Zbigniew Milewicz
Moskwa
Do hotelu jedziemy metrem. Moskwa liczy oficjalnie około 10,5 miliona mieszkańców, przy powierzchni 1081 km2 i kiedy w godzinach szczytu na ulicach zaczynają się tworzyć gigantyczne korki, to metro – mimo także sporego ścisku – cały czas dobrze funkcjonuje i pozwala tysiącom ludzi dotrzeć do pracy i domów. W porach szczytu ich liczba sięga 0,5 miliona. Stacja Tekstilszcziki, wysiadamy. Jak wszystkie dworce moskiewskie obstawiona jest bazarową architekturą różnej urody; handlują przeważnie kawkazcy. Ich szaurma, gorący i chrupiący placek, nadziewany mięsem tak pachnie, że od razu kupuję. Edmund bierze kurczaka z rożna. Jemy na stojąco, przy kontuarze smażalni. Do hotelu jeszcze kawałek – najpierw zaśmieconym skwerem, później chodnikiem wzdłuż ciągu monotonnych, kilkunastopiętrowych domów z wielkiej płyty. Z niej był zbudowany cały blok komunistyczny.
– Całe szczęście, że była ta płyta, dziś ludzie nie mieliby gdzie mieszkać – mruczy Edmund.
Z wykształcenia jest inżynierem budownictwa, dokładnie takie budynki stawiał w PRL-owskim Wrocławiu, normy techniczne wszędzie były podobne. W Rosji po pierestrojce skończyły się mieszkania kwaterunkowe, ludzie zaczęli je wykupywać. Całe rodziny składały się na to, zaciągano niebotyczne kredyty w bankach. Dziś ceny mieszkań w Moskwie nie ustępują nowojorskim, a często je nawet przewyższają. Jak wszędzie, liczy się standard i położenie. Stare, przeznaczone do sprzedaży, obowiązkowo przechodzą tzw. jewroremont, nowe budowane są pod konkretnego, zamożnego klienta. Dla przeciętnych niczego się już na ogół nie stawia, bo i tak ich nie stać.
Tekstilszcziki zamożne nie są, nie widać luksusowych domów, otoczonych murem, strzeżonych przez ochraniarzy i nowoczesne systemy alarmowe. Bar z bilardem, do którego wstępujemy w drodze do hotelu, ma jednak zimne, beczkowe piwo, co jest największym luksusem po całym skwarnym dniu. Właściciel, Ormianin mówi, że mnie pamięta z ubiegłego roku i choć mu nie wierzę, biorę drugie piwo, bo pierwsze z pragnienia wypijam duszkiem. Tym razem obsługuje mnie młodziutka kelnerka, która kręci się po sali. Podając piwo, trąca mnie biodrem, przeprasza zalotnym trzepotem rzęs i tanecznym krokiem odpływa na zaplecze. Jej miejsce na sali zajmuje inna dziewczyna, podobna do tamtej urodą, ale starsza, też w służbowej, czarnej mini – spódniczce i na szpilkach. Jesteśmy jedynymi klientami, stoliki są czyste, ale kelnerka z dużym wdziękiem to jakiś blat jeszcze raz przetrze, żeby błyszczał, to krzesło poprawi, albo sztuczną różę w wazonie. Stukot jej obcasów ładnie harmonizuje z muzyką rosyjskich szlagierów, płynącą z kolumn.
Ajent tłumaczy, że dziewuszki starają się przyciągać klientelę, ale interesy idą kiepsko. To jest najgorsza dzielnica w Moskwie, najwięcej w niej przestępstw kryminalnych i obcych, znaczy nie ruskich. Takich jak on sam, Azerbajdżańców, Ormian, Kirgizów. Zwracam uwagę na niewielkie podium z rurą do erotycznych tańców. Już tutaj było, jak przejmował lokal – śmieje się. Klienci przychodzą różni, kto ma pieniądze i życzenie, temu kelnerki i zatańczą, ale robią to rzadko.
