Matylda Wikland
Wpis, który powinen się był ukazać wczoraj, a się nie ukazał, bo był czwartek, a do wczoraj wszystkie czwartki należały od wielu miesięcy do Marka Włodarczaka.
Wasza Adminka
Po rocznicy z wielkiej litery Polaka
Wiedział, że musi wierzyć i nie umiał wierzyć.
I długo miała trwać niepewna jawa
Własnych kroków liczonych w odrętwieniu.
fragment ,,Orfeusz i Eurydyka’’ Miłosza
Coś było nie tak z kościelną mównicą. Ta myśl nie dawała mi spokoju, gdy w ramach lokalnego festiwalu dzielnicowego słuchałam, jak doktor pedagogiki, nawrócony pallotyn opowiadał o historii parafii M.B. Częstochowskiej, w której skośnych progach się znajdowaliśmy. Co tak zwróciło moją uwagę, nie potrafię sobie po latach przypomnieć. Ważne dla obecnej narracji jest jedynie to, że wśród wyrytych w drewnianej mównicy symboli, jeden był nietypowy, rzadki, zastanawiający. Może była to ryba obok tradycyjnego krzyża, może kłos zboża obok nadmorskiej omegi… Grunt, że po gawędzie historycznej księdza pallotyna podeszłam zapytać, czy ta nietypowa symbolika jakoś związana jest z myślą zakonu? A może z historią miejsca właśnie?
,,A, co, faktycznie, ma pani rację, dziwne to… Nie zwracałem nigdy uwagi na te rzeczy wyryte… Muszę pani powiedzieć, że nie wiem, nie wiedziałem, że mamy coś takiego tu. Ale ciekawe, no, ciekawe. Tyle mszy przy tym, a jakoś nie zwróciłem uwagi.”
Byłam chyba bardziej zniesmaczona niż zawiedziona. Tyle z mojego chwilowego zbliżenia z zakonem pallotynów.
Następny bodajże raz natknęłam się nań w reportażuTochamanna o rwandyjskim genocydzie. Nie był to obraz zbyt pochlebny (po-chlebny? mogący uczynić ich godnymi chleba? ciała pańskiego, które za nich i za wielu…). Jakimż innym mógłby być, aby doprowadzić Reportera do wieńczącego (ogólniej religijny, gwoli) wątek strumienia gorzkiej świadomości?
“O Zły! Bądź pochwalony, Cudowny Lekarzu sumienia! Uzdrowicielu duszy! (…) Satanas! Satanas! Nawet jeśli Cię nie ma — wybacz moją słabą wiarę — jak dobrze się łudzić, że istniejesz! O Lucyferze! Dzięki Ci, bo wszystkim, co uczyniłem, mogę teraz obciążyć Ciebie. Wszystko, co zrobiliśmy naszym braciom i naszym siostrom, Ty uczyniłeś. Te litry przelanej krwi, wlanej spermy i wylanych łez. O Panie Ciemności! Każde cięcie karku dzisiaj nic już nie znaczy. Chwała Ci wielka i dziękczynienie. Bo sprawiłeś, że jeszcze nie postradałem zmysłów. Dzięki Tobie jeszcze oddycham. I nie czuję strachu. (…)”
Jakie dobre to, literacko. Tak właściwie to czy właśnie Wiara nie może być czymś nie od zbrodni odwodzącym, a ułatwiającym jej bez pamięci oddanie? Nie, nie wiara w sprawę, w naród, takie to aż szkoda atramentu (pikseli?). Wiara natury religijnej. Myśli się, tacy bogobojni ludzie skrzywdzić by nie potrafili, przecież Bozia ich trzyma na krótkim na dziesięć przykazań łańcuchu. Z drugiej jednak strony, czy taki umysł nie może właśnie, popełniając zbrodnie w zakamarkach pomyśleć, mogę to robić, bo na to pozwala mi Sprawa. A nawet jak Sprawa okaże się denna, to mam zawsze Złego. On mnie nigdy nie opuści, z żadną moją winą nie zostawi samego. Mój wierny druh bies. Mój — jednostkowe to jednak wszystko.
