. Nawet mama urodzona przed wojną, tą drugą, w Polsce, pracując u Niemca w czasie wojny, nauczyła się języka.

Poniemiecki język bardzo się przydał, gdy ja jeszcze go nie znałam. Posługiwano się nim jak szyfrem. Wszystkie ważne sprawy, które chciano w mojej obecności przemilczeć, omawiane były w języku właśnie poniemieckim, no bo jak go inaczej nazwać? A ja siedziałam jak na tureckim kazaniu. Gdy już zaczęłam uczyć się niemieckiego w szkole, zauważyłam w domu poniemieckie książki, encyklopedie Brockhausa, leksykony Meyersa, powieści, bajki. Nawet Mein Kampf między dziełami Lenina i starymi rocznikami Przekroju był odłożony na piwniczną półkę. Dzieła Lenina oddałam na makulaturę. Przekroje i dzieło Adolfa zostały, tak jak poniemiecki elementarz mojej mamy.

W pierwszej klasie mama uczyła się pisać rysikiem na tabliczce. To było jeszcze w polskiej szkole, w Nowym Tomyślu. W drugiej klasie, w roku 1939, dostała elementarz, który zachował się do dnia dzisiejszego: Die Fibel für den Reichsgau Wartheland Hirt’s Schreiblesefibel. Ferdinand Hirt był prężnym wydawcą. Wydawnictwo działało we Wrocławiu od 1847 roku. W czasie wojny musiało współpracować z reżimem, skoro ukazywały się takie właśnie elementarze z nazistowskimi treściami i ilustracjami.

Na okładce jest zdjęcie Zamku Cesarskiego w Poznaniu, zamku poniemieckiego, o którym już wspominałam. Obok ratusza to jeden z bardziej rozpoznawalnych budynków miasta. Architektem był Franz Schwechten, ten od Poczty Polskiej w Poznaniu, od Kościoła Pamięci w Berlinie, od ruin Anhalter Bahnhof tamże i ruin Wieży Quistorpa w Szczecinie, ten od budynków poniemieckich i niemieckich, które są i których już nie ma, ten od ruin.

Kilka lat temu odwiedziliśmy z moją mamą jej starą szkołę w Ośnie Lubuskim (dawniejsze Drossen), szkołę, w której mama zdała w roku 1951 maturę, szkołę z czerwonej cegły, dawne Królewskie Ewangelickie Seminarium Nauczycielskie (Das Königliche Lehrer – Seminar). Mama opowiadała o poniemieckich cyrklach i mapach. Myślę, że pomocy naukowych mogło być dużo więcej. Ostatnio takie poniemieckie szkolne skarby, mapy, tablice, filmy, zwierzątka w formalinie oglądałam w szczecińskim liceum, dawnym Stadtgymnasium, obecnie I Liceum Ogólnokształcące im. Marii Skłodowskiej-Curie w Szczecinie.

Jest jeszcze worek na kartofle. Ja go tak pamiętam, długo po wojnie był u nas w domu używany właśnie do przechowywania ziemniaków. Kojarzyłam go z pocztą. Niedawno dowiedziałam się, co znaczy skrót widoczny na worku, że był to tzw. Heeresverpflegungssack (worek zaopatrzenia armii).

Mieliśmy też naczynia, sztućce, niektóre ze swastyką. Przepadły albo zmieniły właściciela. Oprócz jednej popielniczki wmurowanej w filar podpierający taras naszego poznańskiego domu. Była i jest dla niektórych solą w oku. Dla mojego ojca, twórcy tej niezwykłej mozaiki, żartem poniemieckim, wśród skorup chodzieskiej porcelany.

Tak jak żartem jest okładka nacjonalistycznego poradnika dla niemieckich matek: Die deutsche Mutter und ihr erstes Kind, skrywająca w sobie dość intymny pamiętnik mojego taty. Pamiętnik / książkę znalazłam dopiero po jego śmierci.

Tata był również budowniczym domu, tego z popielniczką ukrytą w mozaice. Fundamenty mojego rodzinnego domu stoją na poniemieckiej cegle. Po cegłę jeździłam z ojcem do któregoś z pruskich fortów poznańskich na Winiarach.

Najcenniejszą dla mnie pozostałością poniemieckich czasów jest karmel, karmel ze Zbąszynia, z roku 1940 lub 1941. Cukier dostała babcia od Wilhelmki, jednej z tych „dobrych Niemców”, w tym wypadku Niemki.

Gdy dom w Nowym Tomyślu zajęli Niemcy, a inni Niemcy wyrzucili dziadka z magistratu, to „dobry Niemiec” znalazł dziadkom pracę i mieszkanie w Zbąszyniu. Tam mieszkali jakiś czas w pięknym “pałacyku”. W pałacyku był bank, w którym dziadek pracował, a babcia sprzątała. W pałacyku mieszkała też Niemka Wilhelmka, której mąż był na froncie, syn inwalida, rozczarowany wojną i Hitlerem mieszkał z matką, a drugi syn, wielbiący Hitlera, podczas urlopu odwiedzał brata i matkę. Była jeszcze córka Inga, studiująca w Poznaniu, a gdy weszli Rosjanie chowała się razem z moją mamą pod materace. Babcia razem z Wilhelmką robiły czasem karmelki, z „niemieckiego” cukru. Wilhelmka dzieliła się z wszystkimi wszystkim, co miała.

Nakrętka jest mocno powojenna, ja pamiętam, że butelka miała korek.

Jest jeszcze walizka, która, prawdopodobnie tak jak wyżej wspomniana popielniczka, przyjechała do Poznania z Nowego Tomyśla. Mama opowiadała, że z tą walizką uciekali we wrześniu 1939 z Nowego Tomyśla do Poznania. Inne walizki zostały na dworcu. Była najlżejsza i przy Hände hoch ojciec mamy mógł ją udźwignąć do góry. Resztę musieli zostawić.

