Kryzys klimatyczny



Przyjaciele i Przyjaciółki!
Ludzkość nie radzi sobie z powstrzymaniem katastrofy klimatycznej.
Kiedyś było to po prostu pilne. Dziś planeta rozpaczliwie woła o pomoc.

Przywódcy państw całego świata spotykają się właśnie na szczycie klimatycznym. Jednak obietnice bez pokrycia w realnych działaniach już nie wystarczą.
Potrzebni są nam przywódcy, którzy wiedzą, co trzeba zrobić i to zrobią,
by cofnąć nas znad przepaści.

Jadę na ten szczyt z inspirującymi, młodymi liderkami: Vanessą Nakate z Ugandy i Dominiką Lasotą z Polski.
Spotkamy się osobiście z delegatami kilkudziesięciu państw, by dostarczyć im olbrzymią petycję wzywającą do podjęcia natychmiastowych działań. Dołącz do nas już teraz:
podpisz ten apel jednym kliknięciem i prześlij go swoim bliskim.
Podpisuję
Do przywódców państw całego świata

„Zdrada”

Tym słowem młodzi ludzie na całym świecie określają fakt, że rządy naszych państw nie radzą sobie z redukcją emisji gazów cieplarnianych. Nie powinno to dziwić.

Wciąż bardzo wiele nam brakuje, by nie dopuścić do wzrostu temperatury o więcej niż 1,5°C, a mimo to rządy przyspieszają kryzys, wydając miliardy na paliwa kopalne.

To już nie jest ostrzeżenie. To ostatnia szansa dla Ziemi. Gdy nasza planeta zostanie zdewastowana, zginą miliony ludzi. Od waszych decyzji zależy, czy unikniemy tego przerażającego losu, czy zgotujemy sobie taką przyszłość. To wy o tym postanowicie.

Jako obywatelki i obywatele całego świata wzywamy was do stawienia czoła kryzysowi klimatycznemu. Nie za rok. Nie za miesiąc. Teraz!

Oto nasze żądania:

Utrzymanie celu, jakim jest ograniczenie ocieplenia do 1,5°C.
Wymaga to natychmiastowej i radykalnej redukcji emisji, która z roku na rok musi przybierać niespotykaną dotąd skalę.  
Bezzwłoczne zaprzestanie wszelkich inwestycji w paliwa kopalne i dopłat do tych paliw. Wstrzymanie nowych projektów oraz poszukiwania i eksploatacji nowych złóż.
Zerwanie z „kreatywną księgowością” emisji i publikowanie całkowitych emisji dla wszystkich wskaźników konsumpcji, łańcuchów dostaw, międzynarodowego lotnictwa i żeglugi oraz spalania biomasy.
Wypłacenie obiecanych 100 miliardów dolarów krajom najbardziej narażonym na skutki zmiany klimatu oraz dodatkowych środków na likwidowanie skutków katastrof klimatycznych.
Ochrona pracowników i pracownic oraz innych osób najbardziej narażonych na skutki kryzysu i likwidacja wszelkich form nierówności.
Wystarczy jeden zdeterminowany przywódca, by cały świat odczuł różnicę.
Zmiana klimatu to wyjątkowa okazja do radykalnej przemiany naszych społeczeństw na lepsze. To także czas dla zdeterminowanych przywódców z wizją. Będzie to wymagać ogromnej odwagi – ale wiedzcie, że kiedy się na nią zdobędziecie, u waszego boku staną miliardy ludzi.

