Wolka 18 (3)

Zbigniew Milewicz

Mama wyszła za mąż za Stefana na początku lat 50; chyba wtedy jeszcze nie chodziłem do szkoły, mieszkałem u dziadków na Wesołej i adres na ulicy Wolności to była dla mnie dopiero sprawa przyszłości. Należą się więc Czytelnikowi moje przeprosiny, że wprowadziłem go w pierwszym odcinku w błąd, wspominając, jak to jeździliśmy z mamą za ojczymem po Polsce, a później  wracaliśmy na Wolkę. Owszem, jazdy się zgadzały, tylko moim stałym adresem pozostawał nadal jeszcze dom na chorzowskim osiedlu Ruch. Prawdopodobne, że ojczym wynajmował już wtedy tamten pokój w centrum, remontował go, urządzał wspólnie z moją mamą, ale dokładnie tego nie wiem. Czas jest wrogiem pamięci. W każdym razie główną opiekę nade mną sprawowali wówczas jeszcze rodzice mojej mamy.

O tym, jak nam się wiodło na tych budowlanych delegacjach ojczyma, pisałem już tutaj, w cyklu W górę rzeki. Natomiast przemilczałem powód, dla którego w ogóle mama się decydowała za nim jeździć, do tego razem ze mną. Sam o tym długo nie miałem pojęcia, a sprawa była prosta: kochała go z wzajemnością, obydwoje mieli powodzenie u płci przeciwnej, więc dochodził motyw zazdrości, a poza tym, kiedy byli razem, rzadziej sięgał po kieliszek. Mnie zaś brała ze sobą, bo ludzie, którzy się kochają – mówiła – powinni być zawsze razem. Była romantykiem.

Z ojczymem miałem dobre relacje, nie było kłótni, myślę, że traktował mnie, jak własnego syna. W Przygłowie, na ziemi łódzkiej, gdzie spędziliśmy jakieś lato, nauczył mnie pływać w rzece, która jak pamiętam nazywała się Luciąża. Sam świetnie pływał crawlem, a mnie się bardziej żabka podobała i tak mam do dziś. W tym samym Przygłowie udowodnił też, że jest najlepszym rowerzystą, bo kiedy pewnego dnia nagle okropnie rozbolał mnie ząb, wsadził mnie na swój rower i zawiózł w te pędy do dentysty w Piotrkowie Trybunalskim, odległym o parę kilometrów, żeby cholerę wyrwać. Oczywiście zdarzały się między nami jakieś spory, zwłaszcza później, na Wolce, ale Stefan był człowiekiem kulturalnym i umiał komuś przyznać rację, jeśli były ku temu logiczne powody. Do tego miał duże poczucie humoru i nieporozumienia potrafił lekko obracać w żart.

Mama ze swoim drugim mężem, Stefanem Szczepkowskim. Dedykacja na odwrocie zdjęcia: Mojej ukochanej i jedynej żonie, Stalinogród 1956 rok

Dyplom inżyniera zdobył już po wojnie na Politechnice – w Gliwicach, lub Warszawie i miał ścisły umysł, ale jak wspomniałem w poprzednim wpisie – duszę humanisty. Mama, z którą poznał się  w… przedszkolu, w Chorzowie, mówiła mi, że jego rodzice zadbali o to, aby ukończył renomowane, prywatne liceum O.O. Pijarów, bo miał zostać księdzem. Wybuch wojny wszystkie plany pozmieniał i stracili kontakt ze sobą na wiele lat. Po wojnie mama wyszła za mąż za mojego ojca, Stefan również się ożenił. Obydwa związki trwały krótko. Teraz ja próbuję to, co wiem o drugim mężu mamy, jakoś poskładać, a nie jest tej wiedzy dużo; większość dokumentów w różnych okolicznościach zaginęła, lub została zniszczona. Nie znam na przykład daty i miejsca urodzenia Stefana, imion rodziców. Na pewno miał zagłębiowskie korzenie i rocznik podobny do mojej mamy, która urodziła się w 1921 r. Wiem, że uczestniczył w Powstaniu Warszawskim, ale czy sprowadzało się to rzeczywiście do tak mało chwalebnego zajęcia, jak produkcja bimbru (o czym pisałem w poprzednim wpisie ), tego nie wiem. Jak spytacie pozostałych przy życiu, niemieckich weteranów II wojny światowej, co robili na froncie, to większość też wam powie, że pracowali w kuchni przy obieraniu ziemniaków, albo grali w orkiestrze wojskowej. Mam takie przeczucie,  że powstańcze opowieści Stefana były adresowane m.in. dla mnie, żeby jak się już przed kimś wygadam, nie było  większych problemów z komunistyczną bezpieką, która prześladowała AK- owców.

