Michał Talma-Sutt
Wiem, że nic nie wiem, czyli co się stało w Rosji?
Sokratesowe przesłanie na dzień dzisiejszy staje się faktem, tracąc niestety na wartości, ale to kwestia na inny artykuł. Dzisiaj zajmijmy się tym, co właśnie wydarzyło się w Rosji i jaki wpływ mieć to może na wojnę w Ukrainie. Od razu tutaj zaznaczę, pojęcia bladego nie mam.
Jeśli chodzi o to, co się zdarzyło, to ewentualnie trochę więcej wie sam Prigożyn, jakieś osoby z wąskich kręgów amerykańskiego wywiadu, ktoś tam na Kremlu. Coś tam pewnie wiedział i sam Putin. I od niego zacznijmy.
Centralne pytanie – czy jest możliwe, że tak naprawdę to wszystko, co się stało w przeciągu ostatnich 48 godzin, było zasłoną dymną, w celu usunięcia Putina? Jako głęboko wierzący agnostyk mogę sobie wiele rzeczy wyobrazić, więc to pytanie może się okazać jak najbardziej uzasadnione. Dodatkowo można znaleźć pomiędzy wierszami pewne przesłanki wspierające tę tezę. Pomiędzy wierszami bardzo chaotycznych informacji, które zalały internet, media i prasę. Ale po kolei. Oczywiście każdy może sobie znaleźć chronologię wydarzeń w Rosji od nocy z piątku na sobotę do „teraz” (niedziela 12:26 – gdy piszę te słowa). Dlatego się ograniczę do wypunktowania tylko pewnych faktów. Pewnych w sensie ilościowym a nie empirycznym.
- Po domniemanym ataku na siły wagnerowców przez rosyjskie wojsko, Prigożyn ogłasza „Marsz sprawiedliwości” w kierunku Moskwy.
- Wczesnym rankiem wagnerowcy są już w Rostowie nad Donem, gdzie zajmują główną kwaterę Południowego Okręgu Wojskowego. Najwyraźniej bez większych problemów.
- Co więcej, siedząc obok wiceministra obrony Jawkurowa, Prigożyn żąda przyjazdu samego ministra Szojgu i szefa sztabu armii Gierasimowa, jeśli nie dojdzie do tego spotkania, to wagnerowcy maszerują dalej…
- Około 9 w telewizji pojawia się Putin, który oprócz paru dramatycznych stwierdzeń o ciosach w plecy, oznajmia, że wydał rozkaz neutralizacji buntowników (co można, znając rosyjskie realia, interpretować jako rozkaz likwidacji ich szefa).
- … co też się dzieje, znaczy się ad3, bo Prigożyn nadal ma się dobrze, a po kilku godzinach Grupa Wagnera dociera do Woroneża i ogłasza przejęcie kontroli nad wszystkimi tamtejszymi obiektami wojskowymi.
- Gdzieś w międzyczasie pojawia się informacja o starcie samolotu Putina, kierunek Petersburg, który znika nagle z radarów (wyłączony transponder?). Od tego czasu nikt nie wie, gdzie jest Putin, właściwie nadal tego nie wiemy (13:15 niedziela). Oficjalnie wg Pieskowa, rzecznika prasowego prezydenta, przebywa on nadal na Kremlu. Intensywnie pracując na rzecz Rosji zapewne.
- Wagnerowcy kontynuują marsz, niby jest jakiś opór, gdzieś pojawiają zestrzelone helikoptery, ale ok. godziny 16 informują, że za jakieś dwie godziny to już dotrą do rogatek Moskwy.
- Nagły zwrot akcji. Po godzinie 19 białoruska reżimowa agencja prasowa BelTA informuje, że dzięki heroicznym wysiłkom bohaterskiego prezydenta Białorusi Łukaszenki, udało mu się przekonać Prigożyna, żeby jednak Moskwy nie najeżdżał. Wkrótce po tym szef Grupy Wagnera osobiście to potwierdza i zapowiada powrót jego bojowników do koszar. Pieskow informuje, że nie ma sprawy (karnej), nikt wagnerowców ścigać, czy też jak rozkazał Putin, neutralizować nie będzie, Prigożyna też nie, bo on sam ma wyjechać do Białorusi. Czy będzie tam prosił o azyl polityczny nie wspomniano. Reasumując – wsio w pariadkie, nic się nie stało.
