Zajęta katabazą, spóźniam się na własną egzekucję,

Matylda Wikland

bądź refleksya wobec paru przedmiotów znalezionych przy nekropoliach.

Różnica w tym, że wariat robi swoje bezinteresownie, normalny natomiast dla sławy, bo można ją wymienić na gotówkę.
S. Lem, ,,Biblioteka XXI wieku”

W mieście jest wilkołak.^

Czy to źle?

W mieście jest wilkołak.

Uznam to za potwierdzenie.

RZECZ PIERWSZA: Uczelnia

Razi mnie w empatii, w tym ,,współ-czuciu”, że nie jest tak naprawdę emocją troski wobec Innego, a wobec wyobrażenia sobie Nas-Jako-Innego, Nas-Na-Jego-Miejscu. Nie czujemy wtedy więc wobec Kogoś, a wobec Nas, przeniesionych w kilku stopniach. Czy nazwać można to prawdziwą empatią, jakąkolwiek tam definicyę prawdziwości przyjąć?

W nowym kontekście przypomniało mi się to niedawno, gdy siedziałam wraz z współstudentami na zajęciach, i uświadomiłam sobie, że czuję się bliższa wyciągniętemu z oddziału pacjentowi na którego patrzyliśmy się jak na owada unieruchomionego szpilą, niż im, dokonywującym tego wpatrywania, całkowicie obdartego z tej iskry rozpoznania wspólności, jedności, o której tyle pisali ci francuscy filozofowie, których lektury nie mam siły się podjąć.

W imieniu zachowania jednak elementarnego chociaż porządku, zacznijmy od tego, że Uczelnia, na którą uczęszczam, jest ze wszystkich stron przytulona cmentarną glebą. Rejon, w którym się znajduje, nazywany był swego czasu Reich der Toten. Żyjąca w XIX wieku poetka i powieściopisarka Jadwiga Łuszczewska wspomina: ,,po drugiej stronie ujrzeliśmy pasmo przedmiotów najdziwniej splecionych: wzdłuż drogi ciągnie się pięć czy sześć cmentarzy, utrzymanych z najczulszą troskliwością, a między cmentarzami stoją prześliczne kawiarnie; ich ganki są obstawiane kwiatami; przed progiem szeregi ławek i stołów osiadłych gośćmi szykują się pomiędzy dwoma rzędami sztachet, przez które można widzieć czarne krzyże i białe urny nagrobków. Pierwsze spojrzenie na ten holbeinowski obraz jest przykre, ale po chwili widz samego siebie pyta, czemu koniecznie rozdzielać życie od śmierci, radość od smutku, kiedy są zawsze w przeznaczeniach tak bezlitosnym wyrokiem połączone?”

<widok w drodze na górę gradową; ekrany osłaniające budowę, jeden noszący napis ŻYJ WRESZCIE, w centrum zachowany grób rodziny Klawitter>

Obecnie są to cmentarze par excellence w tym znaczeniu, że same one są martwe, pogrzebane w mchu i zbutwiałych liściach. Cmentarz będący miejscem spoczynku samego siebie, swojej idei, świata, w którym mógł on być czymś więcej niż anemicznym upiorem.

W wywiadzie dla Instytutu Langfuhr, pewna mieszkanka Wrzeszcza wyznaje, ,,Pamiętam, jak równali groby z ziemią. (…) Chodziliśmy tam i obserwowaliśmy jak metalowe trumny sterczały z ziemi, walały się czaszki i kości. Co z tym zrobili nie wiem, ale jaki to był szacunek? Nie było żadnego. Kiedy zrobił się wokół tego większy szum, postawiono płot i już nic nie było widać.” Teraz miast płotów mamy trawę i ścieżki w różnym stopniu nowoczesności, od lanego asfaltu do kostki układanej ledwie przed kilku laty. Lecz wciąż nie widać. Nie widać, gdyż nie widzimy. Miasto postawiło tablice, i chwała mu za to; na tablicach cytat z Apokalipsy, dokładniej początek 21,4. Dzieci się bawią, młodzi całują, ja przecinam śpiesząc się na tramwaj — to wszystko na grobach, to wszystko po kościach (choć bardziej metaforycznie, niż w niejednym innym przypadku), gdyż pierwsze rzeczy przeminęły, erit ultra quae prima abierunt.