Wpis na środę, osiemnastego Marca. ,,Prawda i miłość są nierozłączne. (…) Dokładnie do tego jednak próbuje nakłonić nas szatan [brrrr!]. On chętnie pozwala nam się cieszyć miłością, jeśli będzie mógł przy tym okradać nas z prawdy. (…) Miłość bez prawdy nie jest miłością, jest jej karykaturą. Prawda bez miłości także przestaje być prawdą. Potrzebujemy zarówno jednego jak i drugiego (…). Tylko w takiej równowadze jesteśmy w stanie żyć tak, jak chciałby tego B——”. Może tutaj się zatrzymajmy z tym przydługim już cytowaniem z Słówek dla Życia na rok bieżący, wydanych przez GBV Dillenburg GmbH, wydrukowanych gdzieś w Germaniji, i następnie anonimowo (wg mej wiedzy) przełożonych i rozkolportowanych za wschodnim brzegiem Łaby. Ex… occidente lux?

Figura św. Józefa wśród zieleni, na terenie nieistniejącej obecnie III Kliniki Chirurgii
Na pogrzebie o charakterze ludowym, co znaczy się: publicznym, byłam raz. Był zimny, acz nie mroźny poranek, i staliśmy z gdańską flagą w parku przy pomniku Zjednoczenia Pomorza, słuchając wśród tłumu podobnych nam ludzi transmisji mszy. Mszy pogrzebowej zadźganego prezydenta miasta. O którym, tak właściwie, to mało się faktycznie mówi. Wspomina. No, ma aleję. I mural. Może i jest tak, że o śmierci Prezydenta A-icza tak trudno mówić, bo jak zbudować narrację wokół mordercy, który za kija nie miał składu i ładu. Platforma go torturowała, a przecież to było już po dość publicznym rozwodzie A-icza z tą formacją.
Nie po to przywołałam ten poranek.
Chodzi mi, że wtedy przez głowę przebiegła mi szybko myśl, żeby aby tylko nie przerodziło się to w nowe jakieś 21.37. Nie kolejne hasło, które spontanicznie przeradza się w grupowe odśpiewanie piosenki hiszpańskiego salezjanina na imprezach alternatywnej młodzieży.
Co to właściwie znaczy, że każdy ma swoje Westerplatte. Każdy ma swój epizod lwowski. Każdy cytat ma dwa życia, najpierw jako morał, a potem jako kawał.

(zdjęcie z digitalnego archiwum, nie pamiętam oryginalnego źródła)
Ten problem z JPII jest taki, że był on kiedyś Karolem Wojtyłą. Był człowiekiem, ze swoimi neurozami, swoimi pasjami, swoim zainteresowaniem teatrem, swoim ego, swoim brakiem umiejętności zmiany opinii, swoim genetycznie wschodnioeuropejskim nakazem unikania konfidenctwa, swoją parafialną mentalnością. I tak tu nagle tego człowieka ma nie być, ma być tylko symbol, ma być tylko JPII, najwspanialszy, najsuperancki ustawowo egzemplarz syna ziemi, tej ziemi.
W przeszłości każdy jest implicite autentyczny. Każdy jest dokładnie taki, jakim go ciężar oddzielających lat sprasował na kalce. Od drugiego kwietnia pamiętnego MMV nazbierało się ciężaru, niestety ten człowiek, ten człowiek w tym wszystkim jest, i chwieje stosem sztabek. Kontur tłamszeje.
Drugiego kwietnia również, chociaż trzy lata wcześniej, miejsce miało inne kuriozalne wydarzenie – rozpoczęcie oblężenia bazyliki Narodzenia Pańskiego w Betlejem. Od tego dnia, przez pięć tygodni biblijne Betlejem było strefą działań wojskowych.

Podwórko wewnętrzne przy ulicy Rajskiej, niedaleko Dworca Głównego.
Szukałam czegoś kompletnie innego, gdy w kolumnadzie wyszukiwań internetowych w oczy rzucił mi się wypis z artykułu na kochamradzyn kropka pl, portalu miłośników małego miasta w Lubelskiem (mimo mylącej pełnej nazwy Radzyń Podlaski). Woltę tę wywołał fragment artykułu o lokalnej gwarze, datowanego na grudzień zeszłego roku. Pozwolimy sobie przywołać: ,,Ciekawym przykładem jest także zwrot wymijający, odpowiedź na natarczywe pytania: „Co się stało? Kurczę żyda* nadeptało!” – dziś odbierany jako archaiczny i wymagający historycznego kontekstu, dawniej funkcjonował w mowie potocznej jako żartobliwe zbycie rozmówcy.”
Jak to radośnie proponują autorzy na końcu artykułu, nic tylko ,,(…) dokumentować i przypominać – zwłaszcza młodszym pokoleniom (…). Niech lokalna mowa dalej żyje.” Opuśćmy zasłonę milczenia na fakt, że wiele z przywoływanych słów (np. styrany, nieborak, zadupie) chyba jednak do gwary lokalnej miasta Radzyń nie jest ograniczone w swym jestestwie.