W gostinicy Kuzminki, przy Wołżskim Bulwarze czeka na nas dwuosobowy pokój z łazienką, rzeczywiście w przyzwoitej cenie. Jedynym mankamentem jest brak ciepłej wody, bo coś tam remontują. Działa hotelowa winda, mieszkamy na siódmym piętrze. Niektóre meble w pokoju można byłoby już wymienić, położyć nową tapetę i odnowić sanitariaty, ale łóżko jest wygodne, lodówka i telewizor na chodzie, więcej do szczęścia mi nie potrzeba. Mój towarzysz kręci trochę nosem, za dużo się namieszkał w różnych hotelach na świecie, więc żeby się trochę pomądrzyć, w obronie rozpadającej się szafy, cytuję słowa poety Fiodora Tiutczewa: Rozumem Rosji nam nie pojąć, arszynem wielkim jej nie zmierzyć, bo Rosja prawo ma szczególne, bo w Rosję można tylko wierzyć…*
Prowadzenie dziennika podróży ma sens, jeżeli robi się to systematycznie, bo pamięć jest zawodna. Od wyjazdu z Moskwy do Nowosybirska nie minęły dwie godziny, a ja już nie pamiętam na przykład, ile kosztowało wejście bez kolejki do Mauzoleum Lenina, gdzie formalnie nie pobiera się żadnych opłat.

Migawki z Moskwy. Wywoływanie duchów pod murami Kremla
W końcu zrezygnowaliśmy ze stania w kolejce. Tymi pieniędzmi przewodnicy dzielą się później z żołnierzami z ochrony mauzoleum, bo żołd im nawet na papierosy nie wystarcza. Co innego prywatne firmy ochraniarskie, te prosperują dobrze. Rosłych ochraniarzy widać wszędzie: w hotelach, przed restauracjami, większymi sklepami, bankami, kantorami wymiany walut, muzeami i oczywiście nocnymi lokalami. Obstawiają przyjęcia weselne, stypy (pierwsze widziałem, w drugie uwierzyłem) i inne imprezy okolicznościowe. Prezentują się wyjściowo – są schludni, wysportowani, zwykle w eleganckich garniturach. Bywa, że się czają, jak na przykład na Placu Europejskim przy Dworcu Kijowskim, gdzie stoi nowoczesna rzeźba z niklowanych rurek, z obracającą się kulą ziemską i emblematem „E“ w środku. Otacza ją balustrada z podobnych, metalicznych kręgów, idealne miejsce, żeby się oprzeć i odpocząć po łazikowaniu po mieście. Mam się tutaj spotkać z Niką, moją moskiewską znajomą. Nagle, jak spod ziemi, wyrasta przede mną młody człowiek w błękitnej koszuli i zwraca mi uwagę, że nie powinienem opierać stopy o balustradę, bo ją w ten sposób brudzę i będzie nieładnie wyglądała. Pojednawczo przyznaję mu rację i siadam na tarasie pobliskiej kawiarni, która reklamuje „Pilsnera Urquelle“. Ceny mają bardzo europejskie, ale to piwo jest ich warte, poza tym taras jest dobrym punktem obserwacyjnym. Przy balustradzie pojawia się kolejna ofiara, jakiś Japończyk obwieszony aparatami fotograficznymi, który na domiar złego siada na rurze. Natychmiast przychodzi inny „niebieski“ i z jego gestykulacji wynika, że konstrukcja może się wygiąć pod ciężarem ciała mikrusa. Wskazuje mu kawiarnię i sam po chwili też tam wchodzi; a wiec to kawiarniani naganiacze…
Plac Europejski jest typową wizytówką nowej Moskwy. W nowoczesnym kompleksie handlowym prezentuje się głównie zachodni kapitał, jest Sony, Escada, Dior, Svarowski, Nestle, Boss… rosyjskich firm niewiele. Tylko najsilniejszy w stolicy operator sieci komórkowej, „Biline” jest widoczny. Reklamy zachodnich firm są w tym mieście wszechobecne. McDonald wiedzie prym, podobno właśnie w Moskwie osiąga swoje rekordowe obroty w skali światowej. Na ulicach więcej wypasionych bmw i mercedesów, niż swojsko rozklekotanych ład. Kto szuka rosyjskości, znajdzie ją w kopułach i wnętrzach cerkwi, na Kremlu, w spiżowych pomnikach i muzeach. Można pójść na Stary Arbat, przejść się Twerską, zadumać na Placu Puszkina, odwiedzić nekropolię Nowodziewiczą, albo objechać miasto turystycznym busem i popatrzeć na panoramę ze Wzgórz Worobiowych, ale nadal nie mieć o Moskwie jeszcze żadnego pojęcia. Leciwa, ruda przewodniczka po Kremlu, krążąca wśród turystów, pomaga rozszerzyć horyzonty.