A na ich miejsce? Ano, ,,[p]owinniście widzieć te setki młodych ludzi, tłoczących się wokół naszej Akademii, pragnących studiować — zachwycał się w styczniu 1946 r. prof. Edward Grzegorzewski. — Jaka to była szkoda, że mogliśmy przyjąć jedynie jedną czwartą spośród tych, którzy zamierzali wejść w nasze bramy. Nasze możliwości były zbyt skąpe, wyposażenie naszych laboratoriów żadne. (…) Ale ci przyjęci musieli pracować! Wspólnie z ich profesorami musieli gasić pożogę – pamiętajcie, że wciąż było tutaj pole bitwy! Musieli przywrócić do stanu używalności sale wykładowe i laboratoria, pozbierać pozostałości książek.”

Jestem świadoma, że metafora się słabo klei, gdyż cmentarze likwidowano w dwadzieścia, trzydzieści lat, czy później jeszcze — choć może i tym lepiej, gdyż wtedy jest to historia sąsiedztwa, gdzie przybysz (,,To dziedzictwo przeniesione znad Wilii nad Motławę wciąż nas kształtuje,” by zacytować tegoroczne przemówienie inauguracyjne Rektora) rośnie, prężnieje, a zastany lokator oddala się w niebyt, choć nie, nie tak sam z siebie, jest oddalany, wydalany z tkanki powszedniości.

<alejka w Parku Steffensów, widok na Park Gralatha>

Wykład trzydziestego października dr. R kończy życzeniem, ,,abyśmy odpoczęli w święto zmarłych”. Lecz to iluzja, iluzja, gdyż jak widzimy — nawet śmierć nie jest gwarantem odpoczynku.

Jak proponujesz rozwiązać tę sprawę?

Cóż, w czym dokładnie tkwi problem?

W mieście jest wilkołak.

Tak, dobrze, usłyszałam cię za pierwszym razem. Czy problemem jest to, że czasami jest wilkiem, czy to, że czasami jest człowiekiem?

Wilkołak jest wilkołakiem. Jak proponujesz, żebyśmy to rozwiązali?

RZECZ DRUGA: Obelisk pokoju

Kilka lat temu zgubiłam się w drodze na wykład. Gdy sfrustrowana i spóźniona przedzierałam się przez las, nagle wypluło mnie na szczyt brukowanej drogi, skąd za zardzewiałym ogrodzeniem rozlewał się widok typowego cmentarnego pola radzieckich gwiazd. Zaintrygowało mnie to, lecz jedynie obróciłam się na pięcie i zaczęłam iść w przeciwnym kierunku, bo sowieckie mauzoleum jest wieloma rzeczami, ale salą seminaryjną raczej nie. Ostatecznie wyleciało mi to z głowy, i wróciłam tam dopiero niedawno, pewnego zimnego wczesnojesiennego poranka, otulona szalem w koty i pomorskim chłodem.

Bramka lekko skrzypi, a potrzaskane płyty grzechoczą złowrogo pod umacnianymi metalem podeszwami. Mijam pole gwiazd, tę zastygłą w wojskowej formacji fraktalę martwicy-zaschłej krawicy.

<perspektywa na ,,pole gwiazd” widziana sprzed płaskorzeźby na tzw. średnim tarasie>

Piękna była kontrpropozycja, wysuwana w tych świeżo powojennych dniach, gdy przy Targu Drzewnym jeszcze nie stał eksmitowany lwowski Sobieski, a Kriegerdenkmal gdańszczan poległych w wojnach 1864-1871 (jak poświadczają powojenne fotografie, przetrwawszy bombardowanie i walki o miasto w dość dobrym stanie, został zburzony w 1946 r.) . Jak później doczytam (wspomnianą dalej pracę Krüger), ,,pojawiały się propozycje przeznaczenia zebranych pieniędzy na budowę domu dla inwalidów i sierot po poległych podczas wojny. Miała się na nim znaleźć także określona forma upamiętnienia żołnierzy sowieckich (…).’’ Ci, którzy przeżyli, jako pomnik tym, którzy umożliwiając to zmarli. Któż stwierdził, że pomnik winny być martwym. Gaj na mączce kostnej wyrosły, wieczne jej świadectwo? Lecz wracając.

Pochodzę do schodów, znad których spogląda na mnie płaskie trio krasnoarmistów. Nie myśląc o tym zbyt wiele, stawiam kilka kroków. Luzuje mi się butem płyta betonu, śliska jak tylko stare betonowy płyty są śliskie wczesną jesienią. Łapię równowagę moment przed wyłożeniem się orłem (takim polskim, dumnym, w koronie, rozumie się), bądź Rejtanem (w proteście przeciwko gloryfikacji ludzi, którzy tę ziemię zbroczyli krwią jej mieszkańców). Z irytacją łypam na taras z płaskorzeźbą, wygiętą w łuku jak nogi kobiety z Komm Frau Szumczyka.

