Aus der Polkopedia (1) – Hella Moja

Ewa Maria Slaska

Hella Moja (16. Januar 1892 in Königsberg; † 15. Januar 1937 in Berlin) war eine deutsche Schauspielerin, Filmproduzentin und Drehbuchautorin polnischer Abstammung.

Geheimnisse

Sie ist eine geheimnisvolle Persönlichkeit gewesen, von der, obwohl zeitlang sehr berühmt, nichts sicher ist. Sowohl ihr Geburtsort, -datum und -name als vor allem ihr Todesdatum varieren in verschiedenen Quellen.

Continue reading “Aus der Polkopedia (1) – Hella Moja”

Jak przegrywy stworzyły własną religię

Po przerwie wracam do reblogowania mich ulubionych wpisów

Szalis Erger

Jak?

Zacznijmy od czanów. Jest to rodzaj forów internetowych, w których dużą rolę odgrywają obrazki (publikowane jako kolejne posty), aczkolwiek dozwolone są też wiadomości z samym tekstem. Drugą i chyba najważniejszą cechą czanów jest anonimowość ich użytkowników. Żeby dodawać posty nie trzeba posiadać konta. Znaczna większość osób nawet nie podpisuje w żaden sposób swoich wpisów. Zamiast tego publikują je pod automatycznie dodawanym pseudonimem Anonymous (nie mylić ze znaną grupą hakerów w maskach, która posługuje się tą nazwą).

Taki pseudonim osobie z zewnątrz wyda się tabula rasa – nazwą, za którą może kryć się wszystko i której samej w sobie brak jeszcze wydźwięku. Dla użytkowników czanów sprawa ma się zgoła inaczej – anoni (spolszczenie “anons” – skrót od Anonymous) są społecznością z własną kulturą, hierarchią wartości, hermetycznym językiem i poczuciem humoru. Fakt, że są anonimowi wcale nie czyni ich wyblakłymi – właściwie przeciwnie, dzięki temu, że jeden jest nieodróżnialny od drugiego, są niczym rój, jeszcze bardziej skolektywizowani.

Każdy anonimowy, dodając swój post, staje się niejako tym wspólnym, współdzielonym anonem. Rojność nie oznacza jednak nijakości. Każdy z osobna, mając poczucie, że nie jest rozpoznawalny, może pozwolić sobie na więcej niż w prawdziwym życiu. Jest to więc rój wybuchowy, kąsający – rój pełen zwierzeń, które nie boją się osądu społecznego lub nawet chcą temu osądowi zagrać na nosie, sprowokować go z bezpiecznej pozycji (tak też się działo, ilekroć obrazoburcze treści z czanów przedostawały się do szerszej publiki).

Samo to nie jest jeszcze niezwykłe – wszyscy znamy zależność “kozak w necie, pizda w świecie”. Wiemy, że anonimowość nie zawsze sprzyja merytoryczności, że gorset społeczny tłumi naszą chęć wzajemnego pożarcia się w słowach. Przypadek anonów jest jednak bardziej szczególny. Wielu z nich jest również życiowymi nieudacznikami – są to zazwyczaj młodzi mężczyźni, odrzuceni przez grupy rówieśnicze, cierpiący na fobię społeczną, nierzadko też depresję. Sami określają się mianem przegrywów (to oni wymyślili to słowo, jak i inne, których użyłem i użyję).

Nawiasem mówiąc: ponieważ społeczności i subkultury internetowe są bardziej rozmyte, dynamiczne i bardziej się przenikają niż te w świecie analogowym, jeszcze trudniej powiedzieć o nich coś definitywnego. Mój opis jest w związku z tym tylko przybliżeniem. To, co dotąd napisałem, może się niektórym skojarzyć np. ze społecznością tzw. inceli (mężczyzn niezdolnych do znalezienia partnerki seksualnej), o których świadomość przedarła się jakiś czas temu do mediów głównego nurtu. Jednak nie wszystkie przegrywy są incelami, a niektóre, choć są, wyrzekają się tej łatki i całej ideologii, która się z nią wiąże.
 
Rzeczą, w której przegrywy wygrywają są memy. Anonimowe fora obrazkowe miały ogromny wkład w rozwój kultury memów. Wiele formatów, postaci czy zwrotów memowych swój początek miało w tych hermetycznych środowiskach. Z czasem zaczęły one docierać do coraz szerszego grona odbiorców. W tej chwili niektóre z nich są po prostu częścią wspólnej bazy pojęciowej, którą współdzielą ze sobą wszyscy młodzi ludzie i która jest dla nich tak oczywista, jak kiedyś oczywiste były nawiązania do Szekspira. Jednym z wielu przykładów wkładu czanów we współczesną kulturę jest tzw. Żaba Pepe (Pepe the Frog). Sympatyczny rysunek zantropomorfizowanej żaby (najczęściej samej jej głowy) pojawił się w tysiącach odmian. Pierwszy, oryginalny Pepe był wesoły, ale później powstały wersje smutne, zaskoczone, rozwścieczone, obrazoburcze, nazistowskie, rasistowskie, anarchistyczne, kapitalistyczne, buddyjskie, ortodoksyjne, dekadenckie, samobójcze, zamożne, napalone i wypalone. Żaba Pepe dla różnych osób znaczy różne rzeczy.

Przegrywom nie podoba się, że wytwory ich kultury zostały przejęte przez normików – tak nazywają ludzi zwykłych, przystosowanych do życia w społeczeństwie. Normictwo jest dla nich bezmyślnym bydłem, ogłupionym przez łatwość, z jaką przychodzi im życie w zgodzie z normami społecznymi. I chociaż z jednej strony chcieliby być normikami, z drugiej – gardzą nimi. Normicy nie doświadczyli “uszlachetniającego” cierpienia, które bierze się ze spierdolenia (stan bycia przegrywem). Ich uprzywilejowanie uniemożliwia im zrozumienie tego, z czym je się życie przegrywa. Konsumują więc kulturę przegrywów powierzchownie, nie wiedząc nawet, skąd pochodzi. Albo nawet gorzej – kradną ją i uzurpują sobie autorstwo (prawdopodobnie przypadek pisarza Malcolma XD, który przypisuje sobie autorstwo słynnego opowiadania o wędkarzu, dzięki czemu zyskał sporą popularność, wydał nawet bestseller). To nietypowy przypadek “apropriacji kulturowej” (przywłaszczania sobie elementów kultury mniejszości przez grupę dominującą) – zwykle mówi się o niej raczej w kontekście rasowym lub etnicznym, np. dredy noszone przez białe osoby. Tym razem zaś mowa o wykorzystaniu prac autorstwa mniejszości młodych, przeważnie białych mężczyzn.

Żaba Pepe stała się maskotką przegrywów. Podobnie jak Trump, gdy po raz pierwszy wystartował w wyborach prezydenckich. Niebojący się wygłaszania kontrowersyjnych opinii i celowo prowokujący – nie z chęci poszerzenia pola debaty, nawet nie z chęci wygrania, tylko z chęci rozjuszenia oponentów – spełniał tym samym definicję tzw. trolla. A że niemała część przegrywów to trolle, zobaczyli w nim swojaka.

Trumpowi pomogło jeszcze coś innego: cyferki w postach. Na czanach każdy z anonimowych postów posiada swój numer identyfikacyjny. Jeśli w numerze jakaś cyfra się powtarza (np. 15777), uznaje się to za znak od losu, który próbuje zwrócić uwagę na treść danego posta. Im więcej powtórzeń cyfry, tym większa waga wyróżnienia. W przypadku zaś gdy post zawiera przepowiednię, powtórzenia cyfr mają stanowić jej potwierdzenie. Działało to w szczególności na 4chanie (jedna ze stron), ponieważ częstotliwość publikowanych tam postów uniemożliwiała przewidzenie, jaki numer otrzyma nasz post.

Użytkownicy czanów mieli wrażenie, że los wyjątkowo upodobał sobie posty dotyczące Trumpa. Ilekroć pojawiał się wątek na jego temat, powtórzenia sypały się jak z rękawa. Najbardziej robiącym wrażenie “cudem” okazał się post z maksymalną liczbą powtórzeń – 77777777:


Kto wysyłał te znaki? Wkrótce okazało się coś, czego nikt się nie spodziewał: obudziło się prabóstwo.

Użytkownicy 4chana mają w swoim slangu słowo “kek”, które znaczy tyle co “lol” lub “haha”. Ktoś zwrócił uwagę, że w starożytnym Egipcie istniało prabóstwo o takim imieniu. Kek uosabia ciemność i chaos, przyjmuje zaś postać… żaby.

No dobrze, zbieg okoliczności jakich wiele. Ale na tym się nie skończyło. Ktoś inny odkrył, że w internecie figurki bóstwa Kek są od dawna dostępne do zakupienia. Cóż, nie brakuje przecież fanów starożytnego Egiptu – co więc w tym dziwnego? Uwagę zwróciły jednak hieroglify, które zostały umieszczone na figurkach:


Pierwszy hieroglif wygląda na siedzącego człowieka, drugi jest niczym komputer, trzeci zaś przypomina helisę. (R)ewolucja memowa?