Przez internet, bezskutecznie szukam w powstańczych archiwach nazwiska ojczyma. Stefana nie ma, jest natomiast kapral podchorąży Stanisław Szczepkowski, ur. 11.07.1919, ps. „Filar“, z batalionu „Kiliński“, który walczył w Śródmieściu Północ. Załączona, archiwalna fotografia pokazuje dwóch mężczyzn; po prawej stoi jeden w białej koszuli i hełmie, uśmiechnięty, po lewej blondyn bez nakrycia głowy, obydwaj przy broni. Nie wiem dlaczego typuję, że ten uśmiechnięty to Stanisław, ale wobec tego, kim jest jego towarzysz? W opisie zdjęcia nie ma, który z nich to „Filar“. Sfotografował się z kolegą, z krewnym? Mało prawdopodobne, że stanął przed obiektywem z nieznajomym towarzyszem broni. Kiedy przeglądam nieliczne zdjęcia Stefana z powojennych lat, które mam (niestety ich jakość, poza jednym, jest zła ) i porównuję je z tamtym archiwalnym, wydaje mi się, że to on, ten po lewej. Miał na nich podobne, subtelne rysy twarzy (dopóki później alkohol ich nie przefasonował ) i jakby ten sam wydatny nos z charakterystycznym znamieniem.

Który z obydwu mężczyzn to Stanisław Szczepkowski i kim jest jego towarzysz? **

Pani Maria Pałgan z działu archiwum Muzeum Powstania Warszawskiego, która uprzejmie próbuje mi pomóc w moich poszukiwaniach, niestety daje za wygraną.  Żadnych śladów człowieka. Za co wobec tego znalazł się na liście zbrodniarzy, poszukiwanych przez władze III Rzeszy, którą miałem przed laty w ręce? Może Instytut Pamięci Narodowej będzie umiał mi to wyjaśnić.

Mama rozwiodła się z Stefanem chyba jeszcze przed moją maturą, sąd uznał alkoholizm ojczyma za główny powód rozpadu ich związku. Wróciłem z Wolności na Wesołą, aby spokojnie przygotować się do egzaminu dojrzałośći, choć myślę, że byłem już wtedy dojrzały ponad swój wiek. Stałe przebywanie w towarzystwie dorosłych zrobiło swoje, osobiście też doświadczyłem, ile zła w rodzinie potrafi wyrządzić alkohol. Mama wróciła do starego nazwiska, z czego bardzo się ucieszyłem, ale dalej mieli ze sobą telefoniczny kontakt. Słyszałem, że Stefan jest po terapii i chciałby znowu być z nią razem, co jednak odrzucała.

Spotkałem go nieoczekiwanie jeszcze tylko raz w życiu. Na ulicy Mariackiej w Katowicach, w szemranym barze Pod Trójką. Chodzili tam głównie złodzieje, paserzy i kurwy tudzież pracownicy okolicznych urzędów, do których zaliczała się również cenzura, gdzie wówczas pracowałem*. Stefan miał na sobie dosyć przyzwoity płaszcz i swój ulubiony Eden, kapelusz, z którym rzadko się rozstawał. Wyglądał źle, był wychudzony, emocjonalnie jakby wypalony, z oczami bez wyrazu. Zaproponowałem, żebyśmy się napili za to spotkanie, zgodził się. Zamówiłem  dwie setki czystej, nie chciał niczym zakąszać, milczał. Wreszcie zapytał o mamę, czy kogoś ma. Nie pamietam już, co mu odpowiedziałem.

Gdzieś na początku lat 80 mama poinformowała mnie, że Stefan zmarł w Warszawie, gdzie od jakiegoś czasu mieszkał. Podobno ożenił się po raz trzeci z jakąś dużo młodszą od siebie warszawianką i doczekali się nawet potomstwa. Zmarł na serce, 1 sierpnia, w rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego. Nie dowiedziałem się, czy wtedy dalej jeszcze był trunkowy i skąd mama miała te wiadomości. W 1983 roku zmarł mój ojciec, a kilkanaście miesięcy później – mama.