W Nowym Tomyślu miałam kuzynki. Każde lato spędzałam kilka tygodni u nich i nigdy nie przyszło mi do głowy, że gospodarstwo ich dziadków stało się ich własnością dopiero po wojnie. Pamiętam poniemiecki piec chlebowy i smak chleba już polskiego, i duże liście chrzanu, w które był zawijany. Dom i zabudowania gospodarcze stoją do dzisiaj. Niedawno pozbierałam stare kafle zburzonego już pieca, kafle produkowane w Fürstenwalde.

Te wszystkie sprzęty wracają pomału do Berlina.

A więc przestają być poniemieckie, stają się znowu niemieckie?

Heim ins Reich, chciałoby się rzec, ale chyba nie do końca.

Chichot historii? Prędzej.

Ja w końcu też wybrałam Berlin, wtedy jeszcze murem podzielony. Poniemieckie historie zostawiłam w Polsce, wybrałam niemieckie.

Powrotne książki zajmują miejsce w szafie Martina, naszego sąsiada, byłego żołnierza Wehrmachtu, którym opiekowaliśmy się w Berlinie aż do jego śmierci, a któremu Polacy zaraz po wojnie uratowali życie. Szafę z książkami i kilka innych mebli zapisał nam w testamencie.

W mojej berlińskiej piwnicy znalazłam właśnie niekompletny miśnieński serwis do kawy. Nie wiem, czy należał do Martina? Córki wstawiły już zdjęcie filiżanek do sprzedaży na ebayu.

Kilka lat temu odkryłam Szczecin i jego stettińską historię. Dzięki szczecińskim pasjonatom, takim jak Michał Rembas, Monika Szymanik, Siłaczka Wiesia, Artur Skiwski, Zuzanna Gonera, Dorota Pundyk i wielu innych szukam śladów, śladów poniemieckiej przeszłości.

Ten krótki mój tekst ukazał się kiedyś na stronie stowarzyszenia Städtepartner Stettin e.V.

Ponieważ stronę przebudowano i linka do tekstu znaleźć nie mogę, cytuję go tu:

W Muzeum Historii Szczecina stoi rower, piękna zielona damka wyprodukowana na licencji szczecińskiej fabryki Stoewer-Werke AG. Aż chciałoby się wsiąść i pojechać, tym bardziej, że wypożyczenie roweru miejskiego przekracza moje możliwości, a właściwie umiejętności i mój stan posiadania gadżetów typu dobry smartfon, aplikacje, online banking itp.

A więc z tęsknotą i zachwytem spoglądam na rower z zakładów Stoewera.

Fabryka ta bardzo dobrze prosperowała przed wojną, produkując nie tylko rowery, ale także maszyny do szycia i pisania, a przede wszystkim szeroko pojęte automobile. Podczas wojny fabryka uległa prawie całkowitemu zniszczeniu. Po odbudowie stała się Szczecińską Wytwórnią Sprzętów Metalowych, później Szczecińską Fabryką Motocykli, a przed upadkiem Fabryką Mechanizmów Samochodowych POLMO.

Rower jest częścią stałej wystawy Hans Stettiner i Jan Szczeciński. Życie codzienne w Szczecinie w XX wieku.

Życie Hansa i Jana ukształtowała wojna. Hans opuszczał w pośpiechu Szczecin, swoją fabrykę lub inne miejsce pracy. Jeśli miał „szczęście”, to został i pomagał Janowi uruchamiać miasto, by w końcu i tak wyjechać. A Jan uczył się miasta od podstaw, zajmując mieszkanie Hansa, które uniknęło cudem alianckiego bombardowania.

Był jeszcze Iwan, który wywoził z miasta co cenniejsze, a potem na długie lata został i pilnowal porządku przez siebie ustanowionego.

Jeżeli zaś, nazwijmy go, Jankiel, jakimś cudem przetrwał wojnę w Szczecinie lub po wojnie do niego przybył, długo tu nie zagościł. Emigrował dalej.

Mogło być tak, jak u naszego kuzyna, którego matka Jadwiga osiadła w Szczecinie, szukając szczęścia i męża na ziemiach odzyskanych. Nie wszystko jej się udało, ale poniemieckie mieszkanie, które przypadło im w udziale, było porządne, jak na tamte czasy. Jan mieszka w nim do dziś. Po śmierci brata stoczniowca, który zginął w grudniu 1970 roku, Hans zacząl wysyłać Janowi paczki z żywnością i lekarstwami. Niedawno wnuk Hansa, szukając śladów dziadka, stanął przed kamienicą przy ulicy Bohaterów Getta Warszawskiego, dawnej Beringstraße. Zapukał do drzwi mieszkania Jana, drzwi z otworem na Listy/Briefe, które pamiętają z pewnością jeszcze Hansa.

Szczecin i jego przedwojenna i powojenna historia pochłonęły mnie bardzo.

Wiem, że może tego nie powinnam robić, ale spacerując po Arkońskim Lesie (dawniejszym Eckerberger Wald) w Szczecinie, podchodząc do ruin Wieży Quistorpa zabrałam do plecaka cegłę, których jeszcze tu dużo. Cegłę Schwechtena, której architekt prawdopodobnie nigdy nie miał w ręku. Kiedyś może zamiast kwiatka położę ją na jego berlińskim grobie.

Poniemieckie było z nami tak długo, jak żyli rodzice, uszczuplone przez wojenne tułaczki, przeprowadzki, przez zbieraczy i naciągaczy, przez nas samych, którzy obrastamy w rzeczy i często pozbywamy się tych, których może pozbyć się nie powinniśmy.

