“Małą Mi” do Berlina i z powrotem (3). Dwie wolności.

Marek Włodarczak alias Tabor Regresywny

Czwarty dzień

Jak zwykle rano wyruszyłem około piątej . Doszedłem do ścieżki rowerowej nad kanałem i tam zrobiłem sobie  śniadanie. Zadowolony z siebie ruszyłem wzdłuż kanału, a tu masz babo placek. Ścieżka  najpierw odbija od kanału,  a potem się kończy. Przechodzę pod mostem kolejowym i nie mogę znaleźć kanału. Ktoś mi doradza, bym poszedł do skrzyżowania i tam kierował się na Beeskow. Jakaś kobieta mija mnie na rowerze, po czym zawraca i pyta skąd i dokąd idę.  Włącza tłumacza Google, pyta czy mam znajomych w Berlinie. Mówię, że idę na spotkanie literackie. Pyta, czy jestem pisarzem, odpowiadam, że tak. Tak jest prościej, nie będę  jej tłumaczył, że idę zdjąć foliowy woreczek z drzewa. Mówi, że też trochę pisze. Wskazuje mi drogę do śluzy i doradza kanał jako najkrótszą  drogę do Berlina. Śluzę znajduję w miejscu,  gdzie bym się tego najmniej spodziewał. Szukam na jej terenie jakiegoś dogodnego miejsca na wodowanie MAŁEJ MI, ale nie znajduje. Wychodzi do mnie operator śluzy, jest bardzo życzliwy, pyta dokąd i pokazuje dobre miejsce po drugiej stronie kanału.

Jestem już na wodzie. Takie zejście na wodę albo wyjście z portu to niesamowite uczucie, to delikatne kołysanie na wodzie, połączone z oddalaniem się od brzegu daje niebywałe poczucie spokoju, przejścia do innego świata, z jednej strony bardzo ograniczonego (mała łódka i bardzo ograniczona ilość przedmiotów), z drugiej – otwarta przestrzeń dookoła, żadnych ścieżek , płotów, krawężników. I wszystkie niezałatwione sprawy pozostają na brzegu.  Mijam zardzewiałe barki, stare holowniki, płynę wzdłuż terenów przemysłowych Eisenhüttenstadt. Po lewej wyrastają czarne, dziwaczne, wysokie na dziesięć pięter piece hutnicze. Jeden regularnie wydaje z siebie przeciągły syk. Scena jak z Don Kichota Cervantesa. A na kanale czysta woda, lilie wodne, czasami trzcina. Jak im udało się to pogodzić? W końcu tereny przemysłowe się kończą, odtąd będę płynął zielonym korytarzem z licznymi zatoczkami,  starorzeczami Szprewy i raz po raz osiedlami domków letniskowych, przylegających do kanału. Spotykam zestaw pchacz, dwie barki i koparka, pod biało-czerwoną flagą, pozdrawiamy się, pytają skąd, dokąd i czy czegoś nie potrzebuję. Mam wodę, mam co jeść, no to niczego. Płynę dalej. Mija mnie motorówka, chłopak z dziewczyną. Ponieważ wiosłuję tyłem do kierunku jazdy, widzę, że zawracają. Podpływają do mnie, po czym biorą mnie na hol. MAŁA MI doskonale zachowuje się na holu, przesiadam się do ich łodzi, bo lżej się będzie holowało. Najwyraźniej ich to cieszy, chłopak ma matkę o polskich korzeniach, dzwoni do niej i daje mi telefon. Wyjaśniam, skąd się wziąłem i dokąd płynę. Holują mnie do Müllrose, tam się rozstajemy, dają mi na drogę piwo bezalkoholowe.  W Müllrose  po obu stronach kanału są liczne mariny, mnóstwo jachtów, w zasadzie mógłbym się tu zatrzymać na nocleg. Płynę dalej, coraz mniej zabudowań, w końcu znajduję ustronną zatoczkę  z dala od ludzi, za to pełno bobrów. Cumuję do przewróconego drzewa i szykuję się na nocleg. Bobry się denerwują i co rusz plaskają ogonami w wodę. Wieczór jest pogodny. Nie rozwijam dachu, wypijam piwo, które dostałem, i układam się do snu pod gołym niebem. Budzę się, gdy księżyc już wschodzi. Podnoszę nogi do góry i dorabiam mu uszy z moich stóp. Przypomina mi się “niewiasta obleczona w słońce i księżyc pod jej stopami” z Apokalipsy wg Św. Jana. No oczywiście, ta niewiasta to wolność wędrowca, w dzień obleczonego w słońce, a w nocy pod gołym niebem, księżyc ma pod stopami. Wiele nocy spędziłem pod gołym niebem, bądź  to przy ognisku nad brzegami rzek,  bądź na pokładach jachtów. Czułem się wtedy wolny, ale nie zastanawiałem się “od czego”. Pod wpływem lektury książki Amerykański sen, w której Ewa Maria Slaska porusza problem dwóch wolności,  zadałem sobie pytanie, ” od czego jestem wolny”?
Odkąd zacząłem moje wędrówki “taborem regresywnym” czułem, że uwalniam się od lęków. W pierwszej kolejności od lęku przed wstydem: “co ludzie powiedzą”.
Gdy pierwszy raz ruszałem w drogę   pierwszą osobą, którą spotkałem, była kobieta siedzącą w oknie  domu w Orłowcu pod Lądkiem. Śmiała się na całą dolinę.
– Dokąd pan idzie?
– Na koniec świata – odpowiadam.
– A wstąpisz pan na kawę?
– A czemu nie? odpowiadam, a mój lęk przed wstydem pęka jak bańka mydlana. 
Ale czy ma to coś wspólnego z dwiema wolnościami z Amerykańskiego snu?

Leave a comment