W górę rzeki(15)

Zbigniew Milewicz

Bat za kredensem

Jako dziecko często zastanawiałem się nad tym, dlaczego babcia siada w kościele zawsze z przodu i najgłośniej ze wszystkich się modli do Bozi, a dziadek stoi z tyłu i umiarkowanie porusza ustami. Tak samo mama z ciocią Irką wolały na niedzielnej mszy siadać na mniej eksponowanych, tylnych ławkach. Pewnie w znacznej mierze wynikało to z charakteru każdego z nich, ale kiedy jako dorosły przeglądałem rodzinne papiery, znalazłem wśród nich kopię dwustronicowego maszynopisu, który zdawał się podpowiadać dodatkowe wyjaśnienie tego zachowania.

Pismo nosiło datę z pamiętnego dla mnie marca 1968 roku i skierowane było przez moją mamę do organizacji partyjnej, tzw. POP-u, przedsiębiorstwa, w którym pracowała (o ile się nie mylę – wtedy Wojewódzkiego Przedsiębiorstwa Handlu Spożywczego w Katowicach) na stanowisku kierownika działu organizacyjno-prawnego. Stanowiło ono odpowiedź na udzieloną jej naganę, w związku z moimi antypaństwowymi wystąpieniami (patrz wpis Papierowych rycerzy ciąg dalszy), za które mogła zapłacić utratą stanowiska i pracy. Broniła się długoletnim stażem w PZPR i tym, że do partii należała zarówno jej siostra jak i ojciec. Wychowano mnie więc w duchu zdrowych pryncypiów ustrojowych, po linii i na bazie, a że zbłądziłem na ideologiczne manowce, można było spisać jedynie na karb młodzieńczej lekkomyślności. O cioci Irce wiedziałem, pracowała w zakładach mleczarskich w Bytomiu i gdyby nie należała do partii, nie zarządzałaby laboratorium. Podobnie moja mama, nie kierowałaby wcześniej kadrami w katowickim handlu, ale partyjny dziadek mnie zaskoczył. Po wojnie pracował, jako urzędnik w Chorzowskim Zjednoczeniu Przemysłu Węglowego i udzielał się w Stowarzyszeniu Właścicieli Nieruchomości, może jako bezpartyjny miałby tam ograniczone możliwości awansu.

Wywodziłem się więc ze środowiska, do którego pasowała stalinowska teza, że Polacy są, jak rzodkiewka, z wierzchu choćby nie wiadomo jak czerwona, a w środku biała. Z pewnością nie brakowało rodzin, które żyły wtedy uczciwiej, zgodnie z własnymi przekonaniami, choć biedniej, ale jakże smakowały mi te lody, które ciocia Irka czasami przywoziła w termosie z mleczarni i kremówka, tak gęsta, że nie można jej było wylać z butelki. Dzięki mamie w niedzielę na obiad były rolady albo schabowy i chociażby za to, w podziękowaniu, paliło się Panu Bogu świecę.

wigiliazciociaIrkaŚwiętujemy Boże Narodzenie na ul. Wolności, z ciocią Irką.

Pamiętam, jak na Wesołej co wieczór klękaliśmy wszyscy do wspólnej modlitwy, jak babcia każdemu przed wyjściem rano z domu kreśliła na czole znak krzyża. Przed progiem wisiała na ścianie kropielniczka z wodą święconą z Jaworzynki, zanurzała w niej swoje chropowate palce spracowanej dłoni, szeptała słowa błogosławieństwa i już nikomu nie mogło przytrafić się żadne nieszczęście. W południe na Wesołej odmawiało się Anioł Pański, w czwartki babcia chodziła do kościoła na adorację Najświętszego Sakramentu, piątki były bezmięsne, a w niedzielę poza mszą świętą maszerowałem na nieszpory. W maju – na nabożeństwa majowe, w październiku na różaniec, a w Wielki Post na Drogę Krzyżową i Gorzkie Żale, które babcia chętnie celebrowała także w domu. Do I Komunii Świętej poszedłem już jako sześciolatek. Babcia miała wobec mnie swój plan, chciała, żebym poszedł do seminarium duchownego i został księdzem, o czym dowiedziałem się od niej dopiero przed maturą. Zachwycony tym pomysłem nie byłem, mama stanęła po mojej stronie, miała sceptyczny stosunek do stanu duchownego i babcia, choć urażona, ustąpiła.

jaselkaPo uroczystości I Komunii Św., z naszą katechetką, stoję w ostatnim rzędzie drugi od prawej

Drugi to już raz ją zawiodłem, bo pierwszy się zdarzył, gdy, chyba w pierwszej klasie licealnej, przestałem chodzić do szkoły muzycznej. Dojadła mi mozolność codziennych ćwiczeń na domowym pianinie, wymagających dyscypliny i pokory. Bat, którym babcia je egzekwowała, był już za kredensem, a ja wiedziałem, jak rozmawiać z mamą, żeby uwolnić się od uciążliwego zajęcia. W dzienniku szkolnym miałem dobre stopnie i dziś żałuję swojego młodzieńczego braku wytrwałości. W domu naprzeciw, na Wesołej, mieszkała pani Kotyczkowa, której syn grał na skrzypcach, ilekroć patrzyłem w ich okna zawsze ćwiczył. Zazdrościłem mu tego zacięcia w pracy z instrumentem, dzięki któremu zdobył później sławę wirtuoza. Pianino zamieniłem na gitarę, którą dziadkowie trzymali w jadalnianej kozetce, w schowku na pościel. Wydawała mi się łatwiejsza od pianina i kiedy przy pomocy Jurka Żaka opanowałem wreszcie ze trzy akordy, którymi można było na siłę okrasić każdy aktualny przebój piosenkarski, uznałem się za spełnionego muzyka. Boże wybacz.

Mieszkanie na ulicy Wolności, z mamą i ojczymem Stefanem, dawało mi więcej swobody, niż Wesoła, co nie znaczy, że zawsze mądrze z niej korzystałem. Mama wracała z pracy w Katowicach późnym popołudniem, albo wieczorem, ojczym różnie, nie zapomnę awantury, jaką zakończyła się pewna moja wyprawa rowerowa z Chorzowa nad Jezioro Paprocańskie. Gdybym wtedy wiedział, że po latach zamieszkam w jego sąsiedztwie, to może uniknąłbym reprymendy, mama na wiele mi pozwalała, ale musiała znać moje plany. Kiedy więc po jakiejś dłuższej grypie nagle zniknąłem z domu, żeby z koleżką pojechać na wycieczkę i wróciłem dopiero o zmroku, zdzieliła mnie szmatą w twarz, bo właśnie myła korytarz. To by jedyny raz, kiedy od niej dostałem. Druga afera wydarzyła się na moje szesnaste urodziny, czy też raczej w ich przededniu. Mama z ojczymem zapowiedzieli, że idą do kina, więc chata była wolna i przyszli dwaj koledzy z prezentami. Dokładnie z winem pisanym patykiem, ledwo postawili butelki na stole, a tu dorośli wracają, bo niby czegoś zapomnieli. Jakże mi było głupio, do dziś pamiętam ten bulgot z butelek opróżnianych przez mamę do zlewu.

Stefan był inżynierem, więc ten jeden pokój w starej kamienicy, w którym mieszkaliśmy, zmyślnie poprzegradzał jakimiś płytami i mieliśmy sypialnio-jadalnię, kuchnię i przedpokój. Do spania dysponowałem rozkładanym fotelem, ubikacja była na korytarzu, a myliśmy się w balii. Poszczególne części mieszkania oddzielały płócienne kotary, zawieszone w przejściach, co nadawało mu pewnej teatralności. Stefan pomagał mi w matematyce i rysunku technicznym, miał poczucie humoru i lekki sposób bycia. Razem, we troje, jeździliśmy na wakacje, wreszcie zobaczyłem morze, ale ciągnęło go do gorzały i jak zaczynał pić, to nie potrafił przestać. Towarzyszyły temu domowe awantury, co z czasem stało się na tyle przykre, że wróciłem do dziadków. Próbował zerwać z nałogiem, kupił motocykl, emzetkę, w czasie przejściowego ocieplenia stosunków rodzinnych babcia dała się nawet namówić na wycieczkę z nim do Zakopanego. Później opowiadano w domu bez końca o tym, jak Stefan nie mógł już szybciej prowadzić motoru, a pasażerka z tyłu pytała, dlaczego tak wolno jedzie. Zasadniczo dziadkowie nie akceptowali jednak wyboru córki, po pierwsze dlatego że kościół nie uznawał cywilnych związków. Drugim powodem był alkohol, trzecim – pochodzenie Stefana. Miał zagłębiowskie korzenie, co dla szanujących się Ślązaków było wtedy wielką ujmą.

nadmorzemPierwszy raz zobaczyłem morze…

Kiedyś przypadkowo znalazłem jego dane osobowe na liście osób poszukiwanych w czasie wojny przez Gestapo. Miał za sobą udział w Powstaniu Warszawskim, ale jaki, tego nie wiedziałem. Kiedy go o to pytałem, zawsze tylko powtarzał, że pędził bimber. Kiedy trunek był gotowy, zwyczajowo musiał wypić garnuszek, później pocałować denko, a na koniec gwizdnąć, co nie zawsze mu się udawało. Kto wie, może taka opowieść była najbezpieczniejsza dla żołnierzy wyklętych. Mama w końcu rozwiodła się ze Stefanem, kochała go, podobnie jak wcześniej mojego ojca, ale przegrała z nałogiem. Osobliwe, że Stefan po latach zmarł w Warszawie, w kolejną rocznicę Powstania.

Liceum Ogólnokształcące im. J. Słowackiego w Chorzowie, do którego uczęszczałem, cieszyło się opinią szkoły o wysokim poziomie i taką ma do dzisiaj. W dziewiątej klasie okazał się on nawet za wysoki dla mnie i zagroziła mi poprawka z chemii. Dzięki Matce Boskiej Częstochowskiej (poskutkowała piesza pielgrzymka do jej sanktuarium) i kuciu z łaciny, skończyło się jednak na strachu. Nasz chemik, prof. Szarszaniewicz, i łacinnik, prof. Jazowy, byli niekonwencjonalnymi pedagogami, pogadali ze sobą, doszli do wniosku, że kariera następcy Mendelejewa raczej mi nie grozi, ale mógłbym podciągnąć się w języku Owidiusza. Dostałem więc poprawkę z łaciny. Z matematyki kulałem nadal, aż w dziesiątej bodaj klasie przyszedł do nas energiczny i wymagający, świeżo po studiach, prof. Jan Swadźba. Życzę każdemu takiego pedagoga. Tak potrafił wszystkich zarazić swoim entuzjazmem do królowej nauk, że na ustnym egzaminie maturalnym dostałem lepszy stopień z matematyki niż z polskiego. Kiedy po latach pojechałem do Chorzowa na zjazd absolwentów Słowaka, z okazji 190 rocznicy urodzin wielkiego poety, Jasiowi Swadźbie zgotowaliśmy najdłuższe owacje. Nie wiedziałem, że tak wielu z was kocha matematykę – podziękował z właściwym sobie humorem, nadal młodzieńczy duchem.

Liceum pozwoliło mi rozwinąć zainteresowania artystyczne, przyjęty zostałem do chóru, który prowadził prof. Norbert Szklorz, do amatorskiego kółka teatralnego i do kabaretu, stworzonego przez naszego rusycystę, prof. Stefana Chaszczyńskiego. W Słowaku wstąpiłem do harcerstwa, do słynnej chorzowskiej dwójki, drużyny wodniackiej i jeździłem na niezapomniane obozy. Był to wreszcie okres, kiedy zwarłem nowe przyjaźnie, kiedy w głowie zawróciły mi najpierw Inga, później Gienia i przez to do szkoły chodziłem czasem niewyspany z marzeń. Ale o tym za tydzień.

W górę rzeki (14)

Zbigniew Milewicz

Nasz plac na wasz plac

Spod rodzinnego klosza na Wesołej co rano wychodziłem do ochronki przy ul. Omańkowskiej, później do szkoły, która była parę metrów bliżej. Z przedszkola zapamiętałem tylko kolorowe obrazki owoców, umocowane przy wieszakach w szatni, i pogrzeb kierownika. Ze szkoły trochę więcej, ale te epizody nie były w żaden sposób ze sobą powiązane.

Naszą pierwszą wychowawczynią była emocjonalna pani Weronika Szymczyk. Kiedy za różne wykroczenia dostawaliśmy po łapach linijką albo piórnikiem, z oburzenia trzęsły się jej płowosiwa grzywka i kok, przywiędłe, pąsowe policzki i ręka, wymierzająca razy. Ty podły chłopcze, ty niedobra dziewczyno – wołała dramatycznym głosem. Udobruchać ją mogły tylko czyste zeszyty, poprawnie napisane wypracowanie z języka polskiego, ładnie wyrecytowany wiersz, najlepiej Marii Konopnickiej, albo bukiet skromnych kwiatów, nazbieranych w parku przez uczniów. Miała swoich klasowych ulubieńców, długo był nim Leszek Kochel, nasz wieczny prymus, póki czymś jej nie podpadł. Wtedy inni dostąpili zaszczytu chodzenia w czasie lekcji do mleczarni po pół litry mleka i do piekarni po rogaliki, które koniecznie musiały być dobrze wypieczone. Przez pewien czas także ja byłem ulubieńcem naszej pani. Moja mama pracowała w branży handlowej, co w latach reglamentacji rynkowej było na wagę złota. Zanosiłem więc wychowawczyni do domu a to kawałek cielęciny, a to parówki i później inni siedzieli w klasie, a ja wywijałem na ulicy młynka bańką z mlekiem i nawet kropli z niego nie uroniłem. Kiedy nasza pani przeszła na emeryturę, zastąpiła ją spokojna pani Wszołek z burzą ciemnych, kręconych włosów. Myślę, że była dobrym nauczycielem, bo dostawałem u niej lepsze stopnie, niż u starej wychowawczyni.