Wracając. Wg artykułu Żyd wymaga historycznego kontekstu, wymaga, bo go nie ma, bo Polska jak już na świecie jest jakoś znana, to często jako ich cmentarz właśnie. Było go kiedyś w Radzyniu tyle, że starczyło na kilkutysięczne getto i transporty do Treblinki. Ale no, jak to szło, maestro — In a poylisher shtot, gants fri far tog. Hert men a geshrey, a yomer, a klog; Mentshn halb meshuge naket un bloyz; Plutslung hert men: yidn. shnel aroys! (…) Bashraybn dos ken nit keyn feder, Vi es dreyen zikh di reder. Di vagonen zenen ful, Es forn yidn af kidush-hashem. Keyn treblinka! keyn treblinka! (tekst za https://yiddishsongs.org/, dostęp marzec 2026).
Takie kwiatki się zdarzają nawet nie rzadko, a jednak jakoś ostatnio ten (nie)słynny antysemityzm polski jawi się jako perwersyjne przekręcenie bonmota, że polski naród świetny, tylko ludzie kurwy. Nagle okazuje się, że trzeba odejść od tego endecko-definiowanego narodu, i spojrzeć na człowieka, który bada jak antysemita, bo taka jego kultura, ale do jakiegoś tam spotkanego, wyobraźmy sobie, Mojsze Zygielbojma nic by nie miał. (Mojsze Zygielbojmów już nie ma, dobrze, są albo reemigranci, przyjezdni, bądź de-asymilanci. Ale na potrzeby argumentu, wyobraźmy sobie takiego delikwenta).
Jako dziecko, pamiętam, że na korytarzach podstawówki opowiadaliśmy sobie nawzajem żarty o gazie. W tamtym okresie jedynym Żydem, jakiego widziałam w życiu, był miły pan oprowadzający po wrzeszczańskiej Synagodze w ramach jakiegoś tam wydarzenia kulturalnego. Jako dziecko, pamiętam, kompletnie tych dwóch rzeczy nie łączyłam.
Nie wydaje mi się nawet, żeby samo słowo Żyd w tych szczeniackich żartach o gazie i obozach (skąd one się właściwie wzięły? skąd je znały te dzieci nie umiejące jeszcze tabliczki mnożenia?) jakoś szczególnie się pojawiało.
Antysemityzm polski jako zmarniały z braku pożywienia, bezzębny, bo próchnica bezczynności się z nimi rozprawiła?
Antysemityzm polski-wyssany-z-mlekiem-matki-polki-bolki-rolki jako coś, czego wyrzekamy się na ołtarzach świata, potem w drodze powrotnej z okien mknącego przez prowincję pociągu obserwujemy ludzi, którzy w reportażach o mieszkańcach Oświęcimia odmieniają przez wszelkie przypadki ,,Moje dziecko tu na sankach kiedyś jeździło, krematorium to górka przecież” (cyt. z Marcina Kąckiego „Oświęcim. Czarna zima”).
Ostrzegał Grass, że ,,Auschwitz to nie było jakieś misterium” do rozpatrywania “z pełnym onieśmielenia drżeniem i z należytym dystansem wewnętrznym. To była rzeczywistość, więc dzieło ludzi, badalne dzieło.” Badalne, banalne. Mieszkańcy Brzezinki, z którymi Kącki rozmawiał, wspominali, że po wyzwoleniu KL Birkenau ludzie chodzili i rozkładali baraki, aby z desek zbudować swoje domostwa. Zbudować — na nowo, bo te same domostwa, chaty hitlerowcy rozbierali, zdobywając w ten sposób deski do budowy obozu. Jeden kontekst wyparł drugi. Obu najbardziej doborowe drewno by nie pomieściło. A to przecież przeżarte przez korniki, wrony…
Głośny swego czasu Raport McCarricka. Przeczytałam go, bo miałam poczucie, że wiecej będzie o nim powiedziane, niż faktycznie przeczytane. Czułam jakoś w sposób niekonkretny, że jednak taki tekst, takie świadectwo wypada poznać. Wypada przydać mu czytelnika, nawet takiego, który potem nic z tym nie zrobi. Nie wiem do końca, wobec czego niby, ale jakiś odruch mnie ujął, i ściągnęłam plik na czytnik. Gros przeczytałam na tylnym siedzeniu auta, którym wraz z ojcem i jego drugą żoną wracaliśmy skądś w pełni nocy. W radiu co chwila szum pustki zaskakiwał na kilka minut niemieckiej opery. Chyba kosiliśmy niedaleko granicy, nie pamiętam już dokładnie. Pamiętam za to nutę melancholii, gdy zorientowałam się, że nic w tym raporcie mnie nie zszokowało. Oburzyło, zniesmaczyło, tak po ludzku wkurzyło, ale szoku nic nie wywołało w tej nastoletniej jeszcze co bądź duszy.