Podpisuję
W obliczu bezczynności władz czasem trudno nie tracić nadziei. Ja jednak nadzieję czerpię z ludzi – tych milionów z nas, którzy działamy, by ocalić przyszłość. Czerpię ją z naszych demonstracji, z naszej determinacji do dalszej walki. Słyszę ją w naszych drżących głosach, gdy mówimy politykom prawdę w oczy. Moja nadzieja jest zakorzeniona w działaniu, a napędza ją miłość do ludzi i do naszej przepięknej Ziemi. To właśnie ona utrzymuje mnie w przekonaniu, że możemy to zrobić. I że musimy to zrobić. Razem. Z ogromną nadzieją,



Greta ze Szwecji, Vanessa z Ugandy, Dominika z Polski i Mitzi z Filipin razem z młodzieżowymi aktywistami i aktywistkami z całego świata i całym zespołem Avaaz

Dowiedz się więcej:
Krytyka Polityczna: To my jesteśmy prawdziwą delegacją Polski na szczyt klimatyczny COP26
Wyborcza.pl: Zmiany Klimatu oczami Polaków. Specjalne badania Kantara dla “Gazety Wyborczej”
Krytyka Polityczna: Poważni panowie gotują nam katastrofę
W języku angielskim:
Guardian: Świat nie radzi sobie z wprowadzaniem zmian koniecznych, by zapobiec zapaści klimatu. Nowy raport
Carbon Brief:
Jak będzie wyglądać świat, gdy klimat ociepli się o 1,5°C, 2°C i więcej

Przyszłość Europy 5

Tabor Regresywny alias Marek Włodarczak

Optyka kwantowa w klasie Kucharzy Małej Gastronomii

Zróbmy taki eksperyment myślowy. Do sklepu samoobsługowego wchodzi małżeństwo. Mają ostatnie pięć złotych. Kobieta idzie jedną stroną regału i bierze do wózka szampon w cenie pięć złotych, a mężczyzna idzie drugą stroną i bierze pierniczki, też za pięć złotych. Podchodzą do sąsiadujących z sobą kas i dochodzi do krótkiej sprzeczki szampon czy pierniczki. W końcu jedno z małżonków dokonuje zakupu, a drugie wstydliwie oddaje swój towar. Badając rozkład sklepu, ułożenie towaru na półkach czy urodę kasjerek, nie jesteśmy w stanie przed transakcją ustalić – szampon czy pierniczki? Nic nie determinuje wyniku tego eksperymentu. Ale znając małżeństwo możemy podać prawdopodobieństwo wyniku. U mnie stawiałbym 65% na szampon i 35% na pierniczki. Dalej osoba która dokonała transakcji spokojnie przejdzie przez bramkę alarmującą, a ochroniarz po sprawdzeniu paragonu puści ją wolno. Druga osoba uruchomi alarm, zostanie zatrzymana przez ochroniarza, a towar trafi z powrotem na półkę. Z tego, że mężczyzna nie dokona zakupu nie wynika, że kobieta go dokonała, bo oboje mogą zrezygnować z transakcji. I jeszcze jedno. Jeśli jeszcze na obszarze przed kasami dojdzie do spotkania małżonków, mogą ustalić, co kupują, oszczędzając sobie scenki rodzajowej przy kasach. Zanim przejdziemy do dalszych studiów komparatystycznych z zakresu handlu i teorii kwantów, poproszę miłe czytelniczki, by skonsultowały ten tekst z fachowcami od mechaniki kwantowej i upewniły się, czy faktycznie ma on coś wspólnego z optyką kwantową.

Odpowiedź Adminki: Autor musi nam jednak udowodnić, bądź też nas czarująco przekonać, że tak jest, bo myślę, że ani ja, ani moje Miłe Czytelniczki, nie mają pod ręką fachowca z zakresu mechaniki kwantowej. Chyba, że któraś z nas ma go, że tak powiem, pod rękę, ale, póki co, nic o tym nie wiem.

PS.

To opowiadanie nie jest takie niewinne na jakie wygląda. To jest Koń Trojański, którego chcę spróbować wprowadzić do Instytutu Fizyki. Spróbuję najpierw we Wrocławiu.

Dodatek historyczny.