Trump był pierwszym amerykańskim prezydentem, którego wizerunek tak bardzo wsparły memy.

Ale to nie koniec dziwnych przypadków. Kilku anonów natrafiło na intrygującą piosenkę z lat 80. “Shadilay” włoskiego zespołu… “P.E.P.E”! Tak wyglądała okładka albumu:

Żaba z różdżką.
Przepowiednia?

To wszystko zostało odkryte wiele lat po powstaniu zarówno memów z żabą Pepe, jak i zwrotu “kek”.

Można nie wierzyć w byty nadprzyrodzone, lecz przy takich zbiegach okoliczności trudno dziwić się niektórym przegrywom, że poczuli się oni wysłannikami prabóstwa chaosu.

Wierzące przegrywy wykorzystały więc swoją moc twórczą, swój talent w kreowaniu lotnych memów, pomagając Trumpowi w wygraniu wyborów. Korzystając z zapału, z jakim normicy podbierają ich wytwory, podsunęli im memy, na których Trump był po prostu cool. Zgodnie z regułą, przekaz przedostał się do internetowego mainstreamu. I ciemność wygrała.

I kto powiedział, że religie tracą na znaczeniu?

A na koniec – piosenka:

Źródła:

– internetowe wspomnienia
Kek (mythology) – Wikipedia
The Truth About Pepe The Frog And The Cult of Kek | The Phoenix Enigma
Memecraft, Memetics, & Meme Magick | The Phoenix Enigma
The Untold History of Pepe the Frog

Krystyny w czerwonych sukniach

Ewa Maria Slaska i Krystyna Koziewicz

Niedawno pojawł się to na blogu wpis o kobietach w czarnych sukniach. Spodobał się Wam. Było dużo miłych reakcji, a Christine Ziegler przysłała mi dwa moje zdjęcia w czerwonych sukniach (dziękuję, Krysia!).


I tak się złożyło, że właśnie wczoraj przygotowałyśmy obie, Krysia Koziewicz i ja, zaproszenie do Polskiej Kafejki Językowej o, tak, o Krystynach w czerwonych sukniach.

Na tych zdjęciach to ja, Ewa. Pierwsza fota została zrobiona przez Christine Ziegler, druga pochodzi z filmu “Legenda Zygmunta Blask”, reżyseria Jemek Jemowit, kamera – Krzysztof Honowski; trzecie zdjęcie zrobiła Krystyna Koziewicz 24 lutego, podczas wernisażu prac powarsztatowych projektu Polkopedia w Regenbogenfabrik.

Continue reading “Krystyny w czerwonych sukniach”

Podróż dookoła Ziemi w kilku scenkach (3)

Teresa Rudolf

W dużym, stołowym pokoju czekała już na Filomenę, pachnąca dobrą, gorącą kawą, porcelanowa filiżanka. Kobieta jak zwykle najpierw przyglądała się gołębiom, raz od strony ulicy, a raz od podwórza, zanim zapaliła papierosa i zasiadła do codziennej, już prawie rytualnie parzonej i pitej kawy.

Dzisiaj czuła się dobrze, wyspana, co ostatnio było nie byle rzadkością.

Poczuła nawet przypływ świeżej, dobrej energii, z którą w ogóle nie wiedziała, co począć, również jakąś dziwną tęsknotę, której nie mogła długo zidentifikować; czy była to tęsknota za konkretną osobą, czy wydarzeniem, a może jakimś miejscem?

Kiedy się tak zamyśliła, zamykając jak zwykle oczy, nagle jakby usłyszała znajome szczekanie, a gdzieś z zielonej łąki wyłonił się jej ukochany pies Czaruś, będący już od bardzo dawna za tęczowym, psim mostem. Prawie czuła pod palcami jego miękką sierść, słyszała żałosne skomlenie, podobne temu, kiedy  pod koniec życia zaczął już miewać najprzeróżniejsze psie dolegliwości. W sercu zaczęło ją ściskać, łzy jak małe groszki “sypały” się z oczu, zanim na dobre rozpłakała się nad utratą najlepszego przyjaciela, powiernika, towarzysza z bardzo wczesnego dzieciństwa. 

Czaruś teraz cieszył się całym sobą, jak zwykle wachlując w okół ogonem…

Jakże często później bywała zazdrosna o psa pani Klary, Kajtka.  Kajtek i Czarek pewnie gdzieś w zaświatach bawią się już razem – pomyślała z sentymentem i uśmiechem do samej siebie.

Czuła, jak ogromnie tęskni za tą zwierzęcą, bezinteresowną miłością i wiernością. Zrozumiała po śmierci Czarusia, że odejścia zwierząt nie da się nigdy porównać z odejściem człowieka: tu odchodzi najczystsza miłość, absolutna kwintesencja niewinności. Zwierzę nigdy, przenigdy nie uczyni świadomie, perfidnie, nikomu niczego złego, w odróżnieniu od człowieka.

Scenka 3):

Stacja:  Tak mi Ciebie brak

Kobieta będąca od wielu już dni w podróży, wyglądała przez otwarte okno przedziału, gdy pociąg zbliżał się coraz wolniej do kolejnej stacji.

Silne słońce raziło ją w oczy, mimo, że była to już jesień. Założyła więc okulary słoneczne (miała je zawsze przy sobie), by spokojnie przyglądać się dużej, jasnej stacji, do której dojeżdżał pociąg. Nazwa wypisana była dużymi podświetlonymi literami, peron ozdobiony białymi chryzantenami, których nie brakowało akurat w październiku. 

Ludzie wysiadający z pociągu wyglądali przeróżnie; jedni ubrani na czarno, jakby w żałobie, inni wyróżniali się tylko żałobnym wzrokiem, pełnym tęsknoty i oczekiwania, jakimś głodem w oczach, a inni z kolei ubrani w delikatne, pastelowe okrycia i raczej młodzi, szybciej podążali naprzód. 

Kobietę ogarniało wszechobejmujące wzruszenie, tęsknota dla niej niezrozumiała, czuła się bezsilna nie rozumiejąc co umknęło w jej życiu, czego jej brakowało… 

Wiedziała, że to ciągle nie jej stacja, by już wysiadać, uczucie to było ciągle za mało precyzyjne, by opuszczać już ten przedziwny  pociąg. 

Nie widziała ze zdziwieniem również, aby ktokolwiek wsiadał do niego, dziwne to – pomyślała – nikomu nie udało się żadne spotkanie, z tym kimś, tak oczekiwanym?

Fantom buszuje 
po sercu i mózgu, 
ucieka, przybiega, 
chowa bawiąc się, 

płacze chichocząc, 
rozpylając zapachy,
tak dzikiej tęsknoty…

Matka, dziecko, 
kochanka, ojciec, 
zmarły ktoś, żywy,
nie ma ich, nie ma,

a nie dają spocząć,
i wciąż trzeba czasu,
by przestać już czekać. 

Słychać głośny 
śpiew papugi Gigi, 
lamentujący smutno, 
jakby dziwnie operowy… 

Cierpliwa pasażerka zamknęła oczy i zobaczyła nagle ogród z tłumem ludzi, patrzących a to w niebo, a to w ziemię, z włosami rozwianymi od szalonego wiatru, gwiżdżącego w pustce bezmiernego rozczarowania.

Liane Berkowitz

Michael Meinicke

Das folgende Hörspielmanuskript hatte ich vielen deutschsprachigen Sendern angeboten (auch Schweiz und Österreich). Mehrere Absagen kamen mit dem Vermerk – das Thema sei nicht aktuell.
Ein Exemplar befindet sich zur Einsicht in der Gedenkstätte Deutscher Widerstand: Bendlerblock
.

Seepferdchen

Hörspiel in zehn Teilen zur Erinnerung an die Opfer der ROTEN KAPELLE.
Liane Berkowitz war die Jüngste. Sie wurde am 5. August 1943, in Berlin / Plötzensee mit dem Fallbeil ermordet.

Hörspielstimmen:

Liane Berkowitz als Kind / als junge Frau / Briefstimme
Lehrer
Mutter Berkowitz
Billy Wilder als junger Mann
Lehrer der Heilschen Privatschule
Frau Harnack
Zeitungsjunge
Herr Rittmeister
Friedrich Rehmer
Libertas Schulze-Boysen (Lips)
Eine Polizeistimme
Kommissar Strübing
Richter
Sprecher für den Roman (Sven Hedin)
Mitgefangene
Hebamme
Wärterin
Drei junge polnische Frauen
Briefstimme Professor Stieve
Kind Nora, ca. zehn Jahre alt
Vater

Das Fallbeil im Hinrichtungsschuppen Plötzensee war hinter einem schwarzen Vorhang verborgen. Dieser war mit Metallringen an einer eisernen Stange befestigt. Um das Entsetzen der Verurteilten zu erhöhen, wurde der Vorhang mit einem Ruck aufgerissen und der Blick auf das von einer nackten Glühlampe grell beleuchtete Mordinstrument schlagartig freigegeben. Das Rasseln der Ringe erfolgte bei Hochbetrieb alle drei Minuten.

