Wiersze z brodą i bez 5

Tibor Jagielski

Władysław Zawistowski (1954)

Danzig, Januar

Spät in der Nacht haben nur Huren und Apotheken Dienst
im Angebot: Syphilis und Antibrechmittel
das Meer hustet mit dem Wind in die leeren Strassen
die Fußgängerstreifen verlieren ihren Sinn.

Spät in der Nacht sind die rosa Fenster
Muscheln der Liebe
ihre Fensterscheiben spenden den erhitzten Stirnen Kühle
und der Nachtwächter trägt seine Müdigkeit auf den Schultern
und fehlender Schnee nimmt der Stadt den Sinn.

Spät in der Nacht ist die Luft wie kalter Wodka
und Pharmazeuten,
Dichter der späten Nacht,
erschrecken den Januar mit seiner Sauberkeit
und zwei Kerle tragen einen Schrank
durch Danzig
und plötzlich gewinnt die Stadt
ihren Sinn wieder im Knattern
von tausend Weckern.


Julian Kornhauser (1946)

ein interview

man lebt nicht schlecht
frieden geld
interessante arbeit ausflüge

mit bestimmten entwicklungen
ist man nicht einverstanden
weil sie begrenzen
jenes oder dieses

aber wenn man hinschaut
allgemein
ob etwas fehlt
vielleicht zu wenig fußball
oder zu viel schlamperei
aber jeder hilft sich
und wer schafft sich aufzurichten
der arbeitet auch besser
also lebt man nicht schlecht
obwohl alle meckern

vielleicht lebt man zu langsam
man hätte es lieber schneller
intensiver
außerdem haben manche fast alles
und die anderen schaffen es kaum
das ist frustrierend

und obwohl alle wissen was gespielt wird
werden wir von denen die da oben
wie kinder behandelt
das ist lächerlich

ein bisschen ähnelt das
an pfadfinderlager

mehr mut
meine herren


Ewa Lipska (1945)

Das Heim der ruhigen Jugend

Im Leihgeschäft der Meuterei
funktioniert der Speisesaal.

Roter Wein des Sees
fließt vor den Fenstern.

Man kann in ihm schwimmen
aber nur unter Geschichtsgefahr.

Nicht alle Hurrarufe
bedeuten hier Sieg.

Die Popularität genießt
der nationale Gambit.

In den Spielhallen
gewinnt man große Niederlagen.

Manche sammeln Walderdbeeren
und Beweismittel.

Unter dem Segel der Bettwäsche
segeln sie in den Schlaf.

Andere starren stur auf die Tür
als ob von dort die Rettung kommen sollte.

Denen, die an das Land über dem Kopf denken,
brennt die Erde unter den Füssen.

Das Heim der Ruhigen Jugend
ist grau wie eine Taube.

guten rutsch!

tibor

Wyspa ślepych

(wyspa Fugloy – Eric Christensen)

Konrad

Z zadumą wspominam swój pobyt na Wyspie Ślepych. Nigdy bym się tam zapewne nie zjawił, gdyby nie znajomość z Marine, która była jedną z matek-założycielek Narodu. Właściwie, wszystko ruszyło kiedy upubliczniła swój słynny «Manifest». Dzieło to, bez dwóch zdań filozoficzne, ukształtowało nową wizję tego, czym jest niewidzenie:

Czytaj dalej

Bring Poems to Athens

Noch zum Blogjubiläum / Jeszcze z okazji jubileuszu bloga

Urszula Usakowska-Wolff

(from the series “Poetry in Progress”)

uma hija humba gaga
manga haja gamba haha
figo fago lobster zgaga
halli galli ubu flacha

bingo bungo bouboulina
hipster homer troja ares
deus zeus ex machina
feta kreta gaia mores

platon pindar politea
hejza hola hi witkacy
common mammon amaltheia
gadu gadu cacy cacy

surmelina sneaker nike
gyros eros maces pita
samothrake raki psyche
nick titania hippolyta

nikab kebab burka trendy
menetekel mama mia
baba jaga bomba handy
ali baba skype sharia

listerine lysistrata
pallas callas la divina
ola boga trata tata
mnemosyne heroina

börek burek charon error
dali dada zoom sirtaki
tshador rumor horror terror
ouzo vodka gin suflaki

zorba zebra zorro zero
odysseus kirke moly
epos ethos hades hero
penelope really holy

kogel mogel kebab selfie
smartphone ip apple center
social media pythia delphi
login password crisis enter

tablet themis tinder twitter
hocus pocus google gender
bara bara aphrodite
hello hellas chat me tender

daimon chaos minotaurus
ticktok hashtag mask chimaera
virus morbus universus
hybris hypnos pyrrhus aera

magic tragic crime medea
calamari kaliméra
eos eon deo theia
bye bye byron et cetera

