Marek o dezintegracji

Tabor Regresywny (Marek)

…pozytywnej (cd)

Nie dajmy się zwieść idei zrównoważonego rozwoju. Po II wojnie Polska znalazła się na drodze brutalnej integracji pierwotnej pod czerwonym sztandarem. Krocząc w stronę dobrobytu, przeszliśmy parę wydarzeń, mających cechy dezintegracji cząstkowej. 56 Poznań, marzec 68, Wybrzeże 70, Radom 76, aż w końcu stanęła cała Polska i zaczął się festiwal Solidarności, zakończony stanem wojennym.
Lekarstwo okazało się nieskuteczne i po okrągłym stole weszliśmy na drogę integracji wtórnej totalnej. Tak nam się przynajmniej wydawało. Z punktu widzenia dnia dzisiejszego to nie była integracja pozytywna lecz remisja, a choroba miała głębsze podłoże.

Mam poważne wątpliwości, czy zrównoważony rozwój nie będzie kolejną remisją i choroba znów nie powróci ze zdwojoną siłą. Tak się składa, że idea zrównoważonego rozwoju Polsce nie grozi. „Dobra zmiana” już zapowiedziała przedłużenie dnia pracy, ograniczenia w urlopach i możliwość obniżania pensji. To są świetne warunki, by spróbować innej drogi.

Agata Zasępa napisała do mnie: Marek, podpowiedz, co dalej. Wszyscy do lasu? Wszyscy, którzy chcą. Podpowiedź przygotowałem i sfotografowałem. Nie polecałbym czegoś, czego sam nie wypróbowałem. Po przejściu do dezintegracji spontanicznej, pojawiła się okazja do integracji w ramach wolontariatu na oddziale pielęgnacyjno-opiekuńczym. Nie uległem. Ruszyłem w drogę. W drodze spotkałem artystów, może bym się skusił, uratował mnie prof. Jerzy Olek. Obejrzał moje wózki i powiedział: – Panie Marku, muszę panu zadać niedyskretne pytanie, z góry za nie przepraszam. Czy pan, jak większość najwybitniejszych artystów, jest na utrzymaniu żony? Nie powiedziałem tego głośno, tylko w myślach – mam wyższą półka, mało, że na utrzymaniu żony, to jeszcze mam orzeczenie psychiatryczne i wyrok skazujący na osiem miesięcy więzienia w zawieszeniu na dwa lata, a to najwyższa półka w sztuce. Niestety wielki artysta kończy się w momencie, kiedy dowiaduje się, że jest wielkim artystą.

Agata, zgodnie z tym, co wiem, jedyna sensowna integracja jest w drodze. Wszystko inne to tylko remisja.

Marek w drodze

Tabor Regresywny

Podczas spotkania na wydziale intermediów Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, gdzie przedstawiłem założenia Taboru Regresywnego, Rom Dziatkiewicz zasugerował, abym szedł w stronę słońca.

Sugestie artystów są bardzo cenne, ale wymagają weryfikacji w praktyce. Analizując moje wędrówki, doszedłem do wniosku, że oznacza to, iż trzeba, bym szedł w tę samą stronę co słońce. W rytmie dziennym oznacza to wędrówkę ze wschodu na zachód, w rytmie rocznym, wiosną z południa na północ, a jesienią odwrotnie.

Ruszyłem brzegiem Wisły w kierunku Górnego Śląska. Po drodze wstąpiłem do Tyńca. Dawno temu, gdy spływałem Wisłą do Krakowa, byłem częstym gościem Benedyktynów w Tyńcu. W tamtych czasach byli niezwykle gościnni.

Wjechałem więc razem z wózkiem na dziedziniec klasztoru. Podszedł do mnie jeden z braci. Zapytałem, czy mogę przenocować na dziedzińcu. Wyjaśniłem, że wszystko mam i niczego mi nie trzeba, a tu będę czuł się bezpieczny. Odpowiedział, że musi zadzwonić do Opata. Idziemy więc do telefonu. Brat mówi coś, jednak przerywa w pół zdania. Myślę sobie, że nic z tego nie będzie, po czym słyszę słowa: “Opat widział Pana przez okno. Kazał podać kolację i przygotować łóżko”. Odpowiedziałem, że z zaproszenia na kolację chętnie skorzystam, ale dziś jest noc świętojańska i chciałem spędzić ją na dworze w moim wózku.

Rano dostałem śniadanie i zaproszenie na jutrznię. Tak, jak arytmetyka jest jedna, a systemy liczbowe różne, tak wiara jest jedna, a religie różne. Prawo gościnności nakazuje dostosować się do religii gospodarzy i nie ma w tym nic złego.