Stimme: Im Namen des Führers und des deutschen Volkes! Scharfrichter, walten Sie ihres Amtes!

rasseln
Adam Kuckhoff
rasseln
Frida Wesolek
rasseln
Ursula Goetze
rasseln
Maria Terwiel
rasseln
Oda Schottmüller
rasseln
Rose Schlösinger
rasseln
Hilde Coppi
rasseln
Klara Schnabel
rasseln
Else Imme
rasseln
Eva-Maria Buch
rasseln
Annie Krauss
rasseln
Ingeborg Kummerow
rasseln
Cato Bontjes van Beek
rasseln
…Berkowitz

1.

Lehrer im Gewölbekeller der Schule mit Liane (Kind): Ja, Herr Lehrer?
Lehrer: Hier, nimm das und bring es in den Klassenraum.
Liane: Was ist das, Herr Lehrer?
Lehrer: In diesem Glaszylinder befindet sich ein in Spiritus präpariertes Seepferdchen. Paß auf, dass Du es nicht zu sehr schüttelst. Es schwimmt dort in der Stille schon seit über hundert Jahren.
Liane: Wo hat es denn gelebt?
Lehrer: In der Südsee. Von dort brachte es einst ein berühmter Forscher von einer Expedition mit.
Liane: Und warum?
Lehrer: Damit wir hier lernen, was es für fantastische Lebewesen auf der Welt gibt. Schließlich ist das Seepferdchen bis heute ein geheimnisvolles Märchentier. Vor dir haben es schon viele Kinder bewundert.
Liane: Oh, so klein und schön. Die Augen sehen noch wie lebendig aus.

2.

Kind rennt im Altberliner Mietshaus die Treppen hoch. Schließt die Wohnungstür auf. Klavierübungen sind zu hören.

Liane: Mutti! Mamotschka! Heut’ half ich dem Herrn Lehrer tragen. Ein Seepferdchen in Spiritus. Über hundert Jahre alt. Ein richtiges Märchentier.
Mutter: Liane, was soll das! Sag’ zuerst einmal Guten Tag!
Liane: Guten Tag!
Mann: Guten Tag!
Mutter: So. Das nächste mal gleich so. Platz’ hier nicht immer so wild herein, wenn ich Schüler habe. Wie oft soll ich Dir das noch sagen. Jetzt geh’ bitte noch bis Halb ’runter in den Park. Wir sind mit der Übungsstunde noch nicht fertig. Und…exercice! Un, deux, trois…

Park. Gedämpfter Straßenlärm. Aus dem Fenster im ersten Stock flottes Klavierspiel. Irgendein bekannter Titel vom Ende der zwanziger Jahre, dazwischen die Stimme der Mutter mit un, deux, trois.

Billy Wilder: Hallo! Kleine! Wie geht’s? Dufte Musik! Du bist doch bestimmt die Liane. Ich hör’ immer deine Mutter rufen.
Liane: Ja, ich bin Liane. Die Musik kommt von meiner Mutti. Sie gibt Gesangsunterricht und Klavierstunden. Und wie heißt Du?
Billy Wilder: Billy Wilder. Kannst mich Billy nennen. So alt bin ich ja nun auch noch nicht. Also da oben wohnst Du? Ja, von dort wird ja auch immer gerufen: Liane! Raufkommen! Und wenn ich dann gucke, sehe ich niemanden. Aber ich höre diese Musik und denke, wer spielt da so gut? Ich wohne dort drüben zur Untermiete (beginnt Silben zu singen und zu steppen) und … dabdadu… and… one, two, three…
Liane: Oh, Sie können aber wirklich gut tanzen. Geben Sie vielleicht Tanzstunden?
Billy Wilder: No. That’s my job. Das ist meine Arbeit. Ich bin Eintänzer. In einem Restaurant am Kudamm.
Liane: Das ist lustig. Tanzen als Arbeit.
Billy Wilder: Oho. Du bist ja schon ziemlich schlau. Aber ich habe noch eine richtige Arbeit. Ich drehe Filme. Jetzt zum Beispiel einen Film über Menschen am Sonntag. Vielleicht kannst Du mitspielen. Ich werde mal mit deiner Mutter reden.
Liane: Richtig im Kino? Ach ja, das würde mir Spaß machen. Aber meine Mutti wird dagegen sein. Ich soll was Sinnvolles lernen. Mein Vater wollte das so. Er ist aber schon gestorben.
Billy Wilder: Wie schade! Doch deine Mutter ist eine kluge Frau. Sie hat recht. Lerne gut in der Schule. Das ist wichtig. Zum Film kannst Du immer noch kommen. Aber ich laß mir vielleicht von deiner Mutter mal einige Stunden geben. Jetzt muß ich aber abtanzen. Mein Job beginnt. Good bye, kleine Liane… and one, two, three…

3.

Privatschule. Lärm im Klassenzimmer

Lehrer: Meine Damen und Herren! Ich bitte mir Ruhe aus! Mit sechzehn sind Sie keine Kinder mehr. In der kommenden Stunde hätten Sie Englische Literatur. Der Unterricht wird wegen der Hitze ins Freie verlegt. Sie werden, bitte gesittet, wie es sich gehört, mit Frau Harnack in den Tiergarten gehen. (Freudiger Lärm) Ruhe! Ruhe, habe ich gesagt. Nehmen Sie ihre Sachen und verlassen Sie geordnet den Klassenraum.

Tiergarten (Park in Berlin mit Denkmälern) gedämpfter Stadtlärm

Harnack: Ich bitte Sie, etwas näher zu kommen und einen Halbkreis zu bilden. Dann muß ich nicht so schreien. Danke! Sie wissen, wie die Säule dort im Kreisverkehr genannt wird?
Durcheinander: Siegessäule! Siegessäule!
Harnack: Das ist klar. Aber woher stammt der Name? Vergangene Woche hatten wir darüber gesprochen. Also…ja, bitte, Fräulein Berkowitz.
Liane: Die Trommeln als Sockel symbolisieren Kriege. 1864 gegen Dänemark. 1866 gegen Österreich und 1870/71 gegen Frankreich. Ich weiß nicht…war es letztes Jahr? Da wurde umgebaut und die Viktoria oben nach Westen gedreht. Vielleicht greift der Führer Frankreich an. Hab’ ich jedenfalls so gehört.
Harnack: Fräulein Berkowitz, Sie erwähnen recht offen gefährliche Dinge. Vielleicht sollte mit Ihnen darüber gesprochen werden. Melden Sie sich mal nachher bei mir. Wir sehen nun die Denkmäler für mächtige Kriegsherren. Nicht auszudenken, wieviel Unglück sie über die Menschen brachten. Dort drüben Generalfeldmarschall von Moltke. Auf der Seite Kriegsminister von Roon und…kommen Sie bitte weiter, der so geliebte Kanzler von Bismarck…

Stimme entfernt sich, wird leiser, Fußgetrappel

4.

Stadtlärm

Zeitungsjunge: Berlin am Abend! Berlin am Abend! Kesselschlacht bei Charkow! Letzte und entscheidende Offensive gegen die Bolschewisten! 240 000 Gefangene!

Bei schönem Wetter voll besetzte Caféhäuser auf dem Kudamm! Neue Erfolgsmelodie von Zarah Leander!