4 lipca 2020 roku napisałem do Burmistrza Miasta Kłodzka taki donos: „Uprzejmie donoszę, że za większość problemów w mieście odpowiedzialny jest most kwantowy na kanale Młynówki. Badania które prowadzę od trzech lat w ramach Studium Doktoranckiego Bibliologii, Językoznawstwa i Literaturoznawstwa wskazują, iż rzeczony most kształtuje poetykę współczesną (1), na której żeruje kultura masowa (2), nagminnie konsumowana przez obywateli naszego miasta. W ten sposób nieoznaczoność, instrumentalizm i brak wiary w rzeczywistość – cechy kwantomechanicznego obrazu świata – przenikają do życia codziennego, czyniąc je wprawdzie zasobnym ale nieznośnym.”

Przypisy do Dodatku

(1) Formy jakie sztuka przybiera w poszczególnych epokach odzwierciedlają – poprzez analogię, metaforę,… sposób w jaki nauka danej epoki widzi otaczającą rzeczywistość. Umberto Eco, Dzieło otwarte.
(2) Niezbędnym warunkiem istnienia kultury masowej jest dostęp do wyższej, w pełni dojrzałej kulturalnej tradycji, której odkrycia, osiągnięcia i samowiedzę kultura masowa potrafi wykorzystać do swoich celów. Clement Greenberg, Awangarda i kicz.

Wspomnienia o Maryli 24

Magdalena Ciechomska

Zbliża się listopad ze swoją melancholią, miesiąc poświęcony zmarłym, w którym cała przyroda zdaje się powtarzać koheletowe vanitas. Coraz krótsze dni, zaczynające się mglistym porankiem, coraz wcześniej zapadający zmierzch. Próbujemy rozproszyć mrok światełkami cmentarnych zniczy, ożywić kolorem jesiennych chryzantem. Nasi umarli są w tych dniach bardziej obecni. Wierzymy, bądź chcemy wierzyć, że kiedy zmiatamy z ich grobów liście, zapalamy światełka, stawiamy kwiaty, oni kręcą się tuż obok, przyglądają naszej krzątaninie, że to ma dla nich znaczenie. Choć tak naprawdę, te światła i kolory bardziej potrzebne są nam, żywym. Najważniejsza jest pamięć. Także modlitwa. Pamięć trwa dłużej niż świeca, która się wypali, niż kwiaty, które wkrótce zwarzy przymrozek. Niedługo listopadowa szarość przejdzie w ciemność Adwentu. Roratnie lampiony są jak przedłużenie cmentarnych płomyków.

W adwencie chowaliśmy ciocię Oleńkę, najmłodszą siostrę mojej teściowej. Była nam bardzo bliską, a zwłaszcza Maryli, która kupiła dla niej nowe mieszkanie w Grójcu i każdy pobyt w domu, w Warszawie, zaczynała od odwiedzin cioci. Często przywoziła ją do nas. Chcieliśmy, żeby ciocia w końcu zamieszkała z nami na stałe. Coraz bardziej potrzebowała opieki. Jednak wolała być u siebie, zgodnie z zasadą, że „starych drzew się nie przesadza”. W październiku 2017 roku trafiła do szpitala w Grójcu, skąd Tadeusz zabrał ją do nas. Przygotowaliśmy dom i siebie do opieki nad staruszką, która już nie mogła wstać z łóżka. Nie trwało to długo. W listopadzie ciocia zmarła na oddziale geriatrii szpitala wolskiego w Warszawie. W niedzielę rano miałam telefon ze szpitala. Zaraz potem zadzwoniłam do Maryli, do Berlina. Rozpłakała się. Miała nadzieję, że ciocia mimo wszystko będzie jeszcze żyła, nawet nie wstając z łóżka, nawet jeśli będzie wymagała stałej opieki…