Szczecin, grudzień 2022

Ela Kargol

Budynek nazywają uczniowie hogwartem. Przypomina warowny zamek, Jest naprawdę wielki, majestatyczny, na miarę architekta, który go projektował, architekta związanego ze Szczecinem, jak żaden inny.
Wilhelm Meyer-Schwartau (1854-1935), bo o nim mowa – był w latach 1891-1921 miejskim radcą budowlanym Szczecina. Oprócz wspomnianego budynku szkoły miasto zawdzięcza mu Cmentarz Centralny i tarasy Hakena, gmach główny Muzeum Narodowego, neogotycki kościół św. Gertrudy na Łasztowni, gmach magistratu – obecnie rektorat Pomorskiego Uniwersytetu Medycznego przy ul. Rybackiej, wiele innych budynków użyteczności publicznej i rozwiązań architektonicznych miasta.

Reprezentacyjny budynek szkoły (Stadtgymnasium) budowano trzy lata, w 1903 roku oddano go do użytku uczniom płci męskiej. Gmach powstał z piaskowca śląskiego, zbudowany został w stylu neoromańskim, z przestrzennymi korytarzami, klatkami schodowymi i aulą o powierzchni prawie 400 m kw. W czasie wojny pełnił funkcję polowego szpitala wojskowego, może właśnie to uratowało go przed zniszczeniem. Już 2 września 1945 roku w tym przedwojennym gimnazjum męskim przu ulicy Piastów 12 (dawnej Barnim Straße) zostaje otwarta pierwsza polska szkoła stopnia gimnazjalnego i licealnego. Dyrektorką szkoły zostaje Janina Szczerska, była więźniarka obozu w Ravensbrück, przedwojenna dyrektorka Państwowego Gimnazjum Żeńskiego w Siedlcach. Pomieszczenia zniszczone były w niewielkim stopniu, brakowało natomiast podręczników, kadry i wielu sprzętów. Jednak część wyposażenia szkoły, jak meble i pomoce naukowe pozostały w pracowniach szkolnych.

Zobacz

I są w nich do dzisiaj!!!

W podtytule niezwykłego albumu Moniki Szymanik, drugiego jej albumu, którego premiera odbyła się 18 grudnia 2022 roku w historycznej auli szkoły czytamy: …Pocztowa 19, czyli ukryte skarby Szczecina.

Monika odkrywa Szczecin na nowo, ten stary Szczecin, o którym ja mówię poniemiecki, ona stareńki. Piękny Szczecin, magiczny, ze starymi posadzkami, kaflami, które wyłaniają się często spod kilku warstw tynków, z rzeźbionymi drzwiami i starą klamką, napisem na murze, który pamięta jeszcze Stettin, podcieniami, prześwitami, mgłą na Jasnych Błoniach i śniegiem tamże.

Fotosy: Ela Kargol

Na jej zdjęciach jest i szkoła, dawne Stadtgymnasium, aula i wyposażenie gabinetu biologicznego ze swoimi ukrytymi skarbami.

Zobacz

Zwierzęta w formalinie, atlasy anatomiczne, spreparowany aligator, tablice poglądowe dotyczące flory i fauny, budowy ziemi, zielniki, diapozytywy, preparaty i filmy. Szpula z filmem na zdjęciu to film, który później znalazłam w archiwum portalu filmowego Ein Bauer bringt Gemüse auf den Markt (Rolnik przywozi warzywa na rynek), 12-minutowy film dokumentalny z roku 1938.

Ponieważ na metalowym pudełku z filmem widnieje napis Reichsanstalt für Film und Bild in Wissenschaft und Unterricht, szukam w wikipedii czym zajmował się ten urząd: Reichsstelle für den Unterrichtsfilm (RfdU), przemianowana w 1940 r. na Reichsanstalt für Film und Bild in Wissenschaft und Unterricht (RWU), była centralnym urzędem do spraw produkcji filmów edukacyjnych w narodowosocjalistycznej Rzeszy Niemieckiej i instrumentem służącym niemieckiemu systemowi szkolnictwa i edukacji, z siedzibą w Berlinie.

