Zbigniew Milewicz
Nad Jenisejem i Angarą
Do następnego etapu podróży jest niecałe czternaście godzin, można więc przeboleć, że znowu mamy boczne koje. Naprzeciw mości się sympatyczna rodzina, jadąca z Kazachstanu aż za Krasnojarsk, na 80 urodziny mamy męża. Pochodzą z Białorusi, od najstarszego do najmłodszego, kilkuletniego wnuka wszyscy okrągli jak piłki. Połowę ich bagażu na pewno stanowi prowiant na drogę i praktycznie przez całą podróż jedzą, a my z Edmundem musimy im w tym towarzyszyć. Obraziliby się na nas, gdybyśmy odmówili. Ojciec z synem znają mnóstwo dowcipów, jest więc wesoło jak na familijnym pikniku.

Rodzinie towarzyszy starsza, drobna Kazaszka, która od lat pracuje pod kręgiem polarnym, w Norilsku. Opowiada o trudnych warunkach życia w tym mieście, których przeciwwagą są wysokie pensje, bo miasto siedzi na niklu. Pół roku trwa – opowiada kobieta – noc polarna, lądem do nich nie sposób się dostać, brak dróg, pozostaje Jenisej albo połączenia lotnicze. Norilsk jest miastem zamkniętym, przybysz musi mieć wizę, na którą czeka się średnio pół roku, a żeby ją dostać, trzeba wykazać się zarobkiem miesięcznym powyżej 14 tysięcy rubli na członka rodziny i odpowiednimi gabarytami mieszkania. Słowem, tylko nielicznym udaje się tam dobrowolnie dostać, ale my na szczęście jedziemy w innym kierunku.
Na dworcu w Krasnojarsku czekają na nas znajomi Larissy z Ussuryjska. Rozpoznają nas z jej opisu, pakują do samochodu i po dwudziestu minutach zajeżdżamy pod dom. Jest sobota, późnym wieczorem. Wcześniej robimy zakupy na kolację i śniadanie, bo lodówka jest prawie pusta. Taka była umowa z Larissą, w zamian za wikt i ewentualnie benzynę do samochodu, mamy u nich dach nad głową oraz w miarę możliwości – także program turystyczny. Irina, podobnie, jak Larissa, jest psycholożką, Sasza programistą, od dwóch lat są małżeństwem, na dorobku. Mieszkają w kawalerce ładnego, nowoczesnego bloku; będziemy spali na macie w pokoju, która na co dzień jest łożem małżeńskim gospodarzy. Sami pompują dmuchany materac i ścielą sobie na podłodze w kuchni. Zastanawiam się, kto w Monachium tak by zrobił ?
Niewiele czasu mamy na to miasto, tylko jeden dzień, w poniedziałek rano ruszamy dalej. Nasi gospodarze w ciągu tygodniu pracują, ale jest wychodnoje i chętnie pokażą nam miasto. Ładą Saszy jedziemy najpierw do miejscowego Muzeum Krajoznawczego, na którym głównie Edmundowi zależy, później nad Jenisej. Rzeka ma tutaj prawie dwa kilometry szerokości. Płyniemy wodolotem do platformy widokowej w Diwnogorsku, obwieszonej, jak choinka szamańskimi wstążeczkami i zamkniętymi kłódkami, mającymi wyprosić ludziom szczęście i dozgonną miłość u miejscowych duchów przyrody. Dalej samochodem, do elektrowni wodnej Diwnogorsk. Jest druga co do wielkości w Rosji i pierwsza, jeżeli chodzi o emisję energii elektrycznej. Tama na Jenisieju ma rozpiętość 1072 m, a jezioro zaporowe ciągnie się na długości… 400 kilometrów, aż do Abakanu. Na zaporę wstęp wzbroniony. Gdyby zdarzyło się nieszczęście – mówi Sasza – i tama została przerwana, woda zalałaby całe miasto, najwyższy punkt znalazłby się 20 metrów pod jej powierzchnią.*
Na głównej arterii miasta panuje spory ruch, niedzielni wycieczkowicze wracają do domów. Samochody wolno suną jeden za drugim, ale dzięki temu dokładnie można obejrzeć Aleję Pokoju, która stanowi ciekawą mieszaninę stylów. Stare, odrestaurowane domy z drewna sąsiadują z kamiennymi pałacykami bogatych kupców z przełomu XIX i XX wieku i współczesnym budownictwem, mniej lub bardziej dopasowanym do całości. Czuć zamożność inwestorów, miejscami ulicy nie brakuje wręcz paryskiego szyku, bo i zachodni kapitał działa w Krasnojarsku.
Nazwę osadzie dali kozacy, którzy przybyli tu w pierwszej połowie XVII w., od czerwonawego koloru granitowych skał nad rzeką. Rozpoczęcie eksploatacji rud żelaza w kolejnym wieku, a później otwarcie kolei przeistoczyło sioło w miasto, które dziś liczy prawie milion mieszkańców. Jest najbardziej centralnie położoną metropolią Federacji, a więc stanowi punkt strategicznie ważny. W czasach komunistycznych mieściły się tutaj liczne fabryki zbrojeniowe i zakłady technologii atomowej oraz produkcja krajowych „rezerw“ złota i cudzoziemcy nie mieli tu wstępu. Do dziś istnieją dzielnice (Krasnojarsk 26 i 45) wyłączone z normalnego ruchu. Trudno tam nawet „przypadkiem“ zabłądzić, są poza miastem, do tego nie oznaczone żadnymi drogowskazami.
Miasto żyje nadal głównie z przemysłu (ma m.in. drugą co do wielkości hutę aluminium na świecie), niestety stanowiącego duże obciążenie dla środowiska naturalnego. Położone jest jednak przepięknie, więc przyciąga turystów. Od południa graniczy z parkiem narodowym „Stołby“ (słupy), rozciągającym się na prawym brzegu Jenisieju, między jego dwoma dopływami, na przestrzeni 47000 ha. Nazwa „słupy“ pochodzi od czerwonawych, granitowych skał o przedziwnych formach, wrośniętych w krajobraz. Amatorów górskich wypraw przyciągają malownicze Sajany, nie brakuje także miłośników żeglugi rzecznej. Stąd w kierunku północnym można dopłynąć Jenisiejem aż do Oceanu Lodowatego, a na południe – do republik Chakasji i Tuwy.
Centrum miasta lśni czystością, jakby za chwilę miał tu przyjechać jakiś prominent. Na placach i skwerach sporo kwiatów, zieleni, są fontanny tańczące w rytm muzyki, spacerowicze, biegające dzieciaki, budki z lodami. Nawet nie chce się myśleć o tym, że parę ulic dalej jest już gorzej, zarówno z porządkiem, jak i wyglądem domów, że gdzieś poza tym oficjalnym kadrem mąż leje żonę, bo ta nie chce mu dać ostatniej kopiejki na klina, a dzieciakowi nie ma za co kupić lekarstwa.
Jedziemy zobaczyć zachód słońca i panoramę miasta ze wzgórza, spod XIX-wiecznej kaplicy pod wezwaniem św. Paraskiewy, uwiecznionej na 10-rublowym banknocie. Na dziesięciorublówce jest też tama elektrowni, którą oglądaliśmy wcześniej, ale ze wzgórza jej nie widać. Mamy za to piękną panoramę miasta w dolinie rzeki, na tle zachodzącego słońca, wartą więcej niż dziesięć rubli. Ten banknot stoi tak marnie, że są plany, by zastąpić go bilonem, co martwi lokalnych patriotów, bo Krasnojarsk może wyblaknąć w narodowej pamięci. Byłaby to niepowetowana strata, więc władze miasta rozpisały konkurs na pomnik ku czci banknotu 10-rublowego, który może już rozstrzygnięto.