Tutaj mógłby być punkt 9., czyli domniemana rozmowa telefoniczna pomiędzy panem Ł. i panem P. W której ten drugi, zapewne zapewnia tego pierwszego o dozgonnej wdzięczności. Nagłówki się pojawiają – typu „Putin dziękuje Łukaszence”, sugerujące, że wszechwładca Rosji ma się świetnie, podobnie zresztą jak przyszły azylant na Białorusi – Prigożyn.
Sugerujące podkreślam, że Putin nadal jest prezydentem Rosji. Muszę jednak, opierając się sugestii, postawić pewne pytanie. Dlaczego do teraz (niedziela 14:03), prezydent Rosyjskiej Federacji milczy. Żadnego wystąpienia jak do tej pory nie ma, w całkowicie jego władzy podporządkowanych mediach nota bene.
W sumie cała ta historia marszu wagnerowców przypomina jakiś film akcji kategorii B, jednakże z dość udanym twistem. Na tyle, że można czekać na sequel. Bez którego, ni rusz nie będziemy wiedzieć, o co właściwie w pierwszym filmie chodziło. Czy ze względu na słabości scenariusza, trudno powiedzieć. Pewna dramaturgia była, można podejrzewać, że sequel jest już gotowy i pojawi się niebawem.
Powracając do centralnego pytania, czy całość tej zupełnie nieprzejrzystej sytuacji jest tylko zasłoną dymną, po to by usunąć Putina od władzy? Jak napisałem, pewne przesłanki możemy znaleźć. Po pierwsze w ciągu tych kilkunastu godzin runął mit silnego prezydenta Rosji, który z nagim torsem i gołymi rękami niedźwiedziowi dałby radę. No bo jeśli jego rozkaz neutralizacji (czytaj likwidacji – słownik rosyjsko-rosyjski) buntowników i ich szefa, rzecznik prasowy (sic!) tego mocarza zamienia w pełne ułaskawienie wagnerowców i Prigożyna (ok. banicja dobrowolna do neutralnej Białorusi, gdzie jak wszyscy wiemy, ze względu na tą neutralność Moskwa nie ma żadnych wpływów), to tylko można przecierać oczy za zdumienia. Niby kino akcji, a jednak może czeska komedia?
Jak słusznie zauważa Jill Dougherty, Putin zdrajcom nie wybacza, a znając przypadki Litwinienki, Skripala, czy Berezowskiego, wiemy, że nie ma takiego miejsca na świecie, żeby się jego zemsty nie obawiać. No chyba że w neutralnej Białorusi właśnie. Podzielając lub nie obawy o los Prigożyna byłej szefowej CNN w Rosji, od razu nasuwa się nam jednak takie pytanie. Czy szef grupy Wagnera, wiedząc, że teraz wisi nad nim miecz Damoklesa, zrezygnowałby z pochodu na Moskwę? Mając gwarancję bezkarności od kogo? Samozwańczego prezydenta Białorusi na kroplówce (dosłownie i w przenośni) i jakiegoś tam rzecznika prasowego? Jak w jednej z ostatnich informacji podaje portal strana.news konwój jego buntowników liczył ponad 1000 pojazdów – czołgi, wozy opancerzone, wyrzutnie rakiet. Czyli w sumie dość mocna siła rażenia. Nagle stop, zawracamy. Właściwie tuż spod Moskwy. A może po prostu Prigożyn wiedział, że się bać nie musi?
To też ważna przesłanka, że całość mogłaby być inscenizacją, tylko po to, żeby przeprowadzić operację usunięcia Putina. Pałacowy zamach, w który mogła być zaangażowana jakaś grupa ludzi, najprawdopodobniej powiązana bezpośrednio z Kremlem. Znając trochę historię Rosji, możemy założyć, że jest to jest całkiem możliwe, że Putin jest już nie tylko politycznym trupem, ale trupem dosłownym i niewykluczone, że już od wczoraj. I choć może się zdarzyć, że jeszcze dzisiaj zobaczymy go w rosyjskiej telewizji, jedno nie przeczy koniecznie drugiemu. Rosjanie mają sporo zdolnych ludzi od komputerów, oprócz hackerów zapewne paru świetnych specjalistów od deep fake’ów.