Pogrzeb wypadł na początku adwentu. Po mszy żałobnej w kościele grójeckiej parafii odprowadziliśmy ciocię Oleńkę na cmentarz w Jazgarzewie, gdzie została pochowana w grobie obok swoich rodziców i starszej siostry, Henryki. Z cmentarza wróciliśmy do Grójca. W małej knajpce na Rynku mieliśmy zamówioną skromną konsolację. Było kilka osób ze znajomych cioci, posiedzieli z nami przy obiedzie. Po ich wyjściu my z Marylą i naszym kuzynem siedzieliśmy jeszcze dość długo, rozmawiając, pijąc herbatę, skubiąc sernik i szarlotkę. Na Rynku zapalały się wieczorne latarnie i kolorowe światełka bożonarodzeniowych dekoracji. Mieszkanie cioci było niedaleko. Wyszliśmy z restauracji i poszliśmy tam, mijając błyszczące od choinkowych lampek stragany na świątecznym kiermaszu. Na drzwiach klatki schodowej wisiała klepsydra. Maryla już podjęła decyzję o sprzedaży tego mieszkania. Mieliśmy świadomość, że jesteśmy tam ostatni raz. Wzięłam do ręki stojącą na kredensie fotografię przedstawiającą młodą ciocię, ładną kobietę, w letniej sukience w kwiaty, z lekko rozwianymi, długimi, ciemnymi włosami i nieśmiałym uśmiechem. Ile mogła mieć wtedy lat? Dwadzieścia, dwadzieścia kilka?

Wracaliśmy do Warszawy autobusem PKS, takim, jakim często ciocia przyjeżdżała do nas, gdy była młodsza. Tadeusz powiedział wtedy, że skończył się czas Grójca, myślę, że w ten sposób żegnał się ostatecznie z dzieciństwem, swoim i Maryli. Także z dzieciństwem naszego syna, któremu ciocia przywoziła słodycze, albo, gdy jechałam z Jankiem do mojej mamy przez Grójec, wychodziła na przystanek PKS, żeby podać Jasiowi paczuszkę łakoci na drogę. Rozmawialiśmy też o zbliżających się świętach Bożego Narodzenia, o tym, że będą to święta bez cioci. Że przybędzie kolejne puste miejsce przy stole.

Maryla zachorowała pół roku później, w marcu 2018. Zdiagnozowano jej raka przełyku. Przygotowując się do operacji i trudnego leczenia, mówiła: „Czuje się tak, jakbym miała przed sobą wysoką i stromą górę, na która muszę wejść.” Ruszyła bez wahania na tę wspinaczkę. Góra ją pokonała.

Maryla nieraz mi się śni. Często w tych snach pojawia się też ciocia Oleńka. Obie milczą. Uśmiechają się tylko.

Odeszły

Ela Kargol, Krystyna Koziewicz, Ewa Maria Slaska

Byłyśmy z nimi zaprzyjaźnione, co roku odwiedzamy ich groby, myślimy o nich, piszemy, również tu, na blogu Ewa Maria & Friends.

Chcemy o nich jutro z Wami porozmawiać – zapraszamy do Galerii NaKole na Neukölln, którą prowadzi Wiesław Fiszbach, malarz.

Viki – odeszła 11 grudnia 2020 roku zabierając ze sobą pierwszą chanukową świeczkę, pół roku po swoich urodzinach 11.06.1945.

Była zawsze świetnie ubrana, mnóstwo podróżowała, wszystkich znała, napisała kilka książek. Słynęła z z ciętych wypowiedzi i ripost. Tu kilka z nich:

Każdy ma wrogów, nie warto się przejmować, po prostu trzeba mieć więcej przyjaciół niż wrogów.
Uciekinierzy chcieliby mieć nasze problemy.
Wolę nie zarabiać, niż użerać się Urzędem Skarbowym.
Nie ma to, jak przygotować na kolację dla wegetarian porządną, soczystą pieczeń wieprzową.
Jestem niewierząca w czterech religiach.
Na zewnątrz mógł być sobie bardzo poważny i dramatyczny stan wojenny, ale ja wysyłałam moim przyjaciołom do Warszawy nie tylko leki, ale również staniki, majtki, prezerwatywy i podpaski – dla mnie to już na zawsze będzie “stanik wojenny”.