Zobacz

Filmów w zbiorach szkoły jest więcej, niektóre opatrzone polskimi tytułami służyły jako pomoce naukowe uczniom po 1945 roku, tak jak plansze i inne tablice poglądowe. Film o mrówce lub jastrzębiu, film niemy nie propagował nacjonalizmu, był filmem o mrówce lub jastrzębiu. Ośmiornica w formalinie jest tą samą ośmiornicą, którą była przed wojną, w innym państwie, innym systemie politycznym, ale w tym samym słoiku i tym samym mieście i innej choć tej samej szkole.

Nieprawdopodobne, że do dzisiejszych czasów zachowały się aż takie zbiory.

Nauczycielka biologii, pani Agnieszka Milewska, na jeden dzień udostępniła te historyczne pomoce dydaktyczne ciekawskim takim jak ja.

Pochłaniam wszystko wzrokiem i dokumentuję komórką. Już w domu przeszukuję internet, szukam nazwisk, wydawnictw, filmów.

Niektóre okazy są starsze niż szkoła. Jest zielnik z roku 1888, atlas budowy ciała znanego anatoma Huberta von Luschki z roku 1857. Najprawdopodobniej przeniesiono je tu z całym dobytkiem z obecnej Książnicy Pomorskiej, gdzie wcześniej znajdowało się miejskie gimnazjum.

Szczecin jest miastem pełnym skarbów, tych odkrytych i tych o których jeszcze nikt nic nie wie, jak ja. Ja niczego nowego nie odnalazłam, zachwycam się tym, co inni przede mną odkryli, zabezpieczyli, znaleźli,

Kibicuję wielu „szczecińskim odkrywcom”, osobom prywatnym, zaangażowanym, stowarzyszeniom, organizacjom. Jestem pełna podziwu dla osób, którzy chcą zachować dla potomnych historię obu miast, Szczecina i Stettina.

W noc grudniową wypatrujemy tej pierwszej gwiazdki na niebie, Szczecin ma je aż trzy, i to na co dzień, na wyciągnięcie ręki. Trzy gwiazdy z gwiazdozbioru Oriona ukryte na ziemi w centrum miasta. To również zasługa między innymi Wilhelma Meyera-Schwartau.

Zobacz

Szczecin jest gwiaździsty.

…Dawno to miasto, co na planie gwiazd leży, nie było tak z pierwszą gwiazdą za pan brat, dawno nie, dziś bądźmy jak tabula rasa na miasta placach w osiem świata stron nucąc w niebogłos świąteczną treść…

śpiewa Olek Różanek i Ambasadorzy

Z wolnej stopy 76

Zbigniew Milewicz

Chcąc mieć rosół tęgi…

W tamtych czasach sport był jeszcze w powijakach, wysiłek fizyczny podejmowany dla zdrowia postrzegano na ogół jeszcze jako dziwactwo, bo trudził się tylko ten, kto musiał, więc różne święta i jubileusze celebrowano zgodnie z tradycją przy suto zastawionych stołach, do upadłego. Oczywiście, biedujący plebs nie mógł sobie na takie luksusy pozwolić, ale w każdym szanującym się – mieszczańskim lub ziemiańskim – domu musiały znajdować się przepisy kulinarne prababki Magdy Gessler po linii zawodowej – Lucyny Ćwierczakiewiczowej.

Największą popularność zyskała jej książka kucharska p.t. 365 obiadów za 5 złotych, wydana w Warszawie, w 1860 roku, która później doczekała się aż dwudziestu wydań. Sam tytuł mówił, że książka była obliczona na potrzeby raczej niezamożnych czytelników, czyli praktycznie większości społeczeństwa, żyjącego wówczas pod carskim butem. Mimo to przepisy godne były królewskiego podniebienia. Na przykład:

Rosół, bulion, a nawet każda zupa, do której wchodzi jakikolwiek kwas, powinna być gotowana w garnku glinianym polewanym. W rondlu gotuje się zbyt szybko i paruje za nadto. (…) Chcąc miéć rosół tęgi, trzeba liczyć 1 funt mięsa na osobę; na lżejszy dość jest pół funta…

Albo prosię w galarecie:

Młode prosię oparzyć i oczyścić jak najstaranniéj, pokrajać w kawałki jak na potrawę, zagotować i wyszumować, nakłaść rozmaitéj włoszczyzny, korzeni nie wiele, oraz cébulę całą, jeden grzybek, parę łyżek mocnego octu i gotować do miękkości, nie zapomniawszy posolić, wtedy wyjąć wszystkie kawałki, opłukać w zimnéj wodzie, sos zaś wygotować jeszcze bardziéj, można wlać łyżkę palonego cukru dla nadania koloru żółtego, ostudzić tak aby się sos sklarował. Jeżeli kto ma białko, to można sos białkami sklarować, i gdy będzie tylko wolne, zalać ułożone w salaterkę kawałki przestudzonym sosem, z którego po zastygnięniu uformuje się galareta. Podaje się do tego ocet i oliwę.