A potem pojawi się komunikat, prezydent zasłabł, serce nie wytrzymało stresu, albo będzie to wylew… Nie takie rzeczy w Rosji zdarzały, w jej sowieckim wydaniu również, w sumie historyczna tradycja.
Oczywiście, tak jak na wstępie wspomniałem, nie mam bladego pojęcia, co się tak naprawdę w Rosji wydarzyło i o co chodziło, ale myślę, że nie jestem tutaj osamotniony.
O ewentualnym pałacowym zamachu i o politycznych trupach napisał właśnie Witold Jurasz na onet.pl, człowiek który dużo czasu spędził za wschodnią granicą Polski, zarówno w Moskwie, jak i w Mińsku. Czyli dysponujący nieporównywalnie większą wiedzą na temat Rosji i Białorusi niż moja. Pomimo tego nie jestem do końca przekonany, że to właśnie Prigożyn ma większe szanse od Putina, żeby być trupem dosłownym, jak pisze Jurasz. Choć z drugiej strony służba prasowa Prigożyna ogłosiła, że nie ma z nim jeszcze kontaktu (niedziela 16:39). Ale powiedzmy, dajmy obu panom P. fifty/fifty szans na przeżycie i raczej jeżeli już to w sensie, że albo jeden, albo drugi.
Ale zastanówmy się trochę nad ewentualnym spiskiem i przewrotem. Fakt, że grupa Wagnera w takim tempie zmierzała w kierunku Moskwy, oznacza jedno, nie napotkała jakiegoś zdecydowanego oporu. Przynajmniej takiego, który miałby pasować do putinowskiego rozkazu neutralizacji buntowników. Oczywiście doszło do jakichś mniejszych potyczek, pojawiły się doniesienia o zestrzelonych helikopterach, czy wideo zestrzelonego samolotu transportowego. Ale neutralizacja? Daleko było od tego. Wagnerowskie konwoje poruszały się w takim tempie, bo czołgi były transportowane na ciężarówkach (co widać na filmach, logiczne, sam czołg nie jest zbyt szybkim pojazdem) autostradą do Moskwy. Nie jestem specjalistą militarnym, ale nawet jeśli taka ciężarówka jedzie 100 km/h na otwartej drodze, to nie jest chyba jakimś trudnym celem, np. dla lotnictwa. Jest mowa o straconych sześciu helikopterach i jednym samolocie, ale trudno się nie oprzeć wrażeniu, że tylko tyle lotnictwo wysłało, żeby zatrzymać wagnerowców, no a że ci mieli obronę przeciwlotniczą ze sobą, to się skończyło, jak się skończyło. A karawana jedzie dalej, powstrzymał ją bohaterski Łukaszenko za pomocą telefonu. Dziwne nieprawdaż?
Pomijając już samą kwestię nagłej mocy sprawczej białoruskiej marionetki, jaką Łukaszenko jest w rzeczywistości, to nie należy zapomnieć, że jedynym źródłem informacji (o całodniowych negocjacjach z Prigożynem i rozmowie z dośmiertnie wdzięcznym Putinem) jest BelTA, agencja prasowa białoruskiego reżimu. Czyli wiarygodność tych informacji jest co najmniej wątpliwa. Można równie dobrze założyć, że nic takiego nie miało miejsca. Nie wyklucza to jednak, że jeśli całość wagnerowskiej hucpy była zasłoną dymną, dla usunięcia Putina, to w jakimś stopniu zarówno Prigożyn jak i Łukaszenko należeli do kręgu spiskowców. Raczej nie do najwęższego, na pewno w przypadku białoruskiego prezydenta, jeśli już, to nadal pozostał czyjąś marionetka. Co do roli Prigożyna, to możemy tylko gdybać, czas pokaże, czy też był tylko pionkiem w czyjejś grze, czy może jeszcze jakąś rolę odegrać.