– Tysiąc rubli od osoby, zwiedzamy wszystko co można, w tym zbrojownię i diamentową fontannę, gdzie normalnie nigdy się nie dostaniecie.
– Jak znajda się jeszcze inni chętni, to obniży pani cenę? – próbuję negocjować.
– Nie lubię Polaków, chytry taki naród – prycha ze złością i odchodzi.
Ciekawe, skąd poznała, ze jestem z Polski, pewnie po akcencie. Turysta innostraniec to źródło dochodów. Za zwiedzanie muzeów i niektórych cerkwi płaci więcej od miejscowych, o czym informują cenniki. W hotelach to samo, ale tam zasady glasnosti w cenach na ogół nie obowiązują, albo dane są nieaktualne. Na szczęście ta pazerność wobec obcych ma swoje wyjątki, czasami bardzo sympatyczne. W kasie miejskiego Muzeum Historycznego siedzi starsza, drobna kobieta i z natchnieniem coś dzierga na drutach.
− Szalik dla wnuka będzie? – zagaduję.
− Sweterek dla wnusi – prostuje. – Tylko patrzeć, jak przyjdzie jesień.
Nie pyta tradycyjnie, skąd przyjechałem, tylko czy jestem emerytem. Potakuję. Dostaję wobec tego bilet ze zniżką dla rosyjskiego emeryta. Czuję, że rumienię się ze wstydu, coś próbuję prostować, a kasjerka na to bez cienia ironii, że mam się nie przejmować, brać, jak dają, bo ich emerytów tak czy owak nie stać na zwiedzanie muzeów. Smutne.
Za 100-150 rubli można przed Placem Czerwonym sfotografować się z twórcami sławy i chwały imperium. Jak nie ma zbyt dużego ruchu Stalin z Mikołajem II grają w szachy, Lenin rozwiązuje krzyżówki, a Gorbaczow siedzi i myśli. Tylko Putin cały czas jest w gotowości. Trzyma się od kolegów trochę na uboczu, ale przecież zawsze na pierwszym planie, jakby akcentując swoją postawą: wprawdzie tylko udaję Włodzimierza Siergiejewicza, ale jestem najbardziej aktualny, a wiec najważniejszy… Jest też trochę podobny do oryginału. Mongoł Misza, który nieopodal handluje pamiątkami po dawnym ZSRR, twierdzi nawet, że to prawdziwy brat bliźniak Włodzimierza Siergiejewicza, będący w niełasce u TAMTEGO, więc musi dorabiać na życie pozując do zdjęć. Jak jednak wierzyć Miszy, skoro gada, jak nakręcony, żeby tylko sprzedać towar. – A może to nie brat… – mówi tajemniczo. Cóż, Neron też czasami wymykał się z pałacu i pod przebraniem sondował, co o nim myśli naród.
* F. Tiutczew był także dyplomatą i żył wXIX wieku, ale dzisiaj bym go nie cytował.
Ciąg dalszy w następny wtorek

PS, przepraszam autora – nie na temat! Ela Kargol dopisała niezwykły komentarz do mojego posta o cygańskiej artystce Małgorzacie Mirga-Tas. To powinien być samodzielny wpis. Czytajcie – koniecznie, w komentarzach: https://ewamaria.blog/2023/07/23/reblog-brucke-museum-mirga-tas/
Ewuniu, mnie się Cygan, podobnie, jak transsyb, kojarzy z drogą, z ruchem, więc trochę jesteś w temacie🙂Pozdrawiam.
eternal wagrant ashaverus…
p.s.
Włodzimierza Siergiejewicza ?
nie – Włodzimierza Włodzimirowicza;
Dziękuję za uwagę, oczywiście błąd, Włodimirowicza.