Pisałem już kiedyś o tym w swoich rodzinnych wspomnieniach, ale pozwolę sobie powtórzyć i dzisiaj: kiedy opróżniałem tyskie mieszkanie mamy, w przedpokoju na komódce znalazłem jej stary bilecik z informacją dla mnie: zaraz wracam. Długo nosiłem go później w portfelu, pewnie z podświadomą nadzieją, że tak się stanie. Pamiętam, że był koloru niebieskiego, stąd i nadzieja, że wszyscy się kiedyś tam na górze znowu spotkamy. A propos: przychodzi starszy pan do nauczyciela łaciny i mówi, że chciałby nauczyć się języka Owidiusza. Na to belfer pyta, po co?
–  Cóż, w moim wieku myśli się już o sprawach ostatecznych – tłumaczy interesant. – Muszę się na górze jakoś dogadać, a tam wszyscy mówią po łacinie.
–  A jak pan trafi do piekła?
–  To żaden problem – odpręża się senior – niemiecki już znam.

Zakończę ten wpis relacją z mojego ostatniego spotkania z Ingą, które wcześniej obiecałem. Miało ono miejsce nad polskim morzem, pod koniec ubiegłego stulecia, prawdopodobnie w Międzyzdrojach, ulubionym kurorcie Ślązaków. Ona mnie pierwsza zauważyła na plaży, wyglądała świetnie, dużo młodziej, niż na 50, prowadziła na smyczy buldoga. Spieszyła się, więc tylko wymieniliśmy się informacjami, gdzie kto mieszka i co robi, i umówiliśmy, że jutro spotkamy się w tym samym miejscu, żeby sobie dłużej pogawędzić. Na odchodnym powiedziała mi z uśmiechem jeszcze raz, to co wtedy na swoim weselu: to mogłeś być ty. Poszedłem tam nazajutrz o umówionej porze, ale niestety nie udało nam się już spotkać.

Ciekawi Was historia ulicy, przy której mieszkałem? Jeżeli tak, to do zobaczenia w przyszłym tygodniu.

——–

* Wojewódzki Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk w Katowicach był jedyną instytucją, która odważyła się mnie zatrudnić na jednoroczny staż po studiach, zważywszy, że miałem za sobą świeżą odsiadkę za Marzec 68. Odpowiedzią na pytanie, dlaczego, były prywatne koneksje jednej z przyjaciółek mojej mamy, prowadzące do samego naczelnika urzędu.

** Od Autora: Dosłownie tuż przed publikacją tego wpisu otrzymałem następującego maila od Pani Marii Pałgan, którą poprosiłem o identyfikację mężczyzn ze zdjęcia: 

Szanowny Panie,

niestety zdjęcie na dole strony, które Pan wziął za zdjęcie  pchor. Szczepkowskiego, przedstawia dwóch żołnierzy ze Śródmieścia Południowego, jest to stały element w całej sekcji “Powstańcze Biogramy” i znajduje się pod każdym biogramem. Nie jest to zdjęcie profilowe Powstańca – zdjęcie profilowe znajduje się zawsze w lewym górnym rogu biogramu, poniżej imienia i nazwiska Powstańca.

Podobny stały element “dekoracyjny” mają także Baza Grobów, Baza Ofiar Cywilnych itd.

Niestety fotografia nie przedstawia S. Szczepkowskiego.

Załączam przykłady:

https://www.1944.pl/powstancze-biogramy/wanda-traczyk,46254.html
https://www.1944.pl/groby-powstancow/franciszek-adamski,3993.html
https://www.1944.pl/ofiary-cywilne/barbara-baczynska,682.html

Pozdrawiam
Maria Pałgan
Specjalista

2 thoughts on “Wolka 18 (3)

  1. Dzień dobry Zbychoo!

    Jak zwykle  czytam z ciekawością Twoje wpisy, muszę przyznać, że stwarzasz ciepły  klimat podróży po Twych wspomnieniach, do której czytelnik czuje się zaproszony, przez Ciebie,  jako przewodnika. Wzrusza mnie  Twoja potrzeba i pracowitość poskładania puzzli obrazujących Twoją historię na tle bliskich Ci osób. Widzę to jako ogromny respekt dla własnego życia i również dla tych osób, które szczególnie wyróżniasz, właśnie o nich pisząc. A… Inga właściwie dorwała Ciebie, a nie Ty ją, aby (być może), Ci powiedzieć, coś czego się nie zapomina, a dotyczy nas wszystkich : “nie marnuj czyiś uczuć, jeśli są zbieżne z Twoimi,  przestań głową stwarzać i a później przebijać ten sam mur, który stworzyłeś”. Może u Ciebie, to żaden mur, ale murek, nad którym czasem fruwa Inga, jako fajne, ciepłe wspomnienie. Pozdrawiam T.

  2. Droga Tereso, dziękuję Ci bardzo za dobre Słowo, które tylko nietuzinkowi poeci potrafią tak skroić. Składam te puzle, bo próbuję różne rzeczy zrozumieć ze swojego życia, ale kto tego nie robi? Pozdrawiam Cie serdecznie.

Leave a comment