Czyli grudzień w mieście
Ewa Maria Slaska
Opowiem Wam o jednym dniu w Berlinie, 8 grudnia 2025 roku.
Wychodzę rano z domu, jak to w Berlinie, z torbami śmieci. Nie wiem, czy wszyscy tak mają, ale jak się mieszka na 4 piętrze bez windy, to zawsze wychodzi się ze śmieciami, nawet na przyjęcie do króla. Mieliśmy zawsze śmietniki na podwórku pod ogromnymi świerkami. Patrzyłam z góry na gęsty las. Najpierw kilka lat temu wycięto połowę świerków. W tym roku usunięto śmietniki z podwórka. Widać smutne kawałki ziemi, spłachetki trawy, połamane krawężniki, walają się śmieci, mimo że śmietników już tu nie ma. Przed rokiem w liście do mieszkańców administracja obiecywała “inne wykorzystanie” podwórka. No to mamy, jest inaczej niż było.
Koło domu mieliśmy wąziutką uliczkę dla pieszych, odgrodzoną od reszty świata cudownym dzikim żywopłotem, w którym wciąż coś kwitło i śpiewały ptaki. Kilka lat temu, aby zaoszczędzić na ogrodnikach, którzy raz do roku przycinali żywopłot tu i ówdzie, zachowując jego dziką naturę, przysłano ekipę, która piłami elektrycznymi przycięła żywopłot na krótko. Niektóre krzaki i pnącza odrosły, ale kwiątnąca w styczniu wiśnia japońska i kwitnący w marcu oczar kanadyjski zniknęły. No ale żywopłot nadal był, dopóki w tym roku jego połowy, tej od ulicy nie wycięto do zera. Powstałą przestrzeń wybrukowano, otoczono płotem-klatką, przeplecioną zielonym plastikiem. Z przodu posadzono nam w sierpniu jakieś jednoimienne badyle, podejrzewam, że najtańszy krzew, jaki można kupić na rynku drzew i krzewów. Nie do końca rozróżniam, ale wydaje mi się, że to inwazyjny gatunek, który od września jest zakazany. Czyli niewykluczone, że w sierpniu resztki były do kupienia za grosze. Badyle niczego nie zasłaniają, za płotem stoją zamknięte na klucz kontenery ze śmieciami. Walają się śmieci. Biegają szczury. Po drugiej stronie przejścia, na parterze naszego budynku jest przedszkole. Na nasz przydomowy plac zabaw dzieci chodzą teraz wzdłuż płotu, śmieci, szczurów i badyli. A chodziły wzdłuż żywopłotu i zimą kwitła wiśnia.
Na ulicy, na której teraz wciąż po obu stronach i na środkowym pasie rosną drzewa i są trawniki, gdzie wiosną kwitną setki i tysiące krokusów, drzewa nam za rok wytną, bo główna ulica zostanie “zrewitalizowana” (wcale nie poszerzona!) Kilka lat temu obiecano nam, że poprawa jakości ulicy odbędzie się nieinwazyjnie. Drzewa się otoczy płotami, pracować się będzie powoli i starannie, ruch uliczny będzie przebiegał odległą o kilometr równoległą ulicą za naszym osiedlem. Gdy w tym roku przyszło zarządzenie, że wszyscy w całym mieście mają oszczędzać, nasze drzewa jako pierwsze padły ofiarą. Wytnie się 260 drzew, a po zakończonych pracach posadzi się 260 badyli. Remont przebiegnie szybko i sprawnie, bo nie trzeba się będzie cackać z jakimiś drzewami. Zanim to się jednak zdarzy, na naszej ulicy i na całym osiedlu wszędzie od września ulokowano parkomaty. Zyski z tego są podwójne. Na razie trzeba płacić za parkowanie, a jak się zacznie wycinka drzew, jedna fima zatrudniona przez miasto będzie musiała zapłacić odszkodowanie drugiej firmie także samo zatrudnionej przez miasto za te bez sensu tuż przed remontem postawione automaty.
Kilka lat temu podobny los spotkał piękny krajobraz za pobliskim budynkiem policji. Były tam wiszące ogrody, wodospad i otoczony kamiennymi ławkami staw. Elementy tego krajobrazu znikały jedne po drugich, teraz pustkowie po ogrodzie otaczają wysokie drewniane płoty zwieńczone kłębami drutu kolczastego.



Płot z paneli zwieńczony drutem żyletkowym. To nie jest granica Unii Europejskiej z wrogimi państwami na Wschodzie, gdzie dowozi się ludzi jak broń przeciw NATO, po to żeby ginęli w bagnach Prypeci, to krajobraz w środku miasta. Co tu jest? Skład złota? Złoża uranu? Obóz koncentracyjny?