Dzisiaj, gdy stoję krótko przed sprzedażą rodzinnego domu i przed pozbyciem się sprzętów, tych, co przetrwały obie wojny, nie tylko tych poniemieckich, ale tych pobabcinych, podziadkowych, porodzinnych i innych, chciałabym je wszystkie zatrzymać, albo umieć zatrzymać te ważne, tak jak zrobili to dziadkowie i rodzice.

Prawdopodobnie niektóre z nich ocalę od zapomnienia, ale kto ocali je potem?

***

Ilustracje

1. Budynki Schwechtena w Poznaniu, Berlinie, Szczecinie


2. Poniemiecki cmentarz w Sośnicy

3. Poniemiecki elementarz, worek, karmel, mozaika…


4. Poniemieckie gospodarstwo w Nowym Tomyślu, tam gdzie bawiłam się z kuzynkami

5. Poniemiecka szkoła mojej mamy w Ośnie Lubuskim


6. Szczecin


7. Szafa Martina 

Kronos / Saturnus

Wie ich schon erwähnte /2017- Jahr des Kronos/Saturnus/ vollzog sich das Geburt des neuen Jahres unter schwierigen Zeichen, da an der östlicher Himmelsseite Venus und Mars gemeinsam standen.

Januar und Februar sind jetzt also  doppelt von Capricorn (Steinbock) beeinflusst, da sie schon von Natur durch Saturn (Kronos) beherrscht werden. Erst Wasserman (20.01) bringt etwas milde in die entstandene Konfigurationen.

Continue reading “Kronos / Saturnus”

Wegetarianie

Wegetarianin to indiańskie określenie łowcy nieudacznika.

*

Roger McGough (ur. 1937)

Wegetarianie

Wegetarianie to okrutni i bezmyślni ludzie.
Każdy wie, że marchewka krzyczy na tarce,
że rozrywana palcami brzoskwinia krwawi.
Wierzysz, że pomarańcza nie czuje
kciuków, które się w niej zanurzają?
że pomidory rozlewają swe mózgi bezboleśnie?
A kartofle, żywcem obierane ze skóry i gotowane,
te homary podziemnego królestwa?
Nie opowiadaj, że nie boli,
gdy odrywa się groch od strączka,
obłupia brukselkę,
szatkuje kapustę i ćwiartuje cebulę.

Odrzuć chochlę.
Odstaw motykę.
Nie koś,
wyzwól moje plemię!

znalezione na Facebooku bez podania autora tłumaczenia i tak też tu umieściłam; po czym nie zrozumiałam komentarzy – PRZEPRASZAM
spolszczył Tibor Jagielski!


Z Twittera: A rare photo of baby carrot clinging to their mommy before being eaten by a vegan. Stop this cruelty now! / Rzadkie zdjęcie dziecka marchewki, przytulonego do mamy, zanim zostanie zjedzone przez weganina. Skończmy z tym okrucieństwem.

Wielki Nieobecny 2

ciąg dalszy z wczoraj

Zbigniew Milewicz

Nie obiecywałem w poprzednim wpisie, że to będzie wszystko na temat Sławomira Mrożka, w dziesiątą rocznicę jego śmierci. Znalazłem jeszcze wywiad z pisarzem, zamieszczony w Polityce, 28. 06. 2010, którego autorką jest krytyczka literacka, pisarka i dziennikarka, Justyna Sobolewska. Tak się on rozpoczyna:

Rozmowa ze Sławomirem Mrożkiem. I bez.

Mrożek w PRL objaśniał nam rzeczywistość i ratował przed schizofrenią. I teraz przydałoby się nam trochę Mrożka – jego przenikliwości, humoru i krytycyzmu.

Problem polega jednak na tym, że nie ma już jednego języka, który docierałby do wszystkich tak jak kiedyś język Mrożka. I dlatego z okazji osiemdziesiątych urodzin pisarza postanowiliśmy przeprowadzić z nim rozmowę, inną niż wywiady, których udzielał ostatnio, wyczerpującą i obszerną. Okazało się, że Mrożek mówi przenikliwie nie tylko o minionej epoce, ale i o dzisiejszym świecie. Kulisy powstania tej niezwykłej rozmowy wyjaśniamy na końcu tekstu.

Justyna Sobolewska: – Strach zadać pytanie, bo znany jest pan z małomówności.

Sławomir Mrożek: – Nie lubię opowiadać, wolę słuchać. Wychodzę z założenia, że opowiadając, nie dowiem się niczego, czego bym nie wiedział, a słuchając – wiele mogę się dowiedzieć. Po powrocie (do Krakowa z Meksyku – JS) oczekiwano, żebym zabrał głos w „sprawach zasadniczych”. Sprawy zasadnicze dotyczyły tego, o czym większość Polaków pisała i mówiła, nie mając w gruncie rzeczy pojęcia, o co chodzi. Gadali jednak nieustannie, ponieważ nie mieć opinii, uważane jest za brak kultury, ogłady i w ogóle za coś niedemokratycznego.

