Andrzej Stasiuk, Opowieści galicyjskie

Andrzej Stasiuk, Opowieści galicyjskie, Znak, Kraków 1995
Kowal Kruk, strona 17 i następne
Łatwo go spotkać, bo ruchliwość, mimo emerytury, wcale go nie opuściła. Drepcze tu i tam w celach prawdziwych i wyimaginowanych, krok ma trochę wolniejszy, lecz stawia stopy jak zwykle: klapu, klapu,klapu, jakby się przysysał, dopasowywał do szarej, rozjeżdżonej drogi. Drobny chód, kolana lekko zgięte – jak się stoi całe życie przy kowadle, to amortyzacja wchodzi w krew.
– Panie Cześku, piwo?
– Z szacunkiem, ale następne ja stawiam.
Ławka stoi w słońcu, cienie się przesuwają i jest trochę tak, jakby to była powolna podróż. Na czarnych wąsach kowala Kruka siwizny tyle, co lukru na pączkach. Z brzuchatych pól śnieg schodzi i nie może zejść.
– Bez obrazy, ale tych różnych nowych to ja nie – i wyciąga swoją paczkę popularnych o parę tonów ciemniejszą niż błękit jego oczu. PGR-owskie dzieci oblepiają huśtawkę. Wszystko wokół upada i tylko huśtawka wznosi się wyżej i wyżej, a kowal Kruk patrzy pod słońce na frunącą dzieciarnię i jego twarz staje się lustrem szczenięcych śmiechów. Takim pomarszczonym, nie ogolonym, lecz wiernym zwierciadłem.
– A wie pan, w zeszłym tygodniu na Śląsku byłem, u syna…
To jest ostatnia chwila dla kogoś, kto ma coś do załatwienia, spieszy się, albo boi się ciemności.
– Tym o 6.40 pojechałem. Wsiadam, daję dziesięć tysięcy, a kierowca na mnie tak patrzy, jakby czegoś chciał, to się w koćcu pytam. I patrzy pan, podrożały. Ale jak trzeba to trzeba, dwa tysiączki wyjąłem, siadłem sobie z tyłu i jadę. Na górce, zaraz za kapliczką, Mańkowski stał ciągnikiem i coś grzebał, nowy ciągnik, miesiąc jak kupił i już mu tam coś nie tak, byle co teraz robią, nic to nie warte, a gadałem, żerby ruskiego nie kupować – sztachnięcie i łyk z butelki trwają tyle, co dwa przystanki pekaesu.
– W Sękowej wsiadł Romek, ten co jego żona umarła na jesieni. Ja ją dobrze znałem, bo ona była siostra cioteczna Maryśki, wie pan, a Maryśka mieszkała zaraz koło nas i przychodziła w każdą niedzielę i razem do kościoła chodziły, słowa na nią złego nie powiem, dobra kobieta, chociaż te jej córki to za przeproszeniem latawice. Teraz takie czasy, że wszystkie latawice, to może nia ma co palcem pokazywać. No i Romek siadł koło mnie, pół chłopa się z niego zrobiło. Pytam się dokąd jedzie, a on mówi, że za świniamo popatrzeć, bo to jak raz wtorek był i jarmark. Ja mu mówię, że świnie nic teraz nie wartają, a on na to, że trzeba coś chować, bo jak to tak bez niczego. Teraz on już na rencie, ale kiedyś robił przy nafcie w Libuszy i tam nawet szło zarobić, syrenką jeździł. Mój zięć też miał syrenkę, dobre auto, słowa nie powiem. Jak kiedyś w zimie autobus nie mógł dojechać, to on dojechał. To było jakoś tak, jak taka zima była, jeszcze w siedemdziesiątych latach, potem to ją sprzedał i malucha kupił, ale to już nie to. Huśtawka jest już pusta, dzieciarnia gdzieś znikła i butelki też już próżne, więc kowal Kruk wstaje, drepcze do sklepiku i można odzyskać oddech. Gdy wraca, pekaes jest już w Gorlicach i kowal Kruk bierze swoją wytartą teczkę, w której ma kanapki, czystą koszulę na zmianę i wysiada.
– Na Zawodziu, bo na pociąg był jeszcze czas, a ja lubię wie pan, przejść sobie przez miasto, nie żeby często, ale tak raz na miesiąc trzeba się wybrać, żeby popatrzeć na ludzi. I tak szedłem tam, jak kiedyś końska jatka była, co to w niej mięso rąbał stary Suchuś. A my z nim z jednej wsi byliśmy i jego ojca w okupację Niemcy zastrzelili, tam już tej jatki nie ma, bo teraz tak się wszystko zmienia, że po tygodniu już nie poznasz. Szedłem tamtędy, bo, wie pan, chciałem jeszcze na jarmark popatrzeć. Mnie jarmark zawsze cieszy, bo tam wszystko jak kiedyś i jak szedłem przez szosę to od Dukli żukiem jechał Kazek, ten co u nas kiedyś robił a potem się wyniósł bo się z wdową ożenił i ona dom miała pod Żnigrodem i tego żuka też po nieboszczyku. Nawet mnie zobaczył i się ukłonił a gadali że on takie teraz panisko chociaż zawsze był dobry chłop. Jeszcze pamiętam jak żeśmy razem wiosną na pstrąga chodzili, a najwięcej ryby to było w tym potoku co…
A na Śląsk to jeszcze ponad dwieście kilometrów, więc trzeba pójść po następne piwo i patrzeć ze spokojem, jak się słońce osuwa za łysy grzbiet. Ziemia pozbywa się chłodu gromadzonego przez całą zimę i papierosy mają smak mroźnej mgły. Jeszcze ponad dwieście kilometrów, ale trzydzieści już zrobione. Teraz spacerkiem przez poranne miasteczko: plac targowy nad rzeką, konie, cielęta na dwukółkach, wieprzki w klatkach, pęki brzozowych mioteł, grabie z drewna białego jak kość, sita, baty pachnące wyprawioną skórą, gdakanie i łby człapaków zanurzone w workach z obrokiem. Józki, Jaśki, Władki, Jędrki – nic nie umyka spojrzeniu kowala Kruka, a jego umysł nie czyni rozróżnień, jakby tkwił w jakimś pierwotnym czasie, gdy rzeczowniki, czasowniki i przymiotniki były na stałe przywiązane do przedmiotów, zdarzeń i atrybutów, w czasie, gdy język był tylko lustrzanym odbiciem świata i żył w absolutnej z nim zgodzie. No więc jeszcze gliniane donice, wspomnienie knajpy “pod cyckiem”, wory pszenicy, ruchliwe, piskliwe żółte kulki kurcząt, beczenie, przybijanie ręki na zgodę i wódka pomieszana z zapachem końskiego potu, a potem na drugą stronę rzeki, przez most – bo wie pan, tam u Ruskich to jest na co popatrzeć.