Martyrologia to, etymologicznie rzecz ujmując, nic więcej niż świadkologia. A tu mi i to odebrano, bycie kolejnym węzłem w sznurze bycia świadkiem, odegraniu tej roli, zaspokojeniu narodowego fetyszu świadkowania. Widzenia, postrzegania, zaświadczenia, poświadczania. Cały akt naszego Wspólnotowego istnienia, zoogniskowany w nieodpieralnym, niezaprzeczalnym fakcie, że widzieliśmy, więc patrzyliśmy, więc istnieliśmy.

Na portalu pewnego znamiennego dziennika czytam, że w waxing (angielski przymiotnik oznacza zmienny, tak jak fazy księżyca są zmienne; nie odnalazłam zadowalającego substytutu) dyskusji wokół nekropolii podnosi się argument, iż ,,ci żołnierze pomogli w powrocie Gdańska w powojenne granice Polski”. Na przedwojenne Pourquoi mourir pour Dantzig? odpowiedzieli, że wystarczy wprawiona w ruch maszyneria zemsty. Wystarczy, aby miliony serc biły w rytm zemsta! zemsta na wroga! z b-giem czy choćby… Akcja propagandowa, mająca zwiększyć poparcie gdańszczan do projektu powstania nekropolii wybijała w podobne tony, jak to w swoim dokładnym studium nekropolii przytacza A. Krüger. Gdańszczanie, niektórzy z nich dopiero przymierzających to słowo jak nowy lumpeksowy płaszcz (ten Gogola?), winni łożyć na pomnik „ceniących bardziej niż życie własne zwycięstwo Słowian”, ,,tych, których najwięcej poległo w gigantycznych zmaganiach o nasze »być lub nie być«, o złamanie wroga, o uczynienie Gdańska polskim.”

Wyzwolimy was, nawet od was samych, jak będzie trzeba.

<wmurowany w latach czterdziestych wyraz wdzięczności, brudny>

Kilka dni później powracam, tym razem w towarzystwie A., aby oszczędzić mi losu, gdzie po zwichnięciu kostki odnajdą dopiero moje obgryzione kości.

Wspólnie dochodzimy do wniosku, że próba sforsowania rozpadających się schodów jest niewarta zachodu (,,No nie, przecież oboje czujemy, jak nam się to kruszy pod glanami”, zirytuje się A.; nie wspominając już o jesiennej ślizgocie), wspinamy się więc trawiastym wzgórkiem. Schodki na wzgórze są na szczęście nie tyle schodkami, co wyżłobionymi blokami jakiegoś żelbetonu, serpentynę na szczyt forsujemy więc już tak po ludzku.

Na jednym ze niewielu zdjęć mauzoleum z lat czterdziestych widać, i tu znów odwołuje się do Krüger, ,,wysoki obelisk z metalową kulą na szczycie na wzniesieniu powyżej cmentarza, z którego roztacza się rozległy widok. Wokół obelisku znajduje się niewielka okrągła wybetonowana przestrzeń, a wzgórze jest prawie nieporośnięte drzewami.” Kluczowym markerem czasu na tym wzgórzu są drzewa. Wtedy nieliczne, obecnie obramowują wzgórze, kryjąc w swoich czerwono-żółtych ramionach zimny obelisk. Wchodząc między nie, mam wrażenie wkroczenia w wyrwę w rzeczywistości, oddział zamiejscowy ciemni świata.

Cofam się o kilka kroków, aby złapać kąt na szczyt, gdzie podług internetu znajdują się płaskorzeźby symboliki sowieckiej. Moją teorią było, że w ramach cichej dekomunizacji, miasto starło z obelisku, i tak przykrytego koronami drzew i zapomnieniem, ten sierp i młot, tę gwiazdę. Jednak jedyne alteracje obelisku, jakie jestem w stanie zauważyć, to dość enigmatyczne bazgroły wyryte płytko w dolnej części, z których odczytać da się ,,PRZEMOC’’ i ,,adamowicz żyje’’. Radzieckie lejtmotywy dalej pysznią się na szczycie, choć wątpliwe to pysznienie, gdy z oddali zasłaniają drzewa, a z bliska nawet zadzierając głowę, balansując pod kątem widzi się jedynie ich skrawki. Lecz są. Zaczynam nucić tyle, ile pamiętam z odpowiedniego hymnu, czyli właściwie ze słów jedynie sojuz nieruszymyj riespublik swobodnych / Sław´sia, otieczestwo nasze swobodnoje, drużby narodow nadiożnyj opłot! (z niewiadomych mi powodów, moja pamięć zjadła trzy wersety leżące pomiędzy). Ironią, że gdyby leżący u stóp obelisku sołdaci mieli potomków, to z wielkim prawdopodobieństwem nazywali by się obecnie nie kamratami, a kanaliami. Ironią, że choć gdy na prowerbialnej agorze mówi się sowieci rozumiejąc rosjanie, to pierwszego wodza z rosyjskiej SRR miała mateczka USRR dopiero w postaci Andropowa w latach 80.