Sensowniej byłoby, zamiast pomnika stworzyć miejsca pracy dla facetów, którzy cierpią na pochmieliju. Na kaca najlepsza jest praca i może ich rodzinom wiodłoby się wtedy trochę lepiej. Prawosławna święta słynęła za życia z wielu czynów miłosierdzia i za nic miała ziemskie zaszczyty, więc tylko ucieszyłaby się z takiego rozwiązania, a elektrowni pewnie wszystko jedno, czy ludzie jej nie zapomną. Ważne żeby pamiętali o opłatach za prąd i żeby mieli na to pieniądze.
*Szesnaście lat później rosyjscy barbarzyńcy przeprowadzili taki scenariusz na Ukrainie i 600 km. kw. chersońszczyzny znalazło się pod wodą (przyp. Z.M.)
Ciąg dalszy w następny wtorek

Hjej Zbychoo, co się po tym ciekawym kraju najeździłeś, to “tego Ci nikt nie odbierze”, ale co jeszcze jest dla mnie ważnym spostrzeżeniem, to fakt, że ciągle miałeś kontakt z ciekawymi, ciepłymi, gościnnymi, dobrymi ludźmi. Jak się im więc tam żyje dzisiaj, czy wiesz coś o tym? Pozdrawiam,
T.Ru
To prawda, ale zawsze staramy siię przecież zawierać znajomości z ludźmi, którzy budzą naszą sympatię, a tych niesympatycznych omijamy. Nie powiem, bywały i zgrzyty w tej podróży, ale ogólnie wyszła na plus. Niestety, dziś z żadnym z bohaterów tego reportażu nie mam już kontaktu. Pozdrawiam również Tereso.