Roman Brodowski (Brom)
Materiał, jaki zawiera poniższy szkic literacko-poglądowy z historią w tle, z pewnością nie w pełni będzie zgodny z tym, czego dostarczają nam dzisiaj różnorakie instytucje tak zwanych badań naukowych (jak na przykład IPN).
To one przygotowują dla nas, przede wszystkim dla szkolnictwa, materiały edukacyjne z zakresu wiedzy historycznej oraz pomoce dydaktyczne, w celu kształtowania światopoglądów i postaw „patriotycznych““ (zwłaszcza wśród młodzieży). Niestety w kontekście spraw spornych, a dotyczących naszej i naszych przodków przeszłości, materiały te często mają negatywny wpływ na stosunki społeczne (ba, nawet rodzinne), jak i międzynarodowe. O to chodzi. Im mniej świadome społeczeństwo, tym łatwiej nim sterować.
Gdyby dzisiaj Amerykanie, których staramy się naśladować, zmienili swoją historię, najprawdopodobniej zacząłby się proces destabilizacji jedności narodowej.
Raz napisana historia, historia, na podstawie której w narodach „żyje tożsamość“, nie powinna co kilkadziesiąt lat ulegać zmianom, a my to czynimy w zależności od sytuacji oraz trendów ustrojowych, a to co z nią, z naszą Historią uczynili dzisiejsi nasi histopopulisci, nazywam po imieniu: „jest to zbrodnia przeciwko zjednoczonej wspólnocie, zbrodnia przeciw tożsamości narodowej.” Każda nagła zmiana narracji historycznej zawsze prowadzi do niszczenia jedności, do utraty wcześniej ukształtowanych wartości patriotycznych, a w końcu do nienawiści pokoleniowej, międzypokoleniowej i ogólnospołecznej. Wielu z tych, którzy jeszcze do niedawna tworzyli naszą narodową bazę postaw patriotyzmu, było przykładem pięknych postaw moralnych i etycznych, które potem stały się obiektami negacji i poniżenia. Dzisiaj zbrodniarze, do niedawna gloryfikowani przez ogół społeczeństwa, zaczynają tańczyć na grobach swoich ofiar. Natomiast prawdziwi bohaterowie, którzy oddali swoje życie za Ojczyznę, dzisiaj w oczach wielu, zwłaszcza w oczach młodzieży, stali się agresorami i zbrodniarzami. To, co było symbolami siły odwagi i dumy naszego państwa, dzisiaj umarło pod buciorami naszych pseudopatriotów.
Niestety stajemy się (jak już w historii bywało) narodem podzielonym, wrogim i wewnętrznie rozbitym. Dlatego właśnie postanowiłem napisać o tym, co powoli się staje przedmiotem manipulacji – namiastkę prawdy historycznej, nie tej która jest dzisiaj dla niektórych w naszym kraju wygodna i potrzebna, ale tej uczuciowej, logicznej i…, moim zdaniem, rzeczywistej.
Z góry przyznaję się że nie jestem ani historykiem, ani archeologiem, ani kimś powiązanym ze środowiskami naukowymi, badającymi i tworzącymi teoretyczne podwaliny naszej historii. Nie jestem też (jak wielu moich przyjaciół zwykło o mnie mówić) żadnym „filozofem mentalnym”. „Jestem kim jestem“ – w tych trzech słowach znajduję swoje samookreślenie.
Od dzieciństwa spragniony wiedzy, obserwator życia, poszukujący w przeszłości przodków swoich korzeni. To tyle i… aż tyle.
Historia jako nauka od zawsze stanowiła dla mnie hobbystyczną formę samodoskonalenia.