Do Górnego Śląska nie dotarłem, ponieważ pogoda się popsuła. Michał Fostowicz w wierszu pt. Sztuka napisał „Sztuką jest nie zostawiać śladów”. I znów przyszło mi weryfikować w drodze intuicje artysty. Pojechałem do Kołobrzegu, by iść w tę samą stronę, co słońce i aby fale zacierały moje ślady. Po wyjściu z pociągu trafiłem na orkiestrę wojskową Marynarki Wojennej, która grała Żółtą łódź podwodną Beatlesów i szła w stronę portu jachtowego. Udałem się z moim wózkiem za nimi. Zbierało się na deszcz, kapitan portu użyczył mi więc wiaty, pod którą dwóch rybaków piło wódkę i odgrażało się: – ja muszę na morze, jak nie popłynę, to komuś narąbię. Tylko ja byłem pod ręką. W końcu tak się rozpadało, że weszli do mojej wiaty.

Nie miałem innego wyjścia, musiałem z nimi wypić. Na drugi dzień rano, na kacu i z dużym opóźnieniem ruszyłem w kierunku Dziwnowa. Ledwo doszedłem do Grzybowa, gdy znów spadł deszcz. Szedłem do miasta i trafiłem do ośrodka wypoczynkowego, prowadzonego przez Redemptorystów. Wynająłem pokój, zamówiłem obiad, a wózek schowałem pod zadaszeniem. Przyszedł proboszcz, który wypytywał mnie raz po raz, wyraźnie mną zaintrygowany, bo co chwilę wracał.

Wieczorem poszedłem do siostry recepcjonistki i powiedziałem, że chcę wyjść o 3 nad ranem, dlatego chcę zapłacić od razu, na co ona: “Ale nie ma mowy”. Uparła się i koniec.

Nie muszę opisywać świtu nad morzem w drodze i pustej plaży przez wiele kilometrów. Gdzieś około południa wszedłem do Rewala, by kupić coś do jedzenia. Szedłem środkiem ulicy. Zobaczyłem grupę mężczyzn pijących piwo i pokazujących na mnie palcami. Jeden wyskoczył na środek ulicy, złożył głęboki ukłon kapeluszem i zapytał: – Skąd przybywasz szlachetny wędrowcze? – Z Ciplandii – odpowiadam. – A co to jest Ciplandia?- pyta. – Kraina globalnego ocipienia – odpowiadam. – A dokąd zmierzasz? – Do Wałkonii – odpowiadam. – A co to Wałkonia? -Kraina wolna od śmieci, bo nikt ich nie produkuje. Wszyscy się wałkonią. Zapadła cisza, a ja idę dalej. Ktoś rzuca za mną: szczęśliwej drogi!

Wyprawę zakończyłem w Dziwnowie, gdzie w toalecie na polu namiotowym znalazłem 11 złotych, co mi częściowo pokryło koszty biwakowania.

Pojechałem, bez żadnych ekstrawagancji, do znajomych do Lublina. To była moja pierwsza wizyta w tym mieście. Przechodząc koło KUL-u, wstąpiłem, by trochę zwiedzić tę uczelnię. Chodziłem po korytarzach, a tu na drzwiach napis Katedra Filozofii Przyrody. Coś mnie skusiło, by nacisnąć klamkę. Drzwi się otworzyły, ale szybko się wycofałem. Siedzący w środku pan zaprosił mnie do środka. Wywiązała się rozmowa. Po chwili do pokoju zagląda ktoś inny, a mój rozmówca woła go. Opowiadałem oczywiście o moich wędrówkach i filozofii drogi. Po chwili weszła trzecia osoba. Pokazuję im „chustę Hellera”. Rozmowa staje się coraz ciekawsza. W końcu mówią: – Pan ma niebywałe szczęście, bo rzadko można nas spotkać razem, tylko na obronie doktoratu. Przedstawili mi się, jeden jest profesorem fizyki, drugi teologii, a trzeci biologii. Chcieli mi coś dać, jednak nie mieli nic do zaoferowania. Wtedy jeden z nich wpadł na pomysł: – Dajmy panu tytuł doktora filozofii! – Jakiej filozofii?- pyta drugi. – No jak to jakiej, filozofii życia. No tak, powiedział teolog, w końcu pan robi to, o czym wygłasza się wykłady i pisze artykuły, ale nikt nie wierzy, że tak naprawdę w dzisiejszych czasach jest to możliwe.