W piątej klasie do szkolnych przedmiotów doszedł nam rosyjski i od razu ten język polubiłem. Myślę, że było to głównie zasługą pani Żurkowej, która umiała uczniów zainteresować nowym przedmiotem. Do dziś pamiętam piękną, kolorową bajkę o koniku Sadko, którą wyświetlano nam w klasie, zdaje się na prześcieradle, rozpiętym na tablicy i melodyjne piosenki, płynące z płyt gramofonowych. Kiedy w 1957 r. na Stadionie Śląskim w Chorzowie szykowano się do pamiętnego meczu Polska – ZSRR, byłem prawdopodobnie jedynym człowiekiem w tym mieście, który wycinał z gazety zdjęcia przeciwników polskiej drużyny i wieszał je na ścianie w swoim pokoju. Obok wisiały już wcześniej wycięte z jakiegoś postępowego czasopisma zdjęcia katiusz i tankistów wkraczających do Berlina i tak się dzisiaj zastanawiam, skąd się to moje młodociane rusofilstwo brało. W szkole robiono nam programowo ideologiczne pranie mózgu, na pewno byłem jego ofiarą, ale myślę, że niechcący przyczynili się do tego także moi dziadkowie. Mój ojciec nie miał u nich dobrych notowań, co dziś jest dla mnie zrozumiałe, ale wtedy nie było. Krótko mówili o nim rus ( oczywiście wtedy, kiedy byli przekonani, że ich nie podsłuchuję, a ja lubiłem to robić ). Ten wielki nieobecny jeszcze bardziej więc u mnie zyskiwał, gdyż należał do narodu, który wedle pani Żurkowej także był wielki, a ja jej wierzyłem. Nie wiedziałem wtedy jeszcze, że faktycznie mój ociec, jako zdecydowany germanofil, nienawidził wszystkiego co rosyjskie.

Mnie natomiast zdecydowanie drażnił niemiecki, którym posługiwali się w domu dorośli, kiedy chcieli coś przede mną ukryć. Czułem się wtedy jak dupek żołędny ( karta w śląskim skacie o niskiej wartości i jednocześnie określenie ludzkiej miernoty ) a kiedy marudziłem z tego powodu, mówili mi nieodmiennie, że muszę się uczyć niemieckiego, wtedy wszystko zrozumiem, ale oczywiście nie chciałem. Przy pomocy rosyjskiego mogłem im więc udowodnić, że też jestem mądry i kiedy z wysiłkiem kaligrafowałem w zeszycie pierwsze bukwy, diabeł mi podszeptywał, że teraz dziadek z babcią niczego nie kapują. Mama pomagała mi je malować, nie znała zupełnie rosyjskiego, ale miała zdolności graficzne i dobre chęci, więc się przy niej nauczyłem. Z polskiego nie trzeba mi było w domu pomagać, ale już w rachunkach tak. Nie przepadałem za wu-ef-em, bo przeważnie graliśmy na szkolnym podwórku w piłkę, a mnie to nie szło zupełnie. Dopiero kiedy cysorz, nasz wuefista zorganizował w sąsiednim parku skoki wzwyż i w dal, nabrałem ochoty na sport.

Na szkolnym podwórku odbywały się też różne, patriotyczne apele, w czasie których śpiewaliśmy ładne pieśni, a na przerwach goniliśmy się, albo tłukli między sobą. To znaczy ja osobiście robiłem to rzadko, chyba, że ktoś mocno mi się naraził. Zapamiętałem dwie poważniejsze bójki z dzieciństwa, z moim udziałem. Na rudego Gatysa rzuciłem się w klasie, kiedy brzydko nazwał moją mamę, myślałem, że go wtedy zabiję i nauczycielka z kolegami musieli nas rozdzielać. Biedny dziadek, miał później dużo pracy z reperowaniem uszkodzonych krzeseł. Z drugiej bójki nie pamiętam przeciwnika, wiem tylko, że był niższy ode mnie, ale bardzo dokuczliwy. Przy każdej okazji dostawałem od niego kuksańce, nawet w kościele na roratach, aż miarka się przebrała, wyłamałem deskę z płotu sąsiadów i oberwał nią po głowie. Z rozmysłem nie umiałem się bić, technikę walk podwórkowych przybliżyła mi dopiero ciocia Irka, przed którą chłopaki z osiedla Ruch miały respekt. Kiedyś jednemu z moich prześladowców spuściła takie lanie, że już więcej mnie nie zaczepiał. Dokuczano mi za to, że wolałem w domu czytać książki, niż brać udział w osiedlowych potyczkach nasz plac na wasz plac ( część willowa osiedla, w której mieszkałem, sąsiadowała z robotniczymi blokami, mniej zamożnym rewirem, więc dochodziło między nami do typowej walki klas ), że stroniłem od gry w nogę i nie należałem do żadnej paczki, że nie mówiłem gwarą. Żeby synkowi kiedyś było lepiej, mówiono ze mną w domu czysto po polsku, a przynajmniej starano się o to.

Nie byłem jednak odludkiem, miałem kolegów i przyjaciół, zwłaszcza na Lutku Czarneckim mogłem polegać jak na Zawiszy. Bity Ślązak, pochodził z rodziny o pięknych, powstańczych tradycjach. Leszek Bulanda, sympatyczny blagier i prześmiewca, mieszkał na ukos ode mnie, jego rodzice byli repatriantami z Kresów. Starszy o kilka lat Mariusz Brachaczek, mądry i życzliwy, pewnego dnia zaciągnął mnie na stadion AKS, gdzie zacząłem pchać kulą. Piegowata Stefcia Szatanek, przez jakiś czas smaliłem do niej cholewki. Heniek Sawaloch, ze swym największym rodzinnym skarbem, mauzerem, który miał po ojcu. Heniek Ey, podobnie, jak ja, chował się bez ojca i miał bardzo miła mamę. Jego imienia niestety nie jestem pewien, a potrafiliśmy godzinami rozmawiać ze sobą, chociażby o naszych planach na przyszłość. Heniek, podobnie jak ja, chciał zostać marynarzem, więc śniliśmy na jawie, że pływamy po największych morzach świata, zwiedzamy egzotyczne porty i przeżywamy różne przygody, także z udziałem pięknych dziewczyn, bo to już był ten wiek.

Pierwsza dziewczyna, która rzeczywiście mi się spodobała na fest, miała długie, jasne włosy i na imię Sylwia. Mieszkała niedaleko skrzyżowania ulicy Hajduckiej z Kordeckiego, którędy regularnie przebiegała moja droga z domu na lekcje religii, przy kościele św. Jadwigi i do szkoły muzycznej, gdzie uczyłem się grać na pianinie. W rejonie tym mieszkała niestety prawdziwa rasa, po zapadnięciu zmroku na ulice wylegały grupy młodocianych barbarzyńców i polowały na dzieci z innych osiedli. Łupiły ich z drobniaków, a jak delikwent nie miał niczego wartościowego przy sobie i nie umiał się bić, to dostawał po pysku. Oczywiście mogłem bezpiecznie chodzić inną, dłuższą drogą, ulicą Dąbrowskiego, ale czego się nie robi dla dziewczyny, z którą właściwie tylko raz udało mi się zamienić parę słów. Udawałem, że się tych dzikusów nie boję i najwyżej dochodziło między nami do niegroźnej szarpaniny. Tylko raz najbardziej agresywny z nich, najmłodszy z braci Wodniczaków, rzucił we mnie granitową kostką z bruku, ale zdążyłem się uchylić. Wtedy zawarłem sztamę z jego starszym bratem, który odsiadywał chyba szóstą klasę, a po szkole handlował pod „Polonią“ biletami do kina i młodszy dał mi spokój.

Kolega Ochudło, zwany w klasie z racji wychudzonej sylwetki kościstym pakrem, pokątnie handlował w szkole szplitrami , pysznymi ciastkami, które piekła jego mama. Mówił, że to jest jego drugie śniadanie, ale chyba je też podkradał mamie, bo czasem miał ich dużo. Kosztowały dziesięć albo dwadzieścia groszy od sztuki, wszyscy w klasie zajadaliśmy się nimi, a on za to kupował sporty w dziesiątkach i palił je chciwie za krzakami w parku. Zęby miał od tego czarne jak smoła, z dziurą z przodu i kaszlał, jak stary gruźlik.

Twarze innych kolegów z podstawówki rozmywają mi się w pamięci, tylko ślepo Ana jest jeszcze wyraźna. Na którejś lekcji biologii dziewczyna odkryła, że przy pomocy ołówka wsadzonego w środek gumki – myszki można sobie sprawić prawdziwą przyjemność, co wzbudziło zrozumiałe ożywienie u klasowego koleżeństwa. U nauczycielki zarobiła jednak ostrą naganę i mama dziewczyny musiała później świecić w szkole oczami.

Zachodzę w głowę, kiedy i na jak długo wyjechaliśmy z mamą do Przygłowa. Związała się ze Stefanem, moim przyszłym ojczymem i konserwatywna babcia, która nie mogła strawić już rozwodu mamy, pokazała jej drzwi. Pamiętam awanturę na Wesołej, dziadka bezskutecznie próbującego pogodzić kobiety, wielki kufer stojący pod domem. Później jakiś pociąg jadący w noc, przystanek kolejowy i ławkę, na której siedzimy w milczeniu, mama, dziadek i ja. W ciepłym mroku widzę robaczki świętojańskie, grają świerszcze. Jakiś wiejski dom, kobieta w kolorowej zapasce, z dzieckiem na ręku, piec, na którym stoją dwa garnki, w jednym ziemniaki, w drugim kapusta, na stole chleb. Mama nie wie, co dać mi na obiad, wczoraj – mówi – też były ziemniaki i kapusta. Nie martw się – pocieszam ją – dzisiaj zjem je na chlebie. Do dziś pamiętam smak tego dania. Ja na łące, opodal jakieś dzieci, recytują pod moim adresem: bocian kle kle, twoja matka w piekle, ojciec siedzi za granicą, pije wódkę nogawicą. Wstydzę się.

Później rzeczka, na brzegu zacumowana łódka, wchodzę do niej, chcę się pokołysać. Wtedy nadbiega z drągiem jakiś mężczyzna, chce mnie nim uderzyć, strasznie wyzywa mnie od złodziei, uciekam, on mnie goni. Upał, jestem w samych majtkach, jedynym ratunkiem dla mnie jest ucieczka w pole wysokich pokrzyw, co rosną obok ścieżki. Muszę je przebiec w poprzek, żeby dotrzeć do domu. Całe ciało mam w bąblach, piecze, mama czymś mnie smaruje. Stefana w tym domu nie pamiętam, a wiózł mnie na rowerze z Przygłowa do pobliskiego Piotrkowa Trybunalskiego. Mocno bolał mnie ząb i jechaliśmy do dentysty, żeby go wyrwać.

Stefan był inżynierem konstrukcji stalowych i coś budował w okolicach Piotrkowa. Później dostał nakaz pracy i wyjazdu do Nowej Huty, więc my z mamą pociągnęliśmy za nim. Mieszkaliśmy w hotelu robotniczym, w wieloosobowym pokoju, łóżka były piętrowe, ja oczywiście spałem na górze, po ścianach chodziły pluskwy. Na korytarzu stał ogromny kocioł z gorącą kawą zbożową i mogłem jej tyle wypić, ile chciałem. Jajecznicę jadłem wprost z patelni, razem z jakimiś wesołymi robotnikami, tyle zapamiętałem z tamtego okresu, a więc nawet nie wiem, czy chodziłem w Przygłowie i Nowej Hucie do szkoły.

Kiedy mama wyszła za mąż za Stefana, zamieszkała z nim w Chorzowie, przy głównej ulicy Wolności, pod osiemnastką. Także ja się tam ulokowałem, ale nie od razu i jakby nie do końca, bo długo na przykład spałem w domu dziadków na Wesołej, a po lekcjach maszerowałem na Wolności. Tak przyzwyczajałem się pomału do egzystowania w dwóch domach, co uprawiam całe życie.

W górę rzeki (13)

Zbigniew Milewicz

Dzieciństwo u komediantów

Po małej przerwie w rozsupływaniu moich rodzinnych korzeni, zacznę od sprostowań, które obiecałem w ostatnim wpisie. Po pierwsze mój wujek Wypler z Chorzowa był dobrym, zawodowym zdunem, ale Romek, jego syn, wyuczony mistrz kowalski, sam sobie wybudował w mieszkaniu kominek, co wcześniej przypisałem seniorowi. Zrobiłech to, żeby tacie pokazać, że som tyż poradza – powiedział. Po drugie, pierwszymi lokatorami moich dziadków w suterenie domu na Wesołej byli wujostwo Wilik i Milka Hanke, rodzice Jutki, mamy Romka i jej siostryTereski, którą pożegnaliśmy pod koniec ubiegłego roku. Miała to być dla nich pewna rekompensata za pomoc przy budowie domu. Po trzecie wreszcie, nie u niemieckiego szewca pracował na Śląsku mój ojciec w czasie okupacji, tylko u litewskiego. Warsztat znajdował się w Bytomiu, o czym powiedział mi Zdzich, mój starszy brat po mieczu, zorientowany w temacie z uwagi na to, że tym szewcem był ojciec jego biologicznej mamy.

na -balkonieStaram się sięgnąć pamięcią jak najdalej w głąb dzieciństwa i widzę różne twarze, przeważnie dobre. Na pierwszym miejscu mama Nina, jak na portrecie, który wędruje ze mną przez wszystkie mieszkania mojego życia – młoda, radosna i piękna. Później babcia – zawsze choćby trochę władcza, powściągliwy, dobroduszny dziadziuś, zadziorna i pyskata ciocia Irka… Jest wśród nich także młody, ciemnowłosy mężczyzna, który pochyla się nade mną w kuchni na Wesołej, ubrany w elegancki garnitur i białą koszulę z krawatem. W jednej ręce trzyma bukiet kwiatów, w drugiej małego, metalowego konika na biegunach, który jest dla mnie. Z twarzy mężczyzny najlepiej zapamiętuję oczy o mocnym wyrazie, które patrzą na mnie poważnie i uroczyście. W kuchni na taborecie siedzi dziadek, ze skwaszoną miną a ja biegam po mieszkaniu i drę się na całe gardło z radości, że tatuś przyjechał. Ile mogłem mieć wtedy lat? Może niecałe dwa, skoro rodzice rozwiedli się w czterdziestym siódmym, a to ich spotkanie na Wesołej było ostatnią próbą porozumienia, tym razem poniewczasie podjętą przez ojca.

