Stuart 34

Gravity is working against me
And gravity wants to bring me down
Oh I’ll never know what makes this man
With all the love that his heart can stand
Dream of ways to throw it all away

Siła przyciągania jest przeciwko mnie
Siła przyciągania chce mnie ściągnąć w dół
Nigdy nie dowiem się, co sprawia, że człowiek
Którego serce może pomieścić tyle miłości,
Myśli o tym, żeby to wszystko porzucić.

Gravity, John Mayer

Joanna Trümner

Siła przyciągania

Pobyt Stuarta w Nowej Zelandii przedłużył się, z planowanych kilku miesięcy zrobił się rok. Rok, podczas którego Stuart nie musiał martwić się o występy, gdyż jego trasa koncertowa nabrała własnej dynamiki. Bardzo często w hotelach, w których nocował, czekał na niego telefon lub kartka z propozycją kolejnego wieczoru.

Również Wellington, gdzie spędził kilka pierwszych miesięcy pobytu w Nowej Zelandii, było miastem bardzo mu przychylnym. Louis wprowadził go do grona swoich przyjaciół, muzyka Stuarta podobała się publiczności. Po kilku tygodniach pobytu Stuart doszedł do wniosku, że wcale mu nie brakuje ani Sydney, ani tempa życia w wielkim mieście. Zaczął się zastanawiać, czy nie zamieszkać na stałe w spokojnym, przyjaznym Wellington. Podczas jednej z imprez w mieszkaniu Louisa pojawiła się Catherine. Patrząc na nią Stuart nie mógł opanować uczucia dumy, że tak piękna kobieta przez kilka miesięcy była częścią jego życia.

Obydwoje byli jednak wyraźnie zażenowani tym niespodziewanym spotkaniem. Podczas krótkiej i pełnej dystansu rozmowy Stuart uświadomił sobie, że czas zmienił ich w dwójkę obcych ludzi. Był rozczarowany. W czasie, kiedy on i Catherine byli parą, nawet przez chwilę nie przeszłoby mu przez głowę, że jego dziewczyna da się kupić za pieniądze bogatego, starego mężczyzny. Mężczyzny, który od dłuższego czasu siedzi na wózku inwalidzkim i którego życie prawdopodobnie nie będzie trwało zbyt długo. „Przecież ona na pewno nie jest szczęśliwa. A może już wtedy, kiedy byliśmy razem, tylko tego chciała od życia – pieniędzy i pozycji?”, zastanawiał się.

Przez cały wieczór unikał jej obecności, a kiedy w kilka minut przed północą Louis zaproponował mu, żeby wspólnie z nim zaśpiewał „You‘ve got a friend” Carole King, był wdzięczny przyjacielowi za rozproszenie pełnych goryczy myśli. Ich głosy uzupełniały się tak doskonale, że goście poprosili o kilka dalszych piosenek. „Jesteśmy po prostu perfekcyjni”, pomyślał Stuart. „Może powinniśmy nagrać płytę w duecie?”, zapytał Louis, podając Stuartowi kieliszek czerwonego wina. W miarę upływu wieczoru i alkoholu ich wspólne plany muzyczne nabierały konturów, o czwartej nad ranem na stole leżała mapa Stanów z zaznaczonymi miejscami przyszłych wspólnych koncertów.

W kilka dni po tym wieczorze Stuart ruszył w drogę po miastach i miasteczkach Nowej Zelandii. Podczas koncertu w Queenstown po raz pierwszy poczuł, że ogarnia go dziwny niepokój. „Przecież to tylko kolejna mała sala w kolejnym małym miasteczku, gdzie ludzie czekają na moją muzykę. Oni przez chwilę zabijają nudę, a przy okazji ja przez chwilę czuję ich podziw”, pomyślał, przywołując się do spokoju. Od tego koncertu jednak zaczęła w nim natrętnie powracać myśl, że jest zmęczony i że coś się wypaliło. „Nie ma żadnego powodu, żebym tak myślał. Przeciwnie, nareszcie wszystko zaczęło się układać. Nikt nie umarł, nikt nie zwariował, robię to, co zawsze chciałem robić i zarabiam niezłe pieniądze”, powtarzał sobie kilkakrotnie w ciągu dnia, próbując odnaleźć zgubiony optymizm. Im bardziej starał się zapanować nad uczuciem smutku, tym mocniej jakaś niewidzialna siła ciągnęła go w dół, nie pozwalała mu cieszyć się na kolejne spotkania z publicznością, wywoływała uczucie, że stanął w miejscu i że nie ma siły na dalszy krok.

Stojąc przed publicznością nieraz myślał o tym, że koncert, który daje dzisiaj, niczym nie różni się od koncertu, który dawał wczoraj. Począwszy od tradycyjnego papierosa tuż przed wejściem na scenę, a skończywszy na bisie, zawsze tym samym – piosenki Beatlesów „Let it be”. Zmieniały się tylko sale i twarze. Z niesmakiem myślał o tym, że podczas miesięcy koncertowania zmienił się w oszusta, osobę, która śpiewa o emocjach, jakich już nie doznaje. Bał się, że publiczność go zdemaskuje „Może po prostu powinienem zrobić przerwę, zatankować trochę siły. Zanim ludzie sami przestaną mnie słuchać”, zastanawiał się, patrząc na kolejną pełną salę.