Zauważcie kochane Czytelniczki i Czytelnicy, że jeszcze nawet nie wyszłam z domu. Wciąż jeszcze trzymam w garści worki i pudełka ze śmieciami. Otwieram klatkę pełną kontenerów – czy muszę wspominać, że na podwórku mieliśmy zgrabne nieduże pojemniki, teraz wokół stoją wysokie kontenery. Jestem niedużą starszą panią. Nie jestem w stanie porządnie otworzyć konteneru. Uchylam wieko i wciskam mój dobytek śmieciowy. Oczywiście dla każdego rodzaju śmieci osobno. Jak jest przepełniony, otwieram następny, jak i tam nie ma miejsca, to, trzymając klapę lewą ręką, prawą wyciągam moje śmieci z torby pojedynczo i upycham w szparach. Okropność. Nigdy tego tak nie odbierałam, bo jestem porządnicka i lubię wyrzucać śmieci. Ale od września już tego zajęcia nie cierpię.
Ufff, wyrzuciłam śmieci i wyszłam z domu. Wsiadam do metra i zwala mnie z nóg ponura czerń wypełniająca cały wagon. Wszyscy patrzą w komórki. Wszyscy czarnowłosi, ponurzy, w czarnych ciuchach. Nikt nie czyta białej płachty gazety czy książki, nie ma dzieci w kolorowych kubraczkach ani piesków. Tylko ciemno ubrani dorośli. Ja w moim różowym berecie rodem z Emily w Paryżu czuję się jak raróg. Nie wiem, czy nie rozdziobią mnie te kruki, wrony i gawrony. Przepycham się przez cały wagon czarnych ponurych ludzi, bo na drugim końcu stoi dziewczyna z szyją owiniętą wielkim czerwonym szalem. I czyta książkę. Staję obok niej i patrzę na świat. Czuję się jak w filmie Idiokracja. Ale to powszechne otępienie i monotonia miały przyjść za 500 lat, a nie teraz.
Wysiadam z metra. Na dworze jest szaro, mgliście i ponuro. Zawsze na przełomie listopada i grudnia powtarzam sobie, że to właśnie dzięki tym dwóm okropnym miesiącom, mamy również kwiecień i maj. Naprawdę próbuję pokochać Berlin na początku grudnia.
Nie rozpoznaję miejsca, do którego idę, bo jest całe zabudowane rusztowaniami. Remont. Cały Berlin się remontuje, ale nie nie wszędzie budowa zasłonięta rusztowaniem jest jeszcze przykryta ciemnymi płachtami. Wchodzę do czarnej klatki. Brrr. W środku czerwone dywany, kawa i bułgarsko-niemiecki film Made in EU, okropny raport o machlojkach w okresie pandemii. W Bułgarii, ale to chyba wszystko jedno, Kapitalizm wszędzie jest taki sam, a rządy już od dawna nie chronią nas przed bezwzględnością kapitalizmu. Film będzie od lutego w kinach, radzę pójść, mimo iż nie jest szczególnie wspaniały, a za to jest dokładnie przewidywalny, ale to ciekawe zobaczyć film o tym, co wszyscy czujemy i myślimy, film, który mówi po prostu jak było i jak nadal jest. W czasie pandemii nasz dawny świat zniknął bez reszty. No i zaskakujące zakończenie. Bardzo zaskakujące.
Wychodzę z kina i idę do mojej lekarki po receptę. Mojego leku w jednej aptece nie ma, w drugiej też nie, ale ta jest bliżej domu, zamawiam więc. Farmnaceuta pyta mnie, który z dwóch zastępników leków chcę dostać, bo moja kasa chorych nie zapłaci za lek właściwy. Recepcjonistka, która wysłała lek elektronicznie na kartę, zapomniała postawić krzyżyk, oznaczający, że ma to być lek oryginalny.
– Ale ja nie chcę żadnych zastępników, mówię.
– Tym razem podejmę ryzyko i zamówię dla Pani lek oryginalny, ale potem, musi Pani pamiętać, że bez krzyżyka w odpowiednim miejscu, nie dostanie pani swojego leku. Proszę przypomnieć osobie, która to umieszcza na karcie.
– A jak będę miała demencję? pytam
Farmaceuta wzrusza ramionami.
– Proszę Pana, mówię, musi być na to przecież jakiś sposób,żeby to wyjaśnić i uregulować na stałe. Jestem po ciężkiej operacji, muszę dostawać prawidłowy lek.
– To mnie nie obchodzi, odpowiada farmaceuta.
Tak, moi mili, nie rozmawiałam z tragarzem węgla ani drwalką, tylko ze specjalistą w aptece, którego jednak nie obchodzi, że jestem po ciężkiej operacji i do końca życia jestem skazana na te leki.
– Ale mnie to obchodzi, odpowiadam.
Cóż, ponury czarny dzień, bez kolorów i uśmiechów, pełen śmieci w świecie, który został odarty z żywej zieleni.
Co jest do diabła? Przecież tak to miało być za 500 lat, a nie teraz.
No ale może w styczniu będzie lepiej.

Z góry przepraszam za długość tego komentarza.