Joasia – zachorowała dwa lata temu, umarła przed rokiem – w myślach zawsze sobie mówię, że zabrał ją październik, bo i choroba, i śmierć nadeszły w tym miesiącu.

Była jedną z najaktywniejszych autorek tego bloga – pisała dużo, ciekawie, na różne tematy i nigdy nie nawalała – jak obiecała tekst, to on zawsze był. Jeśli chodzi o ilość opublikowanych wpisów w dziesięcioletniej historii tego bloga na pierwszym miejscu jestem (niestety) ja (bo muszę wypełniać wszystkie dziury), na drugim Zbigniew Milewicz (197 wpisów), na trzecim właśnie ona – 89 tekstów. Proza, eseje, reportaże z podróży. Dużo z mężem podróżowali, ostatnią wielką podróż odbyli do Peru. W ostatnim wpisie o tej podróży czytam niezwykłą wiadomość.

Następnego dnia wstajemy o świcie. Ronaldo czeka na nas przed bungalowem. W świetle latarki wspólnie pokonujemy drogę do miejsca postoju naszej łodzi. W ciemnościach odpływamy od brzegu, przez godzinę płyniemy przez pola mgły przy akompaniamencie odgłosów dżungli. Kiedy docieramy na miejsce, Ronaldo opowiada nam, że niedaleko stąd widział przed rokiem „uncontacted person”, czyli indygennego Indianina, który nie miał do tej pory żadnego kontaktu z naszą cywilizacją. „Co się w takim przypadku robi?”, pytam z ciekawością. „Nie wolno podejmować żadnych prób nawiązania kontaktu, Indianie mogą poczuć się zagrożeni i zareagować agresywnie. Należy niezwłocznie poinformować dyrekcję parku”. Ronaldo dodaje, że naukowcy szacują, że na terenie parku Manu mieszka od tysiąca do trzech tysięcy Indian, którzy nie mieli do tej pory żadnego kontaktu z naszą cywilizacją.

Wiedzieliście o tym? Bo ja nie, a w końcu studiowałam etnografię.

Irena – była taka młoda, miała 40 lat, jak odeszła. Ela Kargol zapamiętała ją, jak w ogrodzie wspięła się na drzewo, żeby zebrać śliwki. “Taka była młoda, szczupła, gibka.”

Życie boli. Boli inaczej jak głowa, zwichnięta noga, wyrwany ząb, albo rwa kulszowa. Nie pomoże pigułka. Życie jest lekoodporne.

Przyjeżdżałaś rowerem do naszego ogrodu, smukła, gibka, wysportowana. Sama jeżdżę rowerem, a więc za ten rower miałaś już u mnie dodatnie punkty i za góry. Zazdrościłam tobie twoich górskich wypraw. Bo ja też miłośniczka gór, ale bardziej w schronisku, przy gitarze i wódeczce. A ty naprawdę przemierzałaś alpejskie i tatrzańskie szlaki. Pamiętasz, jak obiecałyśmy sobie wysłać kartkę z wakacji? Wiem, że od ciebie dostałam, a ja swoją do ciebie wysłałam dopiero z Berlina.

Ewa – nie miała 60 lat, jak odeszła. Monika Wrzosek-Müller tak o niej napisała:

Była gorliwą czytelniczką, czytała książki z niesamowitym zapałem i zaparciem, dyskutowała żarliwie.
Była kochającą matką, która uwielbiała swojego syna-przyjaciela.
Była wspaniałą nauczycielką, którą uwielbiały generacje obcokrajowców przybywających do Berlina.
Była towarzyska, lubiła życie codzienne, z kawą, papierosem i kieliszkiem czerwonego wina.
Była towarzyszką dla wielu osób, którym było dane ją spotkać. Potrafiła słuchać i próbowała pomagać w rozwiązaniu problemów, zapominając często o swoich własnych.