Z sarną sprawa się komplikuje:

W czasie zimy można sarnę w skórze w całości, wcale niepaproszoną, zachować cztery tygodnie najmniéj, pieczeń zaś lub cąber sarni niepłócząc w wodzie, ociągnięty ze skóry, wyżyłowany, zalany w misce lub fasce dębowej przegotowanym octem z korzeniami i ostudzonym, można zachować parę tygodni w piwnicy lub suchéj spiżarni, pamiętając tylko często przewracać na drugą stronę. Zbyt świeża sarna jest niesmaczna, gdyż brak jéj kruchości. Chcąc żeby prędko skruszała, należy ją obwiniętą w serwetę w occie umaczaną, zakopać w ziemi na parę dni, a po wyjęciu obłożyć całą plastrami cebuli, co w każdym razie dodaje smaku i kruchości, tak leżeć powinna całą noc. Wyjętą z octu pieczeń wyżyłować, to jest zdjąć wszystkie błony, jakie tylko na niéj są, można także uczynić to przed włożeniem w ocet; szczególniéj, jeżeli ma krótko w occie leżeć; tak wyżyłowaną naszpikować gęsto świeżą słoniną, posmarować oliwą, nasolić i upiec na rożnie lub na brytfannie w piecu, polewając masłem, a w końcu zagotować masło z mąką, wlać parę łyżek śmietany i tem ciągle smarować, a pieczeń nabierze lustru i ładnie wygląda polana takim sosem. (…)

Jak ktoś lubi drobne ptaszki, to z nimi jest najprościej:

Rozgrzać masła lub świeżego szmalcu, wrzucić parę cebul pokrajanych w plasterki, zagotować i w to masło włożyć oczyszczone, z lekka osolone i mąką osypane małe ptaszki i smażyć do rumianego koloru.

Zanim mnie zlinczują obrońcy praw zwierząt, spieszę wyjaśnić, że osobiście jestem prawie wegetarianinem, bo czasami tylko na jakąś rybkę sobie pozwolę i to tylko wtedy, jak mi zagwarantują, że jest świeża. Jako zatwardziały cukrzyk uwielbiam natomiast ciasta, torty i inne słodkości, gdzie Pani Ćwierczakiewiczowa przechodzi wręcz samą siebie. Na przykład, jak ona robi przewyborny Mak na wiliją:

Biały lub niebieski mak wypłókać kilka razy w wodzie, potem sparzyć na kilka godzin. Zlać tę wodę i wiercić polewając nieco słodką śmietanką, przecedzić przez sitko i zmięszać z cukrem z wanilją do smaku. Wziąść bułki najpiękniejsze świeże lub nawet wczorajsze, obetrzeć ze skórki, pokrajać w kostkę, nalać śmietanką makową, aby napęczniały, ułożyć na salaterkę i dobrze obsypać cynamonem. Jest to przewyborne makowe danie. Na kwartę maku bierze się kwarta dobréj śmietanki i pół funta cukru (…)

Niegorsze są jabłka smażone w cieście:

Najlepsze do tego są jabłka sztetyny. Pokrajać w plasterki obrane jabłka i włożyć w wodę; po obraniu i pokrajaniu w plastry, to lepiéj ciasto przyjmuje na siebie, odrzucić pestki; na trzy jabłka wziąść trzy żółtka, rozbić z łyżeczką mąki, białka ubić na pianę, domieszać do żółtek i kiedy już masło na patelni, maczać jabłka w cieście, kłaść na gorący szmalec, którego powinno być wiele i smarzyć, przewracając ostrożnie jabłka, aż nabiorą pomarańczowego koloru i podać obsypawszy natychmiast po usmażeniu grubo cukrem z cynamonem. Można także krajać jabłka w ćwiartki, maczać w takiem samem cieście, i rzucać na szmalec gorący w rondelku tak, jak pączki, a narosną i będą wyborne; gdy się jedne usmarzą, rzuca się drugie i tak daléj.