Nieufny, zawsze starałem się sprawdzać to, co czytam, wyłuskując „prawdopodobieństwo prawd historycznych“ zawarte w publikacjach ogólnie dostępnych (i nie tylko ). Setki przeczytanych książek, odkrywanie zawartej w nich wiedzy historycznej, książek napisanych przez znamienitych autorów, wytworzyło we mnie umiejętność wypracowywania własnych, w wielu sprawach spornych, poglądów. Postanowiłem bronić dorobku naukowego wielu badaczy oddanych nauce, historyków. Przed kim? Przed obecnie modną formą pseudonauki, jaką jest „histopopulizm“, przed przedstawicielami tego nurtu (chociażby w rodzimym wydaniu), jak np.: prof. Żaryn, Cenckiewicz, Ziemkiewicz (publicysta) oraz… im podobni, zasłużeni dla systemowych trendów politycznych, nie zaś dla nauki.
Poniższy tekst nie dotyczy jednak naszej polskiej rzeczywistości, a widzianej rozumem Polaka historii Ukrainy. Składją się nań moje przemyślenia, refleksje, dociekania, jak i lekko pogłębiona analiza materiałów dostępnych miłośnikom historii. Jest syntezą prawd zawartych w materiałach historiograficznych opracowanych na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat przez badaczy artefaktów, przez nasze autorytety wiedzy historycznej (nie tylko ojczyźnianej), a więc proszę nie porównywać ich z tym, co opisałem powyżej.
Kiedy dzięki Cioteczce Lidzie, (o której często wspominam w mojej twórczości literackiej) w wieku 15 lat poznałem odpowiedź na pytanie – skąd pochodzę, pobieżną jeszcze wtedy historię losów moich przodków, rozpocząłem życiową przygodę poznawania Kresów, kresów wschodnich, Wołynia. Fascynacja ta wymusiła na mnie poznanie historii ziemi moich przodków i, przy okazji, historii terenów wschodnich (w tym Ukrainy) od czasów Rusinów, czyli Waregów poprzez powstające dzięki Dynastii Ruryka z plemion słowiańskich księstwa po powstanie w roku 1991 geopolitycznych bytów (państw suwerennych) jak Ukraina, Białoruś oraz Litwa skończywszy. Tak, pasja ta sprawiła, że wiedza dotycząca ziemi Wołyńskiej, historii Polski oraz moich przodków, poszerzona „historyczną mądrością“ zazębiła się tematycznie z całą problematyką Wschodu ziem polskich, w tym z kwestią chyba najbardziej dla wielu historyków do dzisiaj sporną, jaką jest powstanie narodowej tożsamości Ukrainy. Być może ta wiedza, wiedza mola książkowego, „niedzielnego“ poszukiwacza artefaktów jest niewystarczająca, żeby wieść dysputy w tematach dotyczących kwestii historycznie spornych, jak na przykład geneza Ukrainy, jest jednak na tyle duża, by warto ją było poszerzać i uzupełniać.
Właściwie tym miejscu powinienem powoli zbliżać się do meritum sprawy, jaką chcę poruszyć, a mianowicie do wydarzenia jakie miało miejsce na berlińskim Uniwersytecie Trzech Pokoleń, za które niejako odpowiadam.
Tematem była Asymetryczna pamięć dwóch narodów. Zacznijmy od tego, że moim zdaniem więcej niż dwóch, a więc asymetryczna pamięć narodów posiadających wspólną historię – tak można by ująć ten temat wykładu, wrażliwy (dla mnie i tysięcy potomków Polaków z Wołynia, dotyczył współżycia ze sobą społeczeństw, które na przestrzeni trzystu może czterystu lat łączyło więcej wydarzeń negatywnych, aniżeli pozytywnych, które pozwalałyby na budowanie przyjaznych, sąsiedzkich relacji. Temat omówił pochodzący z Ukrainy Profesor Historii Andrij Portnow. Miałem możliwość przeczytania jego eseju na ten temat i uczyniłem to z wielkim uznaniem i zainteresowaniem, wysłuchałem też wykładu, z jakim przyjechał do Berlina. Dodam, że z wielkim szacunkiem odnoszę się do Profesora, oraz jego Dzieła, tworzonego na rzecz pojednania naszych narodów. Wysłuchałem tego wystąpienia i chciałem podzielić się z nim moimi spostrzeżeniami w kwestiach moim zdaniem spornych.