Klingeln an der Wohnungstür, Schritte, Tür wird geöffnet

Rittmeister: Ja? Bitte?
Rehmer (genannt Remus): Entschuldigung, ich wollte zu Dr. Rittmeister. Ich heiße Fritz Rehmer.
Rittmeister: Ach ja! Kommen Sie herein, junger Mann. Oder muß ich Sie mit Dienstgrad anreden. Na, ich weiß Bescheid. Sie unterrichten mit meiner Frau zusammen am Heilschen Privatgymnasium. …beide sind inzwischen im Zimmer angekommen. Mehrere Personen sind anwesend…
Liebe Freunde! Hier bringe ich einen jungen Mann, der sicherlich genaueres über die Lage an der Front berichten kann. Er selbst ist erst kürzlich von dort als Verwundeter gekommen. Und draußen im Lazarett in Buch treffen ständig Verletzte aus den vordersten Linien ein. Also, das ist Fritz Rehmer und es trifft sich gut, daß gerade heute Libertas Schulze-Boysen gekommen ist. Sie will aber lieber unter uns Lips genannt werden. Hier am Fenster, das ist meine liebe Frau und daneben unsere Liane. Sie kennen Fräulein Berkowitz wohl aus der Schule.
Liane (schüchtern): Hallo, Remus.
Remus (räuspert sich): Guten Abend, Liane.
Rittmeister: Lips arbeitet mit Filmmaterial, das direkt aus den Kampfgebieten kommt. Ab und zu gelingt es ihr, Fotos mitzubringen, die bestimmt keine Zeitung abdrucken würde. Hier, sehen Sie sich das mal an. Das ist von einem Film abfotografiert. Also nichts Gestelltes.
Remus: Mein Gott! Wie schrecklich! Die werden gerade erschossen.
Rittmeister: Ja. Im Film sieht das so aus: Die Mutter wird mit ihrer kleinen Tochter, tja, wie alt wird sie sein…
Liane: Höchstens fünf, sechs Jahre.
Rittmeister: Das kann stimmen. Also, sie werden an die Wand gestellt. Sehen Sie. Und im Film rennt das Kind nochmals aus dem Bild und kommt mit seiner Puppe zurück. Und…hier…das kleine Mädchen stellt die Puppe neben sich an die Wand.
Remus: Das letzte Foto. Sie liegen übereinander. Die Puppe steht noch. Das tut deutschen Soldaten leid, so ein schönes Stück zu beschädigen. Ich kann ähnlich Grauenhaftes berichten. Was kann nur dagegen getan werden?
Lips: Ich habe Textmaterial von Freunden bekommen. Wir beraten gerade, ob wir das so als Flugblatt verteilen können. Fritz sollte sich das durchsehen. Liane, vielleicht liest Du mal einige Stellen vor.
Liane (mit kraftvoller Stimme): Gern. Was hier geschrieben ist, gibt doch Hoffnung. Zum Beispiel…
ein Endsieg des nationalsozialistischen Deutschland ist nicht mehr möglich.
Also dazu haben wir dann aktuelle und wahre Frontberichte gesetzt. Oder hier:
Hitler geht unter, ebenso wie Napoleon untergegangen ist. Wer die Zukunft des Volkes weiterhin mit den Geschicken Hitlers gleichsetzt, begeht ein Verbrechen!
Für mich ganz wichtig ist dieser Satz: Was kann der Einzelne tun, um seinen Willen zur Geltung zu bringen?
Rittmeister: Ich denke, das ist für alle im Augenblick das Entscheidende. Was können wir tun? Dieses Flugblatt zu lesen und sich in privatem Kreis darüber zum Gedankenaustausch zu treffen ist der erste Schritt. Jeder von uns weiß auch um die Gefahr dabei. In Deutschland herrscht Kriegsrecht. Dazu die faschistische Diktatur. Doch wir haben uns bereits entschieden. Wir handeln gegen das Regime, gegen die Schande.
Remus: Ich werde Flugblätter im Lazarett verteilen. Trotz der bitteren Zeiten ist das auch für mich heute ein besonderer Tag. Ich habe endlich die Freunde gefunden, nach denen ich lange suchte. Ich muss jetzt los. Komme ich zu spät ins Lazarett, gibt es unnötigen Ärger. Dank euch allen. Auf Wiedersehen, Liane (das Letztere in besonderem Tonfall).
Liane: Warte, Fritz. Ich komme mit zur S-Bahn. Entschuldigt, dass ich schon gehe. Aber meine Mutter ist unterwegs und ich muss um Acht den Gesangsschüler einlassen. Bis nächste Woche also. Tschüss.

5.

An einem See. Lagerfeuer prasselt. Küssen.

Remus: Lana, was ist das eigentlich für ein Muster? Hier oben, auf deinem Badeanzug?
Liane (kichernd): Lass das, Remi, das ist eine gestickte Kette von Seepferdchen. Die leben in der Südsee. Früher hatte ich sowas mal in der Schule gesehen. In Spiritus.
Remus: Ich wusste doch, meine Lana ist die Schlaueste. Was Du alles weißt. Aber hast du auch schon mal davon gehört, dass Seepferdchen als Zaubermittel gelten?
Liane: Zaubermittel? Nein. Was zaubern denn Seepferdchen?
Remus: Sie steigern die Potenz… grrr… komm, süßes Kind, geschwind. Her mit den Seepferdchen.
Liane: Remi, mein Lieber, Guter, sei mein, ich bin dein… ich liebe Dich so… (Musik)
Weißt Du, ich bin ganz sicher. Eines Tages werden wir es immer so schön haben. Was in Deutschland geschieht, kann nicht ewig dauern.
Remus: Der Krieg muß ein Ende haben. Wie können nur Menschen auf Menschen schießen. Jeder hat doch nur ein Leben.
Liane: Es ist gut, daß Du nächstes Wochenende mitmachst. Wenn wir Flugblätter gegen Krieg und Lüge kleben, ist das nicht viel. Aber einige Leute werden beginnen, nachzudenken. Und daraus wird mehr.
Remus: Ich hoffe das auch. Wir dürfen uns nicht erwischen lassen. Ich möchte nicht, dass mein liebes Mädchen aufs Polizeirevier muss. Du bist mein ganzes Glück.
Liane: Remi, wir haben doch alles genau abgesprochen. Niemand wird erwischt werden. Und unsere Liebe wird uns schützen. Wir tun doch etwas Gutes. Da kann einfach nichts geschehen. Hast Du im Kopf, was wir geschrieben haben?
Remus: Ja. Zum Schluss heißt es genau richtig:
Hitlers Sieg – Ewiger Krieg! Volkes Sieg – Beendet den Krieg!
Komm, Lana, lass uns ins Zelt kriechen. Das Feuer brennt runter. Kriegst Du nicht hier am Rücken schon eine Gänsehaut?

6.

Schläge an die Wohnungstür

Polizei: Aufmachen! Polizei!
Mutter: Ja. Ja. Moment, meine Herren. Es ist doch noch zu nachtschlafender Zeit. Guten Morgen, Sie wünschen?
Polizei: Weg da! Aus dem Weg! Ist Ihre Tochter zu Hause?
Mutter: Ja. Aber sie schläft noch. Seien Sie bitte nicht so laut. Sie braucht den Schlaf. Ein Kind ist unterwegs.
Polizei: So. Schwanger. Na, da holen Sie mal das saubere Fräulein aus der Falle. Sie soll sich anziehen und mitkommen. Aber dalli! Ah, da ist sie ja. Fräulein Liane Berkowitz?
Liane: Ja?
Polizei: Sie sind verhaftet. Sie kommen mit zum Polizeipräsidium am Alexanderplatz. Machen sie sich fertig. Beeilung, wenn ich bitten darf.

Büro des Vernehmers Kommissar Strübing

Strübing: Fräulein Berkowitz, wir sind ja in letzter Zeit ganz gut vorangekommen. Ich denke, Ihre Mitarbeit wird vor Gericht entsprechend gewürdigt werden. Bisher ist also von Ihnen zugegeben, dass Sie Flugblätter gegen die Ausstellung DAS SOWJET-PARADIES auf dem Kudamm geklebt haben. Gemeinsam mit den beiden, hier bekannten Personen. Wobei dann nicht wie geplant Einhundert, sondern nur die Hälfte angebracht wurden. Den Rest haben Sie aus Angst vor Entdeckung in einen Gully gestopft. Ist das so richtig?
Liane: Ja.
Strübing: Und war der Text derselbe, den ich Ihnen jetzt vorlese –
Ständige Ausstellung Naziparadies. Krieg, Hunger, Lüge, Gestapo wie lange noch?
Liane: Ja. So stand es auf den Zetteln.
Strübing: Na, seh’n Sie. So kommen wir doch voran. Für heute soll das genügen.

Leicht veränderte Auszüge aus Originalbriefen von Liane an die Mutter

Meine liebe gute Mamotschka!
Danke für die Schlüpfer und das Frottéhandtuch. Das Püree war noch warm. Das erste, warme Essen nach langer Zeit. Grüße Remus. Er soll mit den Ärzten kämpfen und sein kaputt geschossenes Bein nicht amputieren lassen. Wenn das nicht heilen sollte, ist in einigen Jahren immer noch Zeit dafür. Liebe einzige Mamotschka, es tut mir so leid, dir diesen Kummer zu bereiten. Ich weine sehr viel. Doch wir müssen beide gesund und stark bleiben für das Kindchen. Es wird so Mitte April geboren werden. Erzähle nichts von diesem Brief. Eine Wärterin schmuggelt ihn für mich. Möge Gott mit uns sein und gnädig. Deine Lana
Ps.: Danke für das Buch von Berger ’Mit Sven Hedin durch Asien’.

Liane träumt sich in der Zelle in die Welt Asiens – passende Musik

Buchtext-Sprecher: Jetzt waren wir auf dem Höhepunkt des Sommers. Unsere Karawane erreicht das Kloster SCHANDE-MIAO. Einer der Kameltreiber hatte versucht, zwei unserer besten Kamele zu stehlen. Doch die Mongolen hatten ihn eingeholt. „Nun gut, hier sind die beiden Kamele wohlbehalten zurück. Ich darf dann wohl gehen.“ „Da irrst Du dich. Du weißt genau, dass auf diesen Diebstahl der Tod steht. Aber wir lassen das unseren Herrn Sven Hedin, entscheiden. Los! Auf!“ Der Kerl wurde gefesselt und mitgeführt.