Po przeczytaniu tego wpisu Ewy, przypomniało mi się, z jakim oburzeniem przeczytałam na klatce schodowej mego bloku informację o tym, że zabrania się trzymania w mieszkaniach wszelkich domowych zwierząt.
W poprzednim mieszkaniu, (10 lat temu), dokładnie takie samo ogłoszenie wisiało już tam.
Mieliśmy dwa koty (Lili i Moritza), które miały wtedy około 8 lat,a były z nami od zawsze, były tzw “kotami domowymi”, czyli, że nigdy nie wychodziły na bardzo niebezpieczną ulicę przed domem
Mieliśmy b.duży balkon, na którym miały “swój intymny, mały, świat” i były szczęśliwe.
Po mieszkaniu biegała jeszcze świnka morska, (rozetka) o imieniu Pucek.
Sąsiedzi mieli psa, który niestety nieźle podpadał innym sąsiadom, swym ” bez-przerwy-szczekaniem”. Oczywiście, że były upomnienia i przypominanie paragrafu o “obowiązkowym nietrzymaniu zwierząt domowych”.
Psu się nie udało, ludzie musieli się z nim wyprowadzić. Nasze zwierzęta, żyjące długo jak łodzie podwodne, zaczęły się pokazywać dopiero na zewnątrz, gdy wymagały pomocy weterynarza.
Dostawaliśmy nieraz upomnienia z pogróżkami, terminami itp.
W końcu przeprowadziliśmy się do obecnego mieszkania w trzypiętrowym bloku, gdzie można było mieć swoje zwierzęta domowe…aż do teraz…
Moje kotki, też i świnka morska, ze starości przeprowadziły się już za most tęczowy, nie muszą przeżywać tej dyskryminacji istot żywych, mieszkających u dyskryminowanych z ich powodu, przyjaciół.
Piętro niżej sąsiedzi Węgrzy, wyprowadzili się już ze swoim bombowym pieskiem, a nasz domek dla kotów ulicznych (na łące przy bloku), zostaje co jakiś czas demolowany.
U Ewy przeszkadzały drzewa, rośliny, kubły na śmieci, a u nas tzw.”zwierzęta domowe”, których nie wolno właśnie, akurat trzymać…w domach. Kiedyś ludzie samotni, mieli tu swych sierściastych przyjaciół obok siebie w mieszkaniu, a teraz im się je odbiera. DLACZEGO???
A więc powtórzę pytanie Ewy: “co dzieje się, stało się z naszym życiem?
Kiedyś usłyszałam historię psa znalezionego w lesie i powód dla którego się tam znalazł.
I tutaj na blogu, w 2018 roku napisałam:
“Panika psa
wywiezionego do lasu,
na pożarcie dzikich zwierząt;
niech się sam broni,
bo nie uchodzi,
zastrzelić,
niech przeżyje,
ale nie u mnie
i nie ze mną,
myślał ten,
który wyprowadzał
się z willi,
do mieszkania
w bloku,
gdzie nie wolno
mieć psów,
ale wolno mieć samotność”.
Co dzieje się z ludźmi, którzy muszą się pozbywać swoich zwierząt, a robią to w taki sposób?
Tak, to bardzo aktualny wpis i naprawdę pytanie: co się dzieje z naszym życiem ? można debatować dosłownie na każdy temat. Prawie się boję, że to puszka Pandory. Ale choć ma się poczucie, że nie jest się samemu.
Okropne, okrutnie prawdziwe i dopowiem te mądre słowa cyt.” Jeśli zostanie wycięte ostanie drzewo, wyschnie ostatnia rzeka i zginie ostatnia w niej ryba, to okaże się, że pieniędzy nie da się jeść” albo piosenka “Do serca przytul psa” ze słowami cyt.: Zanim wszystko co zielone, co pachnącej trawie mieszka na podeszwach rozniesiemy wzdłuż i wszerz”., Słowa tej piosenki znam na pamięć i często nucę. A teraz zbliżają się święta i wszystkim czytelnikom i czytelniczkom blogu Ewy życzę pogodnych zdrowych Świąt. i Szczęśliwego Nowego 2026 Roku z nadzieją, że zostawią trochę zieleni dla potomnych.
Halo Lucy, dziękuję w swoim imieniu, i życzę Tobie również tego co najlepsze dla Ciebie… Przede wszystkim zdrowia.
Dziękuję Tereso i zapraszam z Ewą w przyszłym roku do Gorzowa
Dziękuję Lucy… ♥️
Droga Lucy, pomyślałam sobie , że skorzystam z okazji, że spotkałśmy się tutaj u Ewy przy jej wpisie i zrobię Ci drobny prezent podchoinkowy, ponieważ wiem, że słuchasz tych utworów poetycko-muzycznych, które wstawiam w komentarzach i podobają Ci się. Jeszcze raz Dobrych Świąt!!!
nie bedzie lepiej. I tak jest dobrze.
Trzy razy wracalam do lekarza rodzinnego po właściwy krzyżyk.
A myślałam, ze tylko raz sie dostaje. Na drogę 😃