Pierwsze wrażenie Budapesztu

Konrad

Budapeszt. Piękny, “germańsko” dostojny, ale ludzie bardziej ludzcy, bliżej nas, Słowian – nawet podobnie szeleszczą.

Wiele ulic i szyldów kojarzy mi się z Polską sprzed lat, może taką, jaką pamiętam z wczesnego dzieciństwa. Przytulny wizualny postkomunizm.

Stolica Węgier ma tylu mieszkańców co Warszawa (według statystyk aż co do tysiąca). Odbieram ją jednak mniej pretensjonalnie – młodzieży w lanserskich ciemno-wąskich okularach prawie nie ma. Może prawdziwa jest teoria, że ludziom w mniejszych krajach rzadziej zależy na tym, by imponować?

Przed przyjazdem celowo nic nie czytałem ani nie oglądałem, więc poza zasłyszanymi wcześniej urywkami, nie wiedziałem, co może mnie tu czekać, ani w którym momencie.

Pierwsze ujrzenie panoramy nad Dunajem zaparło mi dech w piersiach. Baszta rybacka jako kompleks budynków, jak z jakiejś baśni, przyjemne kształty. Przebił ją tylko neogotycki parlament: ogromny, bezpośrednio przy rzece, chyba nawet bez żadnej barierki, wystaje niczym ogromna fala i jest dominującym elementem panoramy. Rozświetlony w nocy poraża pięknem. Aż trudno uwierzyć, że parlament tak mało tu dziś znaczy.

Nie czuć konserwatyzmu reszty Węgier, ani (będąc turystą), że to kraj, w którym o aferach rządowych trzeba się dowiadywać z mediów zagranicznych.

W centrum od groma rzeczy napisanych po angielsku, wydaje mi się, że o stopień więcej niż w Warszawie. W jednym spożywczaku więcej produktów miało opakowania po angielsku niż węgiersku.

Bardzo, bardzo wielu Azjatów, również mieszkańców. Znajomy z Korei, z którym tam byłem (a który był tu poprzednio pięć lat temu), nie mógł się nadziwić. Na każdym kroku koreańkie restauracje – w centrum jest ich 20.

Pusto jak na miasto takich rozmiarów. A byłem też w miejscach, które aplikacja z mapą oznaczała jako w danej chwili najbardziej zagęszczone ludźmi – o różnych porach dnia, w tygodniu jak i w weekend. Młodzi uciekają za granicę – ale aż tak?

(witryna sklepowa)

Dźwięk “sz” po węgiersku brzmi jak “s” po polsku, a polskie “sz” jak węgierskie “s”. W związku z tym polska nazwa Budapeszt ma poprawną wymowę, ale zły zapis, który po węgiersku zostałaby odczytany jako “Budapest”, co jest z kolei poprawnym zapisem niepoprawnej wymowy angielskiej. Można by taki trójkąt narysować.

Pogoda była świetna, ani nie zmokniesz z zewnątrz od deszczu, ani od wewnątrz od potu, ani nie wiało. Tylko chodzić.

Spotkaliśmy znajomego ceramika i poszliśmy do galerii sztuki świetlnej. Wywarła na mnie duże wrażenie. To były dzieła całkiem różnorodne, często sprytne technicznie, i wcale nie przesączone atmosferami, o których zwykle się myśli w kontekście światła: lekkość, duchowość, sielankowość. Nic do nich chyba nie mam, ale światło jako nośnik tych doświadczeń trochę spowszedniało. Na tej wystawie natomiast dzieła odnosiły do róznych innych atmosfer, np. do atmosfery naukowej, estetycznej precyzji. Uczta atmosferyczna.

Listopad 2023

7 thoughts on “Pierwsze wrażenie Budapesztu

        1. Pewnie masz rację, ale dla mnie to jest hańba miasta, w którym mieszkam i które, jeszcze całkiem niedawno, uważałam za otwarte, demokratyczne i tolerancyjne. Ale tamtego miasta już nie ma, jest to, w którym przed świętami wyrzucono starych ludzi na bruk.

  1. Tak, nie ma większej demoralizacji jak brak szacunku do podeszłego wieku i biedy.
    I polityka społeczna właśnie jest często tym czynnikiem na wskroś destruktywnym.
    T.Ru

Leave a comment