Skoro jednak się wycofał bez bólu, nie chcąc przelewać bratobójczej krwi, to ktoś musiał mu coś obiecać. Albo ma o wiele większe wpływy, niż myślimy i to że nie ma z nim na razie kontaktu, może być taktycznym wycofaniem, przed powrotem na scenę polityczną. Choć nie zapominajmy, że on na tej scenie do tej pory jeszcze oficjalnie nie istniał, czyli słowo powrót powinniśmy zastąpić słowem wkroczyć. Putin też kiedyś wkroczył i to w dość ekspresowym tempie. Należy też pomyśleć, że Prigożyn wizerunkowo wykreował siebie na twardziela, bohaterskiego zdobywcę Bachmutu i tak w ogóle jego prywatna armia już dawno tą wojnę wygrałaby, gdyby mu regularna armia nie przeszkadzała. Twardzieli Rosjanie lubią, tacy najlepiej (niestety według nich) nadają się na prezydenta. Putin okazał się mięczakiem, dał nogę z Moskwy (Żelenski dla porównania nigdy z Kijowa nie uciekł) jak tylko Prigożyn nogą tupnął.
Jak pisze Witold Jurasz, a właściwie powołuję się na książkę Hieronima Grali, kremlowska elita władzy Prigożynem gardzi. Może być, ktoś jednak będzie musiał Putina zastąpić. Prigożyn jest rozpoznawalny, w Rostowie nad Donem mieszkańcy mieli nawet wiwatować na jego cześć. Nawet jeśli to, co się, stało było pałacowym zamachem, którego inicjatorem nie był sam Prigożyn, a tylko miał odegrać swoją rolę, to niewykluczone, że może jeszcze się przydać. Nawet jako kandydat na prezydenta. A może z punktu widzenia teoretycznych spiskowców nawet jako najlepszy z możliwych. Popularny twardziel dla ludu, zdecydowanie łatwiejszy do kontrolowania przez tych, którzy mają rzeczywiste wpływy na Kremlu. I którzy, jeśli tak by było, że Putin już należy do przeszłości (o czym się dowiemy niebawem), właśnie dlatego zorganizowali spisek, bo Władimira Władimirowicza raczej kontrolować było trudno. Rosja nadal jest krajem mafijnym, jeśli nie wiadomo, o co chodzi, na pewno chodzi o pieniądze. Czasem lepiej mieć podstawionego szefa na czele organizacji przestępczej pociągając za sznurki z zaplecza. Czyli byłbym ostrożny w skreślaniu Prigożyna.
Oczywiście to tylko gdybanie na temat pewnej teorii, jednak czas na podsumowanie poszlak. Nadal podstawowe jest pytanie, gdzie jest Putin? Co prawda po godzinie 14 w niedzielę pojawiła się informacja, że Putin wystąpił w rosyjskiej telewizji, mówiąc, że kontroluje „stan rzeczy”, ale, wg portalu onet.pl, był to wywiad nagrany z nim 21 czerwca. Nadal nie ma żadnego wywiadu na żywo, orędzia do narodu itd. To jest dla mnie główna poszlaka wskazująca, że Putin mógł potajemnie zostać odsunięty od władzy. Znając historię Rosji, takie potajemne usunięcia, kończą się w Rosji śmiertelnie dla delikwenta.
Łatwość z jaką grupa Wagnera przedostawała się w okolicę Moskwy może oznaczać tylko jedno, nikt jakoś nie chciał jej zbytnio przeszkadzać. To implikuje coś, co można uważać za fakt. O wszystkim decyduje w Rosji jak zawsze Kreml, czyli o tym nieprzeszkadzaniu również ktoś decydował, ktoś znajdujący się dokładnie tam. Raczej nie był to Putin. Szojgu zapewne również nie, bo jeśli miałby coś do powiedzenia, to by raczej więcej helikopterów i samolotów posłał, tym bardziej, że go Prigożyn od szumowin zwymyślał. Można założyć, że on także już swoją władzę nad Ministerstwem Obrony stracił. Czy również on może skończyć z nagłym wylewem bądź zawałem? Niekoniecznie, może być potrzebny jako kozioł ofiarny, przy zachowaniu wszelkich honorów dla nagle zmarłego prezydenta Putina.