Na zdjęciu: Z mamą i babcią na balkonie

Są sympatyczne przyjaciółki babci, które nas odwiedzały na Wesołej – pani Chudzińska, co tak mocno różowała sobie policzki, że pewnego dnia powiedziałem, że wygląda jak stara czarownica (oj, dostało mi się później za to), pani Pielawska, która pochodziła ze sfer artystycznych i pod koniec wojny odjęła sobie dziesięć lat z metryki, przez co potem musiała dłużej pracować do emerytury. Naznaczona piętnem cierpienia dobra pani Ślusarczykowa; kiedy nie mogła już wstawać z łóżka, zachodziłem do niej z drobnymi sprawunkami. Wujek Tyjduś, brat babci, o charakterystycznej, pociągłej fizjonomii, z racji swojej wrodzonej bladości zwany w rodzinie kyjzą. Wielki, chudy karawaniarz w czarnym, oblamowanym srebrno surducie i trójkątnym kapeluszu, kroczący z powagą przy konnym powozie z trumną. Czasami taki kondukt przechodził naszą ulicą, czarnej maści konie miały wpięte w grzywy srebrne pióropusze, czuło się w tym dostojeństwo śmierci. Karawaniarz zawsze miał katar i pociągał nosem, co psuło trochę powagę ceremonii, ale zyskiwało moją sympatię do niego, ponieważ ja też wiecznie byłem zakatarzony. Nazywałem go padockiem, bo jak się odezwał, to najczęściej używał słowa pado, co w śląskiej gwarze znaczy mówi. Podobno nie końca był zdrowy psychicznie, chorzowskie urwisy biegały za nim po ulicy i brzydko przezywały, więc kiedy dorosłem, to ich czasami goniłem.

Jest w tym kalejdoskopie naznaczona brodawkami twarz pani Elzy, naszej domowej krawcowej. Miała coś odpychającego w sobie, wąska czaszka i wargi, paciorkowate, blisko siebie osadzone oczy, nadawały jej jakiejś szczurowatości. Cały czas żuła ziarenka kawy (aż dziw, że ten napój dzisiaj lubię), a przymiarki jakichś cudacznych ubranek, w których kazano mi później chodzić, trwały w nieskończoność. Antypatia była obopólna, kiedy demonstrowałem niechęć na widok pani Elzy, ona mnie za to później kłuła szpilkami, niby niechcący, a nie mogłem przy tym ani drgnąć, bo dokuczała jeszcze mocniej. Obszywając całą rodzinę, przyjeżdżała na Wesołą zwykle na parę dni. Dzień zaczynała skoro świt, od gimnastyki, płaska, jak deska do prasowania, w podkoszulku i majtkach do kolan. Einz, zwei, drei, skłony, przysiady, rzadkie włosy fruwają na głowie, brodawki sinieją z wysiłku, wąskie usta zaciśnięte, jak zamek błyskawiczny ss-mańskiej panterki pod Stalingradem. Po polsku mówiła z trudnością, ja po niemiecku wcale, może dlatego nie umieliśmy się porozumieć. Po latach powiedziano mi, że była ciotką biskupa Bednorza, późniejszego arcypasterza diecezji śląskiej.

Pani Brachaczkowa również nie była jakąś pięknością, nie pamiętam, czy kiedykolwiek widziałem uśmiech na jej twarzy, ale to był dusza człowiek. Mieszkała pod numerem 1 na Wesołej, ciocia Irka przyjaźniła się z jej córką Dusią, ja z synem Mariuszem, który był ode mnie kilka lat starszy. Słusznego wzrostu i wagi, pochodziła ze wschodnich kresów i miała wiedzę oraz talent w leczeniu ludzi naturalnymi sposobami z ich rozmaitych dolegliwości. Kiedy ktoś w rodzinie niedomagał, w ruch szły domowe środki, np. na przeziębienie był czosnek, herbata z malinami i pocenie pod stertą pierzyn. Jak nie skutkowało, to sąsiadka przychodziła nawet w nocy. Na zapalenie oskrzeli i opłucnej stawiała bańki, paliła jakieś zioła, coś tam przy tym szeptała i zwykle pomagało. Babcia się z domowników najrzadziej przeziębiała, ale jej pani Brachaczkowa czasami stawiała pijawki i puszczała krew, ze względu na wysokie ciśnienie. Z usług rejonowego lekarza korzystaliśmy chyba rzadko, bo miał tak kiepską opinię, że sąsiadka znachorka musiała wystarczyć.

Głównym specjalistą od leczenia duchowych przypadłości wieku dziecięcego była w domu babcia. Dyscyplinujące narzędzie stanowił bat o pięciu cienkich rzemieniach, z drewnianą rękojeścią, wiszący za kuchennymi drzwiami. Wisi bat na ścianie, Zbyszek nim dostanie – podśpiewywała skrzekliwie ciocia Irka, stojąca w domowej hierarchii na przedostatniej pozycji; na ostatniej byłem ja i rzeczywiście czasami tym batem obrywałem. Zasłużenie i niezasłużenie, kiedy egzekutorka miała zły humor. Pewnego dnia skończyło się to, byłem już dostatecznie duży, żeby wyrwać bat z rąk babci, rzucić go za kredens i wykrzyczeć jej całą swoją urazę z powodu niesprawiedliwości otrzymanej kary. Pamiętam, że bardzo zaskoczył mnie wtedy jej uśmiech pełen aprobaty.

Czasami wystawiano na próbę tylko siłę mojego ducha. Kiedyś o zmroku bawiłem się z ciocią Irką w chowanego. Światła w mieszkaniu były wygaszone, znikąd nie dolatywał żaden odgłos, nabrałem przekonania, że niepostrzeżenie wyszła na zewnątrz i zostałem sam. Wiedziony jakimś impulsem dalej jednak szperałem po różnych zakamarkach i kiedy zajrzałem pod łóżko w sypialni, wychynęła ku mnie podświetlona, diabla maszkara, którą trzymaliśmy w domu na różne krotochwile. Niby znałem tę okropną maskę, ale wtedy byłem pewien, że diabeł rzeczywiście ożył i dostałem ataku paniki. Ze stoickim spokojem natomiast przyjąłem do wiadomości, że nagle babcia umarła. Zdenerwowana mną – już nie pamiętam z jakiego powodu – osunęła się bezwładnie na ziemię i przestała dawać jakiekolwiek objawy życia. Potrząsnąłem nią raz i drugi, powiedziałem, żeby wstała, a kiedy nie odniosło to skutku, poprawiłem jej położenie na podłodze, splotłem palce dłoni na brzuchu, tak jak to widziałem w pewnej kaplicy cmentarnej, przyniosłem różaniec babci i książeczkę do nabożeństwa i zacząłem odmawiać wieczne odpoczywanie… Wtedy „nieboszczka” zaniosła się śmiechem, cóż, chowałem się w domu komediantów.

na-nartachDziadek na szczęście traktował mnie dużo poważniej. Nauczył mnie strzelać z wiatrówki, próbował mi zaszczepić smykałkę do majsterkowania, ale kiedy doszedł do wniosku, że jestem psuja, dał sobie spokój. Zamiast tego któregoś dnia wyjął ze schowka na strychu narty, na których sam kiedyś jeździł, a później dał mamie, i pokazał mi na sucho, jak się je zapina, jak szusuje, robi pług. To spodobało mi się od razu, nie mogłem doczekać się zimy, żeby pójść z dziadkiem do doliny szwajcarskiej, gdzie później powstał park kultury i jeździć naprawdę. Narty były świetne, drewniane, bardzo elastyczne, o mocno wygiętych noskach i w miarę krótkie. W sam raz dla początkującego narciarza; nosiły znak firmy, która je wypuściła i rok produkcji, pamiętam : Franciszek Bujak, Zakopane, 1920. Miały skórzane wiązania, zapinane na metalowe klamry, więc choćbym nie wiadomo jak wydziwiał na stoku, kończyło się to bezpiecznie. Buty narciarskie dla mnie niestety trzeba było kupić, bo wszyscy w rodzinie, poza babcią, mieli mniejsze stopy ode mnie, a ona na nartach nie jeździła. Spody desek smarowało się woskiem, żeby śnieg się nie kleił do nart i służyły mi one szczęśliwie przez lata, chyba aż do ukończenia liceum. Na śnieżne szaleństwo wyjeżdżałem w pobliskie Beskidy, albo do Bukowiny Tatrzańskiej, w której najczęściej spędzałem również letnie ferie ze swoimi najbliższymi.

Na zdjęciu: Mama z siostrą jadąw skiringu, czyli na nartach za koniem, początek lat czterdziestych

O tej miejscowości sprzed lat, która istnieje już tylko w nazwie i ludzkiej pamięci, o jej związkach z naszą rodziną będę chciał opowiedzieć oddzielnie. Teraz tylko przytoczę dwa wydarzenia z wczesnego dzieciństwa, które zapamiętałem w związku z Tatrami. Starsze jest z pielgrzymki do kaplicy Matki Boskiej Jaworzyńskiej pod Rusinową Polaną. Dziś mówią na to miejsce Wiktorówki. Z Bukowiny, spod klina, górale idą tam średnio ze dwie godziny (jeżeli któryś z nich to czyta i się mylę, to proszę o korektę), cepry potrzebują przynajmniej dwa razy więcej czasu. Kogo nogi już dobrze nie noszą, może podjechać autobusem na Wierch Porońca, albo Zazadnią, stamtąd to już niedaleko. Kiedyś po tatrzańskich, nieutwardzonych drogach kursowały jednak tylko konne fury i to nieregularnie, ale pielgrzymka miała być umartwieniem, więc szło się pieszo. Idziemy z mamą – pamiętam – kamienistym wąwozem, w żółtym błocie po kostki, w strugach deszczu, ludzie się modlą, śpiewają, nagle rozstępują się, bo jedzie powóz. Pod plandeką siedzi wyniosły i tęgi ksiądz Fox, proboszcz bukowiańskiej parafii. Mama prosi księdza, żeby mnie podwiózł kawałek w stronę kaplicy, odmawia. Tak się hartowałem. Może wtedy zrodziła się u mnie niechęć do kościelnej hierarchii, kto wie…

w-tatrachZ dziadkiem na wycieczce w górach

Drugi epizod wydarzył się kiedy miałem już dziewięć, albo dziesięć lat. Bardzo lubiłem wyprawy z moim dziadkiem w góry, w zależności od trasy trwały one zwykle trzy-cztery dni. Wyruszaliśmy z Bukowiny o świcie, zawsze pierwszym etapem była Jaworzynka, gdzie wypraszaliśmy u Tatrzańskiej Gaździny szczęśliwą drogę (nigdy nas nie zawiodła), zjadaliśmy coś z zabranego prowiantu, piliśmy z kotła herbatę, gotowaną przez ojców dominikanów, którzy opiekowali się kaplicą i dalej w góry. Przez Rusinową Polanę, Gęsią Szyję, Polanę Waksmundzką i Pańszczycę do Murowańca na Hali Gąsienicowej. Czasami, ale rzadziej, dziadek prowadził mnie z Rusinowej przez Palenicę i Wodogrzmoty Mickiewicza do Morskiego Oka i tam najpierw nocowaliśmy, ale wolałem pierwszą trasę, bo była ciekawsza. Nazajutrz zwykle był dzień ulgowy, nigdzie się nie spieszyliśmy. Trzeba było przyzwyczaić organizm do wysokości, robiliśmy spacery w stronę Kasprowego Wierchu, albo nad Czarny Staw, dziadek uczył mnie, jak rozkładać siły przy podejściach, żeby nie wypompować się zbyt szybko, jak gospodarować oddechem, ale miałem jeden problem, z którym nie umiałem sobie poradzić, mianowicie lęk wysokości. Żeby z Hali Gąsienicowej dostać się do Doliny Pięciu Stawów Polskich, trzeba pokonać Zawrat, a tam w pobliżu szczytu jest trochę łańcuchów i klamer. Idę pierwszy, nagle przede mną wyrasta rozpadlina, głęboka na wysokość drapacza chmur w Chorzowie. Po drugiej stronie, na wyciągnięcie ręki jest klamra, nie ma innej możliwości, muszę przekroczyć ten rów i przeciągnąć się na drugą stronę. Wtedy klamra wysuwa się ze skały, moje krótkie życie przelatuje mi przed oczami, łydki trzęsą się, jak galareta.

– Widzisz tych taterników? – dziadek pokazuje mi grupę ludzi, wspinających się przy pomocy haków i lin po sąsiedniej, prawie pionowej turni.

Widzę. Ich spokojne, fachowe ruchy przywracają mi wiarę we własne siły i w tę klamrę, że jednak nie wysunie się zupełnie ze skały i nie spadnę w przepaść. Wtedy pozbyłem się lęku wysokości. Kiedy po latach, już jako dorosły, ponownie szedłem przez Zawrat do Pięciu Stawów, ta klamra przypomniała mi o moim strachu z dzieciństwa, gdyż nadal wysuwała się ze ściany. Zabrakło jednak dziadka, żeby mi powiedział, że to głupstwo, którym nie ma się co przejmować.