<obelisk pokoju, widziany z ścieżki doń prowadzącej>

Zadzierając głowę, aby między liśćmi dostrzec radzieckie reliefy, i opuszczając ją, aby między niższymi liśćmi tych samych drzew ujrzeć gotyckie wieże kościołów na starówce, nie czuję tyle oburzenia, co fascynację. Mam szajbę konserwacji historycznej, jest to chyba jedyna kwestia, w której potrafiłbym z własnej woli zbudować to słynne porozumienie ponad podziałami. Nie, fascynuje mnie, że zaledwie pięć minut marszu stąd, na fasadzie budynku magistratu powiewała dwukolorówka ukraińska (na bliższej górze gradowej nie wydaje mi się, był jedynie fałszywy alarm z mniej znaną flagą kaszubską), podczas gdy stąd spokojnie, ze świeżymi kwiatami, spoglądały na to „Matka polka i rosjanka” (w niektórych źródłach nazywane również ,,Matką polskiego i radzieckiego żołnierza”). Może znów, zbawienie leży w zapomnieniu. A może nie, może wręcz przeciwnie, w pamięci, w pamięci międzynarodowych ustaleń dotyczących nekropolii wojskowych. Te ustalenia zawarte w europejskich stolicach przy czystych stołach, w licznych paragrafach więżące sentyment, którego w aranżacji Zbigniewa Preisnera słuchałam podczas pierwszej wizyty, aby dodać sobie otuchy rychłym porankiem. Lacrimosa dies illa/Qua resurget ex favilla/Judicandus homo reus./Huic ergo parce, Deus(…)/Dona eis requiem.

Lecz wciąż, ten sierp i młot…

W zbroczonym cenzorsko-propagandowskim sznytem przemówieniu z okazji odsłonięcia bladoniebieskiego fryzu Pomnika Wdzięczności, ówczesny gdański Prezydent Nowicki, skonstatował rzecz następującą: ,,Niechaj poległym na ziemi naszej w obronie naszych praw i wolności braciom – żołnierzom radzieckim szumią do wiecznego snu nasze polskie drzewa, niechaj szumi im nasze polskie morze, niechaj po wsze czasy biją z wdzięczności nasze polskie serca.” Poza tym ostatnim elementem, jego wyrażone prawie sto lat życzenie zdaje się spełniać po dziś dzień. Huic ergo parce, Homo, dona eis requiem.

,,Wiesz,’’ odzywa się A., gdy schodzimy równie ostrożnie, jak wchodziliśmy, jeśli nie bardziej, ,,jeżeli kiedyś będziemy w tarapatach finansowych, to to jest genialne miejsce, żeby wyłudzić odszkodowanie od miasta.”

,,Jakie wyłudzić,” rzucam przez ramię, bo wąskość ścieżki zmusiła nas do marszu kolumną, ,,to całkowicie normalny instynkt próbować wejść schodami. Moja wina, że zaniedbane, wysoki sądzie?”

Śmiejemy się. Rozproszona, prawie potykam się o puszkę Lecha ukrytą między jesiennymi liśćmi. A. zaczyna się śmiać jeszcze bardziej, nim sam zalicza poślizg na przemokniętej paczce po papierosach.

Czego się spodziewasz? Chcesz, abym go od-tworzyła? (…) Czy to ma jakiekolwiek znaczenie? Dlaczego wilkołak jest kłopotem?

Wpierw był człowiekiem, a teraz jest wilkołakiem. W mieście jest wilkołak.

Czy on faktycznie zrobił coś złego?

W mieście jest wilkołak.

Było to na niego nałożone? Czy to on sam zdecydował się zostać wilkołakiem?

Wilkołak jest wilkołakiem.

Dobrze. Myślę, że teraz już rozumiem.

Jak proponujesz, żebyśmy rozwiązali ten problem?

