Roman Brodowski
Sen Filozofa
Podniosłem z ziemi kamień.
Nie leżał na mojej drodze.
Ona raczej w ciernie obrosła,
Raniąc bezlitośnie naiwność
Mojej błędnej interpretacji bytu.
Noszę ten kamień na szyi
Jak talizman jak przeznaczenie.
Nawet nie czuję jego ciężaru.
Kark mam twardszy od skały
Hartowany latami cierpień.
Tylko ciało kłania się ziemi
Niejako w potrzebie spoczynku.
A ziemia otwiera swoje ramiona,
Matczyny symbol spokoju,
Jakby chciała ochronić swoje dziecię.
Wciąż nie potrafię zrozumieć,
Nie potrafię pojąć istoty
Konstrukcji ludzkiego życia,
Która pozwala ogromem cierpień
Budować iluzorycznie prawy Raj.
Ja ponoć z ziemi powstałem
Do ziemi także powrócę.
I stanę się jej wieczną częścią.
Być może leżącym przy drodze
Niepozornym szarym kamieniem,
Elementem stwórczej koncepcji…
Berlin, 11. 02. 2009
Dziwne Pytanie
Czy odnalazłem
Mojego Boga?
Zwyczajnego
Ludzkiego Boga.
Wieczną Ideę,
Pana w modlitwie.
Codzienną radość
Na drodze cierni,
Ojca potrzeby,
Drogowskaz
Mojej logicznej
prostej prawdy?
Nie! – bo prawda,
Właśnie ta prawda,
Nie jest Logiczna
I nie jest prosta.
Tak jak bóstwo,
Samo w sobie
Nieosiągalne
Moim zmysłom,
Niepojęte rozumem,
A będące częścią
Mojego wnętrza.
Od poczęcia
Błądzę drogą
Poznania.
Kieruję kroki
Ku słońcu.
A ono jest raz tu
Raz tam.
Czasami znika,
Kryje swoją
Potęgę w chmurach,
Lecz zawsze
Powraca.
Może to Ono
Jest Boską
Światłością.
Pokarmem
Dla głodnych,
Nektarem
Dla spragnionych
Nadzieją
Dla wątpiących
Nie wiem.
Więc podnoszę
Oczy ku górze
I w myślach
Układam psalmy
Berlin, 09.04.2006