Przypomniała mu się rozłożona na stole Louisa mapa Stanów. Już wiedział, dokąd poprowadzi go dalsza podróż. Pod koniec marca pożegnał Nową Zelandię i wsiadł w Auckland do samolotu do Phoenix. Chciał zacząć miesięczną podróż po Stanach od Wielkiego Kanionu, o którym Louis powiedział mu kiedyś, że jest ósmym cudem świata. Zamierzał też odwiedzić Las Vegas i Dolinę Smierci, polecieć do Nashville i zakończyć podróż w Nowym Orleanie. Za radą Louisa niczego nie rezerwował, nie chciał pozbawiać się możliwości spontanicznej zmiany planów. W samolocie rozłożył przed sobą mapę Stanów i wodził po niej palcem, próbując prześledzić przebieg podróży po Ameryce.

Koło niego siedział młody mężczyzna, któremu stewardesa pomogła się przesiąść z wózka inwalidzkiego. Stuart miał wrażenie, że jego sąsiad bardzo cierpi. „Jak on wytrzyma ten lot?”, zastanawiał się. Siedzieli w rzędzie przy wyjściu awaryjnym, mieli więc miejsce na wyciągnięcie nóg i Stuart z ulgą pomyślał, że nie będzie musiał budzić sąsiada, żeby pójść do toalety. Siedzieli tak obok siebie i milczeli. Po kilku godzinach lotu stewardessa podała im tace z posiłkami. Stuart przyglądał się zmaganiom sądiada, widział, że krojenie posiłku nożem i widelcem sprawiało mu trudność. Po kilku minutach odważył się zaproponować: „Chętnie ci pomogę”. Nieznajomy popatrzył na niego z wdzięcznością w oczach i podziękował.

Po posiłku Stuart położył tacę nieznajomego na swoją i czekał w milczeniu na przyjście stewardessy. „Jeszcze przed rokiem byłem zupełnie inną osobą”, odezwał się nieznajomy. „Miałem niezłą pracę w biurze turystycznym, zobaczyłem kawał świata, w czasie wolnym grałem w rugby, albo spotykałem się z moją dziewczyną. Od kilku miesięcy mieszkaliśmy razem, planowaliśmy ślub. Któregoś dnia, zupełnie niespodziewanie straciłem czucie w nogach i przewróciłem się na ulicy. Natychmiast podeszła do mnie jakaś młoda kobieta, pomogła mi wstać i zapytała, czy ma wezwać lekarza. Była bardzo ładna, może dlatego nieźle się zmieszałem, podziękowałem i powiedziałem, że się zamyśliłem i potknąłem. Upadki zaczęły się powtarzać, zacząłem tracić czucie w rękach, po kilku tygodniach nie mogłem już nikomu, a przede wszystkim sobie, wmawiać, że wszystko jest w najlepszym porządku. W końcu wybrałem się do lekarza, do jednego, drugiego, trzeciego, w końcu czwarty lekarz zdiagnozował stwardnienie rozsiane. Mam jakąś nietypową odmianę, która bardzo szybko postępuje. Lekarstwa njiezbyt pomagały. W sumie jestem chyba wdzięczny za tą chorobę, od czasu, kiedy jestem chory, dostrzegam rzeczy, które mnie do tej pory nie interesowały – wschód słońca, dobrą muzykę, to, że wstałem i potrafię jeszcze sam przejść kilka kroków. Nauczyłem się nie złościć na głupotę innych, czy też rzeczy, które sprzysięgają się przeciwko mnie, jak zablokowane przez liście kółko wózka inwalidzkiego. Trzeba je po prostu usunąć i jechać dalej. Rodzina pozbierała pieniądze na pobyt w klinice w Bostonie, gdzie testują nowe lekarstwa. Rzekomo jest to najlepsze, co w tej chwili medycyna ma do zaoferowania w walce z MS”.

Stuart przyglądał mu się z mieszaniną współczucia i podziwu, po głowie chodziło mu pytanie o narzeczoną młodego mężczyzny. On uprzedził pytanie. „Zerwałem narzeczeństwo, nie chcę żeby ktoś był przy mnie z litości, nie chcę, żeby za kilka lat moja partnerka żałowała, że musi się opiekować kaleką”. Stuart patrzył na nieznajomego z sąsiedniego miejsca w samolocie z coraz większym zainteresowaniem, wiedział już, że właśnie prowadzi jedną z tych rozmów, które pamięta się przez całe życie. Młody człowiek był spokojny i rzeczowy, opowiadał bez rozgoryczenia, bez żalu, bez smutku. Potrafił pogodzić się z wyrokiem losu i zachować poczucie humoru i optymizm. „Jakie mam szczęście”, pomyślał Stuart i zdał sobie sprawę, że jego zmęczenie życiem i wypalenie są niczym w porównaniu z losem nieznajomego.

Na lotnisku w Phoenix na nieznajomego z samolotu czekała starsza kobieta z kartką w ręku. „Gage Barrows”, przeczytał Stuart i obiecał sobie, że nigdy nie zapomni tego nazwiska. Ale też od dawna nie spotkał nikogo, kto by go tak zafascynował. Po raz pierwszy spotkał człowieka o imieniu Gage. „Niezwykli ludzie noszą niezwykła imiona”, pomyślał w drodze z lotniska po samochód, którym miał rozpocząć podróż po Stanach.

Cdn.

Leave a comment