76 Berlinale

Ela Kargol

W tym roku jakoś z mniejszym entuzjazmem. Nie, żeby od razu, “chodzę, bo muszę”. Chodzę, bo nie opuściłam jeszcze żadnego. Zmieniali się szefowie i już nie jest jak było, zresztą nic nie jest, jak było.

Nie tylko Berlinale.

I nie mam tu na myśli tego, czy festiwal jest polityczny, czy nie. Czy, jak powiedział Wim Wenders, przewodniczący tegorocznego jury:
Musimy trzymać się z dala od polityki, czy wręcz przeciwnie, jak wielu artystów, którzy podpisali list otwarty krytykujący festiwal za milczenie w sprawie ludobójstwa w Palestynie.

Dla mnie festiwal był zawsze polityczny, niekoniecznie wszystkie filmy takie były, ale polityka wkrada się wszędzie i jest z nami na co dzień.

Obejrzałam sześć filmów. W różnych miejscach i w ramach różnych sekcji. Polskich filmów nie było. Było trochę wkładu polskich artystów w produkcje międzynarodowe. W głównym siedmioosobowym festiwalowym jury zasiadła polska producentka filmowa Ewa Puszczyńska, członkini Polskiej, Europejskiej i Amerykańskiej Akademii Filmowej, producentka między innymi Idy, Zimnej wojny i Strefy interesów.


W „retrospektywach” przypomniany został film Kieślowskiego Podwójne życie Weroniki. I tyle.

Polskim akcentem tegorocznego Berlinale była koprodukcja Dust w reżyserii Anke Blondé, pokazana w konkursie głównym. Niestety nie dotrwałam do końca seansu. Projekcja w Berlinale Palast zaczęła się tak późno, że bałam się, iż nie zdążę wrócić komunikacją miejską do domu. Wyszłam więc pięć minut przed finałem i właściwie nie wiem, jak film się kończy. Nawet nie czuję potrzeby, by to sprawdzić. Dust jest niepotrzebnie rozwleczony i zwyczajnie nużący. Nie wiem, jak bohaterowie ostatecznie poradzili sobie z wyrzutami sumienia, które dopadły ich po ujawnieniu finansowych oszustw i nawet nie chcę wiedzieć.

O dziwo, na ten film bilety jeszcze były. Dla zwykłego oglądacza zdobycie wejściówek na Berlinale graniczy z cudem.

Punkt dziesiąta strona festiwalu dostaje zadyszki, zawiesza się na chwilę i w jednej sekundzie znikają wszystkie lepsze bilety. Zostają te „gorsze”, które, jak się okazuje, wcale nie muszą być takie złe…

Kupowanie biletów „w realu” jest tylko możliwe w nielicznych tzw. „kasach teatralnych” za dopłatą. Nam osobom starszym zamyka się praktycznie drogę do kupienia biletu. Teoretycznie bilety bywają dostępne tuż przed seansem, ale trzeba je kupić na miejscu przez telefon. Wielu z nas nie ma dostępnych aplikacji, nie umie, boi się kupować przez kliknięcie, bo jedno nieuważne kliknięcie może opróźnić nam konto. I tak oto jesteśmy wykluczani. My, starsi. Gdyby nie moje córki prawdopodobnie nie obejrzałabym żadnego berlinalskiego filmu.

Pierwszym filmem był brazylijski film młodej reżyserki Karen Suzane

Quatro Meninas. Akcja filmu toczy się w Brazyli w 1884 roku. Cztery ciemnoskóre służące pracują w internacie dla czterech białych uczennic. Planują ucieczkę do miejsca za rzeką, gdzie mogłyby życ, już nie jako niewolnice, ale jako wolne kobiety. Akcja się komplikuje, rzeka wzbiera i nie wiadomo czy cztery dziewczyny osiągną cel podróży. Film dość monotonny, miejscami niezrozumiały dla mnie, ale porusza ciekawy i ważny temat. Film polityczny. Nie byłam świadoma, że Brazylia, jako ostatni kraj w obu Amerykach, zniosła niewolnictwo dopiero w 1888 roku, a kobiety stanowiły znaczną część ludności zniewolonej.

Według historyczki Emilii Viotti da Costy, 40 procent z 10 milionów niewolników afrykańskich przywiezionych do Nowego Świata trafiło właśnie do Brazylii. 

Następny film to polsko‑ukraińska koprodukcja Traces w reżyserii Alisy Kovalenko i Marysi Nikitiuk.

Film oddaje głos ukraińskim kobietom, które podczas rosyjskiej agresji doświadczyły przemocy seksualnej, tortur, utraty bliskich, utraty domów, dobytku, utraty miejsc…

Traces to zapis wojennych zbrodni, ale przede wszystkim świadectwo tych, które przeżyły i nie chcą milczeć.

Ich opowieści, to ślady, których już nic i nikt nie zatrze, których nie wolno ignorować, nie wolno zapomnieć.

