Viator
Dedykuję Kobelkowi
GenItalia
Temat tyleż śliski, co smakowity. Albowiem sempiterna sempiterną, lecz cóż czynić, gdy RZECZ objawia się… frontalnie? Gdy „to coś” jawi się w całej okazałości? A tak bywa w Italii nader często.
Choćby i sam patron naszej wyprawy, Dawid-Psalmista. Oryginalny wizerunek w Galleria dell’Accademia znamy świetnie.

Niemniej efeb ów prezentuje swe męskie walory dodatkowo w co najmniej dwóch innych florenckich lokalizacjach (niewykluczone, że jest ich więcej, ale Viator do nich nie dotarł). Prezentuje wielkoformatowo, bo o drobnicy zalegającej we wszystkich sklepach pamiątkarskich Starego Miasta wspominać nie warto. Gdzie prezentuje? Na Piazzale Michelangelo (skąd rozciąga się sławna panorama miasta) oraz na Piazza della Signoria, zdobiąc wejście do Palazzo Vecchio.


Kto chce, może napatrzeć się „owemu czemuś”, sportretowanemu w wersji młodzieńczej, do woli. Lecz jeśli preferuje raczej dojrzalsze ujęcie tematu, to nie ma sprawy! Jakieś pięćdziesiąt metrów na lewo od młodzianka Dawida, na drugiej flance florenckiego ratusza, swe klejnoty dumnie wystawia na pokaz, pośród strumieni pysznej fontanny, sam Neptun: mężczyzna, można by rzec, w typie „wino”: im starszy…

Uciec od tego Wędrowcze nie zdołasz. Możesz wyjechać z Florencji. Możesz nawet opuścić Toskanię! Nie szkodzi. Na rynku w Bolonii znów spotkasz boga mórz i oceanów. Tyle, że w innym ujęciu: jeszcze bardziej, jak się wydaje, dumnego ze swego wyposażenia i demonstrującego je z jeszcze większą dezynwolturą.


Lecz ostatecznie w czym rzecz? Jesteśmy w Italii, przeto przywoływanie dziedzictwa antycznego Rzymu – co prawda w wersji renesansowej, ale jednak – jest jak najbardziej na miejscu. Problem (czy rzeczywiście problem?) przybrał wszakże postać bardziej kompleksową. Trzeba przypomnieć, w formie erudycyjnego wtrętu, iż kultura śródziemnomorska wspiera się na trzech kolumnach i z trzech źródeł czerpie soki żywotne. To oczywiście Rzym, Ateny i Jerozolima. Rzym już odhaczyliśmy. Co z pozostałymi stolicami?
Ateny odnalazł Viator dość nieoczekiwanie w Pizie. Campo dei Miracoli z Krzywą Dzwonnicą to, rzecz jasna, oblig; ale co ponadto? No choćby czarowny wieczorny spacer brzegami rzeki Arno. A tutaj nagle, wśród ciągu renesansowych i barokowych kamienic, natrafiamy na obiekt z innej bajki: kościółek Santa Maria della Spina.

Stylowo kompletnie nie pasuje do otoczenia, a i jego posadowienie, przy samym nurcie rzeki, też cokolwiek dziwne. I okazuje się, że faktycznie, świątynia została rozebrana i ponownie zmontowana w nowej, obecnej lokalizacji, dopiero w drugiej połowie XIX wieku. Ale na razie poniechajmy kościółka, wrócimy do niego za chwilę.
Przed Santa Maria della Spina stoi posąg. Mówiąc ściśle: trudno powiedzieć, czy jeszcze stoi. We wrześniu stał, ale „w ramach” wystawy czasowej, projektu czy też happeningu artystycznego. Więcej rzeźb tego samego autora ustawiono wówczas w różnych punktach Pizy.


Posąg jest współczesny, lecz odwołuje się wyraźnie i wprost do formy znanej z antycznej Grecji (te Ateny, panie dziejski). Kuros, czyli apoteoza męskości… również pod „tym” względem.

Precyzyjniej rzecz ujmując, to wariacja na temat kurosa. Bo ci greccy obowiązkowo uśmiechali się tajemniczo, ów „archaiczny uśmiech” był obowiązkowym elementem konwencji. A ten tutaj co robi z japą zamiast się uśmiechać?

To sąsiedztwo kurosa z gotycką świątyńką… Z czego wynika? Bo przecież nie jest przypadkowe.
Atak rozszalałego, antyklerykalnego liberal-lewactwa, deprecjonowanie, prześladowanie, szyderstwo i takie tam różne? Litości, bądźmy poważni, poniżej pewnego poziomu się nie zniżajmy!
Kontrastowe i mające dać do myślenia zestawienie stylów, epok, kruszców, faktur, kolorów? Surowy brąz posagu kontra biel i écru karraryjskich marmurów pokrywających ściany kościółka? Niewykluczone.
A może konfrontacja dwóch koncepcji źródeł piękna? Tutaj antyczny, pierwotny, dziki zachwyt nad harmonią ludzkiego ciała, nad tym, co – nomen omen – przyrodzone. A tam transcendentna medytacja duchowa w formie misternego relikwiarzyka, jakby z kości słoniowej rzeźbionego (bo faktycznie Santa Maria della Spina strzegła kiedyś relikwii korony cierniowej). Kto wie?
Jeśli komuś z Czytelników przyszło na myśl, że malutkie sanktuarium będzie punktem wyjścia dla poruszenia wątku jerozolimskiego, to się rozczaruje. Jeszcze nie, jeszcze momencik.
W poszukiwaniu trzeciego źródła cywilizacji śródziemnomorskiej wyruszamy do Rawenny. Tam odnajdziemy Jerozolimę. Dokładniej, Al-Maghtas, gdzie Jeszua ben Josef przyjął chrzest z rąk Jana Chrzciciela. Ale to tylko parę kilometrów na wschód od Świętego Miasta, więc nie bądźmy drobiazgowi.
Dwa budynki, dwie koncepcje, dwa ujęcia. Prawdziwy pojedynek, również w „tym” sensie. Baptysterium Ortodoksów (czyli chrześcijan prawowiernych, tych głównego nurtu, bo na prawosławie jest jeszcze o kilkaset lat za wcześnie) i Baptysterium Arian (czyli antytrynitarzy, ówcześnie uznawanych za heretyków).
Ortodoksi wyznają unię hipostatyczną, to znaczy połączenie w Synu Bożym dwóch natur: boskiej i ludzkiej. Jeszua to prawdziwy Bóg i prawdziwy człowiek. A więc także prawdziwy mężczyzna. O czym możemy się przekonać, obserwując uważnie scenę chrztu, przedstawioną na mozaice zdobiącej sklepienie baptysterium. Przyglądając się szczególnie tej części postaci chrzczonego, która zanurzona jest w falach Jordanu.


Arianie unii hipostatycznej zaprzeczają. Dla nich Chrystus to nie Bóg, ale najdoskonalsze ze stworzeń. Prawdziwy, najprawdziwszy człowiek. Przeto i najprawdziwszy mężczyzna. I tej różnicy teologicznej nie wahają się przedstawić w swoim baptysterium, na swoim sklepieniu, w swej mozaice. To się nazywa, dzieci kochane, program ikonograficzny. A wynik pojedynku? Zdaniem Viatora jeden – zero dla arian.

Niestety, smartfon Viatora zawiódł na moment, chyba ze względu na szok, jakiego doznał. Zdjęcie trzeba więc było zapożyczyć u cioci Wikipedii.
***
Są sprawy, od których uciec się nie da. Zresztą, czy trzeba? Wszak homo nihil est a me alienum: w RZECZY samej.