Brief Lianes

Liebste Mamotschka!
Nachdem mir die Zehen erfroren sind, bin ich nun in eine wärmere Zelle gekommen. Ich mache mir große Sorgen, ob das Kindchen davon einen Schaden genommen hat. Aber jetzt geht es etwas besser. Ich darf mich nicht aufregen, um das Kleine heil zur Welt zu bringen. Und Du mach dir bitte auch nicht solche Sorge. Du wirst noch sehr von uns gebraucht. Meine goldige Mama, verzeih mir alle Frechheiten. Ich bete hier zu Gott und vertraue auf seine Barmherzigkeit. Versuche, mir einen Priester zu schicken. Vielleicht wird es genehmigt. Um meine Sache steht es schlimm. Der Führer hat ein neues Gesetz erlassen. Es gilt rückwirkend. Kannst Du dich noch an die Zeilen von Turgenjew erinnern: „Glückliche Jahre, fröhliche Tage. Wie Frühjahrsgewässer sind sie vorübergerauscht.“ Mamotschka, bete für mich. Ich habe solche Angst…

7.

Gerichtsverhandlung, Verlesung des Urteils

Richter: Angeklagte Liane Berkowitz, erheben Sie sich. Die Angeklagte hat sich in schwerster Weise gegen die deutsche Volksgemeinschaft vergangen. Bei der Infamie ihres Handelns ist jegliche Milde unangebracht. Das bezieht sich ebenso auf eventuelle Sentimentalitäten hinsichtlich des jugendlichen Alters. Schlimmer noch als das Alter von 18 zur Tatzeit ist, dass es sich hier um eine weibliche Jugendliche handelt. In Gemeinschaft mit einer verbrecherischen Klicke hat sie sich einer ungeheuerlichen Staatsbedrohung schuldig gemacht. Dieses Vorgehen zeigt, dass die Angeklagte abgrundtief bis ins Mark verdorben ist. Somit ist nur das Höchsturteil möglich. Im Namen des Führers des Deutschen Reiches, Adolf Hitler, wird die Angeklagte zum Tode und zum dauernden Verlust der bürgerlichen Ehrenrechte verurteilt.

Brief Lianes

Meine Mamotschka!
Ich kann Dir nicht sagen, was ich bei der Verhandlung erlebt habe. Es könnte sein, daß Remus und ich uns nie wieder auf der Welt sehen werden. Ich versprach ihm, dass wir ein Kind als Zeugen unseres Lebens und unserer Liebe haben werden. Mama, ich quäle mich deinetwegen und darum müssen wir uns noch einmal sehen. Noch glaube und hoffe ich…

In der Zelle. Die Melodie der WARSZAWIANKA wird gepfiffen.

Liane: Wer pfeift da?
Mitgefangene: Das ist Erika von Brockdorff. Ihr Urteil lautete auf Zuchthaus. Ist gestern umgewandelt worden. Jetzt trägt sie wie Du die braune Armbinde mit den Buchstaben TK für Todeskandidat.
Liane: Schrecklich! Sie pfeift oft Lieder durchs Gitter. An den anderen Abenden höre ich das auch.
Mitgefangene: Ja, Sie macht allen Mut. Als ich neulich auf meine Verhandlung wartete, sprachen die anderen von ihrer Tapferkeit. Roeder, der Ankläger, brüllte: Ihnen wird das Lachen noch vergehen! Erika antwortete: Nicht, solange ich noch meinen Kopf auf den Schultern habe.
Liane: Ach, wenn ich doch auch solche Kraft hätte.
Mitgefangene: Du hast diese Kraft. Du hast sie für Zwei. Wann kommt denn dein Baby?
Liane: In zwei Monaten etwa. Und das in dieser furchtbaren Umgebung.
Mitgefangene: Komm, leg’ die Hände auf den Bauch. Atme tief und ruhig. Gib dem neuen Leben von deiner großen Kraft, deinem Mut ab. Es ist das, was von Dir und deinem Remus bleiben wird.
Liane: ich möchte leben. Mutter sein. Soll ich dieses Gefühl nie erfahren? Einem kleinen Menschen Geborgenheit geben. Es wäre so wunderbar. Ob mein Gnadengesuch Erfolg haben wird? Ich bin unendlich müde.

Brief Lianes

Liebe Mamotschka!
Meine Mitgefangenen, die das gleiche Urteil erhalten haben, kümmern sich sehr um mich. Ich verstehe nicht, weshalb sie so ruhig sind. Während der Gerichtsverhandlung hatte ich furchtbare Magenkrämpfe und Nasenbluten. Ich musste mich übergeben. Einmal wäre ich fast ohnmächtig geworden. Auf dem Gang fasste mir ein Kommissar unters Kinn. Er sagte, ich müsse stark sein und mit Remus sei nichts mehr zu machen. Das alles nennt sich hier human. Ich flehe Gott an. Ich werde auf dieser Welt noch gebraucht von Dir und meinem Kind. Deine Lana

8.

Geburtsvorgang

Hebamme: Atmen! Pressen! Atmen! Pressen! Ja, sehr schön. Gleich haben wir es. So, jetzt kannst Du zu deiner Mami. Wollen Sie ihr Kind nehmen?
Liane: Ja. Was ist es denn?
Hebamme: Ein gesundes Mädchen. Hat kleine Löckchen wie die Mama.
Liane: Meine kleine Irene, meine Irka. Wie süß die rosa Fingerchen sind. Oh, da ist ja schon ein kleines Lächeln.
Hebamme: Probieren sie mal, ob das Kleine trinkt. Das muss immer gleich geschehen. So, nehmen Sie das Kind hier in den Arm. Etwas anwinkeln. Nach oben. Na bitte, so ein Hunger.
Liane: Wie süß sie nuckelt. Trink dich ordentlich satt, meine Irka. Du sollst doch groß und stark werden. Leben sollst Du. Wenigstens Du.

Brief Lianes

Geliebte Mama!
Du musst zur Kartenstelle gehen und Dir einen Schein ausstellen lassen, um für das Kind etwas zum Anziehen zu besorgen. Du machst dann ein Paket, schreibst ’Kinderwäsche’ drauf und gibst es hier ab. Bitte mit folgendem Inhalt: Weißes Garn (falls mal was kaputt geht). Das Federbettchen. Ein Stück Seife fürs Kind. Sechs Hemdchen und Jäckchen, Größe drei. Drei Windeln und ein Wickeltuch. Und auch ein Fläschchen. Die Mütter verlieren an diesem Ort nach drei Wochen die Milch. Viele Küsse von deiner Lana

Die Zellentür wird aufgeschlossen.

Wärterin: Komm Se!
Liane: Das Baby…?
Wärterin: Das schläft. Handtuch mitnehmen. Es geht zum duschen. Los!
Dusche. Lachen drei junger Polinnen. Der Text sollte mit polnischen Worten, bzw. Ausrufen durchsetzt sein.

1. Polin: Komm her. Hier ist der Strahl besonders warm. Chodź tu do nas.
2. Polin: Du hast doch vor kurzem das kleine Mädchen bekommen. Nicht wahr? Masz dzidzię, prawda?
Liane: Ja. Woher wisst ihr das?
3. Polin (lacht): Das spricht sich ‚rum. Wie heißt denn die Kleine?
Liane: Irene. Ich sag’ aber Irka. Ich glaube, sie versteht mich schon.
2. Polin: Kein Wunder bei so einer lieben Mutti. Willst Du meine Haarwäsche? Hier. Bierz, jest dobrze.
Liane: Danke. Ihr seid alle Drei aus Polen?
1. Polin: Ja. Arbeitseinsatz ohne Brot. Nun hier.
2. Polin: Was wir sagen wollen, sagen wir nicht.
1. Polin: Vielleicht überleben wir. Dann sprechen wir. Spotkamy się po wojnie, to pogadamy.
Liane: Wenn es so kommt, erzählt auch von mir und meiner Irka. Meine Mutter wohnt am Victoria-Luise-Platz.
3. Polin: Kennen wir. Wir haben einmal den Park gesäubert. Wann war das?
1. Polin: Letzten September. Ist lange her.
Liane: Eine Ewigkeit. Da wurde ich verhaftet.
Wärterin – klopft gegen die Tür: Ruhe da drin! Fertig werden!
2. Polin: Einer Kameradin ist das Kind schon geholt worden. Von ihr haben wir noch Babysachen. Söckchen, zwei Hemdchen. Willst Du sie? Dostaniesz.
Liane: Was für eine Frage? Hier habe ich doch nur, was reingelassen wird. Wenn ihr das nicht braucht – gerne. Danke! Vielleicht kann ich es irgendwie gut machen.
1. Polin: Denk an uns. Bete für uns wie wir für dich. Lebewohl! Do widzenia.
Liane: Lebt wohl. Ihr Lieben.
Wärterin: Raus! Dalli, dalli! Abmarsch!

