Silva rerum all’italiana… od sempiterny strony (7)

Viator

Medicina rodzinna

Viator uporczywie i w licznych repryzach dokuczał swej Małżonce po tym, jak nieopatrzenie przyznała się, że bardzo długo (aż do wspólnej wizyty w Camargue, czyli rajskiej delcie Rodanu) nie wiązała mentalnie pojęć „Prowansja” i „zioła prowansalskie”; ten motyw powróci jeszcze w jednym z odcinków. Przyganiał kocioł garnkowi: Pielgrzym sam dopiero podczas tegorocznej wizyty we Florencji – pierwszej i wiekopomnej, nieprawdaż – w drugim półwieczu swego życia, nagle ze zdumieniem skojarzył, iż wielki ród Medyceuszy, czyli Medici, nazwę swą wiedzie od… medycyny. Czy raczej od medyka: konkretnie jednego z protoplastów familii, ponoć parającego się tym zajęciem. Gamoń, nie Viator. Przypadek, nomen omen, dla lekarza.

Ale nie o Wędrowca chodzi, tylko właśnie o Medyceuszy. Cała Florencja przesiąknięta jest ich duchem, bo też, w rzeczy samej, potężnie odcisnęli swoje piętno na jej dziejach.

Wszystkie przewodniki bezwzględnie radzą: bazylika San Lorenzo! Znaczy Wawrzyniec: no bo wiecie – laur czyli wawrzyn i takie tam. Z oktagonalną kaplicą Medyceuszy, rzecz jasna. Pierwsze wrażenie, powiedzmy, przeciętne: budowle stare, dostojne, duże, ale takie jakieś… zapuszczone? Zwłaszcza fasada kościoła.

Złote, a skromne? Wejdźmy do środka. Na przystawkę, czyli w roli hors d’ouevre, wystawa relikwiarzy oraz różnych paramentów (jak mówią złośliwi – parametrów) liturgicznych.


Pierwsze danie, takie wstępne, dla zaostrzenia apetytu: zakrystia. Zakrystia jak zakrystia? A jeśli ją, by przywołać klasyka, „Michał Anioł dłutem haratał”? Tak. TEN Michał Anioł. Bez ekscytacji: jesteśmy we Florencji.


Danie główne: Cappella dei Principi. Mauzoleum, czyli pomnik chwały Medyceuszy. Raczej ich pychy. Paradoks: pycha, jak się okazuje, może być w dobrym guście. Najlepszym. W sensie artystycznym. Spektakl, feeria, miraculum. Monumentalna forma, zwieńczona potężną kopułą oraz dekoracja: wielkie przestrzenie inkrustowane wielokolorowym marmurem tudzież innymi cennymi kruszcami. Wszystko dopracowane w ogóle i w szczególe. W skali makro i mikro. Bez skuchy.

To obfite danie działa dodatkowo jak wyborny trunek. Viator jest zazwyczaj twardy i odporny, ale tutaj mu się w głowie zakręciło. Medyka!

A deser? Jest i deser. Który, jak się okazało, może przynieść wytrzeźwienie. Na koniec, w bocznej kapliczce, natrafił Pielgrzym na pewną rzeźbę. I ona właśnie zręcznie szarpnęła struną przekory, tak ukochanej przez Wędrowca.

Tutaj żaden medyk nie poradzi.

HIC TRANSIT GLORIA MUNDI

2 thoughts on “Silva rerum all’italiana… od sempiterny strony (7)

  1. Nie wiem, czy szanowny Viator zauwazyl, ze i herb rodziny Medyceuszow jest z piecioma okraglymi kulkami: palle, czyli pigulki.

Leave a comment