Małomówność i mizantropia stały się pana strategią niedługo po wyjeździe na Zachód w 1963 r. Nie przeszkadzały jednak panu w zawieraniu ciepłych, ale milczących znajomości z ciekawymi postaciami: Henrym Kissingerem czy Jaques’em Tati. Pomilczał pan podobno również z Beckettem…

Do zabierania głosu zawsze odczuwałem wstręt. Podczas emigracji dostawałem propozycje, żeby pojechać tu i ówdzie na jakiś zjazd, konferencję czy publiczną dysputę, i nigdy nie miałem na to ochoty. Z drugiej strony chciałem wyjeżdżać, kiedy tylko się dało, na różne kontynenty, a przynajmniej chciałem się poruszać po Europie. Kończyło się tak, że przyjmowałem zaproszenie, a na miejscu nie mówiłem ani słowa. Z początku dziwiono się i oczekiwano, że coś powiem, a potem machano ręką. Wyrzuty sumienia koiłem świadomością, że żaden z pozostałych uczestników spotkań z publicznością nie stosował mojej metody. Wszyscy przemawiali z wielką werwą.

Wielokrotnie sportretował pan Polaka za granicą, który nie wie, kim jest. Jan Błoński pisał, że nasza tożsamość jest bardziej zbiorowa niż jednostkowa i dlatego ten Polak musi udawać heroicznego bohatera prześladowań. Dzisiaj żyjemy w innym świecie, ale znowu nasze cierpienia wystawiamy na pokaz. Tak jak na pana rysunku, na którym jedna postać skacze po drugiej krzycząc: Ja cierpię!

W opowiadaniu Moniza Clavier pojawia się postać (Polak), której jedynym argumentem jest to, że został pobity. Obchodzi towarzystwo, „O, o, wybili, panie tu wybili, trzonowego też wybili, ja panie, zaraz pokażę”. Otwiera się okno, ta głowa w oknie się ukazuje, do wnętrza, palcem dziąsła podważa, „wybili, wybili” powtarza, nudzi. Tamci na fortepianie grają, dyskusje prowadzą, a on wiecznie „O, o, wybili, tu wybili, o, o”.

Czuł się pan kiedyś sam jak bohater Monizy Clavier?

Miałem teorię „natężania się”, którą później sparodiowałem w Monizie Clavier. Polegała ona na tym, że Polak, kiedy mu nie idzie, przystępuje do natężania się i wtedy od razu idzie mu lepiej. Oczywiście cały proces odbywa się za pomocą alkoholu. Gdybym brał pod uwagę to, co zdarzyło się pewnego lipcowego dnia w domu ówczesnego profesora Harvardu, Henry’ego Kissingera, to uwierzyłbym w historyczną rolę jednostki i tą jednostką byłbym właśnie ja. Zaczęło się od cocktail party, a ja przystąpiłem do natężania się za pomocą alkoholu. Przesadziłem i wynik był żałosny. Obraziłem się na cały świat, już nie pamiętam z jakiego powodu. Wkrótce, nie żegnając się ani z gośćmi, ani z gospodarzem i jego żoną, ukradkiem wyruszyłem pieszo w drogę powrotną. Przeliczyłem się i zgubiłem drogę. Zaczął się koszmar. Na wpół pijany szedłem przez bogate osiedla i nie spotkałem żywej duszy. Aż dziw, że ktoś nie zadzwonił po policję. Nadmieniam, że było to jeszcze przed rewolucją obyczajową, kiedy taki widok był skandalem.

Bohater Monizy nie wie, kim jest, więc dla bezpieczeństwa podaje się za Rosjanina. Kieruje nim lęk. Czego Polacy pana zdaniem bali się i boją się nadal?

Boją się niewątpliwie, wszyscy razem i każdy z osobna, w różnych odcieniach i nasileniach, od niepewności do obawy, od strachu do paniki. I nie czują się dobrze. Od niezadowolenia do rozgoryczenia, stamtąd do nienawiści i amoku. Od rozdrażnienia do histerii. Jeżeli więc nie ma obiektywnego powodu, żeby aż tak się bać i aż tak się źle czuć, to jakiś powód ku temu musi jednak być. Powód poważny i nieukojony. Otóż Polacy boją się samych siebie i siebie nawzajem. I słusznie, że się boją, więc ja też się boję.

Pan tego swojego bohatera Polaka obserwował z oddali, ale jednocześnie wszystkie jego fobie znał z autopsji?

Polak dzisiejszy cierpi na utratę czy też nadwątlenie tożsamości. W tym mi brat! Ja również na to cierpię, choć z innych niż on powodów. Ja także już nie wiem, kim jestem i jakie jest moje miejsce w kosmosie, nie wiem nawet, czy kosmos jeszcze istnieje, i podejrzewam czasami, że już tylko chaos nami rządzi. Więc pisząc tylko o sobie, nie dla żadnego samorozkochania, lecz po prostu dlatego, że na niczym innym już się nie znam, być może będę mógł się podłączyć do ogólnej, społecznej rozterki.

Nawet w teorie spiskowe (namnożyło się ich po 10 kwietnia) próbował pan uwierzyć…

Chciałbym uwierzyć w Spisek, żeby nareszcie wiedzieć, na czym to wszystko polega. Wiedzieć, że ktoś to wszystko jednak kontroluje. Nawet przeciwko mnie, ale kontroluje. Odetchnąłbym z ulgą, wiedząc, że to nie chaos mną rządzi, ale ktoś czy coś. Raźniej by mi było. Dlaczego więc nie mogę uwierzyć w Spisek? Bo widzę, że tego świata kontrolować się już nie da. Świat coraz bardziej przypomina wielorodzinne mieszkanie komunalne ze wspólną kuchnią, korytarzem i łazienką. Wszyscy wiedzą, co się gotuje w cudzym garnku i co kto robi w ubikacji. Niech ktoś spróbuje dzisiaj mieć swoje sekrety! Ale nikt nawet nie próbuje, przeciwnie – każdy od razu leci do telewizji, żeby tam wszystko opowiedzieć i pokazać. Zgadzam się, że Spisek jest nam potrzebny psychicznie, a nawet ze względów praktycznych przydałby się jak nigdy. Toteż kto tylko może, weń wierzy. Cóż, kiedy ja nie mogę.

