Wolka 18 (4)

Zbigniew Milewicz

To nie jest długa ulica, według Wikipedii dwa metry brakują jej do dwóch kilometrów. Budowę Wolki rozpoczęto w 1849 r.; wtedy nosiła ona nazwę Schwientochlowitzerstraße, ponieważ był to teren pruskiego zaboru i droga prowadziła w kierunku Świętochłowic, geograficznie – z północy na południe. Miała na celu skomunikować Królewską Hutę – późniejszy Chorzów – a wówczas Königshütte oraz okoliczne kolonie przemysłowe z nieistniejącym już dziś dworcem kolejowym na północy miasta. Przemysł w regionie rozwijał się – jak by to później wicie rozumicie  komunistyczny aparatczyk nazwał – dynamicznie, więc  była taka ekonomiczna potrzeba. Budowę najpierw tylko utwardzonej szosy prowadziła pewna spółka akcyjna, która również nią zarządzała i za przejazd pobierała… myto, ponieważ teren był prywatny. W 1871 roku ulica, już jako miejska, została wybrukowana.

Lokalna miejscowość nie mogła się zbyt długo szarogęsić na szyldzie pryncypialnego traktu miasta, więc rychło zmienił on nazwę na Kaiserstraße, na ulicę Cesarską. Kiedy zaś na początku lat dwudziestych, w wyniku zwycięskiego III Powstania Śląskiego, a później Plebiscytu, Królewska Huta dostała się Polsce, ulica zmieniła nazwę na Wolności i pozostała nią aż do wybuchu II wojny światowej. Później była to oczywiście  Adolf-Hitler-Straße, nikt inny nie mógł jej patronować. Ja zamieszkałem na szczęście znowu na Wolności. Na zakończenie części historycznej o Wolce, taka ciekawostka: W połowie lat 90. XX wieku północna część ulicy ( ta, przy której mieszkałem ) została gruntowanie wyremontowana, za prezydentury Marka Kopla, stąd jej nieformalna, współczesna nazwa… Kopelstraße. Bez niemieckich akcentów nie da się tutaj chyba żyć. Jej południowy odcinek, od skrzyżowania z ul. Strzelców Bytomskich*, czyli jak to mówią miejscowi – przedłużona Wolności, pozostał w starym, z biegiem czasu coraz bardziej opłakanym stanie.

Pozwolę sobie jednak jeszcze na chwilę wrócić do mojego czasu, który spędziłem na Wolce, bo jeszcze coś chciałem o nim opowiedzieć. W kilkanaście lat po zakończeniu II wojny światowej dawna Królewska Huta znowu była polska. Fakt, że za czasów hitlerowskiej okupacji, stanowiła ona niezbywalną część III Rzeszy, trwał w świadomości wielu chorzowian, którzy uważali się za Niemców i mówili przeważnie tylko tym językiem. Nie chcieli wyjechać do RFN, ponieważ tutaj mieli swój dom, z Polakami łączyły ich sąsiedzkie więzi, koleżeństwo w pracy i często pokrewieństwo. Takie były realia.

 Najbardziej północny punkt ul. Wolności, który wytyczają zabytkowy, neogotycki gmach starej poczty oraz ławeczka Gerarda Cieślika, legendarnego piłkarza Ruchu Chorzów.

Moimi sąsiadami na piętrze, na Wolce były dwie siostry, starsze frelki, których nazwiska już nie pamiętam; po polsku rozumiały co nieco, choć poza dżendobry słyszałem od nich niewiele. Za to od czasu do czasu miały dla mnie kołoczka z makiem, albo z serem, zwłaszcza, jak im wniosłem po schodach wiadro z węglem. Na poddaszu mieliśmy hydraulika, o imieniu zdaje się Herbert, który naprawiał wszystkim sąsiadom nieszczelne kolanka w zlewach, albo wadliwe instalacje elektryczne, bo i na nich się znał. Robił to często za paczkę MDM- ów albo Grunwaldów, bo cenił lepsze gatunki papierosów. Koło kina Polonia mieszkała natomiast bardzo zdolna, choć podobno opryskliwa, niemiecka matematyczka,  która udzielała korepetycji uczniom wybierającym się na ścisłe studia, ale ten temat mnie osobiście nie interesował.

Natomiast wiele miałem do zawdzięczenia Mari, którą mama brała czasem do  generalnego sprzątania mieszkania.Była ona wesołą, rudowłosą kobietą, drobnej postury, która mówiła po polsku chętnie, ale z tak komicznym akcentem, że zawsze mnie to bawiło. Mari czyściła nam okna, żrandol, ściągała pajęczyny z sufitu, szorowała posadzkę, czasem gotowała jakąś smaczną zupę. Jedyną jej przypadłością była czkawka, która dopadała ją równie często, co i nieoczekiwanie. Wtedy zawsze wypowiadała tęsknym głosem swoje słynne: Ja, ja ich bin da, ach komm bloß. Czyli: Tak, tak jestem tutaj, tylko przjdź. Do dziś nie wiem, czy to zdanie było adresowane do jakiegoś konkretnego kochasia, czy tak ogólnie, do męskiego świata, bo miała podobno duży, a do tego niewykorzystany temperament.

