Marek Włodarczak alias Tabor Regresywny
Dzień pierwszy powrotu.
Działalność gospodarczą podejmujemy, licząc na zyski, ale związane są z nią koszty. Nie podejmujemy działalności gospodarczej, jeśli koszty przekraczają zyski, chyba że uda się przynajmniej część kosztów zepchnąć na innych. I tu potrzebne jest państwo ograniczające wolność gospodarczą. Wolność do. Świetnie prosperujący ośrodek narciarski Czarna Góra nie ponosi wszystkich kosztów swojej działalności, a do nich należą katastrofalne powodzie w Kotlinie Kłodzkiej. Z pewnością duży udział w tych powodziach mają ośrodki narciarski i żadnego udziału w kosztach. I tu potrzebne jest państwo. Państwo, które obroni ośrodki narciarskie przed agresją wszystkich tych, których powódź pozbawiła dobytku. Państwo, które zatrudni ekspertów, którzy wykażą, że powodzie nie mają nic wspólnego z wycinką lasów pod trasy narciarskie, ekspertów, którzy wskażą domy do wysiedlenia, by na ich miejsce pobudować zbiorniki retencyjne. Państwo, które znajdzie winnych, gdy któryś z tych zbiorników zawiedzie, pociągnie za sobą inne i będziemy mieli kolejną powódź tysiąclecia. Ale nie o tym chciałem mówić.
Chyba wziąłem zły przykład. Dam sobie spokój z polityką i zabiorę się do wiosłowania. Zbliża się wieczór, wiatr już zupełnie ucichł. Nie ma co udawać, że płynę na żaglach. A tak mi dobrze szło. Gdy rano zrzuciłem pośpiesznie MAŁĄ MI na wodę za śluzą Wernsdorf, wiedziałem, że do wieczora wiatr zdechnie. Płynęło się wybornie, wiatr z tyłu, ja wygodnie usadowiony na karimacie, nareszcie twarzą do kierunku jazdy (wiosłując siedzę tyłem). Z barki, która płynie w przeciwną stronę pozdrawiają mnie machaniem ręki. W końcu wiatr zelżał, mogłem spokojnie płynąc pod żaglami zaparzyć kawę, posilić się plackiem od Ewy Marii (widać na zdjęciu).

Ten luksus mi się należał po paru godzinach wędrówki przez Berlin od Ewy Marii przy Tempelhof do śluzy Wernsdorf. A drogą nie była lekka. Zamierzałem dość do kanału Teltow i dalej płynąć aż do jezior. Ewa Maria chciała mi w tym pomóc jako przewodnik. Nie udawało się nam znaleźć dogodnego miejsca na slipowanie łodzi. W końcu odesłałem ją do domu i zostałem sam. Poszedłem wzdłuż kanału i doszedłem do wąskiego przejścia pieszego przez tory. Przeszedłem przez teren jakiejś firmy i wyszedłem na drogę rowerową. Przepadam za takimi przygodami. Generalnie to był mój błąd. Powinienem od razu iść w kierunki Schmockwitz a nie kombinować z kanałem. Poruszanie się po mieście z łódką rządzi się swoimi prawami. Dopiero poznaję te prawa.
Po przeprawie tymi zakamarkami wyszedłem na Gradestrasse. Dalej szedłem kierując się mapami na przystankach autobusowych.


W końcu zrezygnowałem z jezior i Aldergestell przez Schmockwitz doszedłem do Wernsdorf. Teraz płynę wiosłując, zapada zmrok, robię zdjęcie i wysyłam Anicie.
Anita: Może już gdzieś zakotwiczysz na odpoczyngek
Marek: Zbyt cichy i magiczny wieczór. Nogi dużo dzisiaj pracowały to teraz kolej na ręce.
Szukając miejsca na nocleg minąłem Hartmannsdorf, Spreenhagen, aż koło 23.30 zatrzymałem się na nocleg, oczywiście na wodzie i pod otwartym niebem.