Ciąg dalszy wywiadu i jego zaskakujące zakończenie znajduje się w linku pod wpisem. Ze swojej strony chciałbym tylko dodać, że choć do rozmaitych teorii spiskowych także podchodzę z założenia nieufnie, to jednak o 10 kwietnia mam swoje zdanie. Wierzę bowiem, że tragedia pod Smoleńskiem jest skutkiem zamachu i spisku, przygotowanego nie tylko teoretycznie, ale i praktycznie bardzo starannie. Jako wierzącemu wolno mi w to wierzyć, nawet, jak bym nie chciał. Cytując klasyka: nie chcem, ale muszem. Wielki, nieobecny mistrz paradoksu by to zrozumiał.

Dalej można albo czytać, albo słuchać, ale jeśli słuchać, to od początku, bo niestety nie da się (to znaczy ja nie umiem) usunąć z tego wywiadu tego, co już było wyżej na piśmie.

Wasza Adminka

https://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/kultura/ksiazki/1506738,1,rozmowa-ze-slawomirem-mrozkiem-i-bez.read

Wielki nieobecny

Zbigniew Milewicz

Mija dziesiąta rocznica śmierci Sławomira Mrożka. Dramatopisarz, prozaik, satyryk, jeden z najbardziej znanych na świecie polskich pisarzy. Urodził się 29 czerwca 1930 w Borzęcinie, zmarł 15 sierpnia 2013 w Nicei. Mieszkał w Paryżu, USA, Niemczech, Meksyku, w roku 1996 wrócił do Polski, do Krakowa. W roku 2008 ponownie wyemigrował z Polski i zamieszkał w Nicei, we Francji.

Tak zaczyna swoją opowieść o Nim publicystka z Culture.pl*, akcentując, że był twórcą wyjątkowo wszechstronnym, swobodnie poruszającym się w rozmaitych formach wypowiedzi. Jej relacja o Sławomirze Mrożku jest zręcznie skonstruowana i zawiera sporo ciekawych faktów, ale z uwagi na znaczną objętość materiału pozwoliłem sobie umieścić go w załączniku do tego wpisu. Mnie fascynował Mrożek przede wszystkim jako mistrz absurdu i krótkich form literackich, usiłowałem go naśladować w swoim pisaniu, ale nigdy nie udawało mi się choćby nadepnąć mu na piętę. Jak On wspaniale operował słowem. Nie wiem, czy to Państwo znacie:

Chcę być koniem

 Mój Boże, jak bardzo chciałbym być koniem…

Gdybym tylko zobaczył w lustrze, że zamiast rąk i nóg mam kopyta, z tyłu ogon i autentyczną końską głowę – natychmiast udałbym się do urzędu mieszkaniowego.
– Proszę o nowoczesne, duże mieszkanie – powiedziałbym.
– Niech pan złoży podanie i czeka na swoją kolej.
– Ha, ha! – zaśmiałbym się. – Czy panowie nie widzą, że ja nie jestem zwyczajnym, takim sobie, szarym człowiekiem? Ja jestem kimś innym, kimś ekstra!

I zaraz otrzymałbym nowoczesne, duże mieszkanie z łazienką.

Występowałbym w kabarecie i nikt by nie mógł powiedzieć, że jestem niezdolny. Nawet wtedy, gdyby moje teksty były niedobre. Przeciwnie.

– Jak na konia, to znakomite – chwalono by mnie.
– Ten ma łeb – mówiliby inni.

Nie mówię już o korzyściach, jakie wyciągnąłbym z przysłów i porzekadeł: końskie zdrowie, uśmiać się jak koń, koń ma cztery nogi i też się potknie…

Oczywiście,  b y c i e  koniem miałoby pewnie strony ujemne. Moim wrogom dałbym nową broń do ręki. Pisząc do mnie anonimy, zaczynaliby w ten sposób: „Pan jest koń? Pan jest kucyk!”

Kobiety interesowałyby się mną. – Pan jest taki inny… – mówiłyby.

Idąc do nieba, otrzymałbym, siłą faktu, skrzydła. Stałbym się wtedy pegazem. Skrzydlaty koń! Czy może być coś piękniejszego dla człowieka?

Sławomir Mrożek, (w:) Opowiadania, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1974, s.14

Albo znakomity Artysta:

_________________

*Krystyna Dąbrowska, wrzesień 2009, aktualizacja sierpień 2013

Ciąg dalszy jutro

Wiem

Teresa Rudolf

Mgnienie oka

Tu słowo,
tam spojrzenie,
tu melodia;
mgnienie oka,
a nagle jakby
świat cały…

taki czysty,
bez kontroli,
bez  gierek,

przelot 
pszczoły?
czy ważki?
może ptaka?

czasem wiesz,
czasem nie wiesz…

Chaos uczuć,
chaos myśli,
chaos, chaos…

Tu słowo,
tu spojrzenie,
i nagle spokój;

była to pszczoła?
a może to ważka?
czy też może ptak?

Co mogę ci powiedzieć…

Powiedziałaś mi, 
“kiedy teraz 
ze świata odszedł, 
tak bardzo,
tak bardzo tęsknię”…

Co mogłam ci powiedzieć?

A Ty wciąż mówiłeś:
“tak bardzo 
się boję, że choroba
mi ją zabierze”

I zabrała, zabrała…

Co mogłam Ci powiedzieć?