Takie wczesne obieranie z niewinności, naiwności? Nużące to już, jakbym nie umiała wyjść z tej dusznej klasy, gdzie nam na zastępstwie puścili Chłopca w pasiastej piżamie. Wyjść już bym chciała. A tak, potrzask jakiś parszywy, między broniewskowskim ,,Nie głaskało mnie życie po głowie,/nie pijałem ptasiego mleka -/no i dobrze, no i na zdrowie:/tak wyrasta się na człowieka”, a gombrowiczowskim ,,Boże, ta Polska to ponury sen wariata!”
- Czasem poglądam mojego kocurka, gdy myje łapkę. Łapka skulona w stronę pyszczka, pazurki wysunięte, jak ostre to poświadczyć mogę własnymi oszramionymi dłońmi, a on zręcznie, z pewną ospałością lawiruje językiem, porządkując futro. Chciałoby się, by dało się tak z historią robić, stworzyć narrację historiograficzną, wręcz historiozoficzną, która by tak umiała. Tak na tej niebezpiecznej łapce naturalnie tylko robić swoje, nie dziabiąc się.
- Ale nie ma, nie da. Raczej jednak jest na retoryczną modłę tego, co przydarzyło się niedawno w trakcie wykładu doktor K., gdy z taką werwą przyłożyła kredę do tablicy, że ta się przełamała w połowie.
- Nosz k., jakoś trzeba się urządzić na tym cmentarzu, skoro już tu przyszło żyć.
- W wypowiedzi przywołanej w gargantualnym tomie ,,Polacy na Wschodzie” Ośrodka KARTA, wspominając swojego brata, który po wojnie znalazł się w Polsce, Wrocławiu dokładnie, pewna Ostrowska Stanisława przywołała, gdy ten (…) pisał: ,,Przyjeżdżajcie, tu jest dużo domków, w których przed wojną mieszkali Niemcy.” Potem Niemców zabrali do Niemiec, niektórzy zginęli. Domki były nawet umeblowane.”
- Na ile poważnie da się traktować coś, z czym spotyka się powszechnie?
- Żyć nie historią, nie w historii, ale również nie jakoś obok, nie jakoś z. Zżyć się, na modłę starego małżeństwa dogadującego się z wkutego pragmatyzmu?
- Problem z życiem na cmentarzu jest też taki, że ktoś może się zawsze nawinąć, ogłosić posiadanie poprzez własność kości nad którymi osadziłeś fundamenty swojego domku. Nawinąć może się też mogą pytania, meble z nieba nie spadają, jak i kamienice. Najlepiej więc nie myśleć, a energię wykorzystać na zorganizowanie dobrego ogrodzenia.
- Ale, ponownie nosz k., strach nie jest światopoglądem, powtórzmy za von Hammersteinem.
- I ta jeszcze wyrwana z paszczy cierpienia niby cnota, niby uszlachetnienie.Tak za Gombrowiczem oświadczyć: ,,nie ufam cnocie tych, którym się nie udało, cnocie zrodzonej z biedy…” Taka cnota często poczuwa się godna wynagrodzenia. Toć czy cnota nie będąca wyborem nie traci czegoś fundamentalnego z siebie. Trochę tak jak w Junga rozumieniu Teodycei: gdyby człowiek nie miał możliwości wykonywania zła (zezwolonej przez B-ga), to nie miałby równowartej możliwości wykonywania dobra, wyboru bycia dobrym (byłoby mu to narzucone, czyli nie wynikało z jego wolnej woli).
- I tu jest Łajka pogrzebana.
- Za rzuconym w środku tekstu na inny właściwie temat credo Michnika: od siebie wymagaj, ile możesz; innym wybaczaj, ile potrafisz.

Tegoroczne przebiśniegi na dzikim trawniku przed (niedawno zamkniętym, więc teoretycznie byłym) budynkiem ortodoncji.
Od jakiegoś miesiąca słyszę co którąś noc ciężki szelest. Wpierw myślałam, że to kot coś gdzieś, ale potem usłyszałam to, mając go mruczącego na kolanach. Coś w rurach? Toż to nowy stosunkowo budynek, niby dobre budownictwo deweloperskie.