Najnowsza poszlaka, że nie ma już Putina jak i Szojgu, to fakt, że właśnie wystąpił, lub wypowiedział się niejaki Andriej Kartapałow, przewodniczący komitetu obrony Dumy. To, muszę zacytować,: „członkowie Grupy Wagnera, którzy byli w Rostowie, nie zrobili nic złego. Nikogo nie skrzywdzili. Nikt nie miał do nich pretensji – ani mieszkańcy Rostowa, ani wojsko Południowego Okręgu Wojskowego, ani organy ścigania.” Po prostu aniołki…
To wszystko po przemówieniu Putina z soboty rana, cóż za zmiana narracji. Już sam fakt, że nie ma też żadnego stanowiska Ministra Obrony Narodowej mówi o tym, że chwilowo Rosja takowego ministra nie posiada. Zamiast tego występuje generał piastujący urząd przy rosyjskiej Dumie.
Ok. Idąc dalej, ta historia z samolotem Putina. Pieskow twierdził, że Putin nadal jest na Kremlu, tym bardziej dziwi ta cisza za strony Putina (niedziela 20:24, w Moskwie już godzina później). O samolocie wiemy, że wystartował. Nie wiemy dokąd, z kim na pokładzie i czy w ogóle wylądował, bo zniknął z radarów. Oczywiście, może być tak, jak mówił Pieskow, ale nie mamy żadnych potwierdzeń. Czyli Sokrates, wiemy, że nic nie wiemy.
I czekamy na sequel, jak już pisałem, zapewne już niebawem zrozumiemy, o co chodziło w pierwszym w filmie. Choć nie jestem pewien, czy do końca.
Kończąc te spekulacje, które zaraz mogą wylądować na śmietniku, przejdę do drugiego pytania: jakie może mieć to skutki dla Ukrainy? Co dalej z wojną? Trudno odpowiedzieć. Można być optymistą lub pesymistą i to takim, który mówi, że szklanka jest do połowy pełna lub pusta. Właśnie dlatego że nie wiemy, co się w Rosji wydarzyło naprawdę. Nawet gorzej, my nie wiemy, co o Rosji lada moment będziemy wiedzieć.
Tu, przyznaję, trochę ciarki mnie na taką myśl przeszły. Bo świadomość, że w ciągu kilkudziesięciu godzin Rosja stała się państwem totalnie nieprzewidywalnym, jest dość przerażająca. Poza tym nawet sequel czeskiej komedii może się okazać horrorem.
Oczywiście wolę pozostać optymistą. Jeśli scenariusz pałacowego zamachu miałby faktycznie się zrealizować, to po pierwsze Rosja będzie miała wiele powodów wewnętrznych, by wojnę z Ukrainą jak najszybciej zakończyć. Tu odpada także problem wyjścia z twarzą, bo twarz należała do Putina, którego już nie będzie, a wszystkim można będzie kogoś tam obarczyć (np. Szojgu), urządzając jakieś pokazowe procesy. Po drugie, choć mafijna struktura systemu zostaje, nadal chodzi o strefy wpływów. To też pewna nadzieja na pozytywne zakończenie wojny dla Ukrainy. Porachunki w mafiach bywały krwawe, ale nie znam w historii zbyt długich wojen mafijnych, bo z punktu widzenia mafii długotrwałe konflikty zawsze szkodzą interesom. Czyli scenariusz udanego tajemnego zamachu i odsunięcie Putina od władzy może mieć na krótką metę pozytywne skutki dla Ukrainy, nie wykluczając odzyskania państwa w oficjalnych granicach, łącznie z Krymem. I tyle jeśli chodzi o optymizm, możemy jeszcze na jego szalę dorzucić tylko ostatnie wypowiedzi Prigożyna, całkowicie podważające narrację Kremla (Putina) w sprawie powodów wojny z Ukrainą.
Jest jedno ale, a nawet nie jedno. Na dłuższą metę, Rosja nadal pozostaje tym samym państwem, bandyckim i rządzonym przez mafię, nastawionym na grabienie własnego narodu, a nie na rozwiązywanie wewnętrznych problemów. Kiedy te się nawarstwiają, rozwiązaniem zazwyczaj jest wskazanie jakiegoś zewnętrznego wroga. To oni są winni, my nie. Coś, co zawsze może się jakąś następną wojną skończyć.