Pamiętam, że któregoś razu Mari miała akurat umyć żyrandol, wysoko umocowany na suficie naszego pokoju. Ustawiła pod nim drabinę i poprosiła mnie, żebym ją przytrzymał, gdyby nie daj Boże wydarzyło się jakieś nieszczęście. Gorliwie przytaknąłem, byłem już fizycznie dostatecznie silny, by poradzić sobie z taką asekuracją. Weszła na górę, zabrała się za robotę, coś sobie przy tym nucąc, bo była muzykalna, aż tu nagle omsknęła jej się jedna stopa na szczeblu. Od razu przywarłem do drabiny, żeby kobietę ratować, a ponieważ równocześnie spojrzałem w górę, zauważyłem, że  nie ma majtek. Powiem szczerze, że było to dla mnie  odkrycie na miarę Kolumba – ta unaoczniona przy okazji różnica płci, której dotąd na żywo nie poznałem. Wtedy to Mari znowu czknęła i powiedziała swoje: Ja, ja ich bin da, ach komm bloß.

Oczywiście żaden mężczyzna się wówczas na Wolce, pod osiemnastką, w jakiś magiczny sposób nie pojawił, a syn gospodyni, na którego Mari być może także liczyła, jeszcze był żółtodziobem. Przestałem być prawiczkiem przepisowo, po ukończeniu 18 roku życia. Stało się to na plaży w Międzyzdrojach, o wczesnym poranku, po zamknięciu Astorii, gdzie byłem na dancingu, a zdeflorowała mnie o 20 lat starsza, miła mężatka, która nie chciała mi uwierzyć, że jest moją pierwszą…

Więcej grzechów nie pamiętam. Może tylko jeszcze ten, że kiedy w szeregach naszej harcerskiej i wodniackiej dwóki, maszerowałem  po Wolce z okazji 1 Maja ( na barkach nieśliśmy wtedy własnoręcznie wydłubane kanadyjki) to wykrzykiwałem szczerze: Morze, nasze morze, wiernie ciebie będziem strzec.  Dziś natomiast, z dala od niego, staram się zaledwie przypominać różnym ludziom, m.in. w tym blogu, że zarówno Bałtyk, Chorzów jak i Wolka są rdzennie polskie. Dzielimy je wprawdzie z innymi, ale o swoim nigdy nie zapomnimy, nie możemy.

*Za czasów okupacji była to Lazarettstraße, bo znajdował się tutaj szpital; funkcjonuje do dziś.

4 thoughts on “Wolka 18 (4)

  1. Zbychoo, jak Ty to robisz, że w Twoim wpisie zmieścisz wszystko:
    -“urbanistykę”, historię ulicy Wolka na tle całego miasta
    -no i Twój swoisty humor odnośnie własnego rozwoju psychoseksualnego
    Świetnie prowadzona “autobiografia”…czekam na dalsze odcinki…

  2. Przedociekliwa, miła TRu, to się jakoś tak samo splata. Natomiast dalszych obnażeń autobiograficznych póki co nie będzie, bo nie chcę robić za zboka. Zdrowych i pogodnych Swiąt Wielkanocnych Tobie i wszystkim Czytelnikom serdecznie życzę.

  3. Niedawno przeczytałem na fejsie świetną myśl jakiegoś anonimowego autora. Mianowicie, że pierwsze 40 lat dzieciństwa jest dla facetów najtrudniejsze. Bardzo trafne i cieszę się, że mam ten okres już za sobą.

  4. Ach Zbychoo!

    Człowiek się całe życie uczy:

    1- “dobrymi intencjami” jest piekło wybrukowane:

    na tyle chyba mnie już znasz, że czasem baraszkuję tekstami, nigdy nie chcąc być sarkastyczną, czy złośliwą, natomiast będąc zauroczona (jak zwykle) Twoimi tekstami…

    ale jednak Cię uraziłam,, bardzo, ale to bardzo jest mi  teraz przykro 😪😪😪, 

    2-na moje usprawiedliwienie mogę tylko tyle (z opuszczoną niziutko głową) powiedzieć: że “wywołałeś wilka z lasu” w pierwszym zdaniu, pierwszego odcinka Twej fantastycznej biografii…nie mogłam powstrzymać się więc od moich reakcji, nie mając nigdy ochoty, by Ci nimi dokuczyć (a wyszło, niestety,  jak wyszło)

    3-reasumując; nauczyłam się teraz, że może zawsze się zdarzyć, że nasze subiektywne zdanie o tym co i jak  robimy (szczególnie z dobrymi intencjami) jest absolutnie nieważne, jeśli jest inaczej przez adresata odebrane, bo czymś innym jest celowa krytyka, spełniając do końca swój cel, a czymś innym niewypał…

     Może nie jest on  jeszcze winą, ale na pewno już jest dużym błędem. I za niego Ciebie BARDZO  przepraszam!!!

    Zbychoo, na koniec tego komentarza chcę jeszcze raz podkreślić:

    -bardzo cenię sobie Twój barwny styl narracji, Twoją lekkość pióra po prostu talent i właśnie tę naturalność, nigdy nie robiąc z siebie żadnego “zboka”, ale odwrotnie, będąc  fajnym, dowcipnym autorem, który pisząc o sobie, robi to tak, że można tylko pozazdrościć, że tak mu się udaje…że tak potrafi…że czytając,  robi się koło duszy ciepło…

    Na tym blogu jest bardzo dużo świetnych wpisów, które również wysoko cenię, poruszają mnie, ale nikt nie pisze o swoim życiu tak pogodnie, nformacyjnie  i równocześnie z takim przymrużeniem oka na innych i na siebie, jak TY!!!

    Nie mam słów teraz na to, że Ciebie zniechęciłam do kontynuacji, a Wszystkim Czytelnikom odebrałam tak wspaniałą lekturę.

    Czy mogłabym to jakoś odkręcić? Zrehabilitować się,  a jak?

    PROSZĘ…

    PS. Idą Święta! Najlepsze Życzenia TOBIE I WSZYSTKIM CZYTELNIKOM, SORRY!

    T.Ru

Leave a comment