Brief Lianes

Mamotschka!
Danke für alles, was Du für mich getan hast. Es gibt keine Hoffnung mehr. Bitte schicke kein weiteres Essen. Sie lassen es nicht mehr durch. Ich weiß, dass Du auch nichts hast. Weshalb sollen Fremde davon satt werden. Noch ist das Kind mein. Wenn ich mir vorstelle, Irka wegzugeben, zerreißt es mir das Herz. Aber sie muss leben. Hier geht das nicht. Hole Irka in den nächsten Tagen ab. Bitte nur dann, wenn die Kartenstelle geöffnet hat, da Du ja gleich Lebensmittelkarten brauchst. Kümmere dich schon vorher um einen guten Kinderarzt. Und laß Irka gleich in der Kirche am Fehrbelliner Platz taufen. Ich habe mich in Gottes Hände begeben. Man hat mir die kleine Ikone weggenommen. Ich bin furchtbar unglücklich. Deine Lana

Wärterin: Freistunde!

Zellentüren. Wachsende Schrittgeräusche. Rundgang auf dem Hof. Kies knirscht.

Wärterin: Immer im Kreis bleiben! Aufschließen dahinten!

Verschiedenes Flüstern: Tak tak… Wie lange noch… ist schon weg… guck, mein Spatz… gestern Besuch gehabt… so ein schöner Sommertag… durchhalten… hier, ein Stück Bleistift… richtiges Badewetter… Dobrze… Urteil wurde vollstreckt…bleib stark… nicht aufgeben… ein Apfel, nimm… Bierz…

Wärterin: Liane Berkowitz!
Liane: Ja.
Wärterin: Raustreten! Fertig machen zum Transport!

9.

Amtsbrief / schneidende Stimme des Professor Stieve

Kaiser-Wilhelm-Institut, pathologische Abteilung der medizinischen Fakultät. Leiter Herr Professor Stieve an die zuständige Kammer des Reichskriegsgerichtes

Meine Herren!
Ich protestiere gegen die Verschiebung der Urteilsfällung in die Nachtstunden. Ich bitte zu bedenken, dass der Transport der ausgewählten Objekte auch einen gewissen Zeitraum in Anspruch nimmt. Wie sollen dann meine Herren Studenten, die sich bereits zu Konsultationen am späten Abend bequemt haben, noch ordnungsgemäß sezieren können? Das ist ein Affront gegen die Wissenschaft, gegen die Forschung, gegen das Studium. Der Zeitraum für die Hinrichtungen muss so verlegt werden, dass die Leichen begutachtet werden können, bevor die letzte Straßenbahn fährt. Das Institut ist soweit draußen gelegen, dass ein Heimweg zu Fuß meinen Studenten nicht zuzumuten ist. Mit deutschem Gruß Heil Hitler!

Abschiedsbrief Lianes

Teure, geliebte Mamotschka!
Es ist aus. Heute, wenn es dunkel geworden sein wird, lebt deine Lanka nicht mehr. Bleibe gesund und lebe für meine Irka. Erzieh sie zu einem klugen, tüchtigen Menschen. Hebe meine Haarlocke, Briefe und Foto von Remus und die anderen Kleinigkeiten für sie auf. Du wirst den letzten Wunsch deines sterbenden Kindes erfüllen. Ich knutsche meine Irka und ihre süßen Händchen und Füßchen. Ich umarme dich zum letzten Mal. Jetzt wende ich meine Gedanken und Sinne Gott zu und bereite mich vor, zu IHM zu gehen. Ich empfange deinen Segen. Deine ruhige, unglückliche Lanka

Liane spricht das Vaterunser auf Russisch

Öffnen der Zellentüren. Kommandos „In einer Reihe antreten“, usw. Schlurfen der Holzpantinen. – Anwachsender Lärm. Flugzeuge über Berlin. Sirenen. Bomben.

rasseln
Eva-Maria Buch
rasseln
Annie Krauss
rasseln
Ingeborg Kummerow
rasseln
Cato Bontjes van Beek
rasseln
Liane Berkowitz

10.

Heutige Zeit / Radiomusik

Vater: Nora! Nora, mach doch bitte mal das Radio etwas leiser.
Nora: Papa?
Vater: Ja. Was ist denn? Ich will das hier in Ruhe zu Ende schreiben.
Nora: Papa, guck mal, was ich hier gefunden habe.
Vater: Wo hast Du denn das wieder rausgewühlt.
Nora: Das war hinten auf dem Hängeboden. In deinem alten Reisekoffer. Ich wollte eigentlich die Bastelsachen raussuchen. Ist das ein Tier?
Vater (nachdenklich, zögernd): Ja, das ist ein Seepferdchen. Über hundert Jahre alt.
Nora: Und woher hast Du das?
Vater: Tja, eine lange Geschichte. Du weißt doch, dass ich früher als Lehrer gearbeitet habe. Das war an der alten Scharmützelsee-Schule. Da wollte ich auch mal Bastelsachen aus dem Keller holen…
Nora: …und da hast Du das Seepferdchen gefunden. Was macht denn so ein kleines Tier?
Vater: Nun, es schwimmt senkrecht im blauen Wasser einer Südseelagune. Das sieht lustig aus. Leider wird es gejagt. Viele Leute denken, es hilft, wenn es zu Pulver zerrieben als Medizin geschluckt wird. So ist es schon fast ausgestorben.
Nora: Kann da nicht was gegen getan werden?
Vater: Vielleicht. Wir suchen nachher mal im Internet. Da gibt es bestimmt Hinweise. Aber dieses Seepferdchen hat eine eigene Geschichte. Es ist die Erinnerung an ein Kind wie Du. Es starb schon als ganz junge Frau.
Nora: Oh, wie traurig. Erzählst Du mir von dem Mädchen?
Vater: Also, nicht weit von dieser Schule, am Victoria-Luise-Platz, lebte dieses Kind. Die Eltern waren aus Russland vor dem Krieg geflohen. Der Vater war Dirigent und starb dann leider. Die Mutter war eine echte Dame. Sie gab Klavierunterricht. Das Mädchen ging gern zur Schule, wo es oft dem Lehrer half, Sachen aus dem Keller zu holen. Da war es glücklich. Es gab soviel Interessantes zu sehen. Ausgestopfte Tiere standen in den Regalen. Ein Fuchs, eine Eule und andere Tiere. Und eben auch das Seepferdchen. Liane hieß das Mädchen und im Nachbarhaus wohnte damals ein junger Mann, der später in Amerika ein berühmter Filmregisseur wurde. Billy Wilder brachte ihr die ersten Tanzschritte bei. Komm her… guck, so… and one, two, three… so ging ihr Tanz ins Leben…

Chyłeńka


Zbigniew Milewicz

Zmarł 23 lutego 2014 roku. Kiedyś zamieściłem TUTAJ o nim wpis, więc nie będę się powtarzał, ale w dziesiątą rocznicę śmierci Tadeusza Chyły chciałbym przytoczyć kilka faktów, które pominąłem poprzednio. Posłużę się znowu ściągawką z Culture.pl, w którym to portalu znalazłem biograficzną opowieść o artyście, pióra Janusza R. Kowalczyka.

Chyłeńkę, który miał w zwyczaju wszystko zdrabniać, nazywano ostatnim cesarzem ballady. W szarzyźnie PRL był artystą niezwykłym i wyjątkowym – jednym z najbardziej rozpoznawalnych wykonawców śpiewających ballady, które wówczas nuciła cała Polska. Łączył w sobie krańcowo różne cechy – silnego mężczyzny i lirycznego artysty. Zaczął jednak od malarstwa i był mu wierny do końca życia. Od Liceum Sztuk Plastycznych w Gdyni Orłowie. Później były studia na Wydziale Malarstwa Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych w Sopocie, w pracowni Juliusza Studnickiego i Jacka Żuławskiego. Uprawiał malarstwo sztalugowe, ścienne i scenografię. Dyplom zdobył w 1961 r.

Continue reading “Chyłeńka”

Dziś pogrzeb / Heute wird er begraben

Ewa Maria Slaska, Berlin & Mirosław Makiewicz, Szczecin

Ze Szczecina przyszła taka maleńka i bardzo celna mowa pożegnalna. Napisał ją Mirek Makiewicz, wieloletni przyjaciel Folkera i Anne, ale też nasz, Eli Kargol, Krysi Koziewicz i mój.

Człowiek wielkiego serca i wielkich zasług. Najbliżsi zawsze mogli na niego liczyć. W trudnych czasach zdobył niezbędne wykształcenie. Wkrótce założył rodzinę i wychował dwoje dzieci. Doczekał się trzech wnuków (czwarty, Odo, przyszedł na świat w dwa dni po jego śmierci), które wszystkie tu są z nami i żegnają zmarłego. Przez wiele lat pracował na Wolnym Uniwersytecie, gdzie przeszedł wszystkie szczeble awansu zawodowego. Wierny członek i wyborca SPD. Na emeryturze przez wiele lat czynnie zaangażowany w towarzystwie Partnerstwo Miast Szczecin – Kreuzberg/Friedrichshain, gdzie perfekcyjnie pełnił funkcję skarbnika.
Nigdy nie odmawiał pomocy potrzebującym. Wiele osób właśnie jemu zawdzięcza swoje osiągnięcia i sukcesy.