A to koparka Marka…

Wstęp nr 1 (od Adminki): Autor o tym nie pisze, ale ja muszę (MUSZĘ) tu powiedzieć, że to, co zrobił było genialne, profetyczne, zdarzyło się na naszych oczach i nie musieliśmy czekać przez stulecia, aż się spełni. Otóż, gdy Marek dwa miesiące temu przeczytał na FB, że niestety (z przyczyn od nas niezależnych) nie odbędzie się  zapowiadany przez nas już od jesieni Festiwal Literatury Polskiej w Berlinie, podjął wyzwanie i ogłosił, że od teraz będziemy realizowali NIEISTNIEJĄCY FESTIWAL LITERATURY, w skrócie NFL. Magda Parys to ochoczo podchwyciła. Oboje okazali się w tym prekursorami, wytyczającymi nowe drogi. Wkrótce potem poszły za nim WSZYSTKIE Festiwale, Koncerty, Kongresy, Seminaria na świecie. Ale to MY byliśmy pierwsi. I, jak zauważył Marek, NFL to jedyny festiwal, którego nie trzeba odwoływać z powodu Corony!

Tabor Regresywny alias Marek

Wstęp nr 2 (od Autora): Walka z coronawirusem – podejście baratarystyczne. Coronawirusy, dalej nazywane CW, dzielą się na pierwotne, wtórne i pośrednie. CW pierwotne gnieżdżą się w koronach drzew, walają po ziemi i spływają rzekami do mórz. Walka z nimi jest beznadziejna, jeśli nie będziemy jednocześnie zwalczać CW pośrednich. CW pośrednie to te, które wymagają opakowania, a same podlegają konsumpcji np. piwo w puszce. Co do CW wtórnych, jak np Cov 19, to walkę z nimi pozostawiamy tym, którzy zostali do tego powołani. Drobne potyczki z CW pierwotnym i wtórnym z góry skazane są na porażkę (patrz Słowo na Nowy Rok). Tu trzeba pospolitego ruszenia, bo na armię nie ma co liczyć.

TRZECIA WYPRAWA DO SOKOŁOWSKA

Tak się złożyło, że Festiwal Sztuk Efemerycznych w Sokołowsku poprzedził w przestrzeni i czasie festiwal literacki Góry Literatury. I znów, “dr H”, wyruszyłem o świcie w stronę gór Włodzickich. Gdy przyszło mi oddalić się od głównego traktu, kupiłem w sklepie bochen chleba. W zasadzie wystarczyło kilka bułek, ale ich nie było. Zwykle zabieram na drogę trochę pieczywa i powidła, ale w tym przypadku nie było takiej potrzeby. Wiedziałem, że po drodze będzie dużo opuszczonych sadów, a w nich maliny, czereśnie i wiśnie.
Gdy dotarłem do domu Olgi T., zaparkowałem w ogrodzie, oczywiście za zgodą gospodarzy. Pamiętam, że Olga zaprosiła mnie na pyszne pierogi. Potem odbyły się spotkania z pisarzami i parę ciekawych rozmów, a wieczorem wszyscy rozjechali się do domów. Rano szykowałem wózek do wyjazdu, a tu Olga woła mnie na śniadanie. Czytelnicy już wiedzą, że nigdy nie odmawiam zaproszenia do stołu. Siadam razem z Olgą, jej synem, mężem, siostrą oraz jej koleżanką, Magdą P. Mówią, że mają wszystko, co potrzeba na śniadanie, oprócz chleba. Poprzedniego dnia uczestnicy festiwalu cały zjedli i że trudno, musimy sobie jakoś poradzić. Odpowiadam, że mam chleb, rozwiewając tym całe zakłopotanie współtowarzyszy. Rzucając na stół cały, nietknięty bochenek, zdobyłem prawo głosu. Zaczęły się pytania o moje wędrówki, o filozofię drogi. Widziałem, że Magda P. otwiera laptopa i zaczyna coś pisać. Raz po raz, przerywając, prosi mnie o powtórzenie. Na koniec zapytała, czy może to opublikować. Zrobiła mi zdjęcia z wózkiem i sama próbowała się do niego “zaprząc”.
Po śniadaniu skończyłem pakowanie i wyruszyłem w stronę Sokołowska. Olga T. zbierała się by odwieźć syna na pociąg, a Magda P. szykowała się do powrotu do domu, gdy wydarzyło się coś, co intryguje mnie do dziś. W obu samochodach, Olgi T. i Magdy P., rozładowały się akumulatory i auta zablokowały drogę. Nie mogłem przejechać, a nerwowe próby naładowania akumulatorów i odpalenia silników trwały, tak się zdawało, wieczność.
Werner Heisenberg w swojej książce opowiadał, jak to Niels Bohr żalił mu się, że tłumaczył podstawy mechaniki kwantowej ludziom z Koła Wiedeńskiego, a oni zachowywali się tak, jakby wszystko rozumieli. A tego nie da się zrozumieć.
Ja chyba miałem więcej szczęścia, bo przyszło mi uczyć fizyki w klasie kucharzy małej gastronomii. Na samym początku powiedzieli mi: „daj pan sobie spokój, nas nikt niczego nie nauczył, pan też nas nie nauczy”. Super, pomyślałem, spróbuję im wytłumaczyć istotę mechaniki kwantowej na przykładzie eksperymentu Wheelera. Jak nie zrozumieją, to to będzie to. Napisałem na tablicy temat lekcji: „Optyka kwantowa w klasie kucharzy małej gastronomii”. Powiedziałem im, że jest to taka lekcja, że jeśli ją zrozumieją, to znaczy, że ja źle tłumaczę. Nawet to ich zaciekawiło. Z uwagą i zrozumieniem słuchali wywodu, dopiero na końcu stwierdzili, że nic nie rozumieją. Poszli poskarżyć się wychowawczyni, która mi powiedziała: “Marek spróbuj im to jakoś wytłumaczyć, bo sa oburzeni”. Zacząłem szukać jakiegoś przykładu, żeby im to zilustrować.
Obserwując ludzi przechodzących między kasami sklepu samoobsługowego, zauważyłem, że kierują się tymi samymi prawami, co fotony w eksperymencie Wheelera. Wszystko wyglądało tak samo, jedyna różnica to paragon świadczący o zakupie, będący komunikatem, a plamka na kliszy fotograficznej świadczyła o śladzie fotonu. (O różnicy między śladem a komunikatem opowiedziałem we wpisie „Mars i Wenus”). Jeśli wynik obserwacji, foton, jest komunikatem, czyli znakiem nastawionym na interpretację, to powstaje pytanie, kto jest nadawcą i co chce przez to powiedzieć? Gdyby tak spojrzeć na przygodę z rozładowaniem akumulatorów, to podejrzewam, że winowajczyniami były Olga T i Magda P. Nie wiem tylko, co chciały przez to powiedzieć?

