Trzy pesos

Marek Włodarczak alias Tabor Regresywny

Jednej niedzieli wyruszyłem z małej zatoczki nad Odrą we Wrocławiu w kierunku Berlina . Obiecałem żonie, że jak pójdzie coś nie tak, to zrezygnuję. Gotowość do rezygnacji jest ważnym elementem wyprawy. Wiem dokąd chcę dopłynąć, ale nie muszę. Zaczęło się od tego, że Ewa Maria napisała do mnie : „ Och napisz coś na bloga, potrzebuję tekstu od osoby zakręconej, bo wszyscy są tacy przemądrzale normalni”. Ja napisałem, a ona znalazła w domu, w książce nigdy przedtem niewidziane trzy pesos kubańskie z wizerunkiem Che Guevary i przeznaczyła na honorarium dla mnie.


Te trzy pesoso miałem początkowo przeznaczyć na cele Marszu dla Odry. Organizatorom chodziło o przyznanie Odrze osobowości prawnej. Wielu ludzi poświęciło swój czas i wędrowało brzegiem Odry od źródeł do jej ujścia licząc, że zrobi to na władzy wrażenie, a tu niespodziewanie, Sejm uchwalił ustawę o zagospodarowaniu Odry. Ustawę drastycznie sprzeczną z celami marszu. Ja rozumiem, że zgodnie z fizyką relatywistyczną, wszystkie sposoby patrzenia na świat, a w szczególności na rzekę, są równoważne, ale myśl jaką się kierujemy, podejmując działania, należałoby uzgodnić, a przynajmniej próbować uzgodnić, no chyba, że chodzi o pieniądze. Tak czy siak sytuacja groziła powstaniem nowego ogniska ekoterroryzmu. By temu zapobiec w pierwszej kolejności zwróciłem się do organizatorów Marszu z propozycją szerszego spojrzenia na problem. Inspiracją była lektura książki Janson Hickel Mniej znaczy lepiej. Za rabunkowy stosunek do ziemi Janson Hickel obwinia Kartezjusza i przeciwstawia mu Spinozę, dla którego nie było istotnej różnicy między człowiekiem a światem przyrody. Argumentowałem tak:
Mimo wszystko sądzę, że między człowiekiem a światem zwierzęcym jest pewna różnica. To nam Bóg udzielił słynnego błogosławieństwa „… i czyńcie ziemię sobie poddaną”. Tylko, że to czynienie wychodzi nam już bokiem. Mało tego. Nieważne, czy było takie błogosławieństwo czy nie. Nieważne jest, czy jakikolwiek Bóg za tym stoi. Istotne jest to, że na ten zapis powołują się ludzie, którzy wyrządzają ziemi największą szkodę. W Biblii Tysiąclecia to błogosławieństwo zapisano jeszcze dosadniej – „… ujarzmiajcie ją”. A w komentarzu dodano. „Szczególne błogosławieństwo Boże odnosi się do rozrodczości, a przy tym również do ujarzmiania, deptania ziemi (kabasz), tzn. podporządkowywania jej człowiekowi”. Takie sformułowania lepiej oddaje to, co wyprawiamy, tylko czy to ma coś wspólnego z „czynieniem ziemi sobie poddaną”. Czy jest możliwe, by były to dwie zasadniczo odmiennie drogi, a my, jakimś prawem kaduka, poszliśmy tą, która prowadzi na manowce? A może czas się zastanowić, co autor miał na myśli, mówiąc „i czyńcie ziemie sobie poddaną”? Może coś źle zrozumieliśmy. Jeśli tak, to po co było nam to ujarzmianie? Te pytania pojawiły mi się w trakcie badań związków między fizyką a poetyką. Wiem, że to brzmi dziwnie. By było jeszcze dziwniej, odpowiedzi szukam w Biblii Cygańskiej. Biblii niepisanej, doświadczanej w drodze, opowiadanej wieczorem przy ognisku i zapominanej rano, by nie było się o co spierać. Chyba nie trafiłem w „ducha” marszu, bo kontakt z organizatorami mi się urwał. Zaskarżenie ustawy o zagospodarowaniu Odry za naruszenie zdrowego rozsądku nie wchodziło w rachubę, bo nie wiadomo gdzie szukać zdrowego rozsądku. Pozostało mi tylko podjąć próbę obalenia rządu środkami artystycznymi, bo innymi nie dysponuję. Nie pozostało mi nic innego, jak przeznaczyć te trzy pesos na obalenie rządu. Trzy pesos kubańskie nie mają dużej wartości, ale można im nadać wielką wartość magiczną. To wymaga wysiłku.

Video

No i siedzę w „Maleńkiej”, wyposażonej w żagiel, wiosła i dwa miecze. Żagiel na nic mi się nie zdaje, bo wiatr wieje prosto w „mordę” . Łódka, a właściwie pół łódki, ma zaledwie dwa i pół metra długości, ale dzielnie się spisuje na falach wywołanych przez wiatr i prujące bez opamiętania motorówki. Wiosłuję twardo. Nawet zgrabnie mi to idzie, ale ile można wiosłować pod wiatr. Widząc moje zmagania, operator śluzy „Redzin” nie bierze opłaty z śluzowanie. Mając silny przeciwny wiatr między ścianami śluzy dwukomorowej o podwójnej długości, ledwo się wydostałem na otwarte wody. Po ponad ośmiu godzinach wiosłowania pod wiatr, dotarłem do portu w Urazie. Jacyś ludzie pomogli mi wyciągnąć łódź na brzeg, bosman zaproponował nocleg w swoim kontenerze oraz sesję zdjęciową z „Maleńką”. Na drugi dzień ruszam wcześnie rano w kierunku portu w Ścinawie do Agaty, Bogdana i ich „Arki”.
Mimo, że maszeruje mi się lżej niż wiosłuje pod wiatr, nie mniej dalej brnę pod wiatr. Nie wiem jakich środków artystycznych użyła moja żona, żeby mnie odwieść od tej wyprawy, ale trzeba jej przyznać, że jest bardzo skuteczna. Mając jeszcze około dziesięciu kilometrów do Ścinawy, po kolejnym postoju rezygnuję z wyprawy. Trudno, widać, że coś jest nie tak. Dojdę do Ścinawy i tam zakończę walkę z przeciwnościami losu. Byłem około ośmiu kilometrów przed celem, gdy zatrzymał się przed mną samochód dostawczy, a kierowca zaproponował podwiezienie, mimo że jest mu nie po drodze. To już drugi taki przypadek, gdy ktoś proponuje podwiezienie, mi i mojej łódeczce. I to znów w sytuacji, gdy rezygnuję z dalszego marszu. Wyprawę kończę w gościnie u Agaty i Bogdana w Ścinawie. Ale to już inna historia.

One thought on “Trzy pesos

Leave a comment