A Ty ostatnio mówiłeś
“już nie mogę
z nią dłużej wytrzymać,
tak wykańcza”,
odszedłeś w pół słowa…

Co mogłam Wam powiedzieć?

mówiłam, bo powinnam,
bo widziałam, słyszałam,
wiedziałam, cierpiałam,

bo przyjaźń nie zawsze
ma prawo  milczeć…
Mimo bezsilnej bezsilności…

Mówiłam wam wszystkim, 
że jestem, że jestem,

że tak mało mogę,
ale wciąż jestem,
nie zostawię.

Cóż mogę nam powiedzieć?

Że, że, że…
Los człowieka…
jest jakby skórą…

I jak ona
leży tak dokładnie,

tylko na Tobie
tylko na nim,
na mnie,
na nas…

…a to wszyscy
już wiemy….

W mieszkaniach u artystów

Karolina Kot-Simon

Paryskie atelier Tamary Łempickiej jako emblematyczny przykład francuskiego modernizmu.

Malarstwo Tamary Łempickiej doczekało się w Lublinie dużej wystawy, która wzbudziła spore zainteresowanie zwiedzających, co było sporym zaskoczeniem, zważywszy na fakt, że twórczość tej artystki była w Polsce mało znana. Wystawa stała się okazją do wypełnienia tej luki oraz do przypomnienia barwnego życia oraz błyskotliwej kariery malarki, która największe sukcesy odnosiła w przedwojennym Paryżu. Łempicką już dawno temu okrzyknięto „królową Art déco” i również w Polsce jest w ten sposób postrzegana. Ta etykietka stanowi jednak spore uproszczenie, nie ulega bowiem wątpliwości, że jej estetyczne poszukiwania pozwalały na swobodne poruszanie się pośród odmiennych – a nawet antagonistycznych – tendencji. Obrazy Tamary Łempickiej z charakterystycznymi opływowymi liniami, metaliczną kolorystyką czy skłonnością do luksusu bezsprzecznie nawiązywały do „Arts décoratifs”, chociaż ten styl objawił się bardziej w architekturze i rzemiośle niż w malarstwie. Nie sposób jednak nie zauważyć, że w pewnym momencie zbliżyła się ona do grona artystów świadomie zrywających z tą konwencją.

Wszystko zaczęło się w 1929 roku kiedy Łempicka kupiła mieszkanie-pracownię przy ulicy Méchain, w nowej kamienicy wybudowanej według projektu Roberta Mallet-Stevensa. Ten wizjonerski architekt – pionier francuskiego modernizmu – był już wtedy twórcą kilku ateliers d’artiste dla paryskiej bohemy. Największą sławę przyniosła mu jednak kubistyczna willa w Heyres, własność nietuzinkowej pary arystokratów de Noailles, którzy w przedwojennej Francji sprawowali mecenat nad awangardowymi ruchami artystycznymi. Przed przeprowadzką na ulicę Méchain, Tamara Łempicka mieszkała w eleganckiej, mieszczańskiej szesnastej dzielnicy. Jej ówczesne mieszkanie – w stylu późnego Haussemanna – posiadało (co dokumentują fotografie Lartigue’a,) wszelkie cechy dziewiętnastowiecznej estetyki: amfiladę, stiuki, boazerie i marmurowe kominki. Z perspektywy czasu przeprowadzka artystki do nowego atelier w budynku Mallet-Stevensa jawi się zatem jako świadomy akt twórczy. Wpisując się w nurt modernizmu Łempicka symbolicznie rozpoczynała nową erę. Wybór miejsca nie był kwestią przypadku. Za spiritus movens całego przedsięwzięcia możemy uznać siostrę Tamary Adriannę Górską-de Montaut, jedną z pierwszych kobiet architektów we Francji. W 1929 roku wstąpiła ona do nowo założonego Związku Artystów Współczesnych (UAM). Powstanie tego stowarzyszenia była ostrą reakcją na estetykę Art déco, którą twórcy awangardowi, z Mallet-Stevensem na czele, uważali za nazbyt konserwatywną, luksusową i nie potrafiącą sprostać wymogom współczesności. Awangardowe credo UAM głosiło syntezę sztuki i rzemiosła, a jego wyznawcy przedkładali funkcjonalność nad aspekt dekoracyjny. Zaczęto promować formy uproszczone i stosować nowatorskie materiały, wyraźnie nawiązując do niemieckiego Bauhausu czy holenderskiego De Stijl.