Dla wielu słuchaczy wykład ten był z pewnością i pouczający, i skłaniał do emocjonalnego odbioru. Chodzi wszak o Ukrainę, a jej aktualna sytuacja wyzwala w nas piękne ludzkie odruchy, empatię i współczucie. Jednakże dla tych, którzy na co dzień poszukują odpowiedzi na pytanie – co zrobić, aby zbliżyć zwaśnione i negatywnie ustosunkowane do siebie społeczeństwa, w kontekście krzywd jakich na przestrzeni wieków wzajemnie od siebie doznawały – pomimo empatii, niektóre poruszone w wykładzie kwestie mogłyby wydawać się kontrowersyjne, a na pewno nie w pełni pokrywały się z przekazem historycznym znanym nam z oficjalnie dostępnych w literaturze polskiej źródeł.
Dzięki temu wykładowi mogłem również, poznać nieco inne spojrzenie na naszą wspólną polsko-ukraińską przeszłość, a fakt, że było ono „nieco” inne, a nie „inne“, dowodzi że autor starał się jak najbardziej zbliżyć nasze stanowiska w tej naszej międzynarodowej, „dwubrzegowej przestrzeni“.
I właśnie to „nieco inne spojrzenie“ zawarte w eseju chciałem po zakończeniu wykładu nieco rozjaśnić. Niestety, jak się okazało, w czasie przeznaczonym na dyskusję nie wolno się było wypowiadać, można było tylko zadać pytanie. Gdy więc próbowałem poruszyć sporne kwestie, odbierano mi głos, zmuszając do zadania pytania i nie pozwalając na wypowiedzi w dyskusji.
Wypowiedź zacząłem od porównania obecnego stanu porozumienia polsko-ukraińskiego do jeziora. Po jednej stronie jeziora stoi profesor, po drugiej – ja. Obaj twierdzimy, że skoro fala uderza w nasz brzeg, należy do nas. Nie zastanawiamy się nad tym, gdzie te fale mają swój początek, i jak się tworzą i dlaczego uderzają jednocześnie we wszystkich kierunkach. Mówimy o skutkach wydarzeń, nie starając się zrozumieć i wyjaśnić przyczyn, a nawet jeżeli je znamy, staramy się je relatywizować, nie zaś obiektywnie wyjaśniać.
Poinformowałem słuchaczy, że wielokrotnie przeczytałem publikację profesora i że nie we wszystkim się z nią zgadzam, a przede wszystkim nie zgadzam się na usprawiedliwiające naród ukraiński kwestie związane z rzezią wołyńską w latach 1943–4 roku. Jestem zdania, że te usprawiedliwienia nie pomagają w zbliżeniu pomiędzy potomkami Polaków z Wołynia, czy w ogóle Polaków, a narodem ukraińskim.
Niewątpliwie Wołynian miało uspokoić stwierdzenie profesora, że „jakby nie rozumieć pojęcia ‘ludobójstwo’, rzeź na Wołyniu istotnie nim była”. Profesor nazwał więc rzeczy po imieniu. Jest to odważne stwierdzenie, którego zarówno władze ukraińskie, jak i znakomita część elit tego państwa się wystrzegają, chciałbym więc serdecznie w imieniu własnym, jak i moich wołyńskich przyjaciół, panu Profesorowi podziękować.
Tym niemniej targały nami emocje i w końcu profesor stwierdził: “jeżeli nie podoba się panu to, co napisałem, niech pan siądzie i sam napisze swoją wersję historii”. Było mi przykro, że go zirytowałem, było mi przykro, że nie umiałem lepiej wyrazić tego, co chciałem powiedzieć, ale przecież przyjąłem propozycję profesora – siadłem i napisałem „swoją wersję historii o nie mojej Ukrainie“.
