Ela Kargol
Powoli opuszczam Poznań
Opuszczam fizycznie, duchowo i rodzinnie. Pozostał jeszcze meldunek. Już nie w domu rodzinnym, ale w wysokim bloku z wielkiej płyty. Jeszcze wracam na groby, do urzędów, do pustego domu, a przede wszystkim do siostry, która wymaga opieki. Ale nie ma już domu, ani tego pierwszego, ani drugiego, choć ten drugi jest, ale go już nie ma. Nas w nim już nie ma.
Nie ma szczekania Reksia, nawoływania mamy, wiecznych remontów ojca, nie ma wspólnych świąt, rodzinnych rozmów, spacerów, rodzinnych kłótni.
Niezapominajki taty opuściły zeszłego lata ogród, a morela mamy przestała już dawno owocować.
Minęło.

Przyjechałam na kilka dni do mojego – było nie było – rodzinnego miasta w sprawach urzędniczo – hydraulicznych. Zaczęło się od hydraulicznych. Przeszło w urzędowe z przerwami na krótkie spacery od urzędu do urzędu.
I podczas jednego z krótkich „urzędowych” spacerów weszłam na „podwórko PANu”, tak je zawsze nazywałam. Archiwum PANu tam się cały czas znajduje.



Nie pamiętam Mickiewicza, dziwne. Chodziłam tu często do księgarni, do biblioteki rzadziej, ale też.
A teraz meble zamiast książek. Wstyd i profanacja.
Nazywałam ją zawsze „księgarnią PANu”, a to była księgarnia PWNu. A Mickiewicza mogłam nie pamiętać, choć to najstarszy pomnik wieszcza w Polsce. Może akurat nie ten, bo to tylko kopia postawiona na podwórku w roku 1998. A ja Poznań już raz opuściłam. W latach 80 ubiegłego wieku.
A z pomnikiem to było tak:
Już krótko po śmierci Mickiewicza w 1855 roku zawiązał się w Poznaniu komitet do uczczenia pamięci wieszcza. Zorganizowano uroczystości żałobne a z reszty zebranych pieniędzy postanowiono postawić poecie pomnik. Był to pierwszy pomnik Mickiewicza w Polsce, w Polsce, której nie było na mapie. Poznań był wtedy pruską twierdzą. Miejsce na pomnik wybrano przy kościele św. Marcina. I tak było trudno uzyskać pozwolenie. Może pomogła choroba króla Fryderyka Wilhelma IV. Brat, który go zastępował, późniejszy król i cesarz niemiecki wyraził zgodę. Mickiewicza wyrzeźbił w Paryżu znany polski artysta Władysław Oleszczyński. Pieniędzy nie starczyło na marmur, tylko na wapień z okolic Paryża. Nie udało się uzyskać zgody, żeby Mickiewicz stanął na Starym Rynku, albo przed katedrą, albo w innym reprezentacyjnym miejscu Poznania. Pomnik postawiono na gruncie kościelnym należącym do wspomnianego już kościoła św. Marcina, trochę z boku, w ogrodzie, by nie drażnić zaborców.
Pomnik dotarł koleją z Paryża do Poznania już w czerwcu 1857 roku.
Odsłonięty został dopiero 7 maja 1859 roku. Tak długo trwały starania o zgodę na ustawienie pomnika w polskim mieście pod zaborem pruskim.
Po prawie pięćdziesięciu latach wapień zaczął się kruszyć. Mickiewicza przeniesiono na podwórko przy ulicy Mielżyńskiego 27, czyli podwórko Poznańskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk. Nie wiem, czy klimat tam lepszy, czy tylko na takie przeniesienie uzyskano zgodę. Prawdopodobnie to drugie. Był rok 1904. Przed kościołem postawiono bardziej trwałą – bo z brązu – kopię pierwszego pomnika. Obydwa pomniki przetrwały do wybuchu II wojny światowej.
Po wojnie wybrano już inne miejsce na inny pomnik wieszcza. Co ciekawe, w miejscu obecnym, na Placu Mickiewicza, niedaleko Zamku Cesarskiego w roku 1903 ustawiono Pomnik Ottona von Bismarcka. Bismarcka zrzucono z cokołu w 1919 roku i przetopiono po ponad dziesięciu latach na Chrystusa Króla. Chrystusa Króla i oba pomniki Mickiewicza zburzono na początku wojny w 1939 roku.
Na obecnym Placu Mickiewicza oprócz posągu wieszcza, w roku 1981 postawiono Pomnik Poznańskiego Czerwca 1956, a o Chrystusie Królu informuje tablica.
Ale wróćmy do pierwszego pomnika Adama Mickiewicza i do „podwórka PANu”. Dziedziniec Poznańskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk odnowiono na początku lat 90 ubiegłego wieku i wtedy postanowiono też, żeby pomnik wrócił na stare (choć nie pierwotne miejsce). Następną kopię pierwszego pomnika, zrealizowaną również dzięki składkom społeczeństwa, odsłonięto 7 maja 1998 roku, w 139 rocznicę odsłonięcia pomnika autorstwa Oleszczyńskiego.
Dlatego mogę go nie pamiętać, bo zaglądałam tu od czasu do czasu podczas moich powrotów do Poznania, ale zachodziłam prosto do księgarni, a teraz, jak już wspomniałam, zamiast książek meble, nawet nie książkowe regały, ale kanapy, sofy.



Może w ramach zadośćuczynienia powstały teatr i kawiarnia. Choć one zaistniały już wcześniej, a księgarnię zamknięto nie tak dawno. Kawiarnia „U przyjaciół”, maleńka, tonie w drobiazgach starannie dobranych. Ja usiadłam przy stoliku Alicji z Krainy Czarów. A że w przeddzień odwiedziłam kota Alicji, wszystko ułożyło się w całość.

Maszyny do szycia jako stoliki kawiarniane, bardzo ich dużo na podwórku, świadkowie minionego czasu, szyły kiedyś sukienki i mundury, a teraz poddają się klimatowi i korozji. Piękne, nienaoliwione, bez nici i koła napędowego, zamienione w wehikuł czasu. Można do nich podejśc, pogłaskać, zapalić przy nich papierosa i wypić kawę. Można ich dotknąć, Mickiewicza nie można, dobro narodowe i narażone na dewastacje, o czym informuje kartka prosząca o nie podchodzenie do pomnika.






Moja babcia szyła dla mnie sukienki na podobnej maszynie. A ja dbam o tę maszynę jak o dobro narodowe. Niech niszczeje powoli. Bo niszczeje.


Niech czas obejdzie się z nią łagodnie. Na podwórku zza żywopłotu dostrzegam głowę konia. „Koń, jaki jest, każdy widzi”, jeśli nie zakrywa go żywopłot. Bo za żywopłotem okazuje się, że to skoczek. Czerwony, urwał się z szachownicy i schował za żywopłotem.
Maszyna mojej babci to nie tylko maszyna. Można ją było schować, a na blacie pojawiała się szachownica.

To na niej uczyłam się ruchów skoczka i innych.
W Poznaniu, ponad pół wieku temu.