Nad projektem budynku przy ulicy Méchain pracował kolektyw artystów i rzemieślników podzielających awangardową koncepcję dzieła globalnego. Budynek został zbudowany na planie litery L i składał się z dwóch skrzydeł o różnej wysokości połączonych centralną wieżą z klatką schodową. Charakterystycznymi elementami były duże, narożne okna, tarasy na dachu i gładkie, białe fasady poprzecinane przeszklonymi wykuszami. Wnęki, parapety i balustrady nadawały lekkości kubistycznej formie. Wewnątrz znajdowało się 12 mieszkań i dwie dwupoziomowe pracownie malarskie. Klatkę schodową oświetlał wertykalny witraż skonstruowany z przemysłowego szkła – dzieło z pracowni Louisa Barilleta – kręte schody zdobiła mozaika z czarnych kafelków a stopnie były wyłożone dywanem w geometryczne wzory projektu Mallet-Stevensa. Jean Prouvé zaprojektował przeszklone drzwi wejściowe z kutego żelaza a André Salomon opracował nowatorski system oświetlenia. Wszystkie elementy drewniane były wykonane z modnego wówczas mahoniu.
Wystrój wnętrza był logiczną kontynuacją architektonicznej koncepcji i stylu Mallet-Stevensa . Atelier o powierzchni 152 m2 składało się z dwóch poziomów. W czasach Łempickiej na dole znajdowała się wysoka na 6 metrów pracownia, sypialnia-gabinet i dwie łazienki. Na antresoli umieszczono palarnię-bibliotekę, dwie dodatkowe sypialnie, kuchnię oraz dwie kabiny prysznicowe. Mieszkanie posiadało również służbówkę i tarasy o powierzchni 16 i 22 metrów. Ogromne okno pracowni zdobiły geometryczne witraże. Charakterystycznymi elementami wyposażenia były kolumny i piedestały do eksponowania dzieł sztuki, wysokie lustra i specjalnie kinkiety, które grą świateł podkreślały teatralne efekty. Adrianna Górska była autorką drzwi ze szkła i chromowanych tub, metalowego wieszaka na okrycia oraz balustrady schodów wiodących na antresolę. Dziełem Górskiej były również meble z polskiego orzecha w palarni-bibliotece, bar, stołki oraz fotele o brązowej tapicerce z tkanymi na biało inicjałami Łempickiej (zachowały się do naszych czasów i kilka lat temu zostały sprzedane na aukcji). Jednakże modernistyczny styl i charakter nadawały wnętrzu materiały takie jak szkło, nikiel i chrom, co było wyraźnym odwrotem od szlachetnego drewna wysmakowanych mebli Art déco. Niektóre projekty Górskiej były rezultatem tych nowatorskich rozwiązań np. fotel w pracowni wykonany z chromowanego metalu oraz krzesła w błękitnej sypialni. Artykuł autorstwa Georgesa Remona opublikowany w 1931 roku w piśmie Mobilier et Décoration szczegółowo opisał styl mieszkania Łempickiej a liczne (niestety czarno-białe) zdjęcia Gravota dowodzą, że przy meblowaniu i dekorowaniu, poza wspomnianą już Górską, zwrócono się do innych awangardowych twórców tamtych czasów. W wielofunkcyjnej pracowni malarskiej, gdzie urządzono również jadalnię, stał stół i metalowe krzesła „Sandows” autorstwa René Herbsta oraz duża lampa podłogowa (model nr 15) z atelier – powracającego obecnie do mody – Jeana Perzela. W części służącej za buduar stał szklany, okrągły stoliki projektu Djo-Bourjois oraz postumentem z pracowni D.I.M (sygnatura René Jouberta i Philippe’a Petita) naśladujący linie kaloryfera. Na oświetlonej kolumnie królowało dzieło braci Martelów, konstrukcja z cynku będąca repliką ich Lwa z Belfortu. Mieszkanie zdobiły również parawany oraz dzieła innych artystów, w tym rzeźba z brązu Chany Orloff. Na toaletce w sypialni Łempicka eksponowała dekoracyjne przybory toaletowe ze srebra, laki i szylkretu, wyrób modnej pracowni złotniczej Têtard Frères.

Artykuł Remona podkreślał, że pomiędzy artystką a jej atelier nastąpiła swoista symbioza. Sztuka Łempickiej niewątpliwie ucieleśniała ducha epoki a awangardowy wystrój mieszkania, ascetyczna elegancja i modernistyczne wizjonerstwo podkreślały przynależność do nowej estetyki. Mimo, że – śladem innych artystek swojego pokolenia –Łempicka wystawiała prace w salonie FAM (Société des Femmes Artistes Modernes), jej własna pracownia była przestrzenią, w której inscenizowała swoją sztukę i swoje życie prywatne. Atelier stało się od początku miejscem modnym, inspirując ówczesną prasę a nawet kino. Po reportażu w Mobilier et Décoration, w grudniu 1932 roku czasopismo Notre temps poświęciło Łempickiej obszerny artykuł, opisując wystawne przyjęcia urządzane przez malarkę dla paryskiej „cafe society”, artystów, bogatych klientów a nawet kobiet z półświatka. Mieszkanie przy ulicu Méchain porównywano do platynowej fryzury o opływowych liniach, co było odwołaniem do postaci z jej portretów oraz do stylistyki hollywoodzkiego filmu. Łempicka już wtedy rozumiała siłę oddziaływania reklamy i korzystała z niej przy konstruowaniu wizerunku piewczyni nowoczesności. Na początku lat trzydziestych ukazała się w dwóch kronikach filmowych wytwórni Pathé. W krótkej impresji pod tytułem Un bel atelier moderne pracowała przy sztalugach, pozując na tle awangardowego wnętrza pracowni.

Jakie były dalsze losy atelier Tamary Łempickiej? Modernistyczna wizja wnętrza zaprojektowana przez artystów UAM odeszła razem ze swoją epoką, podobnie jak na dekady przygasła sława samej artystki. Przed wybuchem II wojny światowej Łempicka wyemigrowała do Stanów Zjednoczonych, ale od lat pięćdziesiątych sporadycznie odwiedzała paryską pracownię. Wystrój uległ jednak radykalnemu przeobrażeniu. W 1956 roku artykuł w ilustrowanym piśmie Art et Décoration nazwał mieszkanie „eklektycznym”, co wskazywało na zmianę stylu. Na gładkich, niegdyś surowych ścianach, pojawiły się weneckie stiuki, a chrom, nikiel i szkło awangardowych mebli zastąpiły rokokowe stoły, intarsjowane sekretarzyki i fotele z czasów Drugiego Cesarstwa. Na miejscu konstrukcji z cynku braci Martelów stanęły rzeźby sakralne. Owa zmiana decorum odzwierciedlała ewolucję gustów i zainteresowań artystki oraz przemijanie mód i tendencji w sztuce użytkowej. Obecnie jesteśmy świadkami wielkiego powrotu do funkcjonalnego modernizmu i przedwojenne atelier Tamary Łempickiej – dzieło najświetniejszych przedstawicieli tego stylu – ponownie inspiruje. Niestety, jako własność prywatna nie jest udostępniane do zwiedzania. Pozostały zdjęcia…