Tego samego dnia obejrzałam również film Lance’a Hammera Queen at Sea, uhonorowany podwójnym Srebrnym Niedźwiedziem, nagrodą jury oraz wyróżnieniem za role drugoplanowe. To poruszająca opowieść o starości i o ciężarze opieki nad osobą, która powoli traci kontakt z rzeczywistością. Kiedy przychodzi moment, w którym trzeba zacząć podejmować decyzje za matkę pogrążającą się w demencji, okazuje się, że nie ma dobrych rozwiązń. Każde rozwiązanie okazuje się niepełne, a pomiędzy obowiązkiem a troską pozostaje jeszcze przestrzeń na uczucia, które trudno uporządkować. Wspaniała gra aktorska obojga „aktorów drugoplanowych”, Anny Calder-Marshall oraz Toma Courtenay’a.

Innym filmem o podobnym temacie starzejących się rodziców i ich adoptowanej już dorosłej, niepełnosprawnej córki jest film Take Me Home. Rozpad dotychczasowego porządku życia zmusza głównych bohaterów do szukania pomocy poza rodziną. A taką pomoc trudno znaleźć, bo system opieki społecznej nie wspiera, wręcz przeciwnie, przerzuca odpowiedzialność za osoby z niepełnosprawnościami wyłącznie na bliskich.

I wreszcie ostatni film, i gdyby nie on, tegoroczne Berlinale mogłoby pozostawić mnie z lekkim poczuciem niedosytu. Film w reżyserii Anny Fitch i Bankera White’a , Yo (Love Is a Rebellious Bird), nagrodzony Srebrnym Niedźwiedziem za wyjątkowy wkład artystyczny okazał się filmem wyjątkowym.

To opowieść o życiu przeżytym intensywnie i bezkompromisowo, w zgodzie z własnym rytmem, a niekoniecznie w zgodzie z przyjętymi regułami „jak żyć”.

O narodzinach i odchodzeniu, o cyklu, który toczy się niezależnie od naszej woli. O przyjaźni, która nie mieści się w schematach, i o żałobie, która potrafi stać się twórczym procesem.

Jest jednocześnie dokumentem i niedokumentem, baśnią i eksperymentem, filmem lalkowym i surrealistycznym wspomnieniem o tym, co zostaje po człowieku. Powstawał latami. Dokładnie tyle, ile reżyserka potrzebowała, by zbudować misterną scenografię i przepracować stratę ukochanej przyjaciółki. Piękny, poruszający, bardzo osobisty.

Jeszcze krótko o miejscach.

W tym roku obejrzałam sześć filmów w pięciu różnych lokalizacjach. A miejsc, w których pokazywano filmy i nie tylko filmy, było aż dwadzieścia pięć.

Lubię miejsca, są dla mnie na równi ważne, co filmy, czasem nawet ważniejsze.

Berlinale Palast, miejsce najważniejsze, serce festiwalu, które na co dzień jest teatrem przy Potsdamer Platz. Budynek powstał już w zjednoczonym Berlinie, dokładnie na dawnym pasie granicznym. Otwarty dziesięć lat po zjednoczeniu Niemiec, stoi dziś na nowym – starym placu.

Haus der Berliner Festspiele przy Schaperstraße zawsze przypomina mi o zachodnioberlińskiej Freie Volksbühne. Wschodnia Volksbühne, mocno zniszczona w czasie wojny, długo czekała na odbudowę, no i w podzielonym mieście nie mogła być „frei”. Dlatego w zachodniej części Berlina wybudowano mniejszy teatr, który aż do lat 90. ubiegłego wieku pełnił rolę odpowiednika sceny ze wschodu.


Kino Cubix na Alexanderplatz w Berlinie zostało otwarte w październiku 2001 roku. Był to jeden z pierwszych budynków wzniesionych na tym placu po zjednoczeniu Niemiec, wybudowany na miejscu dawnej restauracji „Alextreff”.

Przypomina przeszklony sześcian. Posiada 9 sal kinowych. Krążą plotki, że niedługo zostanie zamknięte, przebudowane i zamienione na hotel.

Chyba pierwszy raz byłam w kinie Colosseum, budynku ponadstuletnim,  zmieniającym często na przestrzeni lat swoje przeznaczenie, od zajezdni dla tramwajów najpierw ciągnietych przez konie, po salę kinową, wielokrotnie przebudowywaną.


Haus der Kulturen der Welt (Dom Kultur Świata) powstał najpierw jako hala kongresowa na potrzeby międzynarodowej wystawy budowlanej Interbau 57. Był prezentem Stanów Zjednoczonych dla Berlina Zachodniego, symbolem wsparcia i politycznym gestem w czasach zimnej wojny.


Po zawaleniu się dachu w 1980 r. budynek został odbudowany w 1987 r. zgodnie z oryginałem. A oryginał przypomina ciężarną ostrygę (Schwangere Auster) i tak właśnie Berlińczycy najczęściej o nim mówią i tak go widzą.

O innych miejscach, filmach i o tym co działo się wokół Berlinale w zeszłym roku, pisałam tu:

Leave a comment