RZECZ TRZECIA: Szpital psychiatryczny

Jestem, odkąd pamiętam, dość drażliwa,, jeżeli chodzi o moją podmiotowość. Wtórna wobec tego jest większość mojego intelektualnego oporu wobec koncepcji mechanistycznych. Zgadzam się z nimi na poziomie intelektualnym, lecz przyznanie na poziomie emocjonalnym, że człowiek jest stosunkowo mało skomplikowany, i w wielu przypadkach jedynie przerośniętym psem Pawłowa, uwiera mnie jako koncept. Dokładniej, uwierają mnie jego implikację, gdyż, znów, jestem dość drażliwa jeżeli chodzi o moją podmiotowość.

„Może zejdę na oddział i wezmę pacjenta. To chyba lepiej Wam będzie utrwalić na pacjencie,” mamrocze bardziej do siebie niż do nas Prowadząca, bawiąc się długopisem z logiem Uniwersyteckiego Centrum Klinicznego. Zza siebie, z szeregu krzeseł moich studenckich kamratów, słyszę wręcz huk entuzjazmu. Niczym pierwsze salwo w potyczce, co do której nikt nie raczył przedstawić noty dyplomatycznej o rozpoczęciu działań wojennych. Nim w całości przyswoję sobie wszystkie implikacje, Rezydent Psychiatrii już nie ma, już telepocze się zawsze przepełnioną windą kilka pięter w dół, na oddział dzienny psychiatryczny, ,,wziąć pacjenta.”

Znaczy to tyle, że przez następny kwadrans patrzę w jakieś tępocie duszy, jak wyzuty z kolorów i ekspresji mężczyzna w kapciach siedzi przed rzędami głodnych oczu, nakreślając bolesne kontury swojego niedawnego dyskomfortu. Gdy wyjdzie, to wszystko zostanie sprowadzone do ,,wiedziałam! wiedziałam, że to schizofrenia!” jednej ze studentek. Ale jeszcze siedzi, jeszcze jest, i ja też nie jestem bez winy, i ja też go uprzedmiotwiam, ja go uprzedmiotawiam jako ,,to mogłabym być ja.” Nie satysfakcjonuje mnie takie ujęcie empatii, uważam je za zbyt płytkie i nie wychodzące prawdziwe poza samointeres, lecz zaciskając do białości palce na tanim plastiku długopisu, nie potrafię się od tego powstrzymać. Rzeczywistość rozwarstwia się, a ja grzęznę w wyblakłych wspomnieniach. Czasem, większość czasu, nie myślę, bądź też właściwie nie przejmuje się tymi kilkoma tygodniami spędzonymi w Psychiatryku. A czasem pamiętam, jak nie mogłam spać, bo dziewczyna, którą tuż przed kolacją wzięli w pasy, darła się całą noc, a szpitalne ściany są cienkie i zbroczone łzami, i czuję, jakbym nigdy nie była już w stanie wrócić na łono społeczeństwa. Pomazaniec, zamazaniec.

Trudno jest być równocześnie podmiotem i przedmiotem, stwierdził mój Ojciec, gdy mu się wyżaliłam.

Czy to jest właśnie to? Czy rzecz osadzona jest na tym, że eines Morgens aus unruhigen Träumen erwachte, znalazłam moją starą codzienność in seinem Bett zu einem ungeheueren Ungeziefer verwandelt? Tyle że robak rozumiany jako okaz na szpili. Czy ucząc się uprzedmiotawiać to, czym niedawno byłam, czym w pewnym sensie wciąż jestem, dokonuje jakiejś zdrady? Czy zdrady dokonuje wobec moich współ-studentów, nie zdradzając im, że jest mi wobec nich dalej niż bliżej, w pewnym sensie. Veritas odium parit, i inne takie.

<*widziane z zewnątrz ogrodzenie cmentarza na srebrzysku, w tle widoczne pojedyncze światła zniczy>

W pewnym sensie, w pewnym ujęciu, diagnoza to zbiorowy grób†. Wszyscy chodzimy ze swoimi przydziałami, swoimi kartami powołania na masowe grzebanie. Depresyjni w tą, schizki w tamtą. Pan ma dwie? To tu proszę, do międzydiagnozowego. Tacy inklusive jesteśmy, ha ha. Proszę o tempo, tempo, drodzy państwo, wiem, że nie macie objawów melancholii, przepraszam, przyzwyczajenie, somatycznych, to inna kolejka, wieś temp, tempo. Alternatywnie, diagnoza jako formalina, w której zawieszają nas technicy laboratoryjni zatrudnieni w labie Wszechświat. Zawiesina, która nawet, gdy już Ciebie z niej wyjmą, już będziesz wypuszczony, wciąż klei się do skóry, wciąż da się złapać jej woń, gdy wchodzisz do pokoju. Jesteś ciut jak ten elzenbergowski żebrak w cukierni, który ,,przypomina nie w porę o innej słodkiej rzeczywistości”, choć to akurat A. Kasperek zsyntetyzowała w kontekście idei samobójstwa.