Tak na marginesie, może byłby to sposób na jednego polskiego polityka, co się jakoś tak podobnie do tych sztetyn nazywa, ale kto by go jadł? W każdym razie na wznawianej wielokrotnie książce, z której pochodzą cytowane przepisy, autorka dorobiła się sporego majątku. Dla wielu, jak to w naszym kraju, był to powód do zazdrości, złośliwostek. Wytykano jej brak kobiecości, obcesowy sposób bycia, ponadprzeciętną tuszę. Podobno, z uwagi na swój pokaźny biust i brzuch, wchodziła tyłem po schodach, dla ułatwienia. Na bazarach potrafiła się targować o każdy grosz, więc zarzucano jej chorobliwe sknerstwo i ulica prześmiewczo przekręcała jej nazwisko na Ćwierciakiewiczową. Słowem, była bardzo popularną postacią XIX-wiecznej Warszawy.

Miała cięty język i bezpośredni charakter. Michał Bałucki, autor komedii Klub kawalerów, stworzył jedną ze swoich bohaterek, Dziurdziulińską, na wzór pani Lucyny, pisząc: Imponujący wzrost, tusza, postawa, silny głos, ostre, energiczne, nawet zamaszyste ruchy, pewna rubaszność w zachowaniu i manierach. To był czas, kiedy na warszawskich salonach bywała również Eliza Orzeszkowa, która tak ją scharakteryzowała: Kobieta z gatunku tych, którym ojcowie nasi dali miano herod-baba. Ruchliwa, krzykliwa, nieustraszona, gotowa zawsze do celów swych ludzi za gardła brać albo im oczy wydzierać. W biały dzień i na ulicy wyłajać bliźniego może ona tak dobrze, jak przełknąć ostrygę.

Autorka powieści Nad Niemnem sama padła ofiarą jej ciętego języka. Kiedy przy jakiejś okazji zapytała Ćwierczakiewiczową ironicznie – więc pani pisze o plackach?, usłyszała błyskawiczną ripostę – a pani pod placki. W czasach, gdy służące używały makulatury jako papieru do pieczenia, był to dla pisarki afront. Mentalnie łączyło je pewne podobieństwo – obydwie apodyktyczne i femdom, więc konkurowały ze sobą. Orzeszkowa doceniała ją jednak, jako kobietę samodzielną, której udało się zrobić dużą karierę w świecie zdominowanym przez mężczyzn.

Urodzona 17 października w Warszawie, w kalwińskiej rodzinie von Bachmanów, odebrała typowe dla dziewcząt ze swojej sfery wychowanie, przygotowujące ją do roli wzorowej żony, matki i pani domu. Jej pierwsze małżeństwo, zaaranżowane przez rodziców, rozpadło się szybko. Drugiego męża wybrała już sobie sama i przeżyli razem wiele udanych lat. Grała w tym związku pierwsze skrzypce, a pan Ćwierczakiewicz w zamian miał m.in. znakomicie prowadzony dom i pierwszorzędną kuchnię, bo małżonka od dziecka uwielbiała gotować. Zaakceptował fakt, że osobowość żony nie mieści się w roli tradycyjnie przypisywanej kobietom.

Żyłam prędko, bo w dwudziestym trzecim roku miałam już drugiego męża, a ten mój najzacniejszy i najukochańszy z ludzi mawiał mi, żem szła przez życie jak kometa, paląc wszystko za sobą – pisała. Lucyna miała potrzebę dokonania czegoś w życiu. Sześć lat po ślubie, za pożyczone pieniądze, wydała swoją pierwszą książkę kucharską: Jedyne praktyczne przepisy wszelkich zapasów spiżarnianych oraz pieczenia ciast. Autorka zawiera w niej po raz pierwszy swoje zawodowe credo, że kuchnia wcale nie musi być droga i wystawna, jak do tej pory uważano, bo najważniesza jest w niej jakość i świeżość potraw. Myśl tę kontynuuje w swojej kolejnej pracy, właśnie w 365 obiadach za 5 złotych, także wydanej własnym sumptem i to jest przysłowiowy strzał w dziesiątkę. Tu autorka przedstawia już kompleksowy plan działań na cały rok, podpowiadając czytelniczkom, jakie produkty są dostępne i najsmaczniejsze w danej porze roku i kiedy najlepiej je przerobić tak, aby można je było przechowywać. Proponuje zatem nie tylko przepisy kulinarne, ale styl życia, w którym dbanie o dom i kuchnię traktowane jest jako zajęcie szlachetne, godne wysiłku, wymagające planowania a także talentu.