Ja też. Pisałam już o tym. To dzięki niemu, Anne i Wolfgangowi Hahnowi zorganizowaliśmy w roku 2015 tu, na tym cmentarzu wystawę o polskich grobach w Berlinie i niemieckich w Szczecinie, a potem wydaliśmy książkę, zatytułowaną Ich bin nicht tot / Nie umarłem. Pozwoliłam sobie przynieść tu kilka egzemplarzy tej książki. To publikacja po polsku i po niemiecku. Może kogoś zainteresuje. Jeśli tak, to proszę sobie wziąć egzemplarz.

To taki mój mały gest dziękczynny w stosunku do Folkera. Dziękuję Folker i pamiętaj, nie umarłeś!

Przyjemnej lektury.

Aus Stettin kam eine kleine und sehr treffende Abschiedsrede. Sie wurde von Mirosław Makiewicz geschrieben, einem langjährigen Freund von Folker und Anne, aber auch von uns, Ela Kargol, Krysia Koziewicz und mir.

Er war ein Mann mit großem Herzen und großen Verdiensten. Die Menschen, die ihm am nächsten standen, konnten sich immer auf ihn verlassen. In schwierigen Zeiten erwarb er die notwendige Bildung. Er gründete bald eine Familie und zog zwei Kinder groß. Er erlebte drei Enkelkinder (das vierte, Odo, wurde zwei Tage nach seinem Tod geboren), die alle hier bei uns sind, um von dem Verstorbenen Abschied zu nehmen. Er war viele Jahre lang an der Freien Universität tätig, wo er alle Stufen der beruflichen Beförderung durchlief. Er war ein treues Mitglied und Wähler der SPD. Im Ruhestand engagierte er sich viele Jahre aktiv in der Städtepartnerschaft Stettin-Kreuzberg/Friedrichshain, der er als Schatzmeister hervorragend diente.
Immer hat er Bedürftigen geholfen. Viele Menschen verdanken ihm ihre Leistungen und Erfolge.

So auch ich. Darüber habe ich bereits geschrieben. Ihm, Anne und Wolfgang Hahn ist es zu verdanken, dass wir 2015 hier auf diesem Friedhof eine Ausstellung über polnische Gräber in Berlin und deutsche Gräber in Stettin organisiert und später ein Buch mit dem Titel Ich bin nicht tot / Nie umarłem veröffentlicht haben. Ich habe mir erlaubt, ein paar Exemplare dieses Buches hierher zu bringen. Es ist eine Veröffentlichung in polnischer und deutscher Sprache. Vielleicht wird es jemanden interessieren. Wenn ja, nehmen Sie bitte ein Exemplar und lest es.

Er wird es mit Euch mitlesen. Danke Folker. Und wir glauben Dir, Du bist nicht tot.

Polkopedia. Vernissage.

Magdalena Schwabe

PM Februar 2024
# Frauen & Kultur & Geschichte
# deutsch-polnisches kollektives Gedächtnis

3. Polkopedia Workshop / Austellung ab 15 Uhr

Nach 3. bewegenden Workshops laden wir am Sam, den 24. Februar 2024 in die Regenbogenfabrik (Lausitzer Straße 21a, 10999 Berlin) ein zur Eröffnung der Ausstellung Frauenportraits der vergessenen Heldinnen – der Opfer des Nationalsozialismus, die aus den Seiten der Geschichte gelöscht wurden und wieder ihr Gesicht bekommen.
Wir widmeten ihnen drei Workshops, in denen wir sie durch das Verfassen von Biografien erinnerten und würdigten.

Im Strafgefängnis Plötzensee wurden während des 2 Weltkrieges über 40 polnische Konspiratorinnen hingerichtet.

Wer waren diese Frauen? Wofür haben sie ihr Leben verloren? Den meisten enthaupteten polnischen Frauen wurde Hochverrat am Deutschen Reich vorgeworfen. Viele von ihnen arbeiteten im Untergrund, andere gaben jemandem ein Stück Brot, andere waren zur falschen Zeit am falschen Ort. Sie verloren ihr Leben für Worte, ein Stück Brot, für den Kampf für die Freiheit.

Die Initiatorin des Projekts, Ewa Maria Slaska, sowie die Autorin der Frauenportraits, Anna Krenz, stehen zum Interview und Gespräch da. Eingeladen sind auch engagierte Berliner_innen, die mit uns 24 Biografien der Polinnen aus Plötzensee rekonstruiert haben, Collagen und Zeichnungen gemalt oder an der Performance von Ewelina Jaworska teilgenommen haben. Die Schicksale dieser Frauen und ihre Zeichnungen sind online auf polkopedia.org veröffentlicht. Wir taten es, weil es endlich an der Zeit ist, die Vergessenen aus der Vergessenheit zu holen!

So beschreiben wir die fehlenden Karten der deutsch-polnischen Geschichte in Berlin. Und zeigen der Öffentlichkeit die bisher unbekannten Opfer des Verbrecher-Regimes. Vor dem Hintergrund des Krieges in der Ukraine hat die Geschichte eine völlig neue Dimension, die an Relevanz und Aktualität gewinnt.

Team: Ewa Maria Slaska https://ewamaria.blog
Anna Krenz http://annakrenz.net/krenz_bio.html

Konrad Kozaczek / Agnieszka Glapa / Fotos u. Video: Marzena Zajączkowska https://sinus3.com / Magdalena Schwabe
Kontakt/Presse: bobowskaberlin@gmail.com T +49 (0) 173 3129 704


Das Projekt von Ambasada Polek e.V.
in Zusammenarbeit mit
Regenbogenfabrik e.V. , Dziewuchy Berlin e.V., Polkopedia und International Council of Polish Women.

Das Projekt wird von der von der Stiftung Erinnerung, Verantwortung und Zukunft (EVZ) gefördert.

Diese Veröffentlichung stellt keine Meinungsäußerung der Stiftung EVZ dar. Für inhaltliche Aussagen tragen die Autorinnen die Verantwortung.


Dama w czarnej sukni

Ewa Maria Slaska

Michał Krenz, dziękuję za inspirację…

Było tak, pewnej nocy śnił mi się uporczywie pewien sen – uporczywie, tak jak to bywa niekiedy ze snami, rozwiązywałam wciąż od nowa to samo zadanie – miałam zrobić kolaż na temat słynnej Polki w czarnej sukni. Myślę, że to była reminiscencja przeprowadzonych 20 stycznia warsztatów, mających wzbogacić Polkopedię… hola, stop, bo mi główny temat ucieknie. No więc kolaż na temat tej kobiety, o której nic nie wiedziałam, tylko ta czarna suknia, długa, ozdobna, obfita, sugerująca, że chodzi o portret z XIX wieku. We śnie usiłowałam się dowiedzieć, kto namalował tę kobietę, czy Rodakowski?

Continue reading “Dama w czarnej sukni”

W pajęczej sieci

Lech Milewski

Kalifornia, St Petersburg, Warszawa, Drezno, Monachium…

Gdzie tu zacząć?

Najlepiej w bliskim sąsiedztwie – złotodajne pola Ballarat – 120 km od Melbourne. Wspominałem na tym blogu o moich muzycznych doświadczeniach z tego miejsca – Źródła 7 – już wtedy nie uszedł mojej uwadze istotny fakt – w lutym 1858 roku odwiedziła Ballarat znana skandalistka Lola Montez i zaprezentowała tu swój słynny Taniec Pająka – Spider Dance. Podczas tego tańca powiewała swoją suknią odkrywając coraz wyżej swoje nogi aż… tu zdania są podzielone – niektóry widzowie widzieli jej majtki, inni widzieli, że nie widzieli majtek.
Znalazł się jednak odważny dziennikarz, Henry Seekamp, który w swoim piśmie donosił, że majtki to sprawa drugorzędna, pierwszorzędny jest fakt, że pani Montez nie prezentuje żadnego tańca.
Ta zniewaga krwi wymaga. Następnego dnia pani Montez odszukała dziennikarza w miejscowym barze i zaatakowała go szpicrutą…


Szczegóły TUTAJ…

Spider dance

pod obrazkiem ze szpicrutami

W obu zlinkowanych reportażach zauważyłem zaskakującą informację: “After fleeing from the coup in Bavaria, Montez…”
Zamach stanu w Bawarii?

Chwileczkę, zacznijmy od początku.

Kto się kryje za tym hiszpańskim nazwiskiem?