Dopiero kilka dni temu się połapałam. Na parapecie stoi kwiat, roślina, o szerokich liściach. Stoi tuż przy szybie, podlewam ją regularnie (znaczy się, ja się staram, a w dziury wkracza O. litująca się nad moimi roślinami).
Mimo to spadają z niej te liście i to jest ten dźwięk. Właściwie to nie ma co. Tak, na parapecie, ale okna z mojego pokoju wychodzą tak, że nigdy nie łapią słońce, jedynie co się odbije w zasłoniętych okiennicach budynku obok. Słońce idzie wschód zachód, ja mam okno na bodajże północ. Nie ma siły, pewnie niedługo będę musiała roślinę pożegnać. Do kosza, albo innego pokoju w trybie ambulatoryjnym. Albo poproszę o radę dziadka, którego mieszkanie od zawsze kojarzyłam najbardziej z wszechobecną roślinnością. Po tym poznaję zawsze jego okna, po stopniu zalesienia, zazielenienia.
Gdy byłam młodsza, przez lata nazywałam dziadka fanatykiem religijnym. Od jakiegoś czasu przeszło mi to i zastanawiam się momentami, z czego to się wzięło. Chyba oboje dorośliśmy. On w wierze, ja w sobie. Może wyszło coś z tego, że zamiast wojującego katolika jest teraz ewangelizujący baptysta (żartuje czasem dobrodusznie, że mógłby sobie wytatuować sola scriptora gdzieś, i nie ma to ani krztyny z mojej irytacji, gdy lata wcześniej kłóciliśmy się o papieża). Albo że z rewolucjonizujego ateisty przeszłam w szukającego agnostyka? Że odruch rebelii wobec kościoła zastąpiłam świadomą decyzją, że rozmawiamy teraz już nie o kościele, a o Kościele, jak to nam to rozróżnienie wbijał ksiądz w pierwszych klasach? (Bardzo popularny był, wszystkie dzieci lgnęły do niego, miał genialny jakiś kontakt. Przygotowywał nas do komunii i potem go przenieśli. Gdy jakiś czas temu rozmawiałam z kolegą z tej samej szkoły, doniósł, że kilka parafii później złapali go na pedofilii.) To właśnie od niego ta książeczka, którą cytowałam na początku. Dziadka, znaczy się.
W poście o finisażu wystawy ,,Freiheit, Gleichheit, Solidarność”, E. Kargol, opisując wizualne clue całego konceptu, skryte za znajomymi wszystkim quasi-koronkowymi firankami i wyszczerbioną białą filiżanką, stwierdza, iż ,,trudno o lepszy symbol: cukier, który potrafi być gorzki; kawa, która parzy, filiżanka, która rani w usta, a porcelana bywa krucha. Jest jeszcze żelazna kurtyna, którą Ania zastąpiła koronkową firanką. A więc należy pić ostrożnie, żeby się nie skaleczyć, albo czekać, aż wyszczerbienie samo się wygładzi.”
Myślę, trochę heretycznie, czy nie możliwa byłaby jeszcze inna droga. Wziąć filiżankę, ale nie z porcelany, z porcelitu, stopionej może z jakiś sanitariów z recyklingu, może z przepisów czasu kryzysu, ale za to o ile lżejszej, o ile wolniejszej od ciężaru rodowodu, od ciężaru korzeni i kontekstu. Toć gorszych surowców nikt nie wpisuje do Gothy, nie można im udowodnić tak łatwo pochodzenia. Wziąć więc taką o filiżankę. Pić nieostrożnie, nie czekając, i się kaleczyć, i kaleczyć, kaleczyć… Otwierać na nowo rankę, nie dawać jej się zagoić nawet, nie rozgryźć tego orzecha (choć to już może zakłóca metaforę), nie wykoncypować, że może właśnie ostrożnie, że może czekać, może jakoś zabezpieczyć, z innej strony. I w biegu czasu zakażenie, infekcja, za nie leczoną infekcją — nekroza. Martwa tkanka już nie czuje bólu. I fest, i po co wtedy robić coś z uszczerbionym porcelitem. Już po problemie. Już nie boli, czucia właściwie samego w sobie nie ma, ale cóż, taka cena sukcesu. Zatknąć flagę zwycięstwa na szczerbionej linii gór, nazwać jakoś ten łańcuch nasz nowy, bielący się w świetle jarzeniówki..
W trakcie robienia ostatnich poprawek w tym tekście, przez okno zobaczyłam pierwszego tej wiosny boćka. Broniewski łypie z zakurzonego regału: ,,Życie się sprawdza. Śmierć się nie sprawdza.”
*Pamięci B.