Bibliografia:

1. Georges Remon „Architecture moderne: l’Atelier de Mme de Lempicka” w: Mobilier & Décoration, styczeń 1931, str. 1-9, 15 fotografie Gravota

2. Gioia Mori, Tamara de Lempicka La Reine de l’Art déco, Skira 2013,autorka cytuje artykuł Darnetala w: Notre Temps, grudzień 1932

3. Boris J. Lacroix, „Tamara de Lempicka ou la femme installée par le peintre” w: Art et Décoration, grudzień 1956.

4. Louise Campbell, “Un Bel Atelier moderne”: the Montparnasse artist at home” w: Desgning the French interior: the modern home and mass media, wyd. A. Lasc, G. Downey and M. Taylor, London: Bloomsbury Academic, 2015, str. 17

5. Axelle Corty „Tamara de Lempicka, une pionnière du star system” w: Connaissance des Art, 16.05. 2020.

6. Film, Un bel atelier moderne, Pathé studio, 1932 r, 1’30

Widok na pracownię z antresoli, wygląd współczesny

Rozsuwany witraż dzielący pracownię

Bar – wygląd współczesny

Klatka schodowa z dywanem projektu Mallet-Stevensa

Pracownia- Postument projektu DIM z rzeźbą braci Martelów, szklany stolik Djo-Bourjois, na ścianie charakterystyczne wykusze okienne, lata 30. XX w.

Biblioteka- fotele projektu Adrienne Górskiej z monogramem Łempickiej

Pracownia – widok na schody i antresolę, na sztalugach jeden z portretów malowanych przez artystkę, na pierwszym planie stół i krzesła z chromowanej stali projektu Herbsta

tod im tegel / reblog

XXV SEPTEMBER

für hannelore

zuletzt schleppte sich eitelberg auf das dach und sprang in die tiefe
er lebte im siebten stock und unter seiner loggia wuchsen die zwergkiefern
er wollte auf numer sicher gehen,
darum erklomm er
mit letzter kraft die sechs etagen und stürzte sich
vom dreizehnten stock
auf die betonplatten; genau dort wo siebenhundert bewohner des hauses tagein tagaus
vorbeigehen; einen monat lang trat aus den poren des steines sein blut heraus
und färbte rostrot das grau, zwei handflächen gross.
neunundvierzig tage wollte ich an ihn denken.
manchmal legte ich eine wildrose, zog die mütze ab und blieb eine minute stehen,
doch meistens blieb es nur beim rose werfen und mütze ziehen
(szybciej, franek, szybciej);
einmal wachte ich in der nacht auf, genau um die zeit als er sprang,
und fragte mich: warum?
(ich suchte dann die brahmsplatte aus, weil bei ihm die träne, die von dem auge fällt
das herz erleichtert);
ein paar mal sprach ich für ihn das vaterunser 
(so wie ich es die ganze kindheit und jugend tat, wenn jemand starb);
manchmal meditierte ich am seeufer oder dachte an ihn beim schwimmen;
doch es gab auch tage wo ich eitelberg komplett vergaß;
es ging schnell – so reisst sich leben von dem tode weg und versucht zu fliehen.
es ging schnell: zuerst verschwand die leiche, dann die polizei, die gaffer und die reporter;
reinigungsarbeiter schütteten den sand und kamen drei tage hintereinander mit den besen;
keiner legte einen blumenstrauss oder zündete eine kerze – tschüss, erledigt;
– eeyyy!!! läßt es liegen…- rief ich einmal so laut wie ich konnte,
als irgendwelche idioten meine blume zertraten 
(sie wurden plötzlich zehn zentimeter kleiner und bogen im rudel brav um die ecke), es war mitternacht und
später, viel später, 
kurz vor dem sonnenaufgang,
flog das reiherpaar mit dem jungen am rostroten himmel vorbei und dahin.
am siebenunddreißigsten tag fing es zu regnen an; 
die wolken kamen aus dem westen
und brachten näße drei tage lang; 
dann fuhr ich weg auf die insel gepeitscht vom wind
und von zweifel; doch die ließen bald nach, als ich die wellen umarmte, sanddorn pflückte und schnitt ab den
flundern die köpfe; es wurde stiller und stiller; bis die feuerquallen an den strand kamen und tanzten im seichten
gewässer; 
sie waren rostrot;
doch ich ging am fünfzigsten tag
mit undine
in das blau
an ihnen vorbei.

2009

Reblog: Cały ten róż – bardzo krótka historia

Grażyna Bastek

Foto: Ela Kargol

Współczesna kultura ma kłopot z różowym. Gardzą nim „prawdziwi mężczyźni” (ale już nie gwiazdy rocka i James Bond, o czym poniżej), a uwielbiają przedstawiciele wszelkich łamiących tabu i zastane porządki kontrkultur. To słodki kolor Barbie, kusząca barwa prostytutek, kiczowatych sukienek (chociaż nie zawsze), a zarazem walczących o swoje prawa kobiet. Jest wykorzystywany w tak wielu rolach, jak wiele jest jego odcieni.

Continue reading “Reblog: Cały ten róż – bardzo krótka historia”

Travelling and speaking languages


Alma Karlin’s
travelling book, The odyssey of a lonely woman, was edited in English, by Victor Gollancz, London, 1933, it consists of reports about her journeys out of America, in the Far East and through Australia.

She was an Austrian, so it is why some her titles were published in German first, then translated into Slovenian. Many of them have not yet been published; they are kept in the National and University Library of Slovenia and in the Berlin State Library (according to Wikipedia in a building in Unter den Linden).


Continue reading “Travelling and speaking languages”