Dlaczego o tym piszę? Dlaczego właśnie teraz, gdy nasz ukraiński sąsiad cierpi z powodu wojny najazdowej, wywołanej przez Rosję, naszego wspólnego, nieobliczalnego wroga? No cóż, bo właśnie przyszła pora, bym napisał tę swoją historię o nie swojej Ukrainie. Od co najmniej kilkunastu lat wielu myślicieli i badaczy ukraińskich szuka swojej ukraińskiej tożsamości, próbuje stworzyć historię państwa i narodu, którego de facto nikt wcześniej nie znał. Co ciekawe, jest nader wiele wykluczających się nawzajem teorii i wersji historii Ukrainy. Jest to historia fascynująca, do której i ja się chętnie przyłożę.
Tak, jesteśmy sąsiadami i… to się nie zmieni. Powinniśmy zatem wiedzieć, również nawzajem o sobie, jaka była nasza przeszłość. Zawsze powtarzam, że naród, który nie zna swojej przeszłości, nie istnieje, a skoro tak – nie może też tworzyć przyszłości. Te słowa doskonale pasują do dzisiejszego stanu mentalnego części Ukraińców, ale i naszych rodaków. Ukraina istnieje, więc musiała mieć przeszłość i… ma prawo do tworzenia swojej przyszłości. Chociażby nie wiem jaka była historia obu naszych narodów – „ONA” była! I winni jesteśmy uwagę historii tego dumnego narodu, jakim jest dzisiejsza niepodległa Ukraina.
W tym wpisie i kilku następnych postaram się opowiedzieć o tym, co było naszą wspólną historią, podzielić tym, co jest mi wiadome na podstawie tego, co znalazłem w naszej polskiej literaturze, ale też w literaturze rosyjskiej, skandynawskiej i światowej. Zacznę od tego, co już wcześniej powiedziałem, a mianowicie od IX wieku, gdy to na tereny Słowian przybyli Waregowie (Rusowie), od tworzenia się Rusi Kijowskiej, od początków i 700 letnim panowania dynastii Rurykowiczów, zapoczątkowanego przez legendarnego Ruryka, a na ich ostatnim przedstawicielu, Fiodorze I, synu Iwana Groźnego skończywszy. Bardziej szczegółowo zajmę się jednak okresem od początku powstawania potęgi kozackiej w XVI wieku po rok 1991. Dlaczego? O tym powiem nieco później. W moich rozważaniach nie znajdzie się jakajkolwiek wzmianka o wydarzeniach ostatnich lat, a więc też o tej nikomu niepotrzebnej, bratobójczej, rosyjskiej agresji.
Skupię uwagę na tym, co już dawno powinni byli uczynić historycy polscy jak i ukraińscy, by zakończyć waśnie i wzajemne antypatie między naszymi narodami, antypatie, które często przeradzają się w nienawiść. Postaram się także przedstawić naszą dziejowąrzeczywistość tak, by odbiorca mógł zrozumieć, że za naszą trudną, wypełnioną zdradami, zbrodniami i nienawiścią wspólną przeszłość, ponosimy wspólną odpowiedzialność.
„Z przeszłości należy wyciągać wnioski, ale nie wolno nam nią żyć”. Ta filozoficzna sentencja, powtarzana od wieków, niestety niczego nas nie nauczyła, a przecież tylko tak i my, i Ukraińcy możemy wspólnie tworzyć naszą dalszą dobrosąsiedzką przyszłość. Tak, historia jest jak życie, można je zainicjować i ono trwa. Lecz gdy umiera, nie można go wskrzesić. Można natomiast o nim pamiętać. Nie dla śmierci budujemy, czy też generujemy w sobie negatywne lub pozytywne emocje. Żyjemy natomiast dla tworzenia nowego życia. Tak samo jest i z naszą przeszłością. Tego, co poza nami nie możemy wskrzesić, naprawić, ale …, no właśnie, co ale?
“Tu z hymnu zstąpił do prostej powieści”, więc i ja zejdę już z tej sentymentalnie romantycznej wizji budowania mojej wyimaginowanej, słowiańsko-braterskiej wspólnoty.