Nie mam w zwyczaju modlitwy, ale gdy tylko wyszli, rezydent i pacjent, który nawet nie był przez nią prowadzony, gdy usłyszałam ciche dobrze poszło? wyblakłego mężczyzny, bezwolnie w głowie usłyszałam własny głos, młodszy o prawie dekadę, pod kolanami ostre sprężyny babcinego tapczana, aniele boży stróżu mój ty zawsze przy mnie… Taki dobry polski kicz nasz powszedni.

Kilka dni później, inna sala, inny rezydent, moja uważność uśpiona dotychczas zgrabym planem zajęć. Wtem, ,,czy chcecie pacjenta?”. Czy chcecie, jak rzecz jedną czy drugą. Pomoc dydaktyczna, interaktywna. Kilka dni później, inny przedmiot. Przyjazna dziewczyna, taka fenotypiczna druhna, z rozmarzonym uśmiechem na uroczej twarzy mówi, że jak się poprosi o jakąś diagnozę, to nawet na praktykach specjalnie dają takiego pacjenta, z tą diagnozą która interesuje. Gorzko przypominam sobie podsuniętą mi wcześniej myśl. Ludzkie zoo. Menażeria szurniętych. Katalog uszkodzonych umysłów i mięso osadzone na wapniu w których są zanurzone. Ciche zwycięstwo, radzieckiej zresztą, w tym nurcie do którego się tu odwołuje, defektologii.

Zachłyśnięcie się jest najbardziej łaskawą interpretacją. Stara, dobra i kardynalna pycha? Las zaparł dech w piersiach, ażeby na moment uczynić niedostrzegalnymi drzewa? Więc nadgorliwość? Bądź odwrotnie, moralne rozterki są próżnością, na którą miejsca nie ma w racjonalistycznym ascetyzmie nauki? Lecz to się nie zgadza, w ludziach się nie zgadza. Może więc odurzająca potrzeba kontrastu, to, co Stögbauer określił, że ,,stopień przesunięcia i karykatury stoi więc w prostym stosunku do stopnia własnego interesu, indywidualności (…)”. Im dalej Im od normalności, tym dalej od Nas, a przecież my Ich leczymy, naprawiamy, więc nawet wspomnąć nie trzeba, że jesteśmy daleko. Trąci to przeterminowaną prozaiką. Zataczamy koło do zachłyśnięcia, stanowiącego pewnego rodzaju wytłumaczenie, wyjaśnienie, uzasadnienie.

Choć czy właściwie to takie momenty zapomnienia nie są szczelinami, przez które promieniuje rdzeń naszego jestestwa? Ujął to Priestley, a przetłumaczył Stögbauer: ,,Aczkolwiek jakaś skłonność lub właściwość mojego umysłu nie jest siłą ciężkości, mimo to wywiera na mnie wpływ i działanie tak samo pewne i konieczne jak owa siła na kamień.” Czy ten moment odhamowania to właśnie okazanie konturów swej siły ciężkości umysłowej w pełnej krasie?

<*pień drzewa rosnącego na cmentarzu srebrzyskim, widok z zewnątrz>

Jedną z pierwszych rzeczy, która mnie rozśmieszyła po przyjęciu do Wojewódzkiego Szpitala Psychiatrycznego, zwanego potocznie Srebrzyskiem czy też Srebrem, była świadomość, że jesteśmy ściana w ścianę z cmentarzem. Chyba nawet żartowałam, że są dobrze przygotowani na szybkie zwalnianie łóżek na oddziałach zamkniętych, nie pamiętam dokładnie, ale pamiętam, że gdy w końcu wywalczyłam sobie prawo do spacerów, zauroczył mnie koncept srebrzyskiej nekropolii. Ten międzywojenny Zentralfriedhof, miejsce spoczynku tylu zasłużonych, który w mojej wyobraźni na zawsze pozostał takim, jakim widziałam go zza szpitalnych krat, gdy przez chwilę miałam salę z dobrym widokiem.