W górę rzeki (12)

Zbigniew Milewicz (i Marta)

Tereska i Jurek

Koniec roku skłania do obrachunków z czasem. Zacząłem w tym roku spisywać historię swojej rodziny, co wolno robić każdemu śmiertelnikowi, moi krewni to zaakceptowali, ale już wytknęli kilka faktograficznych nieścisłości i dzisiaj chciałem je sprostować. Zrobię to jednak w kolejnym wpisie, bo z rodziny odeszło całkiem niedawno dwoje wartościowych ludzi i im chciałbym tutaj poświęcić kilka słów.

W listopadzie zmarł w Katowicach, na Brzozowej, Jurek Nowak, mąż mojej ostatniej, żyjącej ciotki z rodziny Hamplów, Tereski. Ponieważ była najmłodszą z sióstr, całe życie wszyscy w rodzinie mówili na nią zdrobniale. Jurek trzy dni temu skończyłby 80 lat. Krótko chorował. Kilka dni przed śmiercią rozmawialiśmy jeszcze telefonicznie. Miał pogodny, młody głos, ja oczywiście starałem się go przekonać, że doczeka kolenych urodzin, ale on wiedział, że odchodzi. Niestety na pogrzebie nie mogłem być, dwa tygodnie później odwiedziłem jego grób na cmentarzu w Wełnowcu. Wieńce i kwiaty wyglądały, jakby dopiero je położono. Halina i Andrzej, dzieci zmarłego, czyli moi kuzynostwo mieszkają razem ze swoimi rodzinami niedaleko, koło wieży telewizyjnej w Bytkowie. Mieszkali przez płot, w dwóch sąsiadujących ze sobą domach. Żona Jurka, z którą od lat byliśmy na ty, często gościła u swoich dzieci. Po śmierci ojca Halina wolała, żeby mama u niej zamieszkała, zamiast sama na Brzozowej, miejsca w domu było dostatecznie dużo, także wnuczki nie chciały rozstawać się z babcią. Dawno się z Tereską i kuzynostwem nie widziałem, ostatnio, jak Halina z mężem Piotrkiem i córką Agatą mieszkali w Murckach, ile to lat temu… dziesięć, dwanaście? Ich córki Justyny chyba jeszcze nie było na świecie.

Kuzyn Andrzej, najstarszy z rodzeństwa, pracował w biznessie, zajmował się pompami górniczymi, Halina z Piotrkiem, który pochodził z Podhala, byli radcami prawnymi. Najmłodszy Boguś kierował natomiast jednym z technicznych działów w fabryce Audi w Ingolstadt. Z nim, mieszkając w Monachium, miałem najczęściej kontakt. Halina i Piotrek Jurczakowie zaprosili mnie do siebie, poznałem ich urocze córeczki, 11-letnią Justynę i 6-letnią Emilkę, która nosiła imię po prababci. Prawie już pełnoletnia Agata bawiła na jakimś szkolnym wyjeździe zagranicznym. Nie mogliśmy z Tereską się nagadać. Sporo mi naopowiadała o zdarzeniach w rodzinie, których po części nie znałem. Wspominaliśmy nasze wędrówki po Tatrach z ciocią Irką, nocleg w bacówce na Polanie Waksmundzkiej, gdzie najpierw trzeba było wejść krowie na zadek, żeby wywindować się na strych wysłany słomą, a przez dziurawe poszycie dachu widać było pięknie rozgwieżdżone niebo. Poprzez ciocię Irkę, która pracowała jako inżynier w zakładach mleczarskich i załatwiła tam pracę Teresce, poznała swojego przyszłego męża i przeżyła z nim całe życie. Zmarła niewiele ponad miesiąc po nim. W szpitalu, do którego przewieziono ją z ostrym atakiem kamicy żółciowej, operacja się udała, ale padła trzustka. Powiadomił mnie o tym telefonicznie Boguś.

Córka Andrzeja, Marta, która mieszka w Warszawie napisała wspomnienie, najpierw o dziadku, później o babci. Zrobiła to pięknie i pozwolę sobie je tutaj przytoczyć:

Pożegnanie dziadka i babci

Tereska z JurkiemPożegnanie dziadka Jurka

Dziadek Jurek. Jeden z najbardziej pracowitych i obowiązkowych ludzi, jakich kiedykolwiek znałam. Indywidualista o wielkiej inteligencji i równie wielkim poczuciu humoru. Człowiek twardy i konsekwentny, a jednocześnie ciepły i serdeczny, zawsze gotowy do pomocy, o cokolwiek by się go nie poprosiło.

Jakim był dziadkiem? Najlepszym, jakiego można sobie wymarzyć. Odbierał nas ze szkoły, zawoził na lekcje angielskiego, naprawiał szkolne plecaki, odprowadzał do pociągu, kiedy wyjeżdżałyśmy na wakacje. Z czasem zajęć przy wszystkich wnuczkach było tyle, że aby utrzymać ład i porządek zostałyśmy ponumerowane według wieku. I tak zostałam numerem 1, Dorota numerem 2, Agata – 3, Justyna – 4 i wreszcie Emilka – numerem 5. Dziadek był bardzo dumny ze swojej klasyfikacji, a my z niego, że wpada na takie genialne pomysły.

Genialnych pomysłów było więcej – zimą jeździł z nami na łyżwach po zamarzniętej Pogorii i na nartach po wiślańskich stokach, latem odkrywaliśmy wspólnie szlaki Beskidu Śląskiego. Nauczył nas grać w remika i grywaliśmy z pasją do późnej nocy. Uczył nas znaków drogowych, alfabetu Morse’a i jak porządnie strzelać z procy. Na wszystkich weselach uczył nas tańczyć.

Dziadek bardzo lubił jeździć samochodem i lubił samochody w ogóle, więc na pewno zapamiętamy go, jako dziadka za kierownicą. Każdą z wnuczek gdzieś podwoził – na pociąg, do lekarza, do przedszkola czy szkoły, niejednokrotnie czekając, aż będziemy gotowe do odbioru. Zawsze miał w aucie miętówki, którymi nas częstował. Uwielbiał spacery po lesie – był świetnym grzybiarzem, często mówił, że „wyczuwa” gdzieś grzyba, żebyśmy same mogły znaleźć upragnionego podgrzybka. Zapamiętamy też malowane przez Dziadka znaczki pocztowe. Zawsze ze słonikiem, datą i pieczątką. Rysowane na kopertach kartek okolicznościowych na nasze urodziny. I zapamiętamy scyzoryk, który przy sobie nosił.

Liczyć na Dziadka można było zawsze – bardzo o nas wszystkich dbał. Nawet, kiedy był już bardzo słaby, każdą naszą wizytę u niego kończył swoim tradycyjnym „w razie czego dzwońcie”. Pomagał rodzinie, pomagał sąsiadom. A rodzinę stworzył jedyną w swoim rodzaju. Ciepłą, wesołą, wspierającą się, okazującą szczere zainteresowanie drugim człowiekiem. Dziadek był bardzo z tej rodziny dumny – widać było błysk w jego oczach, gdy opowiadał w swoich bliskich.

Więc chyba nie powinniśmy pytać Pana Boga, dlaczego nam Dziadka zabrał, tylko dziękować mu, że nam Go dał. Że mogliśmy odbyć z nim te wszystkie rozmowy, które odbyliśmy, że było tyle wspólnych wyjazdów, imprez rodzinnych, spotkań, że razem kolędowaliśmy, żartowaliśmy, oglądaliśmy z nim mecze piłki nożnej, którą tak lubił. Że poznał swoje dwie prawnuczki.

I choć tak strasznie boli świadomość, że Dziadek już nie założy charakterystycznego czarnego beretu, nie podjedzie na naszą uliczkę niebieską Pandą, a na niedzielne śniadanie nie przygotuje swoich ulubionych parówek z serem, to głęboko wierzę, że tam gdzie teraz jest, jest mu dobrze. Bo wierzę, że Pan Bóg zabiera człowieka do siebie wtedy, gdy widzi, że zasłużył on sobie na niebo.

Marta czyli wnuczka nr 1

***

Pożegnanie Babci Teresy

W Tatrach z ciocia TereskaKiedy miesiąc temu towarzyszyliśmy w ostatniej drodze Dziadkowi Jurkowi, chyba nikt nie spodziewał się, że tak szybko przyjdzie nam żegnać i Babcię Teresę. Widok Babci bez Dziadka u boku był dziwny i trudny do zaakceptowania, myśl o rodzinie bez nich obojga zupełnie nie mieściła się w głowie. A jednak Babcia odeszła w zeszłą sobotę.

W Tatrach z Ciocią Tereską

Czy bała się śmierci? Raczej nie. Takiej wiary w Boga, jaką miała Babcia Teresa, można było tylko pozazdrościć. Była bardzo religijna i z całej rodziny to ona najbardziej dbała o nasz duchowy rozwój. Pilnowała, żeby msza święta była najważniejszym wydarzeniem każdej niedzieli, żebyśmy nie zapominali o modlitwie i regularnej spowiedzi. Przed każdą dalszą podróżą błogosławiła nam, robiąc nam znak krzyża na czołach. Jej modlitwa towarzyszyła nam cały czas. Kiedy zdawaliśmy ważne egzaminy, pobieraliśmy się, zaczynaliśmy życie na własną rękę. Kiedy rodziły się kolejne wnuczki i prawnuczki. Kiedy było dobrze i kiedy było trochę gorzej. Każdego dnia Babcia prosiła Boga o błogosławieństwo dla nas, jego opiekę i potrzebne nam łaski.

Ale Babcia Teresa kojarzy się nie tylko z wiarą i duchowością. Babcia to także poczucie humoru, ciekawość świata, otwartość i towarzyskość. Bardzo łatwo nawiązywała kontakty, lubiła ludzi – po prostu zaczynała z kimś rozmawiać i od razu zyskiwała nowego znajomego. Przyjaźniła się z sąsiadami, była w stałym kontakcie z bliższą i dalszą rodziną, pamiętała o swoich koleżankach z dawnych lat. Na urodziny pierwszy telefon z życzeniami był zawsze od Babci.

Emilka z babcia TereskaBabcia lubiła wiedzieć, co u kogo słychać i co się dzieje w rodzinie. Była duszą towarzystwa, więc wszelkie większe uroczystości i spotkania rodzinne były jej prawdziwym żywiołem. Często opowiadała wtedy niesamowite historie o swojej rodzinie, licznych ciotkach, wujkach i kuzynostwie. O powojennym Chorzowie i Bytomiu. Za każdym razem, kiedy wychodziło się z takiego spotkania, dziadkowie stali w    drzwiach mieszkania na Brzozowej i machali gościom na pożegnanie, dopóki ci nie zniknęli za zakrętem schodów.

Na zdjęciu: Emilka z Babcią Tereską

Babcia była doskonałą panią domu – kiedykolwiek nie wpadłoby się do dziadków, mieszkanie zawsze lśniło, a oni sami czekali z kawą, herbatą, ciasteczkami i obranymi owocami. Babcia była w rodzinie wytwórczynią najlepszych makówek, modrej kapusty ze smażonym boczkiem i pleśniaka. Dodam od siebie – i ciasteczek odziedziczonych po Babci Stasi – subtelnie i smakowicie nazywanych czołgami. Przepis na pleśniaka dyktowała nam z pamięci jeszcze tego lata. Również jej kompot truskawkowy nie miał sobie równych. Dzieci dostawały go zawsze w szklankach z grubego szkła, żeby przypadkiem nie zrobiły sobie krzywdy.

Bo Babcia troszczyła się o nas nieustannie. W zimie dbała, żebyśmy zakładali ciepłe kurtki, czapki i szaliki. W lecie denerwowała się, że biegamy boso po trawie i pijemy zbyt zimne napoje. Kupowała ciepłe kołdry, żebyśmy w nocy nie marzli. Dla najmłodszych zawsze miała w torebce coś słodkiego.

O co by nas prosiła? Na pewno o modlitwę. Tak jak ona pamiętała o nas, tak i my pamiętajmy teraz o niej. Byłaby nam wdzięczna za – jak to ona mówiła – „dziesiątek” różańca albo koronkę zmówioną w jej intencji. Prosiłaby nas też pewnie, żebyśmy szanowali rodzinne tradycje – dalej spotykali się z okazji urodzin czy świąt, często dzwonili do siebie, odwiedzali się i interesowali sobą nawzajem. Żebyśmy, tak jak dotąd, mogli na siebie zawsze liczyć.

Ciężko na sercu. Ciężko, bo rozstania z kochanymi, bliskimi i dobrymi ludźmi są zawsze trudne. Pozostaje nadzieja, że Babcia Teresa jest już razem z Dziadkiem Jurkiem, swoimi rodzicami – Emilką i Wilusiem, których tak wcześnie straciła i swoimi teściami – Stasią i Stasiem, których większość z nas miała jeszcze szczęście poznać, ciocią Jutą, wujkiem Józkiem i wszystkimi innymi ludźmi, których kochała, a którzy odeszli przed nią. I że kiedyś spotkamy się z nimi ponownie.

Marta

W górę rzeki (11)

Zbigniew Milewicz

Cała prawda o dzwonku

Z mebli, które pamiętały wigilijne wieczerze na Wesołej, pozostały mi już tylko dwie sztuki. Nie posiadam ich osobiście, ale należą do najbliższej rodziny, więc jakbym je miał. Dębowy kredens z jadalni podarowałem mojej córce, Ani i dziś zajmuje on pewną część przedpokoju jej tyskiego mieszkania i służy jako schowek wszystkich możliwych rzeczy. Stojący zegar, co wybijał godziny na melodię dzwonu z katedry w Westminster, dostał Mikołaj, mój młodszy syn, mieszkający w Monachium. Mikołaj trzyma go już od jakiegoś czasu w piwnicy, korpus i maszynerię oddzielnie, i czeka, aż znajomy zegarmistrz się nim zajmie.

