Islandia, w której nie byłam

Tekst: Ela Kargol
Zdjęcia: Helcia Kargol

Islandia, kraj, który odwiedziła w lutym moja córka. Codziennie zasypywała mnie zdjęciami, zachwytami i rozczarowaniami. Że drogo, że zimno, ślisko, że pokój, który wynajęli nie jest taki zły, a ulice są kolorowe. A krasnal jest wrocławski, syrenka wprawdzie niewarszawska, ale taka nasza.


Hot dogi z baraniny, Bolognese też, do tego smaczne.

Kościół – chciałoby się powiedzieć katedra – w Reykjavíku nowoczesny, monumentalny, podświetlany na kolorowo nosi imię islandzkiego poety Hallgrímura Péturssona. Pétursson nie tylko pisał wiersze, był też duchownym. Kościół budowano ponad 40 lat. Jest najwyższym budynkiem w Reykjaviku i drugim pod względem wysokości budynkiem Islandii.


Jest widoczny z całego miasta, a z platformy widokowej u góry kościoła widać całe miasto i jeszcze dalej.


Land to kraj ice to lód, stąd Islandia. Reykjavík trochę trudniej, dymiąca zatoka – od gorących źródeł i gejzerów.


A kim jest Aurora? Bo to był główny cel podróży córki Heleny. Pojechała, żeby spotkać Aurorę, zobaczyć na własne oczy. Tę o nazwisku Borealis. Są dwie, Aurora borealis, Aurora australis, pólnocna i południowa.


W pierwszy dzień się nie udało, bo chmury i pełnia. Kilka dni odczekała. Pojechała w góry, do wodospadów, do ciepłych wód, zamarzniętych kraterów i kolorowej tęczy. Do wulkanów i koników islandzkich. Ale Aurora nie dawała jej spokoju. Aurora w mitologii rzymskiej to bogini brzasku, świtu, Jutrzenka, wcale niemajowa. W maju trudno ją spotkać, a poza majem Aurorę trudno zobaczyć. Rozwój techniki przezwycięzył dużo trudności.


Najlepiej widać ją przez obiektyw aparatu lub komórki. Bo dłuższy czas naświetlania, bo soczewka oka jest mniej wrażliwa na światło, bo coś tam jeszcze, czego nie rozumiem.


Zdjęcia z internetu obiecywały coś innego, więcej barw, więcej zieleni, ale rzeczywistośc okazała się skromniejsza. Może zamiast długiej sukni Aurora ubrała się tylko w kusy podkoszulek, może księżyc przeszkadzał, bo przecież Aurora lubi kompletną ciemność.


Może po więcej zieleni powinna córka polecieć do Irlandii :). Ale poleciała do Islandii i to w takim miesiącu, w którym Aurorę można teoretycznie spotkać.

Najpierw spotkała Pawła, potem Wojtka. Paweł pokazał Helci Aurorę, za drugim razem, a Wojtek tęczę nad wodospadem.


W Islandii Polacy stanowią największą grupę obcokrajowców, również wśród przewodników.


Nie widziałam w życiu wielu wodospadów, ale nad Siklawą w Tatrach nieraz ujrzałam tęczę. I ten wodospad w parku Þingvellir bardzo ją przypominał.

O krasnalu już wspomniałam. Krasnale, wiadomo, są wizytówką Wrocławia, ale są krasnale, które podróżują. Jeden z nich dojechał do Sopotu, drugi nad Wisłę do Warszawy, do Berlina trafił Życzliwek i stanął na Placu Wrocławskim (Breslauer Platz), no bo gdzieżby indziej. Jego bracia udali się do Lwowa, do Bredy w Holandii i do Reykjaviku, kolejnego miasta partnerskiego Wrocławia.


Zdjęcie wrocławskiego krasnala w Reykjaviku zrobione jest z tyłu i z daleka i drżącą ręką.

Wszędzie było ślisko. Zimno i pięknie.

Leave a comment