“Małą Mi” do Berlina i z powrotem (2)

Marek Włodarczak alias Tabor Regresywny

Trzeci dzień. Eisenhüttenstadt.

Rano obudziłem się przed piątą i natychmiast ruszyłem w drogę. Tak jakbym uciekał.  Jakbym się bał zasiedzenia. Wszelkie porządki w wózku, jakiś niewielki posiłek robię dopiero w drodze.

Przepadam za tymi postojami ciągle w nowych miejscach, przy czym starannie je wybieram. Miejsce musi być ładne i z możliwie najdalszą perspektywą.

Widać, że w nocy lało, wszędzie były kałuże, a ja jak zwykle spałem i nic nie słyszałem.  Dopiero jak doszedłem do drogi Osiecznica-Maszewo, zatrzymałem się, coś przegryzłem popijając wodą, w końcu zaparzyłem kawę.

Siedzę w mojej łodzi na kółkach, piję kawę, zagryzam biszkoptami, raz po raz ktoś z przejeżdżających samochodów kiwa do mnie ręką.  Zanim wyjdę na szosę, wieszam z tyłu trójkąt ostrzegawczy, zakładam szelki odblaskowe, kapelusz przeciwsłoneczny, poprawiam paski sandałów, by nie były za luźne ani za ciasne i w drogę.  Do Maszewa szedłem ponad dwie godziny. Po drodze mogłem skręcić w kierunku Odry i dalej popłynąć, ale wiatr był przeciwny, lepiej iść, skoro można.
W Maszewie zrobiłem większe zakupy, raz że taniej niż w Niemczech, a dwa  by zabezpieczyć prowiant na kanał Odra-Szprewa. Miałem zamiar iść do Kłopotu i tam przeprawić się przez Odrę do Eisenhüttenstadt, ale ludzie mi odradzili i skierowali do Połęcka,  gdzie była nieczynna przeprawa promowa w kierunku Gubina. W Połęcku zaczepiło mnie dwóch miejscowych, jeden był operatorem promu, który jest aktualnie w remoncie. Znał trochę rzekę, oceniał, że do ujścia Nysy Łużyckiej mam około dwunastu kilometrów. Jak ruszałem, życzyli mi szczęśliwej drogi i długo stali na brzegu, patrząc jak sobie radzę z silnym przeciwnym  wiatrem. Na prostych odcinkach było faktycznie ciężko. Silny prąd rzeki ścierał się z przeciwnym wiatrem, wywołują krótką stromą falę. MAŁA MI  przy swojej długości skakała jak opętana, musiałem przejść na morskie wiosłowanie krótkimi uderzeniami. Na szczęście między Połęckiem a Ratzdorfem rzeka płynęła dużymi zakolami, prąd podchodził pod brzeg i płynęło się lepiej. Zdarzały się piękne łachy piasku zakryte od wiatru. Na jednej z nich zatrzymałem się na obiad. Dwa pomidory i bułka a na koniec kawa z biszkoptami. W drodze więcej nie jadam.

W  Ratzdorfie był slip. Wygodne betonowe zejście do rzeki. Trochę strome, ale lepsze to niż kamieniste brzegi i ciągnące się za nimi chaszcze. Na górze był stolik z ławkami dla rowerzystów. Przeniosłem tam mój  dobytek. Pozostała mi do przeniesienia łódka. Na szczęście trafiła mi się całą rodziną na rowerach, jechali z Gubina do Frankfurtu nad Odrą.
Pomogli. Było to moje pierwsze spotkanie z Niemcami w tej wyprawie. Do Eisenhüttenstadt przeszedłem pieszo asfaltową ścieżką rowerową, która ciągnie się wzdłuż  Odry od Czech do Świnoujścia.

Liczyłem na jakieś dobre miejsce na nocleg, a tu ścieżka się urwała przed miastem, stoję zdezorientowany, idzie jakiś Niemiec i kiwa do mnie, bym poszedł za nim. Po drodze mijamy ścieżkę rowerową, która biegnie wzdłuż kanału w kierunku Berlina, chcę w nią skręcić, a on pokazuje, że nie, że mam iść za nim.  Okazało się, że kierował mnie do hotelu. Nie stać mnie na hotel, a przed hotelem nie ma miejsca na mój wózek. Idę dalej, licząc,  że  znajdę jakieś miejsce. Kończą się bloki i zaczynają domki jednorodzinne. Zatrzymuję się we wnęce wjazdowej do ciekawego ogrodu, brama jest otwarta, liczę, że jak ktoś będzie wjeżdżał, to uda mi się uzgodnić miejsce na nocleg. Brama się zamyka automatycznie, wychodzą właściciele i każą mi się wnieść. Tłumaczę, że z Polski, że do Berlina. Są nieubłagani. W końcu mężczyzna pokazuje mi, że mam iść za nim. Prowadzi mnie na plac, gdzie według niego będę mógł przenocować. Szykuję wózek do noclegu gdy wychodzi właścicielka placu, mówi, że to teren prywatny i też mnie wyprasza. Zabieram manatki i przenoszę się na wąski trawiasty pasek między dwiema drogami, są jakieś krzaki, drzewa i tam nie niepokojony przez nikogo przespałem całą noc snem sprawiedliwego.  Sens tego co mnie spotkało w Eisenhüttenstadt zaczął do mnie docierać dopiero jak w drodze powrotnej przekroczyłem granicę na moście między Franfurtem nad Odrą a Słubicami.

Leave a comment