Najpierw wszystkie meble i cały dom pieczołowicie się pucowało, kawałek po kawałku. Mama i dziadek byli z tego obowiązku zwolnieni, bo zawodowo pracowali, ale ciocia Irka, póki studiowała, a nawet później, kiedy wracała z laboratorium, myła ze mną klatkę schodową, pastowaliśmy i polerowaliśmy podłogi, dom i tak na co dzień czysty nabierał świątecznego blasku. Babcia Jadzia zostawiała dla siebie najbardziej strategiczne cele, takie jak okna, drzwi, klamki, sztućce, pomagała jej w tym ciocia Gryjta z ulicy Polnej, najmniejsza wzrostem z jej sióstr, ale chyba najpracowitsza, a już z pewnością najpobożniejsza. O 12 w południe zostawiała każdą pracę, czy się to komuś podobało, czy nie i na klęczkach odmawiała Anioł Pański. Kiedy pomagałem jej nieść cięższe sprawunki z miasta i przechodziliśmy obok kościoła św. Jadwigi, zawsze na wysokości ołtarza stawiała torby na chodniku, robiła wielki znak krzyża i klękała na długość Modlitwy Pańskiej i Zdrowaś Maria. Przykazywała mi dobrotliwie, żebym robił to samo, a jej z początku słuchałem, ale pewnego razu jacyś przechodnie nas obśmiali, wtedy zachowałem się podle i poskarżyłem na ciotkę przed babcią. Od tamtej pory dała mi spokój, ale dalej publicznie klękała przed Jadwiżką. W rodzinie patrzono na nią z przymrużeniem oka, ja ją jednak lubiłem, czasami jej broniłem, kiedy ktoś chciał jej mocniej dokuczyć, a dziś postrzegam ją przede wszystkim jako kobietę odważną w praktykowaniu swojego światopoglądu, choćby i ostentacyjnie.

W wigilię na Wesołej 5 nikt nikomu nie dokuczał, diabeł zaszywał się gdzieś w ciemnym kącie i po grubsze sprawunki też się już nie chodziło. Wcześnie rano maszerowałem natomiast do piekarni pani Jadasz po chałkę i bułkę francuską do makówek i do mleczarni po mleko, którym później się je nasączało. Mieliłem mak, sprawdzałem, czy karpie jeszcze pływają w wannie i biłem na alarm, kiedy przewracały się na bok. Dziadek zabijał je i sprawiał, a ja mu w tym asystowałem. Nie mogłem patrzeć, jak ogłusza ryby młotkiem, ale starałem się trzymać męski fason. Do męskich zajęć należało też ubieranie choinki w jadalni, z najwspanialszą na świecie złotą gwiazdą na górze. Zwykle była to jodła, bo świerk miał rzadsze gałęzie i wcześniej gubił igły.

Babcia z mamą w tym czasie przygotowywały wigilijne potrawy, a ciotka Irka na ogół czytała książkę, co w ogóle było jej ulubionym zajęciem. Czytała Krwawą Panią na Czachcicach, ulubionego Dickensa albo którąś z powieści Kraszewskiego. Potrafiła w ciągu jednego lub dwóch wieczorów przeczytać najgrubszą książkę, ale miała przy tym brzydki zwyczaj robienia oślich rogów, kiedy przerywała lekturę. Kiedy to obserwowałem, wydawało mi się, że tak traktowane stronice fizycznie cierpią. Ciocia czytała zwykle w małym pokoiku, który stanowił moją sypialnię i miejsce odrabiania lekcji, albo w przyległej kuchni, najcieplejszym miejscu tego domu, gdzie wieczorem było najlepsze światło. Siadała w ulubionej pozie, po turecku na krześle, z grubymi okularami na nosie i tak długo przewracała kartki, póki babcia nie miała tego vollständig dość.

Kiedy karpie smażyły się już na patelni, jeden za drugim znikaliśmy w łazience, braliśmy kąpiel w wannie, ubieraliśmy się świątecznie i czekaliśmy, aż na niebie zabłyśnie pierwsza gwiazda. Zgodnie z tradycją astronomem byłem ja, najmłodszy domownik. Kiedy zaaferowany wreszcie ją dostrzegałem, w przedpokoju rozlegał się delikatny dźwięk dzwonka. Jako kilkuletni dzieciak nie wiedziałem, skąd ten tajemniczy, trochę niepokojący głos dochodzi, a dorośli tłumaczyli, że to dzieciątko przyszło i zaprasza nas do jadalni. Ponieważ od małego miałem dociekliwą naturę, dziwiłem się, że zaprasza, a nie widzę go przy stole, więc po trochu wprowadzali mnie w świat chrześcijańskiej mistyki. W którąś wigilię dziadek na moich oczach zaplątał się w sznurek przywiązany do pantofla i wtedy poznałem całą prawdę o dzwonku, ale byłem już na tyle duży, żeby docenić ten bożonarodzeniowy tyjater, stworzony przecież głównie dla mnie.

W jadalni duży, owalny stół nakryty był śnieżnobiałym obrusem i porcelanową zastawą, której używaliśmy tylko od wielkich okazji, podobnie jak srebrnych sztućców. Był to magiczny wieczór, więc pod talerzami leżały rybie łuski, które miały każdemu z nas przysporzyć pieniędzy w nadchodzącym roku, zawsze miał też swoje miejsce przy stole nieobecny wędrowiec. Zaczynaliśmy wigilijną wieczerzę od krótkiej modlitwy, którą odmawiała babcia, później łamaliśmy się opłatkiem, a życzenia które sobie wtedy składaliśmy płynęły ze szczerego serca i miały moc sprawczą. Pamiętam, że w wieku 7-8 lat nabawiłem się wszawicy, jakoś temu domowymi sposobami zaradzono, ale na wigilię byłem – podobnie jak dziś – łysy. Kiedy przy opłatku mama zapytała mnie, czego sobie życzę, powiedziałem z determinacją, że chciałbym, aby wyrosły mi ciemne, kręcone włosy, a byłem dotąd blondynem o prostych włosach. Proszę sobie wyobrazić, że moje życzenie się spełniło, może czupryna nie była w stu procentach murzyńska, ale jak najbardziej falująca. Przy okazji pokażę zdjęcie.

Na stole królowało tradycyjnych dwanaście potraw. Zaczynaliśmy kolację od postnej siemieniotki, zupy z nasion konopi, która specjalnie nikomu nie smakowała, ale po całodniowym poście udawało się ją przełknąć . Po zupie był pyszny karp, smażony na maśle, do niego chleb i duszona kwaśna kapusta w dwóch wydaniach, z suszonymi grzybami oraz grochem. Piliśmy kompot z suszonych śliwek z jabłkami i oddzielnie z gruszek, wreszcie przychodziła pora na śląskie makówki, dla mnie i babci główne danie wigilijne. Po nich trudno już było zmieścić deser, czyli rybią moczkę, pierniki i ciasta, więc zostawialiśmy je sobie na później, do herbaty i kawy, której jako dziecko oczywiście nie piłem. Babcia Jadzia sporządzała moczkę na finał kulinarnych przygotowań do wigilii. Czekała na głowy karpi, gotowała je w tartych jarzynach, aż uzyskała potrzebną żelatynę i delikatny smak ryby, które w połączeniu z resztą składników tworzyły niepowtarzalne danie. Dochodził piernik moczony w porterze oraz jasnym i słodowym piwie, miód i bakalie. Łączyła to wszystko ze sobą i kiedy wkładała łyżkę w środek, ta musiała stać, wtedy potrawa była gotowa do podania na stół.

Od wyrobu piernikowych serduszek i gwiazdek oraz marmoladowego przekładańca, który najbardziej mi smakował, rozpoczynała natomiast przygotowania do Bożego Narodzenia. Korzenne smakołyki po upieczeniu w bratrurze były twarde, jak stal z huty Kościuszko i musiały swoje odleżeć w kolorowych, blaszanych pudełkach, zanim zmiękły i nadawały się do jedzenia.

Po słodkościach, do których dorośli wypijali sobie po kieliszeczku orzechowego likieru wyrobu dziadka, był czas na kolędy i prezenty, nieodmiennie przywożone saniami przez Dzieciątko. Niestety nie udało mi się podpatrzeć tej dostawy, bo zawsze wysyłano mnie wtedy po coś do kuchni albo sypialni dziadków. Nigdy natomiast do gabinetu, który sąsiadował z jadalnią, ale nie pytałem już dlaczego, bo prezenty zawsze były wspaniałe. Dostawałem ciepły sweter, który aniołki robiły na drutach, grube rękawiczki bez palców, połączone szelką, żeby ich nie zgubić, albo skarpety, czasami nowe, zimowe buty, do tego łakocie. Po takich upominkach jeszcze lepiej mi się śpiewało kolędy, które intonowaliśmy na zmianę. Każdy tę, którą lubił i odbywało się to na głosy, babcia śpiewała sopranem, dziadek tenorem, mama altem, a ciocia Irka jak umiała. Przy swoich licznych zaletach nie miała najlepszego słuchu muzycznego, więc staraliśmy się ja zagłuszać, bo brzmiała donośnie. Osobiście, zanim przeszedłem mutację, wspierałem babcię w sopranie; pamiętam, że dobrze nam razem wychodziło Bracia patrzcie jeno, A wczora z wieczora i Lulajże Jezuniu, ale przy tej ostatniej kolędzie mama z babcią zawsze trochę płakały.

W jadalni stało czarne pianino Förstera, mamy nie trzeba było specjalnie prosić, żeby akompaniowała naszemu kolędowaniu, a trwało ono długo w ten wieczór. Później utrudzony emocjami całego dnia i senny od makówek szedłem spać do swojego pokoju, bo następnego dnia rankiem rodzina budziła mnie do kościoła. Kiedy wracałem, stół w jadalni był już znowu pięknie nakryty do świątecznego śniadania. Nie pamiętam, żebym chodził z dorosłymi na Pasterkę, pierwszy raz wziąłem w niej udział dopiero jako nastolatek. Pierwsze święto Bożego Narodzenia, podobnie jak Wigilię, spędzaliśmy zawsze w naszym ścisłym, pięcioosobowym gronie. Telewizora w domu jeszcze nie było, łączność ze światem dawało tylko radio z magicznym okiem, później doszedł telefon. Urozmaicaliśmy sobie ten świąteczny czas grą w człowieku nie irytuj się, warcaby, albo pchełki. Dorośli opowiadali różne historie ze swojego życia, albo zasłyszane, komiczne, lub tajemnicze, ja to wszystko chłonąłem, później jeszcze raz przeżywałem w wyobraźni. Oglądałem rodzinne albumy i książki z kolorowymi obrazkami, pisane niezrozumiałym dla mnie gotyckim pismem. Babcia wyjmowała z komody cytrę, słuchałem czystego dźwięku jej strun. Tę cytrę zobaczyłem niedawno w Chorzowie, u mojej kuzynki Haliny Jurczak. W swoim czasie babcia dała ją jej w prezencie, była w dobrych rękach.

Dalej kolędowaliśmy. Kiedy kończył się zwykły repertuar, babcia sięgała do ulubionych kantyczek, do pastorałek spisanych w niedużej, grubej książce o ciemnozielonej okładce – mam ją w swoim księgozbiorze w Polsce. Narodzenie Pana miało tam postać śpiewogry, z podziałem na role i ja na ogół wcielałem się w pastuszka, dziadek w Józefa a mama w żydowskiego karczmarza. Jakże to była pyszna zabawa, nigdy nie miałem jej dosyć. Z kantyczkami mogły konkurować tylko sanki i narty, ale na nie przychodził czas dopiero w drugie święto, kiedy na Wesołej zjawiała się rodzina i przyjaciele domu. O śnieg w owych czasach na ogół nie musiałem się martwić, pod koniec grudnia było go już na dworze pod dostatkiem. Z kolegami z sąsiedztwa, Leszkiem Bulandą i Lutkiem Czarneckim, szliśmy zwykle pojeździć na pobliską Hofmankę, skąd dopiero późnym wieczorem ściągaliśmy do domów – przemarznięci, zmordowani, ale szczęśliwi.

cytra babci JadziPoza cytrą nie mam niestety żadnego zdjęcia, które ilustrowałoby tę opowieść o bożonarodzeniowych tradycjach mojego dzieciństwa. Nawet najlepsza fotografia nie odda jednak tego, co w człowieku zapisze serce, kiedy jest szczęśliwy, to tam się ucieka, żeby przetrwać i nabrać sił w gorszych momentach życia. Bez takiego miejsca nie da się żyć.

 

W górę rzeki (10)

Zbigniew Milewicz

Życie od nowa

Tak więc po 45 roku ludzie rozpoczynali swoje życie od nowa, a jak im się nie udawało, to jeszcze raz od nowa. Po rozwodzie mama zamieszkała ze mną w Chorzowie, u dziadków. Ociec zabrał Zdzicha i wyjechał z Katowic, wcześniej napisałem, że do Elbląga, ale faktycznie najpierw był Wałbrzych, gdzie ociec dostał pracę, jako kierowca w kopalni. Później Elbląg, z „przechowalnią” dla brata w Kętrzynie.

ojcieczesopemPóki ojciec nie znalazł oddzielnego lokum na Żuławach, Zdzich pozostawał pod troskliwą opieką babci Urszuli, w jej już ostatnim miejscu zamieszkania. Kiedy przywieziono go do Elbląga, najpierw było jakieś poddasze w domu, gdzie żyła prawdziwa ludzka zbieranina, tam też opiekowała się nim babcia. Nie opuszczała go na krok, żeby nie stało się mu nic złego, karmiła, pielęgnowała z całym oddaniem, kiedy był chory, wiele jej zawdzięcza. Później ojciec odprawił babcię i zabrał go do nowego, dwupokojowego mieszkania, gdzie brat poznał kobietę o imieniu Celina, do której od początku musiał mówić mamo. Ciężko mu to szło. Nowa partnerka ojca była pielęgniarką, pochodziła z niedalekiego Skórcza i ojciec się z nią ożenił. Na życie zarabiał pracą w miejscowej stoczni, po niespełna roku Elbląg mu obrzydł, wyjechali do Słupska. Tam starsza siostra ojca, Maria, która towarzyszyła im w exodusie z Katowic, powiedziała, że dalej już nie jedzie. Ze Słupska, po dwóch, albo trzech miesiącach, ojciec, jego nowa żona i Zdzich udali się bowiem do Szczecina i tam zapuścili korzenie. Na krótko ich adresem był dom w Niebuszewie, niedaleko gazowni, gdzie z klatki schodowej można było oglądać niebo, później już Goleniowska 76 w Dąbiu. Zdzich miał 5 lat, kiedy się tam wprowadzili.