Dla zrozumienia historycznego procesu powstawania i tworzenia się suwerennego państwa ukraińskiego przedstawię ten temat na trzech płaszczyznach: geograficznej, wspólnotowo-twórczej i tej najważniejszej, opisanej miedzy innymi w twórczości Tarasa Szewczenki – tożsamościowej.
Aby jednak nie tworzyć kilkusetstronicowego zarysu historii Ukrainy, skupię się na sprawach, które miały ogromny i zasadniczy wpływ na powstanie silnego, świadomego swojej odrębności narodu, co doprowadziło do stworzenia niepodległego państwa ukraińskiego. Jego fundamentem były wielokulturowość etniczna, religijna, jak i nierzadko lingwistyczna. Postaram się także zapoznać Cię drogi czytelniku (i droga czytelniczko) z niektórymi istotnymi dla naszego dwunarodowego współistnienia wydarzeniami związanymi z naszą wspólną historią, zwłaszcza w ramach Unii Lubelskiej.
CDN

Mogę tylko podziękować autorowi za chęć zgłębienia tego trudnego tematu. Zaprawdę nie znam się historii Ukrainy ( pobieżnie) ale coś jest na rzeczy fałszowanie historii) COŚ w duszy podpowiada mi, bym temat zgłębiła. No i odpowiedź powoli nadchodzi, jak na życzenie. Pozdrawiam autora czekam na następny artykuł.
Wstęp można skojarzyć z linczem przeciwników orientacji politycznej koalicji 13 grudnia, która wprowadza swoje ,,demokratyczne zmiany,, w ustroju państwa, min. oddamy TVP obywatelom, zlikwidujemy 17 instytucji m.in. IPN, Instytut Dziedzictwa Myśli Narodowej im. Romana Dmowskiego i Ignacego Jana Paderewskiego, Institut de Republica, Krajowy Instytut Mediów, CBA, czyt. będziemy mieli większe możliwości manipulacji społecznej tzw. prania mózgów.
Cały dowcip polega na tym, że histo populizm (Populizm) w zależności od rozwoju intelektualnego odbiorcy może mieć pozytywne skutki – jest legalnym narzędziem w demokracji. Teoretycznie reprezentuje głos ludu – tym samym nawiązuje do centralnego elementu naszej demokracji, czyli teoretycznej suwerenności pozbawionej wszelkich nacisków zewnętrznych, pozbawionej wszelkiej cenzury! Populizm może zmobilizować duże rzesze ludzi, którzy wcześniej byli mało aktywni politycznie, czyt. mało świadomi geopolitycznych zmian, oferując im platformę na nowe sposoby wyrażania swoich opinii, konfrontacji poglądów w obecnej rzeczywistości codziennego życia, wyrażać sprzeciw na ulicy, czy publikując swoje poglądy w różnych massmediach. W epoce cyfrowej oczekuje się rozwiązania każdej zagadki czy odpowiedzi na każde pytanie. Prawda jest taka, że w przeszłości miały miejsce niezwykłe ewolucyjne zdarzenia nie tylko historyczne, które przez lata pozostawały i pozostają niewyjaśnione min. epoki lodowcowe, znikające wyspy, niekończące się burze, zagadkowe artefakty, wiekowe monumentalne budowle! Niebezpieczeństwo tegoż populizmu w każdym rządzie – szczególnie obecnym, skłania się ku polityce autorytarnej, w której inni ludzie są wykluczani i deklarowani jako przeciwnicy. Jest to sprzeczne z zasadniczym elementem demokracji – pluralizmem, który głosi, że wszyscy ludzie są akceptowani i szanowani w swojej odmienności. Pozostaje kwestią otwartą, czy każdy jest tego świadomy, że na całym świecie rośnie populizm i nacjonalizm, a osiągnięcia, o które walczy się od dziesięcioleci, nie są już dziś tylko przedmiotem dyskusji, są wręcz w różnej formie kwestionowane!? Czekamy więc na część dalszą.