Wóz i chusta Hellera

Tabor Regresywny alias Marek

Sterroryzowałem ZUS absurdem. Do tego stopnia, że przyznali mi rentę z tytułu niechęci do pracy. Widzimisię urzędników jest odporne na racjonalne argumenty, ale w obliczu absurdu zachowuje się jak kobra przy dźwiękach fletu. Wszystko opowiem w drodze. Tu opiszę tylko zakończenie tej historii.
Wyruszyłem wózkiem „Doktor H” (to ten po lewej) w kierunku Wałbrzycha na spotkanie z dyrektorem Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. Nie byłem umówiony. Najkrótsza droga prowadziła przez Czechy.
W drugim dniu wędrówki przekroczyłem granicę w Tłumaczowie, minąłem Broumov. Do Polski wjechałem pod Mieroszowem. Zbliżał się wieczór. Ktoś mnie ostrzegł, że w nocy zapowiadają niebezpieczną burzę z silnymi opadami. W Sokołowsku znajduje się zaprzyjaźniony pensjonat z dużą drewnianą wiatą. W sam raz dla mnie i dla mojego wozu. Zboczyłem z drogi i wjechałem w sam środek czegoś, co było Międzynarodowym Festiwalem Sztuk Efemerycznych w Sokołowsku. I dosłownie wjechałem w sam środek, bo właśnie była przerwa i wszyscy siedzieli po obu stronach ulicy przed Kinem „Zdrowie”. Nasunąłem kapelusz na oczy, licząc, że nikt mnie nie zauważy i tak dojechałem do pensjonatu „Radosno”. Radek, właściciel pensjonatu, udostępnił mi wiatę i zaprosił na obiad.
– Jedz, nie przejmuj się, wszystko zapłacone w ramach festiwalu, a nie wszyscy przyjechali. Na drugi dzień poszedłem zobaczyć, co się dzieje. Trafiłem na piękny performans Alistera MacLenana a następnie na prezentacje kompozycji muzycznej. Koło mnie stali robotnicy budowlani remontujący kino. Kazano im przerwać pracę i posłuchać. W pewnym momencie jeden mówi do drugiego:
– Ty, Antek, słyszę twoją betoniarkę, a teraz szuflujesz.
– Panie, zwrócił się jeden do mnie, to myśmy zwariowali czy oni?
A ja mu na to:
– Oni bardzo chcą zwariować, ale się boją, dlatego udają, że zwariowali.
Po występie podszedłem do kuratorki festiwalu, Małgosi Sady, i pokazałem jej „Chustę Michała Hellera”, którą akurat miałem przy sobie i która stała się przepustką do występu na festiwalu. Musiałem tylko poczekać na jakieś okienko. Występ zatytułowałem „Wędrowna Klinika Psychiatrii Absurdalnej”. Celem Wędrownej Kliniki Psychiatrii Absurdalnej jest harmonijne rozwijanie schizofrenii, aż do uzyskania renty z tego tytułu. Nie ma się czego bać pod warunkiem, że będziecie wariować w mojej Wędrownej Klinice Psychiatrii Absurdalnej, a wariując będziecie udawali artystów. Jakoś to powiązałem z „Chustą Michała Hellera”, ale już nie pamiętam jak. Gdy festiwal miał się ku końcowi, spakowałem się i ruszyłem o świcie w kierunku Wałbrzycha.
W ZUS-ie byłem przed ósmą. Wjeżdżam na teren, zatrzymuje mnie ochroniarz, podobał mu się wózek, pytam, czy dyrektor już jest w zakładzie. Okazuje się, że nie. Pytam, a którędy wchodzi. Przyjeżdża samochodem i staje przed głównym wejściem, jest tam zarezerwowany miejsce dla niego. No to zatrzymałem się obok. Czekam, a dyrektora jak nie ma, tak nie ma. W wozie zawsze jest coś do roboty, zaczynam szyć, a tu podchodzi do mnie elegancka kobieta, okazało się, że sekretarka dyrektora.
– Panie Marku, czeka pan na dyrektora?
– Tak.
– Jest już w zakładzie i czeka na pana, zrobić panu kawę?
Okazało się, że dyrektor jak mnie zobaczył, to objechał zakład i wszedł tylnymi drzwiami.
Jedyne, co mi przychodzi do głowy na zakończenie tego tekstu, to słowa piosenki:

Wejdźmy w wodę kochani po szyję,
Dosyć tego brodzenia przy brzegu
Zmoczyliśmy już po kolana
Nasze nogi zmęczone po biegu
Na moje bezwzględnie wyrażone życzenie autor wyjaśnia, co to jest owa pojawiająca się w powyższym tekście chusta Hellera:
W książce „Szczęście w przestrzeniach Banacha” Michał Heller przedstawia dwa spojrzenia na czasoprzestrzeń – nazywa je ontologią płynącego czasu i ontologią Wszechświata bloku. Wg ontologii płynącego czasu przeszłość już nie istnieje, przyszłości jeszcze nie ma, teraźniejszość jest granicą między tymi dwoma obszarami nieistnienia. Z kolei wg ontologii Wszechświata bloku zarówno przeszłość jak i przyszłość cały czas istnieją, a nasza świadomość styka się z tym blokiem w jednym punkcie, który przesuwa się po Wszechświecie bloku.
Rilke wyraził to tak: Podobnie jak przez długi czas błądziliśmy co do ruchu Słońca, błądzimy jeszcze ciągle co do ruchu przyszłości. Przyszłość stoi w miejscu, drogi panie Kappus, to my zawsze poruszamy się w nieskończonej przestrzeni.
Na budynku Muzeum Współczesnego we Wrocławiu znjduje się mural Klepsydra Stanisława Drożdża (Foto Dorota Cygan). Ilustruje on ontologię płynącego czasu.
Miałem chustę w formacie flagi, podzieliłem ją na dwie połowy, na jednej stronie skopiowałem Klepsydrę Drożdża, a na drugiej połowie powtórzyłem tę samą klepsydrę, wszędzie pisząc jest. Czyli przedstawiłem ilustrację Wszechświata bloku. Byłem na spotkaniu z prof. Michałem Hellerem; na zakończenie składał autografy na swoich książkach. Podszedłem, pokazałem mu chustę i poprosiłem, by podpisał pod ilustracją ontologii, w ramach której spodziewa się pojawienia oczekiwanej M-teorii. Prof. Michał Heller z szelmowskim uśmiechem podpisał się pośrodku. Świetnie oddaje to sytuację we współczesnej fizyce. Fizycy nie wierzą już w obowiązujący obraz świata, ale nie mają odwagi przejść do innego, który z drugiej strony ciągle postulują. I właśnie tę chustę z podpisem prof. Hellera pokazałem Małgosi Sady, kuratorce Międzynarodowego Festiwalu Sztuk Efemerycznych, i dzięki tej chuście dostałem prawo głosu.
Niestety chustę gdzieś zgubiłem, albo mi ją ktoś dmuchnął.