Ciocia Irka i HeinzPo wojnie, rozłączeni bliscy ludzie starali się wzajemnie znowu odnaleźć. Moja babcia Jadzia łudziła się, że mimo wszystko gdzieś żyje jej brat Wili, rodzina dostała zawiadomienie, że zaginął pod Stalingradem, a więc w pojęciu Babci – nie zginął. Międzynarodowy Czerwony Krzyż, poprzez który wielu ludzi się odnalazło, nie potrafił jej jednak w niczym pomóc. Podobnie jak ojcu nie udało się później nawet usłyszeć w telefonie głosu młodszej siostry Stasi, którą sowieci wywieźli do Kazachstanu. Były narzeczony mojej mamy, Gerard służył w Wehrmachcie. Doczekał zakończenia wojny w Niemczech, nie wrócił do Polski, ukończył studia medyczne i został lekarzem. Poprzez moich dziadków nawiązał listowny kontakt z mamą i próbował ściągnąć ją do Niemiec, bezskutecznie, czuła się Polką i jej miejsce było w Polsce.

zbiorowemilewiczUdało się natomiast ponownie zejść cioci Marii i jej mężowi, Eugeniuszowi Bołtuciowi, choć było trudno. Przed wojną starsza siostra ojca wyszła w Wilnie za mąż za młodzieńca z dobrej, inteligenckiej rodziny. Byli w sobie zakochani, niestety ich związek trwał krótko; Marię wywieziono w głąb Rzeszy, on został na miejscu. Kiedy Rosjanie odebrali Niemcom Wilno i generał Sikorski rozpoczął formowanie polskiego wojska na terenie Związku Radzieckiego, Eugeniusz zaciągnął się. Przeszedł cały szlak bojowy z Armią Andersa, walczył pod Monte Cassino, na spocznij dał dopiero w Monachium. Jak i po co się tam znalazł, nie mam pojęcia. W Monachium w każdym bądź razie dowiedział się od kogoś, że jego ślubna jest znowu w Wilnie. Nad Isarą namierzyła jego ślady także ciocia Maria, ale nie zdążyła już skontaktować się z mężem. Załatwił sobie wizę wjazdową do ZSRR i ruszył fałszywym tropem. Trochę czasu minęło, zanim znalazła go z ojcem, w Poniewieżu pod Wilnem, jeszcze więcej zachodu kosztowało, żeby w ramach repatriacji i łączenia rodzin ściągnąć go do Polski. To już jednak nie był ten sam Gieniuś, co kiedyś – martwiła się Maria. Wojna wykrzywiła mu charakter, dużo pił, plecami odwróciła się od niego nawet najbliższa rodzina, która po wyjeździe z Wilna osiedliła się we Wrocławiu. Cioci Marii podobał się Słupsk, ale ostatecznie z rodzinnych powodów także zamieszkała na stałe w Szczecinie, tam też przyjechał jej mąż.

Ujek Jorg z ciocia Marysia, najstarsza Malgosia, Ewa, Heinzem i coreczka, ktora im pozniej zmarla.Również drugiej mojej cioci Marii, z domu Hampel, a po mężu Palluch (tak, tak ich nazwisko pisało się z niemiecka przez dwa „l”) udało się po wojnie zejść z mężem. Wszyscy w rodzinie mówili na nią zdrobniale Marysia, Marika, albo Marinchen. Była drobna, o pięknych, semickich rysach twarzy, dlatego też nosiła żartobliwy przydomek Żydek. Miała dwie córki – starszą Małgosię i młodszą Ewę oraz syna Hainca, nigdy nie słyszałem, żeby ktoś na niego powiedział Heniek. Mąż cioci, Jorg, który służył w SA, pod koniec wojny dostał się do niewoli amerykańskiej. Po denazyfikacji zamieszkał w bawarskim Glonn. Nie bardzo w związku z tym rozumiem, dlaczego ciocia Marysia w ramach łączenia rodzin wyjechała do Stadt Allendorf w Westfalii i tam mieszkała do końca życia, ale mam nadzieję, że kiedyś uda mi się to jeszcze wyjaśnić. Do tej miejscowości ściągnęła później Ewa ze swoim synem Januszkiem, później Małgosia z mężem, Jankiem Balonem, wreszcie ich córka Hania. W Polsce został tylko Hainc z dziećmi, stuprocentowy śląski górnik, który mówił piękną gwarą. W żartach często starałem się naśladować jego szorstką, szybką mowę, jednak daleki byłem od oryginału. Nie przeprowadził się również do Niemiec Jurek Balon, brat mojej kuzynki Hani. Myślę natomiast, że moja babcia odważyłaby się na taki ruch, ale na to dziadek nigdy by się nie zgodził. W sprawach zasadniczych był w domu twardy.

ModnisienabalkoniePóźniej, a może wcześniej wyjechała do RFN druga siostra mojej babci, Truda z wujkiem Alfredem oraz synami Erhardem i Karolem. Była to rodzina Hoffmannów, która mieszkała koło Opola. Erhard był ode mnie o kilka lat starszy, Karol młodszy, ale chciał, żebym do niego mówił wujku, co mnie oczywiście wtedy bardzo złościło. Wujka Alfreda pamiętam słabo, bo częściej odwiedzała nas na Wesołej siostra babci, ale była to ciekawa postać. Rdzenny Niemiec, postępowy i światły, do wybuchu wojny prowadził wspólnie ze swoim bratem drukarnię. Drukowali w niej m.in. książki autorów antyfaszystowskich i tłumaczenia z literatury polskiej. Język polski znał słabo, ale Pana Tadeusza w niemieckim tłumaczeniu – na pamięć. W czasie wojny poszedł służyć do Wehrmachtu. Kiedy wojna dobiegała końca, brat z żoną i córką Elinor wyjechali do Niemiec. Wujek Alfred wylądował natomiast w rosyjskiej niewoli, z której wrócił do domu w 1946 r., mocno zabiedzony. Ponieważ był Niemcem, skierowano go do ciężkiej pracy przy przenoszeniu worków z cementem, w cementowni Opole. Nie miał wyboru, chciał żyć i zapewnić byt żonie z Erhardem, więc targał te worki swoimi delikatnymi dłońmi. Później urodził się Karol.

W 1957 r., korzystając z odwilży w stosunkach polsko- niemieckich, rodzinie Hoffmannów udało się wyjechać do Niemiec, czym 16-letni Erhard wcale nie był zachwycony. Czuł się Polakiem i nawiał rodzicom z pociągu, nie pamiętam już szczegółów całej akcji, ale trudno go było namówić do zmiany decyzji. Początkowo kopał piłkę w jakimś niedużym, niemieckim klubie, później poszedł na studia politechniczne. Ciocia Irka, od której mam te wszystkie informacje, przypuszczała, że naukę finansował mu jego ojciec z odszkodowania, które dostał w Niemczech za zabraną mu przez Polaków drukarnię. Mieszkali w Trier, stamtąd i ze Stadt Allendorf przychodziły paczki do rodziny w Polsce, ze szczegółowym opisem, co jest dla kogo. Czasami cioteczki przyjeżdżały osobiście i zawsze wtedy było to wielkie święto. Gościłem w domu cioci Marysi i Ewy w Westfalii, byłem u Erharda, ale nie chciałbym popędzać czasu w swojej opowieści. Najpierw będzie Wigilia na Wesołej w Chorzowie.

***
Na zdjęciach po kolei z góry na dół:
* Ojciec już na północy Polski,  na zdjęciu ze swoim przyjacielem, Esopem
* Irka z Haincem jako dzieci
* Przed domem na Wesołej 5, od strony ogrodu, rok 1942. Z prawej, obok mojego dziadka, Alfred Hoffmann z żoną i Erhardem, w środku mama, babcia, ciocia Irka, z lewej ciocia Marysia. Z dzieci rozpoznaję tylko Hainca, stoi z tyłu
* Wujek Jorg z ciocią Marysią i dziećmi, najmłodsza dziewczynka im niestety zmarła w wieku kilku lat
* Modnisie na balkonie, na Wesołej 5, lata czterdzieste – mama, babcia i nieznajoma

W górę rzeki (9)

Zbigniew Milewicz

Car Edward

Gdyby był aktorem, z łatwością mógłby zagrać Piotra Wielkiego. Tak jak on był przekonany o własnej nieomylności, ustanawiał w domu prawa i egzekwował je, a niesubordynację karał. Podobnie jak tamten był wielkim zwolennikiem pruskiego porządku i dyscypliny, z którymi zapoznał się na przymusowych robotach w Niemczech – może nie były one tak wyczerpujące, jak brukowanie litewskich dróg. Ludzi, a zwłaszcza kobiety, traktował przedmiotowo, miały służyć rodzajowi męskiemu jako domowa siła robocza, zaspokajać jego witalne – ojciec kochał to słowo – potrzeby, rodzić mu dzieci i wychowywać je, oczywiście według wskazówek mężczyzny.

Starowiejska 5Mieszkali z mamą przy ul. Starowiejskiej 5 (patrz foto powyżej) w Katowicach, w poniemieckiej kamienicy, w samym centrum miasta, dom ten stoi do dziś. Ojciec miał drobiazgowy i równocześnie wybuchowy charakter. Kiedyś mama przesoliła zupę, albo odwrotnie, zapomniała ją posolić, talerz wraz zawartością wyleciał z okna na trzecim piętrze. Albo kupił sobie kapelusz, który w domu okazał się za mały, wtedy ze złości pociął go nożem na drobne paski. Mama – w swoich relacjach o ojcu – usprawiedliwiała go, twierdząc, że te incydenty miały miejsce wtedy, kiedy rzucił palenie, był więc nerwowy. Obiad musiał być zawsze na czas, a mieszkanie świecić czystością. Jak przychodził do domu, zwyczajowo zakładał białą rękawiczkę i palcami sprawdzał, czy na przykład na szafie w przedpokoju nie ma kurzu. Coś tam znalazł, co mu się nie podobało, mamie dostawały się grube wyzwiska, kiedy miał gorszy humor, nie szczędził także pięści. Te drastyczniejsze fakty poznałem późno, mama nigdy nie lubiła pokazywać własnego bólu, przykrywała go uśmiechem i taką ją zapamiętałem.

Kamieniarze1Gdy spotykała się z najbliższymi i pytali ją, jak jej się wiedzie w małżeństwie, niezmiennie odpowiadała, że dobrze. To było jej życie, osobista decyzja, przysięgała panu Bogu przed ołtarzem, że wytrwa z mężem na dobre i złe do końca życia. To ją zobowiązywało, ale siniaki na ciele nie zawsze dały się dobrze zapudrować, więc któregoś dnia powiedziała, jak naprawdę układa jej się życie.

Kiedy we wczesny listopadowy poranek 1945 r. pojawiłem się na świecie, dla mamy była to pewna niespodzianka. Spodziewała się mnie dopiero w styczniu i bóle porodowe wzięła początkowo za dolegliwości nerek, dopiero jak wody odeszły, ktoś z otoczenia pobiegł po akuszerkę. Nie miała dla mnie jeszcze żadnych rzeczy do ubrania, więc rozebrała Feliksa, swoją ulubioną lalkę i to był mój pierwszy garnitur. Felix znaczy po łacinie szczęśliwy, ten dar towarzyszy mi w życiu. Jako wcześniak z widoczną krzywicą nie byłem zbyt urodziwy, kiedy ojciec mnie po raz pierwszy zobaczył, z niesmakiem skomentował ź wileńska: toż to jakiś czortowy wyrodek. Niewiele czasu minęło, przyszedł na Starowiejską z jakimś starszym niemowlakiem na ręce. Zanim zaskoczona mama zdążyła o cokolwiek zapytać, wręczył jej tobołek i powiedział, że to jest jego syn Zdzisław i ma się nim zaopiekować. Nie śmiała nawet zapytać, kto jest matką dziecka. Dopiero później dowiedziała się, że kobieta ma na imię Regina i mieszka w Bytomiu oraz że ojciec poznał ją wcześniej, kiedy tylko przyjechał na Śląsk.

Zdzich dwuletniOkoło dwuletni Zdzich, w solidnym, poniemieckim wózku, więc i mina odpowiednia…

Dziecko było wymizerowane, pokryte strupami, zajęła się nim jak własnym, choć protestowała urażona, kobieca duma. Kąpała w płatkach owsianych, żeby zeszły owrzodzenia i kiedy po trzech miesiącach odwiedził nas domowy lekarz, nie poznał malca, taki już był gładki i papuśny. Tak ma wyglądać dziecko – powtarzał ojciec drwiąco. To był zwariowany, powojenny czas, trwała wielka wędrówka ludów, każdy kogoś, albo czegoś szukał. Ojciec zarabiał handlując czym się dało, może i zajmował się szabrem. W naszym mieszkaniu na Starowiejskiej zatrzymywali się na noc różni ludzie, często obcy, w zamian dzielili się z nami zwykle jedzeniem, pieniądze nie miały żadnej wartości. Bywało, że nocowali za Bóg zapłać, gdyż poza dobrym słowem nie mieli nic. Dotarła do nas również na krótko babcia Urszula z ciocią Marią, które uciekły z Wilna przed sowietami. Nauczyły mamę gotowania kilku potraw, które lubił ojciec, a gustował w tłustych daniach, zwłaszcza w blinach ze śmietaną. Tylko czas ku temu był chudy.