Niektóre źródła podają, że hiszpańska księżniczka, ja jednak pamiętam, kto masowo emigrował do Australii w połowie XIX wieku – Irlandczycy.
Zgadza się!
Lola Montez urodziła się w miejscowości Limerick jako Maria Dolores Elisa Rosanna Gilbert, córka niskiego rangą oficera marynarki brytyjskiej i senority Oliverres de Montalva. Gdy miała 3 lata, jej ojciec został wysłany służbowo do Indii, gdzie po kilku latach zmarł na cholerę. Senorita Oliverres wkrótce znalazła męża, a nieco później znalazła męża dla córki –
80-letniego sędziego.
Maria Dolores uciekła z domu i wzięła ślub ze znacznie młodszym oficerem. Po kilku miesiącach małżeństwa mąż uciekł od Marii Dolores, a ona uznała chyba, że małżeństwo to bardzo śliska ścieżka, zmieniła nazwisko na Lola Montez i ruszyła na podbój świata.
Paryż – tu oczarowała obu Aleksandrów Dumasów – ojca jak i syna.
Drezno – Franciszek Liszt.
Warszawa – tu zatrzymam się dłużej…

Encyklopedia Teatru Polskiego (Źródła 1) donosi:
“…Przyjechała w tym czasie do Warszawy Lola Montez, córka byłego jenerała hiszpańskiego. Jako tancerka zrobiła z dyrekcyą umowę na pięć przedstawień, po 3000 zł. każde. Będąc piękną znalazła protekcyę w ks. Radziwille, w hr. Zamoyskim, Turkulle, ministrze, Franciszku Potockim etc. etc.
Przy pierwszem wystąpieniu krzyki, oklaski protektorów i młodzieży krzesłowej zastąpiły niedostatek talentu, bo, prawdę powiedziawszy, było to z ujmą dla p. Turczynowiczowej i panny Wendt, pierwszych solistek baletu warszawskiego; oneby tę cachuchę kunsztowniej odtańcowały.
(…)
Nazajutrz posłała dyrekcya z uwiadomieniem, że od dalszych występów jest wolna. Ale tu protektorowie najechali Abramowicza z tem, żeby umowę wypełnić; że, wróciwszy do kraju, źle o Polakach mówić będzie; i wiele jeszcze innych uwag robili i póty od niego nie wyjechali, póki im nie przyrzekł, że za trzy dni znowu wystąpi.
Przebiegła Hiszpanka zrozumiała, że są nieukontentowania publiczności i zapewniła się, że ją protektorowie podtrzymają. Nadto, bywając na obiadach u bankiera Piotra Steinkellera, prosiła go o protekcyę.
Skutkiem tego Steinkeller rozdał sto biletów kowalom (których do 200 w jego fabryce na Solcu pracowało), z instrukcyą, żeby na niego uważali: jak tylko on klaskać zacznie, żeby i oni wszyscy walili w dłonie co sił mają.
Rozpoczęła Lola taniec. Zaczęto sykać. Lecz kowale Steinkellera, gdyby grom, zagłuszyli sykaczów, którzy, wyszedłszy z cierpliwości, gwiżdżąc przeraźliwie z pomocą świstawek, pole otrzymali.
Lola przestała tańczyć, orkiestra umilkła, a ona, wyszedłszy na przód sceny, powiedziała po francusku, że to gwizdanie jest dziełem, pochodzącem z tej loży – i wskazała na lożę Abramowicza.
Spuszczono kurtynę, wszyscy się rozeszli.
Nazajutrz rano wyszedł rozkaz ks. Namiestnika, żeby w przeciągu 12 godzin Lola Montez opuściła Warszawę.
Posłał po nią wojenny gubernator, lecz do niego pójść nie chciała, tylko do księcia. Stojący za drzwiami policyant nie puścił jej, za co uderzyła go sztyletem, który ześlizgnął się po lakierowanym bandolierze. Policyanta zaraz zastąpiło dwóch żandarmów…”

Kolejny etap St Petersburg.
Lola została przyjęta przez cara Mikołaja I na prywatnej audiencji.
Biografia Loli (źródła 4) podaje dość niezwykłą relację z tej audiencji… Przerwało ją niespodziewane przybycie dowódcy frontu na Kaukazie. Car schował Lolę do szafy, aby móc się w pełni skoncentrować na sytuacji na froncie. Sprawa była poważna, car i dowódca musieli spotkać się z dowódcami armii, wyszli z pokoju, car zatrzasnął drzwi.
Dopiero po kilku godzinach przypomniał sobie o Loli, wysłał adiutanta, aby ją uwolnił i przeprosił. Następnie przeprosił osobiście i dał jej 1,000 rubli rekompensaty.

Pora na podbój Bawarii…
Rok 1846 – królem Bawarii był wtedy Ludwig I (dziadek Ludwiga II, który wymyślił zamek dla Disneylandu).
Źródła (2) donoszą, że Ludwig I również był dziwakiem – nie używał karety, chodził piechotą po ulicach, pisał wiersze, zbudował świątynię Walhalla (źródła 3) ku czci wybitnych postaci “szeroko rozumianej kultury niemieckiej” – na tyle szeroko, że zmieścił się w niej Mikołaj Kopernik.
Nic dziwnego, że gdy zobaczył Lolę Montez na scenie w Monachium, oczarowała go. Za pięć dni zaprosił ją jako oficjalnego gościa na dwór królewski. Po miesiącu nadał jej tytuł księżniczki Landsdorf, wybudował dla niej dom i wyznaczył pensję 20,000 florenów.
To już był rok 1847 – Europa dojrzewała do Wiosny Ludów – Lola Montez panoszyła się w Monachium jak na swoim podwórku, była arogancka wobec królowej. Miarka przebrała się, gdy Lola zaczęła ingerować w skład rady uniwersytetu. Studenci zorganizowali masowe protesty, król wydał dekret zamykający uniwersytet na rok, protesty rozszerzyły się na całe miasto – rada lordów wydała dekret o wydaleniu Loli z Bawarii, tłum spalił jej dom. Ludwig I został zmuszony
do abdykacji.

Lola przeniosła się do Szwajcarii, liczyła, że Ludwig I do niej dołączy, gdy to nie nastąpiło, pojechała do Anglii, gdzie wyszła drugi raz za mąż. Niestety okazało się, że jej rozstanie z pierwszym mężem nie było do końca formalne, oskarżono ją o bigamię, uciekła więc do USA. W Kalifornii trwała właśnie gorączka złota i występy Loli cieszyły się wielką popularnością. Chyba znowu zaszkodziła jej zbytnia fascynacja mężczyzn jej osobą – kolejny ślub, niejasności formalne – lepiej było przenieść się za kolejny ocean, czyli do Australii.
W Australii Lola cieszyła się wielką popularnością wśród górników w kopalniach złota, media były raczej krytyczne.

Wpis zacząłem od relacji takiego właśnie, krytycznego odbioru, w wyniku którego doszło do pojedynku na szpicruty. To wydarzenie uwiecznił australijski kompozytor – Albert Denning – w utworze “Lola Montez, Polka” szpicruty strzelają gęsto – KLIK.
W maju 1856 roku Lola wyruszyła w podróż powrotną do Kalifornii. Próby powrotu na deski sceniczne nie były udane – Lola spędziła ostatnie lata życia wygłaszając umoralniające pogadanki.
Zmarła 17 stycznia 1861 roku w wieku 40 lat.

Propozycja:

Autor proponuje byśmy, zważywszy fakt, że Lola urodziła się w Limerick, napisali limeryki na jej temat. Limeryki były już na tym blogu po kilkakroć, można więc szybciutko znaleźć stosowne informacje, tu przypomnę więc tylko, że mają one konstrukcję aabba i najlepiej by wers pierwszy się zaczynał się, a ostatni kończył nazwą jakieś miejscowości. Limerykom bynajmniej nie szkodzi odrobina frywolności.
Dla zachęty spróbuję więc:

Pewien pająk z Lolą w Ballarcie,
podskakiwał tańcząc zażarcie
aż Lola majtki zgubiła
niesławy się dorobiła
i już nigdy nie tańczyła w Pagarcie

Nie jest to szczyt kunsztu limerykowego, ale na lepsze rymowanki nie mam czasu. Piszcie Wy, Kochani.

Źródła:

  1. Encyklopedia Teatru Polskiego – https://encyklopediateatru.pl/kalendarium/105/nagla-dymisja-dyrektora-warszawskich-teatrow-rzadowych
  2. Lola Montez i król Bawarii – KLIK / https://www.authorama.com/famous-affinities-of-history-iii-2.html
  3. Walhalla – KLIK. – https://en.wikipedia.org/wiki/Walhalla_(memorial)
  4. Skandaliczne życie Loli Montez – KLIK. – https://medium.com/wild-westerns/the-scandalous-life-of-lola-montez-c77b1770d5b4
  5. Wydana w 1909 r biografia, autor Edward B. d’Auvergne – KLIK. https://www.gutenberg.org/files/38512/38512-h/38512-h.htm
  6. Wikipedia – KLIK – link do wersji angielskiej, gdyż w polskiej nie wspomniano nawet o występie Loli w Warszawie. – https://en.wikipedia.org/wiki/Lola_Montez
  7. – https://ewamaria.blog/2019/01/25/muzyka/