Silva rerum all’italiana… od sempiterny strony (4)

Viator

Como niewiadomo

Podróże Viatora polegają na ciągłym przemieszczaniu się: każdą noc spędza gdzie indziej, a w drodze przystaje po wielokroć, by odwiedzić różne miejsca i obiekty. Co więcej, marszruta jest zakreślona jedynie w ogólnych zarysach; korekty, a nawet całkowita zmiana planów, to nic niezwykłego. Wieloletnie doświadczenie pozwala planować trasę na kolejne dni dość racjonalnie i efektywnie, niemniej – od czasu do czasu – zdarzają się mniejsze lub większe kiksy. Ten akurat okazał się wybitny.

Pierwszy dzień zaplanował Viator perfekcyjnie: był czas tak na pierwsze, a przy tym dość dokładne, spotkanie z Monachium (swoją drogą to miasto z pewnych względów jest silnie związanie z historią przodków Wędrowca, a on odwiedził je dopiero teraz!), jak i na drugą, niezwykle sympatyczną wizytę w ukochanym Innsbrucku. No, ale to nie Italia, więc – póki co – cicho sza!

Za to drugi dzień okazał się małą katastrofą. W linii prostej dystans między Innsbruckiem a Como nie jest co prawda szczególnie wielki, ale jakimś zbiegiem okoliczności Viator nie uwzględnił, „zapomniał był”, iż droga cały czas wiedzie przez góry. I to te najwyższe. Alpy! Przełęcz Brenner, Merano, Aprica… Słowem: wiele godzin powolnej jazdy w górę i wcale nie szybszej w dół serpentynami wśród przepięknych i majestatycznych szczytów. A jeszcze koniecznie trzeba było się zatrzymać w okolicach Sondrio, by „nabyć drogą kupna” kilka butelek zacnego lombardzkiego Sforzato di Valtellina. Bezpośrednio u producenta, rzecz jasna. A zakup poprzedzony być musiał, co oczywiste, degustacją: inaczej nie ma to żadnego sensu.

Słowem: warto było, ale jednak gdy auto Viatora wjechało do Poncetty na północnym krańcu jeziora Como i Pielgrzym po raz pierwszy na własne oczy ujrzał ten akwen, zmierzchało się już intensywnie. Niemniej, jadąc ku miastu Como wzdłuż zachodnich brzegów jeziora, Wędrowiec miał okazję wykonać kilka niezgorszych, jak się wydaje, fotografii. Lago di Como ma swój niezaprzeczalny urok także wieczorem i nocą.


Urok urokiem, ale trochę jednak żałował Viator pejzaży dziennych. Tymczasem z kolejnym punktem programu poszło jeszcze gorzej. Pielgrzym zaplanował wizytę w nadbrzeżnej wiosce Giulino. Konkretnie: chciał zobaczyć miejsce, w którym partyzanci rozstrzelali Benito Mussoliniego i Clarę Petacci. Swoją drogą ta Clara… Od dawna jest dla Viatora zagadką: była tak wzniośle, nieprzytomnie i szlachetnie zakochana, czy jednak po prostu głupia? Ale wróćmy do naszego Duce. Miejsce wizyty zostało starannie wybrane i sprawdzone, wraz z fotografiami na internecie. GPS wskazywał drogę pewnie i klarownie. Jednak po osiągnięciu celu okazało się, że to nie tutaj. Nawigacja zgłupiała. Uliczki wokół strome i wąskie, poza tym zapadła już całkowita ciemność. A i trzeba się było nieco pospieszyć, by dotrzeć do hotelu. Dalsze poszukiwania stały się całkowicie bezprzedmiotowe. Możliwe, że Viator dotarł bardzo blisko murku przy jezdni w miejscu egzekucji oznaczonym krzyżem, ale jednak tam nie był. Inna sprawa, że w tej okolicy wszystkie jezdnie są otoczone takimi murkami i wyglądają bardzo podobnie, więc można uznać, że mniej więcej zadanie zostało wykonane, zaś genius loci odczuty. W rzeczy samej, Mussoliniemu prawie się udała ucieczka przed odpowiedzialnością, granica szwajcarska przebiega tuż tuż. Ale, jak wiadomo, „prawie” robi różnicę.

Szwajcaria… Viator planował na dziś jeszcze krótką wizytę w nieodległym helweckim Locarno. Teraz, pędząc ciemną nocą ku zarezerwowanemu hotelowi z nadzieją, że ktoś o tej porze będzie jeszcze dyżurował w recepcji, puka się w głowę, dziwując srodze swej oczywistej głupocie i naiwności.

Jako się rzekło, korekta planów podróży to dla Wędrowca nic niezwykłego. Toteż, po twardo przespanej nocy i po świeżym namyśle, udało się jednak znaleźć czas na zwiedzanie Como: wszak poprzedniego dnia było już na to stanowczo za późno. Wizyta jakby z foldera: słoneczny niedzielny poranek, urocze stare (naprawdę stare!) miasto, dzwony katedry i innych kościołów wygrywają słodkie melodie.


A Viator z Małżonką na promenadzie z widokiem na jezioro siedzą, atmosferę miasta chłoną. Łódki na wodzie i wzgórza wokół jeziora oglądają. Macchiato, omletki-brusketki… Takie tam różne. Paradisium. Czego Pielgrzym każdemu z Czytelników życzy.

Leave a comment