Kucharka to artystka, scjentystka i pragmatyk jednocześnie, zatem osoba o szerokich horyzontach: widzi ona świat nie z perspektywy kuchni, lecz kuchnię z perspektywy świata – pisała pani Lucyna. Ograniczenie “budżetu obiadowego” do 5 zł wskazywało, że Ćwierczakiewiczowa adresowała swoje porady do klasy średniej, kształtującej się w XIX-wiecznej Polsce.

Opowiadała się ona także za prawem kobiet do kształcenia i samodzielności finansowej. 365 obiadów za 5 złotych przyniosło Ćwierczakiewiczowej miano kucharki narodowej. Szacowano, że w 1883 roku za wydania swoich książek otrzymała w sumie 84 tysiące rubli, za taką sumę można było kupić trzy spore majątki ziemskie. Sukces jej książek kucharskich porównywano z powodzeniem Trylogii Sienkiewicza. Bolesław Prus, osobisty przyjaciel Ćwierczakiewiczowej, pisał tak: Do sakramentu małżeństwa potrzebne są następujące kwalifikacje: pełnoletniość, wolna a nieprzymuszona wola i +365 obiadów za 5 złotych+.

O patriotycznych zasługach pani Lucyny – przypomnijmy, że żyła w czasach Powstania Styczniowego – opowiem za tydzień.

Druga strona medalu

Teresa Rudolf

***
Stół na biało
sztućce, talerze,
czystość tradycji,
jeszcze wciąż cisza,
oczekiwanie na ludzi.

***
Choinka zielona
wyhodowana ekstra
(ta mała, średnia, duża)
na uroczyste znów święta,
błyszczy, szeleści, zaprasza,
w pokojach, sklepach, na rynkach.

***
Wielki stos drzewek
nieważnych po świętach, 
niepotrzebnych już nikomu
na śmietniskach całego świata,
...wyhodowanych ekstra na święta.

***
Ryby pieczone, smażone,
ekstra hodowane na święta,
mięsa smażone, panierowane,
brzęczenie sztućców przy stole,
chór mieszanych ludzkich głosów.

***
Ludzkie głosy na pasterkach,
pełnych kościołów świata,
tu w ciepłych płaszczach,
tu w cienkich okryciach,
bo ci tutaj, a ci tam...

***
O północy w każdą Wigilię,
wszystkie zwierzęta mówią;
te z kanap chcą więcej ruchu,
mniej głaskania, oglądania TV,

a te z ulicy mniej strachu, głodu, 
zimna, kaleczenia serca, też ciala,
przez człowieka tak przebogatego
w tradycje od tych wielu tysięcy lat;
 
- ach, strach pomyśleć o Sylwestrze!

Krzyczą wszystkie, 
te, z tych kanap
i te, z tych ulic.

***
Już milkną 
głosy wigilijne
zwierząt mówiących
tradycyjnie tylko w święta,
pustoszeją stoły, też zastawa
dla zabłąkanych, zgłodniałych
ludzi, wylatujących z tej tradycji
mieszkania u siebie, też z bliskimi...

***
Ciągle My,
dla Nas,
o Nas...

A tutaj wojna,
a tu znów klimat,
a tu ci, co wciąż "za"
i znów ci, co "przeciw"...

...na Zegarze Świata 
nakręcanym przez
to nasze dziwne
mrowisko! 
Continue reading “Druga strona medalu”

To nie “robole” stracą pracę

(Mały geniusz)

Konrad

Za Wikipedią:

Główną lekcją, wyniesioną z trzydziestu pięciu lat badań nad sztuczną inteligencją jest to, że trudne problemy są łatwe, a łatwe problemy są trudne. Umysłowe zdolności czterolatka, które uważamy za oczywiste − rozpoznanie twarzy, podniesienie ołówka, przejście przez pokój – faktycznie rozwiązują jedne z najtrudniejszych inżynieryjnych problemów… Gdy pojawi się nowa generacja inteligentnych urządzeń, to analitycy giełdowi, inżynierowie i ławnicy sądowi mogą zostać zastąpieni maszynami. Ogrodnicy, recepcjoniści i kucharze są bezpieczni w najbliższych dekadach.

Continue reading “To nie “robole” stracą pracę”