Ubogie samochody Wschodu uginają się od bogactw. Maski, dachy, bagażniki pokryte dywanami, szeregi namiotów na betonowej pustyni targowiska. Samowary, kryształy, plastykowe złoto rokokowych zegarów na baterię, rzeczy, o których przeznaczenie trzeba się dopytywać w języku przypominającym panslawistyczną groteskę, narzędzia do wszystkiego, przeszwarcowane papierosy i anilanowe sweterki w barwach, których nie widziało oko. Kowal Kruk wymienia to wszystko jakby odczytywał jakiś katalog, niektóre rzeczy wydobywają z jego pamięci zapomniane twarze i zdarzenia, więc porzuca opis podróży, by zapuścić się w boczną ścieżkę i ruch w przestrzeni zamienia się w wędrówkę w czasie. Lecz zaraz potem wraca i rusza dalej, obok gmachu sądu skręca w lewo, kupuje w kiosku papierosy, idzie na dworzec prosto do kasy, prosi o bilet, nie może z kasjerką dojść do ładu, bo wymienia jakąś stację, która według niej, kasjerki, nie istnieje – tak mi powiedziała ale ja przecież zawsze tam jeździłem i w końcu wziąłem do Zabrza, może ona wie lepiej ale i tak wysiadłem tam, gdzie zawsze wysiadałem.
I to już jest zmierzch. Nie bardzo da się siedzieć, trzeba przytupywać, z ust unosi się para, a w palce szczypie przymrozek, ale teraz jest kolej kowala Kruka, więc żeby nie było mowy o obrazie trzeba przyjąć kolejną lodowatą butelkę, a właściwa podróż dopiero się zaczyna. Pociąg rusza, potem jedna i druga przesiadka, Stróże, Bobowa, Ciężkowice.
– W Bobowej przyszedł i sprawdzał bilety. Dałem mu swój, przedarł i poszedł dalej. Paliłem sobie bo wagon dla palących, jak trzeba, a potem spać się zachciało, to poprosiłem jednego gościa co siedział obok, żeby mnie obudził w Tarnowie. Bo raz jak jechałem do syna na przysięgę, nie do tego, do starszego, to tak mi się dobrze spało, że przejechałem Rzeszów, bo on w Rzeszowie był przy wojsku i aż dopiero w Przeworsku się zbudziłem. Ale jak raz był pociąg z powrotem i zdążyłem. Przed Tarnowem gość mnie zbudził, wysiadłem i była jeszcze godzina, to pomyślałem, że coś zjem. Poszedłem do tego baru, wie pan, jak się wejdzie to na lewo. Golonkę sobie wziąłem, bo nie ma to jak dobra golonka, w ogóle nie ma to jak wieprzowina, ja za innym mięsem nie bardzo, a najlepiej jak jest świniobicie, nawet nie na mięso, ale wyroby, panie taka gorąca jeszcze kaszanka. U nas w okupację…
I mimo chłodu kowal Kruk nie porusza się, nie kuli, nie próbuje zapiąć drelichowej bluzy. Ciągnie swą historię pomny, by niczego nie pominąć, wszystko ma swoją wagę, wszystko swe właściwe miejsce w opowieści, zupełnie tak, jakby pamięć i mowa były darami, których nie wolno marnować. Najmniejsza kropla nie zostanie uroniona. W zamierającym świetle dnia widać, jak na lustrach kałuż pojawiają się matowe pęknięcia. Woda tężeje, traci blask a głos kowala Kruka ma w sobie monotonię stukotu wagonowych kół. Tutaj nic się nie da przeskoczyć, nie da się przyśpieszyć. Po drodze musi być Kraków ze swoim dworcem, musi być wędrówka wśród straganów i dla wytchnienia trzeba smyrgnąć w jakąś furtkę czasu – bo wie pan, jak ostatnim razem byłem w Krakowie – a potem znów przestrzeń, przesiadka, hałdy, płonące kominy, koła szybów, wszystko co dostrzeżone, musi być opowiedziane, a wielkość i nuda tej opowieści przypomina nudę i wielkość wszystkich don kichotów literatury, wszystkich tołstojów, proustów z joyce’ami na dokładkę i w chwili gdy jego twarz staje się ledwo widoczna, gdzieś w ciemności otwiera się okno i głos kobiety woła: Czesiek, Czesiek, chodźże już do chałupy.
Czesiek wzdycha – no sam pan widzisz – rzuca ogarek, zbiera puste flaszki, odnosi je do sklepu, wraca i mówi:
– A resztę to panu następnym razem opowiem.

Rosynant opolski, foto: Krystyna Koziewicz (pomnik księcia Kazimierza Opolskiego)