Pisanie o tych rzeczach nie ma większego sensu. „Nie ma miejsca na katharsis w powszechności mojej traumy,” by zapożyczyć słowa z niedawnego tekstu Sam Bodrojan (tłum. z ang. własne). Moje doświadczenie nie jest ani spektakularne, ani specyficzne.

Nie ma go nawet znowu tak dużo. Jest go akurat na tyle, aby uwierać. Choć może i to nie jest w całości wadą. Skoro ,,the only things that are aware of themselves and conscious of their individuality are irritated eyes, cut fingers, sore teeth. A healthy eye, finger, tooth might as well not even be there. Isn’t it clear that individual consciousness is just sickness?”, jak to ujął Zamiatin, a ja nie podejmuję się przetłumaczyć, ani sięgnąć, podejść do regału, gdzie mam polskie wydanie.

Wyżalam się, że podniosłam sprawę na forum roku, i odpowiedziały mi puste oczy i zdziwione pomruki. Słyszę, Oni nie wiedzą o co ci chodzi, i sugestię, bym wgryzła się w myśl etyczną Wojtyły (Ale warning: Zawiera treści z zakresu katolickiej etyki seksualnej. Odpowiadam, że planuje te rozdziały pominąć, i tak robię), skoro do kilku z nich to ironiczne, ale stosujesz [jego] normę personalistyczną.

To oni nie wiedzą, to quia nesciunt, quid faciunt… Pocieszenie, bądź coś wystarczająco podobnego.

Ten październik zdzierał zmurszały strup, i nie mam bladego pojęcia, ku odsłonięciu czego to zmierza.

Nie chcecie, aby był wilkołak w waszym mieście. Widzę trzy możliwości. Moglibyście zmusić go do wyboru między wilkiem a człowiekiem, co będzie bolesnym rozerwaniem od jego prawdziwego bytu, tylko po to, abyście nie mieli wilkołaka w waszym mieście. Moglibyście wygnać go z miasta, co w dłuższej perspektywie może okazać się błogosławieństwem – dla niego, nie was. Albo moglibyście pozwolić mu się zintegrować (…).

W mieście jest wilkołak.

Tak, jest. Czyż to nie piękne?

Jak proponujesz, żebyśmy to rozwiązali?

Zaczynam wierzyć, że to nie wilkołak stanowi tutaj problem.

RZECZ CZWARTA: Apel do przyszłych samobójców

Szczury, które hodowane są na potrzeby badań biomedycznych, muszą być szczęśliwymi. Stres, i związany z nim kortyzol, naruszał by wyniki badań. Studenci, którzy chodzą i patrzą na inkubatory ich związków chemicznych, ich eksperymenty w fazie wzrostu, ich eksperymenty które będzie trzeba rozciąć, patrzą na nie bawiące się.

Szczur laboratoryjny musi umierać szczęśliwym.

Równolegle, ,,żywy przykład”, jak to określiła pacjentów psychiatrycznych pewna inna jeszcze psychiatra na zajęciach, musi żyć nieszczęśliwym. Żyć, bo martwy traci nieco ze swojej wartości naukowej, mniej stymulujący dla studenckich umysłów. Czemu musi być nieszczęśliwy rozumie się samo przez się.

Piękne w swojej szczerości, piękne tym pięknem prostych prawd, wydało mi się coś, co niedawno powiedziała mgr P. na zajęciach. ,,Nie całkowicie chodzi nam o to, żeby pomóc, nie musimy nawet tego słowa używać — chodzi nam o to, aby zrozumieć. Bycie psychologiem to zawód. Dajecie tym ludziom, którzy do was przychodzą, swoje kompetencje, nie serca.”

Częścią zrozumienia jest przyswojenie faktu człowieczeństwa. Być może zawieszonego, lecz stanowiącego jeden z aspektów Pacjent. Tym, co tam mnie kłuję, jest bezmyślność, bezrefleksyjność — tracenie celu z oczu. Tym, czego się nie spodziewałam, nie było uprzedmiotowienie, czy mówienie o Pacjencie jak o wadliwej maszynie; tym czego się nie spodziewałam, było bezwstydne lubowanie się w tej wadliwości innych. Takie, że to nie schorzenie towarzyszyło człowiekowi, a człowiek schorzeniu. To nie ja piszę, to psychotyczne chochliki w moim mózgu wysługują się moimi palcami.

Na marginesie: nasz zawód. Fakt, że zawód ma te dwa znaczenia, które ma, jest wielkim potwierdzeniem idei antykapitalistycznych wbrukowanym cicho w nasz język.