Kiedyś do drzwi zapukała Cyganka z dzieckiem na ręku, obydwoje od kilku dni nic nie jedli. Mama solidarnie podzieliła się z przybyszami tym, co miała. Nazajutrz znowu ktoś do nas zastukał, mama uchyliła drzwi, patrzy a przed progiem stoi worek z mąką, drugi z cukrem, na nim jakiś połeć słoniny. Ktoś, kto to przyniósł, już schodził po schodach, więc zapytała, od kogo to, ale nieznajomy głos odpowiedział, że nie wie, kazali tylko dostarczyć.

Ociec z gitaraRodzice żyli ze sobą niewiele ponad dwa lata. Po jednej z domowych scysji, jak zwykle o jakąś błahostkę, mama poczuła, że osiągnęła kres nerwowej wytrzymałości. Otwarła okno i postanowiła skończyć ze sobą, podobno wtedy zacząłem płakać w łóżeczku i to ją otrzeźwiło. Rozwód dostała na pierwszej rozprawie. Ojciec zmarnował mamie kawałek życia, ale nigdy nie usłyszałem od niej złego słowa na jego temat. Jeżeli wspominała pewne zdarzenia, związane z jego osobą, nie oceniała go, czuło się tylko jej żal i niechęć. Kiedy czasami posprzeczałem się o coś z mamą, co działo się naprawdę rzadko, jej najsurowszą dla mnie oceną było: jesteś taki sam jak ojciec. Podobno jedną rzecz potrafił jednak naprawdę ładnie, mianowicie grać na gitarze i śpiewać, zwłaszcza jak sobie wypił wódeczki, którą nie gardził. Gitara była ruskiego stroju, siemistrunnaja, śpiewał barytonem, a w repertuarze miał m.in. stare romanse, które jak wiadomo nie mają z życiem wiele wspólnego.

W górę rzeki (8)

Zbigniew Milewicz

Wileńskie kołduny

Jakiś czas temu napisałem już wstęp do tego pamiętnika, taki oto:

Gdzie leży Polska ? Propaganda komunistyczna nie pozostawiała cienia wątpliwości, że na wschód od Łaby. Obecna konsekwentnie powiada, że na zachód od Bugu, że bliżej nam do Rzymu, niż np. na Polesie, do Dubicz Cerkiewnych, gdzie co roku na Iwana, na Kupała świętuje się staropogański obyczaj wiosenno-letniego przesilenia. Stereotypy są złe, odzwyczajają od samodzielnego myślenia, wyłażą z nich różne oszołomy, rodzą nacjonalizm. Pochodzę z czysto kresowej rodziny, po mamie z kresów zachodnich, z Górnego Śląska, ojciec urodził się w Wilnie, na polskich kresach wschodnich. W śląskim gorku miejscowe krupnioki warzyły się razem z polskim barszczem i niemieckimi bokwurstami, w wileńskim tyglu litwskie kołduny pyrkały w rosole pani Ćwierciakiewiczowej, popijało się je ukraińskim kwasem chlebowym, albo białoruską wódką, a żydowska maca była wszędzie. Przepraszam za tę kulinarną przenośnię, ale tak to widzę. Pod koniec drugiej wojny światowej moi przyszli rodzice jakoś tak wpadli na siebie i głodni życia, połączyli obydwie kuchnie, z czego wyszedł niezły bigos…
Na początek jednak wileńskie kołduny, które obiecałem w poprzednim wpisie, choć u pani Antoniowej pojawiają się one na stole rzadko. Familia żyje biedniej niż Paluchowie z Chorzowa, ale mieszka w samym sercu miasta, przy ulicy Ostrobramskiej, pod nr 20, a później 23. Dziadek Antoni, ojciec mojego ojca, pracował jako woźny w urzędzie inżynieryjnym w Wilnie i ze skromnej pensji utrzymywał żonę i trójkę dzieci. Wcześnie zmarł, Edward miał zaledwie trzy lata. Aby wyżywić rodzinę, babcia Urszula zajęła się dorywczym praniem i sprzątaniem u sąsiadów. Widocznie nie mogli z tego wyżyć, skoro starsza siostra ojca, Maria, została oddana pod opiekę sióstr Urszulanek, do ochronki żyjącej z darów hr. Ożarowskiej. Arystokratka hojnie wspierała wileński klasztor, starała się o to, aby dzieci zdobyły dla siebie jakiś pożyteczny zawód na przyszłość, niektórym nadawała swoje nazwisko. Stąd w dokumentach cioci Marii pisało, że jest z domu Ożarowska.
To nazwisko pojawiło się już raz na tych stronach, we wpisie Babcia Urszula. Nosiła je mama mojego ojca, co zostało odnotowane w księdze zgonów kętrzyńskiego USC. Ponieważ to dzieci dziedziczą nazwiska po rodzicach, a nie odwrotnie, przypuszczam, że sprawczynią wyjątku w tej regule była ciocia Maria, bo tylko jej mogło zależeć na formalnym uproszczeniu rodzinnej historii. Kiedy zamknęła mamie oczy, dopełniła formalności w ratuszu , powiedziała, że zmarła nazywała się Ożarowska i urzędnik tak to zapisał, bo krótko po wojnie przyjmowano jeszcze w urzędach różne informacje na wiarę. Poza tym zmarłemu jest chyba obojętne, jak nazywa się po śmierci, a świętemu Piotrowi dokumenty są niepotrzebne. To jest jednak wyłącznie moja teoria. W dokumencie zawarcia związku małżeńskiego moich rodziców pisze się, że mama ojca była z domu Gorczycka, a dziadek nazywał się Milewicz, ale brak innych dowodów, które by to potwierdzały.

po mieczuMój ojciec, po ukończeniu szkoły powszechnej, poszedł do zakładu ślusarsko-mechanicznego niejakiego Michalskiego, aby nauczyć się rzemiosła. Ze względu na brak pracy w tej branży, latem 1931 r. przyjął się do zarządu dróg w Wilnie, jako kamieniarz. Układał nawierzchnię dróg w mieście i powiecie, wyrabiał kostkę brukową i tłuczeń granitowy, zimą spał z kolegami w przydrożnych szopach, latem wprost na trakcie.

brukowanie

XXX
Zdzich, mój starszy brat po mieczu, który dzieli się ze mną tymi informacjami, mówi, że do wybuchu II wojny światowej ojciec na pewno utrzymywał się z brukarstwa. Losy okupacyjne jego i rodziny są mniej przejrzyste, zawierają sporo luk.

Brat pokazuje mi pożółkły dokument ze swastyką i zdjęciem ojca, jest to tymczasowy paszport bezpaństwowca z Litwy, wystawiony 10 grudnia 1942 r. w Katowicach. Pod koniec czerwca 1941 r., po zbombardowaniu Wilna przez Luftwaffe, do miasta wkroczył Wehrmacht i przez trzy lata było ono niemieckie. Ojciec i jego starsza siostra zostali wywiezieni na przymusowe roboty w głąb Rzeszy. Ciocia Maria trafiła do fabryki celulozy w Mannheim, gdzie produkowano owiewki do samolotów, on gdzieś w okolice Essen. Ojca trudno było namówić na zwierzenia z wojennej przeszłości; raz powiedział rodzinie, że uciekł z robót, w czasie podróży z Essen do Katowic, dokąd jeździł na jakieś badania lekarskie, w związku z utratą zdrowia w fabryce. Mogło tak być, ale dziwne, że go później nikt nie szukał. Zastanawiam się, jak to się stało, że uciekł, a później dostał pracę u niemieckiego szewca na Śląsku, no i kiedy wystawiono mu ten paszport, przed czy po ucieczce?

Najmłodszą Stasię sowieci zesłali do Kazachstanu. Nie wiadomo, kiedy się to stało, podczas ich pierwszej okupacji Wilna, czy latem 1944 r., jak odbili miasto Niemcom. Jedni oprawcy warci byli drugich, w czasie wojny hitlerowcy wspólnie z litewskimi nacjonalistami zamordowali w podwileńskich Ponarach około 100 tysięcy polskich obywateli, zwłaszcza Żydów. Natomiast sowieckie prześladowania i deportacje objęły około 35 tysięcy mieszkańców Wileńszczyzny, głównie polskiego pochodzenia. Stasia trafiła do łagru w Jekybastuz (Ekibastus), gdzie swego czasu więziony był również Aleksander Sołżenicyn.

Stasia pokłóciła się o jakąś błahostkę z ulicznym przekupniem, a że język miała ostry, zadenuncjował ją w NKWD, pewnie na okoliczność ustrojowej nieprawomyślności, to wystarczyło. Niewiele o niej wiem, tyle zaledwie, że czuła się kobietą wyzwoloną, miała poglądy lewicowe, krewki charakter i jako najmłodsza z rodzeństwa była oczkiem w głowie rodziny.

Po wojnie ojcu udało się za pośrednictwem Międzynarodowego Czerwonego Krzyża odszukać Stasię, nawiązał z nią listowny kontakt i rozpoczął starania o jej repatriację do kraju, pisał w tej sprawie do władz w Moskwie. Urzędnicza machina, jak to ona, pracowała jednak opieszale. W latach 60 udało się ojcu uzyskać zezwolenie na rozmowę telefoniczną z siostrą. Mieszkał wtedy już na Goleniowskiej, w Szczecinie-Dąbiu. W domu nie miał telefonu, poszedł na pocztę i czekał, długo czekał. Wreszcie rozległ się dzwonek, roztrzęsiony z emocji o mało nie wyrwał w kabinie słuchawki z automatu. Obcy głos z centrali poinformował go tylko beznamiętnie, że połączenie nie może zostać zrealizowane. Później otrzymał urzędowy list, że jego siostra zamarzła w drodze do rozmównicy. Była w łagrze kaczigarą, palaczką.

W górę rzeki (7)

Zbigniew Milewicz

Skutki wspólnego kopania rowów

milewiczkopanierowowNowym kamieniem wśród tych śląskich, Paluchowych i Hamplowych, który pewnego dnia wpadł do ogródka przy ulicy Wesołej, był mój przyszły ojciec. Stanowił w pewnym sensie okaz egzotyczny, bo i mówił, i zachowywał się inaczej niż miejscowi, co niekoniecznie musiało się wszystkim podobać, ale może właśnie dlatego mama się nim zainteresowała. Pochodził z Wilna, z ojczyzny polskiego wieszcza narodowego, którego wiersze kochała, wiele z nich znała na pamięć. W maturalnym roku pojechali cała klasą na wycieczkę do Nowogródka, który wówczas był jeszcze polski, do nowo otwartego muzeum Adama Mickiewicza. Ojciec nawet podobnie się nazywał, więc jak przejść obok kogoś takiego obojętnie? A mogła to zrobić.

milewiczzareczyny (2)Tak jak kiedyś do Jadzi Hamplówny, również do Niny Paluchówny uderzało w konkury wielu młodych ludzi. Wszyscy dobrze ułożeni, z tzw. porządnych domów; Zerwane zareczyny...jeden z nich miał na imię Gerard (na zdjęciu po prawej), dziadkowie go akceptowali, jako ewentualnego zięcia i z nim mama była już prawie, a może faktycznie zaręczona, tego dokładnie nie wiem. W międzyczasie jednak pojawił się człowiek o imieniu Edward, którego poznała w ostatnich miesiącach wojny, prawdopodobnie przy kopaniu rowów przeciwlotniczych. Od kilku lat pracowała już wtedy w firmie drzewnej Gebr. Grabowski w Katowicach, gdzie najpierw zajmowała się stenografią, a później prowadziła dział kalkulacji. Podobno firma ta do dziś istnieje w Niemczech. Kiedy spotkała ojca, miała 23 lata, on był o 7 lat starszy. W niczym nie przypominał Ninie dotychczasowych adoratorów, zwykle rówieśników, z którymi dyskutowała o przeczytanych książkach albo obejrzanych sztukach teatralnych, przekomarzała się i flirtowała. Mówił niewiele, ważył słowa, a głos miał głęboki, śpiewny, wielu kwestii nie dopowiadał do końca, co dodawało mu tajemniczości i sprawiało na mamie wrażenie, że jest bardzo mądry.

milewiczparamlodaBył pierwszym mężczyzną z prawdziwego zdarzenia, który stanął na jej drodze, pewnym siebie i zdecydowanym, który bodaj po kilku tygodniach znajomości oświadczył się. Powiedział, że chciałby z nią założyć rodzinę, bo wydaje mu się, że jest dobrym materiałem na żonę i matkę ich przyszłych dzieci. Nie wiem, czy powiedział, że mamę kocha i będzie dobrym mężem, ale nie zdziwiłbym się gdyby, jako człowiek w gruncie rzeczy mało romantyczny, uznał to za zbędne. Mama zaś o życiu wiedziała niewiele. Rosłam w domu jak pod kloszem – opowiadała mi później. – Umiałam coś ugotować, posprzątać, grać na pianinie, świadectwo maturalne wyglądało ładnie, ale z moją mamą na wiele tematów nie można było w ogóle rozmawiać. Kiedy miałam 21 lat i po raz pierwszy pocałowałam się z chłopakiem na randce, to myślałam, że od tego zachodzi się w ciążę. W szkole o ważnych sprawach też nie uczono, były tematem tabu.

