Małą Mi do Berlina i z powrotem (4). Kąpielisko.

Marek Włodarczak alias Tabor Regresywny

Dzień piąty

Kiedyś wędrowałem ciągnąc wózek brzegiem morza z Kołobrzegu do Darłowa. W Darłowie, żeby wyjść na drogę, muszę pokonać schody, bo chodnik, którym mógłbym pójść, jest zagrodzony płotem, kamery i ostrzeżenie, że wejście tylko dla mieszkańców.

Mężczyzna, który pomógł mi wnieść wózek po schodach, mówi:
– Patrz pan, ludzie się coraz więcej grodzą.
A ja na to:
– Ludzie im więcej mają, tym bardziej się boją. A im bardziej się boją, to tym więcej pracują, by mieć więcej, bo myślą, że się będą mniej bali, a boją się jeszcze więcej.
– No tak to jest – potwierdził.

Ja poszedłem w przeciwną stronę. Chcę mieć mniej. Chcę  pozbywać się rzeczy. Chcę się uniezależnić od zdobyczy cywilizacyjnych.

Wróćmy na razie na kanał Odra-Szprewa, gdzie budzę się o w pół do piątej i od razu siadam do wioseł. Śniadanie zjem gdzieś w drodze. Płatki kukurydziane na mleku i oczywiście kawa z biszkoptami. Wiatr mam przeciwny, ale nie jednostajny. Takie sobie szkwaliki, raz po jednej raz po drugiej stronie kanału. Wiatr bawi się ze mną w ciuciubabkę. Po paru godzinach dopływam do śluzy Kelendorf. Zatrzymuję się przy pomoście dla łodzi turystycznych. Przez intercom wywołuję operatora śluzy. “Bite śluze”,  kombinuję. Operator coś mi tłumaczy,  najpierw po niemiecku  potem po angielsku. Ani tak ani tak nic nie rozumiem. Na szczęście zjawia się para na rowerach. Proszę ich we wspólnej mowie, by skontaktowali się z operatorem. Dzwonią, a później mi tłumaczą, że śluza będzie zamknięta do osiemnastej.  Mam już dosyć tego wiosłowania…


i bez żalu wyciągam łódkę z wody i ustawiam na kółkach, wtedy ku mojemu zaskoczeniu dzwoni Darek. Wyjeżdżając z Wrocławia nie miałem roamingu. Umówiłem się z żoną, że odezwę się dopiero od Ewy Marii z Berlina. Odbieram telefon od Darka z Polski. Odtąd będzie mi pomagał szukać drogi. Darek powiadamia moją żonę i ta z kolei dzwoni, i też odbieram. Okazuje się, że do mnie można się dodzwonić z Polski, a ja do Polski nie mogę. Żona wykupuje mi jakiś bardzo ograniczony internet i instruuje, że odtąd mam WhatsAppa i  mam informować Anitę, jej koleżankę, która też ma WhatsAppa, gdzie jestem.

Ruszam w drogę, okazuje się, że jestem na ścieżce rowerowej do  Fürstenwalde. Świetnie się idzie. W pewnym momencie ścieżka skręca w prawo na malowniczy most przez kanał z potężnymi betonowymi słupami po obu stronach. Jest za wąsko na moją łódkę. Nie ma rady, wypakowuję wszystko, zdejmuję kółka i przenoszę łódkę bokiem. Z powrotem na kółka. Pakowanie i po drugiej stronie mostu to samo. Ścieżka rowerowa do Fürstenwalde prowadzi przez las, idę cały czas pod baldachimem drzew. Mija mnie jakiś samochód, kierowca pozdrawia kciukiem do góry. Po jakimś czasie znów ten sam samochód, zatrzymuje się, chwilę rozmawiamy we wspólnej mowie. Na koniec daje mi dwie duże szklane butelki wody. Mijam Berkenbrück i idę na Fürstenwalde.

Na skrzyżowaniu  przed Fürstenwalde ktoś kiwa na mnie z drugiej strony.  Zatrzymuję się, podchodzi starszy mężczyzna, wypytuje skąd idę i dokąd,  ogląda konstrukcję MAŁEJ MI,  chwali, że sklejkowa. W parku nad kanałem robię postój, a potem idę dalej ścieżką przez las do Fürstenwalde West. Zatrzymuje mnie młoda kobieta na rowerze i prowadzi w piękne miejsce na biwak. Na odchodne daje mi dużą butlę wody.

Miejsce jest super, kąpielisko z piaszczystą plażą nad Szprewą, na skarpie wiata.  Oczywiście kąpiel i pranie. Robię generalne porządki w łodzi.  Piszę do Anity i wysyłam jej zdjęcia z miejsca, gdzie jestem. Zasypiam zabezpieczony przed komarami, przed deszczem i nie niepokojony przez nikogo.

Leave a comment