Pewnego październikowgo dnia, w drodze z Uczelni do Biblioteki Głównej, aby wypożyczyć ,,Miłość i obowiązek” Wojtyły, czego i tak nie zrobię, bo okaże się, ku mojemu oburzeniu, że mimo sejmowych aktów desygnujących go największym najsuperowszym etc. polakiem na wieki wieków, biblioteka wojewódzka w tym wielkim mieście wolności trademark ma jego pisma jedynie w jednej filii w dalekiej dzielnicy, a i tego mi nie mogła miła pani bibliotekarka zagwarantować, gdyż wpis w bazie był pozycji bez podtytułu ,,studium etyczne’’, w każdym razie, w drodze do Biblioteki, zatrzymuje się w pół kroku na środku wiaduktu. Słyszałam o nich, lecz jakoś nie spodziewałam się zobaczyć żadnej tak in situ. Jak kleks z atramentu w kolorze königsblau w zeszycie, na barierce rozlewa się NIE REZYGNUJ Z ŻYCIA 112 MIASTO GDAŃSK. Zamieram, przejęta wizją hipotetycznego człowieka pchniętego do tego czynu ostatecznego, który ma w sobie tyle determinacji, że jest już na wiadukcie, nagle widzącego te słowa i myślącego, cholibka, jeżeli magistratowi na mnie tak zależy, no to jednak nie. Nie zrezygnuje, nie poddam się. Nie będę słaby, nie będę przegrywem — przecież tylko tacy rezygnują, poddają się, przegrywają. Nie ja, nie ja. Cholibka, scheisse, verdammt, holender.

<wiadukt kolejowy w centrum>

daj życiu szansę, wróć tu za miesiąc? nie wiem

Spoglądam na odpowiedź ojca na zdjęcie tabliczki, mijając wmurowaną w chodnik plakietkę znaczącą miejsce śmierci grudniowej, którymi uproszona jest ta okolica. Może tu leży clue tego wszystkiego, tu kot Schroedingera pogrzebany. Przez długi czas moja pozycja wobec samobójstwa była iście elzenbergowska, tj. ,,Świadomość, że zawsze można popełnić samobójstwo, to nasze kryte tyły w walce życiowej. Zupełnie inaczej można się wtedy ustosunkować do każdej sprawy; życie nie tylko jest spokojniejsze, ale i o wiele piękniejsze.” Ten stoicki program ciągle otwartych drzwi, traktujący samobójstwo jako dopuszczalny przejaw wolności. Zazwyczaj odwodzą mnie od tej myśli elementy małostkowe i zawistne. Zawzięte w taki sposób, który jest tak często przydatny, jak często jest utrudniający. I jeszcze ta wieczna drzazga w fałdach mózgowia, ta drzazga niewiedzy, o której Hume stwierdził, że jest bolesna dla umysłu.

Nim dojdę do Biblioteki, minę jeszcze drugą taką, nad kolejnym wiaduktem; tę jednak naznaczył już genius tego tutaj naszego loci, w postaci nabazgranego zielonym markerem TO ŻYCIE ZE MNIE ZACZYNA REZYGNOWAĆ.

Dusza jest po to, aby nie wytrzymać. Zawiść jest po to, aby wgryźć się w pulsującą tkankę świata jak kornik w pradawne drzewo. Nic nie ma z żadnego nadania znaczenia, więc wszystko może je mieć. Mundus vult decipi, ergo decipiatur! Uparte parcie od jednego do drugiego dziś. Mundus vult decipi.

MARGINALIA

^,,*** (this poem is about being nonbinary.)’’, opublikowane przez użytkownika cityelf na platformie tumblr (https://www.tumblr.com/thepastisaroadmap/754913820807397376/image-description-a-poem-written-like-a-text, dostęp 30.10.25). Tłumaczenie z angielskiego moje.

* Zdjęcia wykonane w październiku ’23, gdy w trakcie napadu depresyjnego pojechałam wczesną nocą na Srebrzysko bez powiadomienia nikogo o tym, i przez zgoła dwa kwadranse błądziłam po lesie wokół zamkniętego wraz ze zmierzchem cmentarza.

† Chciałabym wyrazić wdzięczność wobec prof. L., którego przejęzyczenie posunęło mnie do tej myśli. Jak i również za wypowiedzianą na tym samym wykładzie myśl, że ,,pacjent nie jest przedmiotem, a podmiotem”, która przyczyniła się do zmniejszenia mojego zgorzknienia, a i tym pośrednio, uratowała powyższy tekst od obtoczenia w mdlącą marazmatykę.

Leave a comment