Z pojedynczych zdań, które Edward wypowiedział o sobie, wynikało, że w Wilnie nie miał łatwego życia, a kiedy do miasta wkroczyły hitlerowskie wojska, wyjechał na przymusowe roboty do Niemiec, gdzie ciężko pracował. Mama postanowiła w małżeństwie wynagrodzić mu te wszystkie niedostatki. Wyrosła na romantycznej literaturze, w tradycyjnym, katolickim środowisku i naturalna empatia szła u niej w parze z łatwowiernością; myślę, że te cechy po niej oddziedziczyłem. Widziała, że ojcu brakuje towarzyskiej ogłady i tzw. manier, nie umiał tańczyć, a ona taniec uwielbiała, w kościele nie bardzo wiedział, jak się zachować, ale wierzyła, że wszystko to przyswoi mu w przyszłości. Była urodzoną optymistką.

milewiczzareczynyDziadkom nie pasował jako kandydat na męża dla córki. Przede wszystkim nie był ze Śląska i mało o nim wiedzieli. Życiowej zaradności nie mogli mu odmówić, ale wątpili w szczerość jego małżeńskich zamiarów; niczego materialnie nie posiadał, ożenek z moją mamą mógł być podszyty chęcią wzbogacenia się, mogło mu np. chodzić o dom, który był ich oczkiem w głowie. Ciocia Irka opowiadała mi, że mój ojciec nie nosił litery „P“ na ubraniu, pracował u jakiegoś niemieckiego szewca i miał niemieckie dokumenty, które pozwalały mu na korzystanie z basenu, kina czy kawiarni, przeznaczonych tylko dla obywateli III Rzeszy. Czyli był przymusowym robotnikiem, ale jakby na specjalnych prawach, co dziwiło dziadków. Na Bugli w Katowicach, gdzie przed ślubem ojciec chodził z mamą popływać, ludzie oglądali się za nimi i wzdychali, jaka to piękna para. Rodzice mamy też wzdychali, ale ze zmartwienia, że Nina dokonała takiego wyboru i niczego nie daje sobie wytłumaczyć. W tym momencie pasowałoby mi przerwać na jakiś czas śląski wątek i wrócić do wileńskiego, od którego rozpocząłem swoją rodzinną opowieść. Wilno będzie jednak w następnym wpisie, bo właśnie na Śląsk nadchodzą krasnoarmiejcy, a oni lubią to robić bezzwłocznie.

milewiczzareczyny (1)Innymi słowy, te rowy przeciwlotnicze czy przeciwczołgowe, które moi przyszli rodzice razem kopali, nie na wiele się zdały. W styczniu 1945 r. Armia Czerwona przełamała na Górnym Śląsku niemiecki front i tutaj wojna się już zakończyła, ale powstały inne problemy. Kiedy bojcy albo NKWD dotarli na Wesołą, Erwina, jako niemieckiego faszystę, postawiono pod murem. Odbył się krótki sąd polowy i gdyby nie sąsiad z domu obok, pan Kruzel, który zaświadczył, że dziadek jest powstańcem śląskim, nikt by mi już tak pięknie nie pokazał, ani nie opisał Tatr. Pan Kruzel to była też piękna postać. Przyszedł razem z radzieckimi żołnierzami z ugrupowania marszałka Koniewa, w polskim mundurze oficerskim. Nie wiem, czy w tym ugrupowaniu służył, ale przyszedł z frontu do domu. Zapamiętałem po latach jego łysą, jak księżyc głowę, przysadzistą sylwetkę i jowialną, dobrą twarz. Pamiętam też jego uroczą, zawsze pogodną żonę, podlewającą kwiaty w ogrodzie i oranżerii na pierwszym piętrze. Bardzo się kochali. Kiedy po latach wspólnie spędzonego życia, ona pierwsza odeszła, on z rozpaczy popełnił samobójstwo.

milewiczweseleMoi rodzice pobrali się 27 marca 1945 r. w Chorzowie. Ceremonia ślubna odbyła się w urzędzie stanu i kościele, a wesele w domu młodej pani, na Wesołej, w wąskim gronie rodziny i najbliższych sąsiadów. Ze strony ojca nie było nikogo, poza jego przyjacielem Ryszardem Esopem, który świadkował mu na ślubie. Rodzice poszli mieszkać na swoje, z mieszkaniami w owym czasie nie było problemów, wiele stało pustych. Ich niemieccy właściciele ewakuowali się w ślad za pokonaną armią na Zachód, ale atrakcyjne adresy były w cenie. Dziadkom pewnego dnia zagroziła eksmisja, oficjalnie z powodu volkslisty i wtedy mój ojciec pokazał, co potrafi. Nie wiem, jak to zrobił, ale przy pomocy osobistych kontaktów, gdzieś tam, udało mu się ten nakaz anulować. Wujka Jurka, brata dziadka, nie było już wtedy w Chorzowie, ale w suterenie na Wesołej nadal mieszkała jego żona z dziećmi. Nie wiem, kto zajmował parter po Rosenbergach, później wprowadził się tam pan Jazowy, mój przyszły profesor łaciny w Słowaku, z rodziną. To już jednak znacznie nowsze dzieje.

W górę rzeki (6)

Zbigniew Milewicz

Brunatna mgła

Tytuł częściowo „pożyczyłem“ z książki Tadzia Dyniewskiego, mojego dawnego kolegi redakcyjnego*, ale mam nadzieję, że mi wybaczy zza grobu, tym bardziej, że piszę o tym samym okresie w historii Śląska, chociaż z innej perspektywy niż on. W latach 80 XX w. ruch śląskich autonomistów nie był jeszcze tak rozbuchany jak dziś. Póki co jest jednak początek września 1939 r. i trzeba wywiesić z okna flagę ze swastyką, bo Chorzów znowu nazywa się Königshütte.

brunatnamgla1 (2) dwieKiedy do domu przychodzi urzędnik miejski ze znaczkiem NSDAP w klapie marynarki, dziadkowie są w mieście. Na ulicy Wesołej, która zmienia nazwę na Narzisenweg, jest tylko moja mama Nina. Właśnie wróciła z jakiejś zbiórki, albo alertu, ma na sobie polski mundur harcerski i ukończone 18 lat. Przybysz zwraca jej uwagę, że w okolicznych domach flagi już powieszono, a tutaj jeszcze nie, więc niezwłocznie powinna to zrobić.
– Niczego nie powieszę – odparła hardo.
– Pani musi to zrobić – rozkazał stanowczo.
Wtedy nie wytrzymała, poszła do kuchni, wzięła nóż do mięsa i krzyknęła mu w twarz, że po jej trupie, ale tej szmaty nie wywiesi z okna. Łatwo można sobie wyobrazić, czym groziło wówczas takie wystąpienie. Zrządzeniem Opatrzności nadeszli rodzice, w mig zorientowali się w powadze sytuacji i babcia na poczekaniu odegrała jedną ze swoich najlepszych scen w życiu. Dogłębnie załamanym głosem oświadczyła urzędnikowi, że spotkało ich z mężem wielkie nieszczęście, bo ich córka jest chora psychicznie. Leczą ją wprawdzie, ale nie widać poprawy, więc – i tu zalała sie łzami – trzeba ją będzie chyba wywieźć do szpitala w Rybniku. Ta nazwa brzmiała na Śląsku (i nadal brzmi) złowrogo, więc stróż porządku jakoś udobruchany kiwnął ze współczuciem głową, jeszcze raz przypomniał o obywatelskim obowiązku i sobie poszedł. Widocznie nie sporządził później żadnej notatki służbowej, bo obyło się bez dalszych konsekwencji. Nina nie zamierzała jednak spokornieć. W jakiś czas później spotkała na ulicy jedną ze swoich kuzynek, która na dzień dobry odpowiedziała jej heil Hitler, więc ją publicznie spoliczkowała.

Zarówno dziadkowie jak i mama podpisali jednak niemiecką Volkslistę; w imieniu młodszej Irki zrobili to rodzice. Pewnie nie była to dla nich łatwa decyzja, mogli odmówić, ale zbyt wiele by ryzykowali. Sięgnę tu do historycznej pracy Danuty Sieradzkiej**, by głębiej naświetlić problem:

Późną jesienią 1939 r. podjęto próbę ustalenia składu narodowościowego ludności miasta; był to spis policyjny, tzw. palcówka. Formularz rejestracyjny (drukowany w językach polskim i niemieckim) zawierał pytania dotyczące narodowości i języka.

Blankiet policyjnego rejestru ludności należało oddać w lokalu urzędowym i w obecności władz zostawić odcisk palca wskazującego. Wielu Polaków – ze względów taktycznych – podało narodowość niemiecką. Na przebieg rejestracji wpływała atmosfera terroru, a ponadto zalecenie biskupa Stanisława Adamskiego (w porozumieniu z rządem polskim na emigracji), aby Polacy wpisywali na kwestionariuszu narodowość niemiecką. Biskup chciał w ten sposób uchronić wielu Górnoślązaków przed licznymi prześladowaniami.

Zarządzenie Reichsführera SS Heinricha Himmlera o Niemieckiej Liście Narodowościowej (Deutsche Volksliste) miało ostatecznie rozwiązać problemy narodowościowe. W marcu 1941 r. ustalono 4 kategorie listy: 2 pierwsze były zastrzeżone dla rodowitych Niemców, 2 następne dotyczyły Polaków, z którymi wiązano nadzieję, że staną się członkami niemieckiej wspólnoty narodowej. /…/ Chorzów na tle innych miast wypadł niekorzystnie: ponad 40% mieszkańców zaliczono bezpośrednio do grup, które mogły zaraz otrzymać obywatelstwo niemieckie, natomiast dalsze 44,6 % oczekiwało na indywidualne nadanie niemieckiej przynależności państwowej. Złożoność ówczesnej sytuacji oddaje wiersz z tamtego okresu :

Jeśli nie podpiszesz – twoja wina
Zaraz cię wezmą do Oświęcimia.
A gdy podpiszesz, ty stary ośle,
Zaraz cię Hitler na Ostfront pośle

Wielu chorzowian nie podpisało volkslisty. Ludzi tych zazwyczaj wyrzucano z mieszkań (tak się n.p. stało z rodzinami Dubielów, Fojcików czy Hanke ) i w każdej chwili narażali się na szykany, a w konsekwencji na rozstrzelanie lub śmierć w komorze gazowej.

Na podstawie odpowiednich zarządzeń Ślązakom, którzy oficjalnie określali się, że są Polakami, nie wolno było m.in. wstępować do żadnej restauracji i słuchać nabożeństw odprawianych w głównym kościele. Ich karty żywnościowe i odzieżowe, z literą „P“, miały zmniejszony przydział, a w pracy potrącano im dodatkowo 15% zarobku.

W niejednej polskiej rodzinie w Chorzowie i w innych miastach Śląska – pisze dalej autorka – przeżywano osobiste tragedie. Wielu Polaków, zaszeregowanych do III grupy volkslisty, odmawiało służby w wojsku niemieckim – czekały ich aresztowania i Oświęcim. Do Wehrmachtu wcielano nawet tych, którzy nie podpisali volkslisty. Zazwyczaj byli wysyłani na front wschodni, gdzie ginęli. Matka – której syn był Polakiem i czuł się Polakiem – otrzymywała wiadomość, że jej ukochane dziecko poległo na polu chwały za Führera i III Rzeszę. Raporty policyjne donosiły, że osoby wpisane do III grupy niemieckiej listy narodowej demonstracyjnie przyznają się do polskości i używają języka polskiego.

brunatnamgla1 (1)grobDo tej grupy zostali zaszeregowani również moi dziadkowie z mamą i ciocią Irką. Status społeczny rodziny się zmienił, dziadek musiał odejść ze „Skarbofermu“, spółka przyjęła nazwę Bergwerksverwaltung Oberschlesien GmbH der Reichswerke Hermann Göring. Dziadek dostał pracę w biurze kopalni, prawdopodobnie Polska, co teraz nazywała się Deutschland , a moja mama, która przed wojną marzyła o tym, żeby studiować medycynę i zostać chirurgiem, zatrudniła się w inżynieryjno-budowlanej firmie Schubert, gdzie powierzono jej księgowość. Równolegle z liceum Curie, ukończyła bowiem szkołę handlową i miała na ten temat pewną fachową wiedzę, a już na pewno nie bała się jej sprawdzić w praktyce. Kiedy dziadek przestał pokazywać się w pracy, a także na ulicy, tego dokładnie nie wiem. Na pewno stało się to po tym, jak babcia dowiedziała się, że pod Stalingradem padli brat męża Maks i jej brat Wili. W piwnicy na Wesołej, między węglem i ziemniakami, została zbudowana kryjówka, w której Erwin spędzał dni, bo spać chodził do Jadki, na piętro. Przez tę piwnicę przeziębił sobie nerki i później już zawsze miał z nimi problem, ale może uratował życie. Krycie miał dobre, na parterze , po rodzinie Szumskich, którzy musieli wyprowadzić się na Klimzowiec, do jakiejś klitki, mieszkał wysokiej rangi oficer Wehrmachtu o nazwisku Rosenberg, a w suterenie ciocia Marysia z dziećmi, żona brata Jorga, co w międzyczasie wstąpił już do SA i był głównie tam , gdzie, jak to się mówi, strzelali. Przypuszczam, że obydwaj niczego o tej skrytce nie wiedzieli, ale przecież dzisiaj mi tego już ani nie potwierdzą, ani temu nie zaprzeczą.

Volkslista dziadkow 003 Volkslista dziadkow 002O niemieckich dokumentach w rodzinie dowiedziałem się dopiero jako dorosły człowiek, władze PRL nie lubiły niemieckich Ślązaków, więc się z nimi w rodzinie nie obnoszono. Kopie dowodów osobistych z hitlerowską gapą, opatrzonych zdjęciem mojej babci i dziadka, zobaczyłem dopiero w 1988 r., kiedy po nielegalnym wyjeździe do Monachium sam złożyłem wniosek o przyznanie mi niemieckiego obywatelstwa. Przysłała mi je z Polski, przez innych „turystów“, ciocia Irka, która miała oryginały, trzymała je czujnie i mocno przy swojej bujnej piersi i rok później sama drapnęła do Niemiec. Jakże ironicznie postępuje z ludźmi historia. Oczywiście, każdy jest kowalem swojego losu, a nawet jeśli w to wątpimy, Czesław Miłosz powiada: nie jesteś przecież tak bezwolny, a choć byś był jak kamień polny, lawina bieg od tego zmienia, po jakich toczy się kamieniach…

* Tadeusz Dyniewski „Zbrodnia i Kara“, Pitaval Śląski. Wyd.1986
** Danuta Sieradzka „Królewska Huta, Chorzów w latach 1868-1945“. Wyd.2001