DOROwizna

Dorota Cygan

DOROwizna

Zgubiłam pięćdziesiątkę. Znaczy razy cztery. Więcej to czy względnie mniej w obcej walucie? To zależy, w jakiej człowiek myśli, w jakiej bilansuje zysk-wyzysk, i na jaką się rozdrabnia pod koniec miesiąca, licząc, co stracił z własnej woli, a co przeciw sobie. Była w kieszeni i nie ma. Tysiąc kroków do punktu wyjścia to w sam raz, żeby wymyślić kilka możliwych dróg niewiernej pięciodyszki. Gdzie się podziewa? Głupia jakaś. Jak się ma pięć dych na karku, to się daleko nie oddala. Okres burzy i naporu ma się dawno za sobą, a prawdziwe ekscesy i tak nas przerastają. No, nie ma, droga powrotna bez jednej poszlaki. Bezruch, dyskrecja drzew i falowanie trawy. Żadnych świadków. Może w sumie najważniejsze, by nic się jej głupiego nie stało, nie rzuciła się z mostu, nie spłynęła z rzeką do morza, niech by została w mieście, tam zawsze łatwiej się sensownie sprzedać. Dobrze, żeby nie wpadła w pokrzywy i deszcz nie spłukał jej na dno ściółki na pastwę robactwa. A może… rozwinęła się – skrzydło lewe, skrzydło prawe – i poniosło ją na dach Sprengelmuseum, gdzie dumnie towarzyszy myślom wysokiego lotu? Albo niesiona wiatrem krąży między koronami drzew udając motyla? W życiu by nie miała w moim władaniu tyle polotu! Może wiatr jej podszepnął, że nie musi być już zwykłą mamoną, której pożąda każdy prymityw, ale np dziełem sztuki, którego pożądają tylko esteci? Ktoś, kto pamiętał, że było kiedyś takie dzieło na Dokumenta w Kassel. I może właśnie w tym locie odkryła, że jej powołaniem jest wyjście z obiegu finansowego i wejście w ten lepszy, artystyczny, nieskażony pieniądzem (doprawdy, nie niszczmy jej tej iluzji!), nieuziemiony prymitywną pracą. I tak to trwało, trwało, dobre pięć minut, a potem może się jej zrobiło trochę wstyd, że się tak odcina od zwykłości, więc zniżyła lot, aż padła komuś pod nogi i oddała się przeznaczeniu. Po czym uściśnięta przez palce jakiegoś niedowiarka, rozmieniona w radosnej panice w najbliższym autobusie, pomknęła zwiedzać świat, zostawiając w obdarowanym upajające uczucie niezasłużonej nagrody.

To w sumie całkiem niezły bilans: jedna mina rozczarowana kontra druga mina uradowana plus lot pięćdziesiątki jako wartość dodana. Taka CZYSTA forma darowizny bardzo mnie przekonuje. Przypadek, darczyńca dyskretny, oszczędza obu stronom męczącej gry mięśni twarzy. Może sensownie byłoby gubić pięćdziesiątkę tak raz na kwartał? Wejść w interakcję z przypadkiem jako anonimowym pośrednikiem, dać codzienności szczyptę soli, doprawić trochę ten mdły rytuał zarabiania i wydawania, włączyć element hazardu? Jakby tak każdy z nas co raz gubił i znajdywał pieniądze, to byśmy mieli Spiel, Spaß und Überraschung na co dzień, jak głosi slogan reklamowy jajka-niespodzianki. Pomysł Wam oddaję i nie upieram się, żeby te grę nazywać moim nazwiskiem.

One thought on “DOROwizna

  1. Czasami, jak miałam dużo drobnych, rozsypywałam je po ulicy, żeby inni się cieszyli, że znaleźli pieniądz. Naukowcy zbadali ponoć, że radość znalezienia nawet drobnej monety, łącząc niespodziankę, poczucie wygranej i zaskoczenie, wyzwala w znalazcy znacznie większą porcję endorfiny niż informacja o podwyżce pensji.

Leave a comment