Choroba przyszła niespodziewanie, walczyła z nią przez kilka lat, nie poddając się pesmistycznym diagnozom większości lekarzy.

Dla mnie odeszła moja bardzo bliska przyjaciółka, osoba wielkiej kultury
i charyzmy.

Maryla – odeszła tak jak Ewa i Joasia, na raka, w wieku około 60 lat. W ciągu kilku lat z Berlina zniknęły trzy charyzmatyczne tłumaczki polsko-niemieckie, takie, które potrafiły nie tylko przetłumaczyć jeden język na drugi, ale też jeden z tych krajów przetłumaczyć mieszkańcom drugiego. I to w obu kierunkach.

Od wielu tygodni jej szwagierka, Magda, pisze dla nas, Czytelników bloga o Maryli. W ostatnim wpisie napisała:

Jesień coraz bardziej kolorowa, drzewa sypią żółto-czerwonym confetti, niedługo początek listopada. Naturalnie w tym czasie więcej myślimy o bliskich, którzy odeszli, jedziemy na cmentarz, trzeba uporządkować groby, zapalić znicze, położyć świeżą wiązankę. Coraz więcej wspomnień, tych zaduszkowych, z czasu, kiedy jeszcze przychodziliśmy na cmentarze z kimś, a nie do kogoś. Te polskie Zaduszki mają jedyny w swoim rodzaju, melancholijny, podszyty smutkiem nastrój, poważny, otwierający na eschatologię. Komercyjna, jarmarczna zabawa Halloween wprowadza jakiś dysonans, przełamuje smutek i religijną powagę, pozwala na śmiech, na kpinę ze śmierci, ma zapewne łagodzić lęk egzystencjalny. Według mnie Halloween po prostu nie pasuje do tych naszych świąt. Maryla była innego zdania. Może podobała jej się groteskowość Halloween, może też dlatego że w ogóle lubiła wszelkie poważne rozmowy zamykać żartem. Może w tym jej zwyczaju kryła się jakaś myśl o nietrwałości wszystkiego, może te żarty były rodzajem przypomnienia, że nie warto wszystkiego traktować tak bardzo serio, w końcu nic nie jest wieczne, wszystko się zmienia, a wreszcie kiedyś kończy. Może w tych żartach przejawiała się jej prywatna filozofia, zakładająca konieczność zachowania stoickiego dystansu wobec tego, co nieuchronne.


Reblog o makaronie

Jacek Pałasiński

Jacek Pałasiński, słynny dziennikarz, ongiś przez wiele lat korespondent z Włoch, pod ciekawą ksywką D.O., czyli Drugi Obieg, informuje nieregularnie acz dość często swoich coraz liczniejszych czytelników i wielbicieli (też do nich należę) o tym, co się dzieje w świecie. I to nie tylko tym znanym jak Europa, czyli EU i USA, tylko dalekim jak Wyspy Triobrianda i Wyspy Bergamuty. A tu nagle wczoraj po pierwszym wezwaniu politycznym, autor poświęcił cały (CAŁY) wpis…

Najpierw zatem punkt pierwszy – preambuła albo prolegomena:

Chers collègues journalistes du monde entier!
Arrêtez d’écrire « Pologne » : une fois « contre l’UE », une fois « contre la CJUE » ou « contre l’OTAN ».N’écrivez pas “La Pologne est un problème pour l’Europe”, ou “L’Europe a une arme émoussée dans la lutte contre la Pologne”…
Au lieu de “Pologne”, veuillez écrire “PiS”. Parce que la Pologne n’est pas “PiS”, et “PiS” n’est pas la Pologne.
S’il vous plaît.

Z okazji wyjątkowej, D.O. dziś jest monotematyczny. Wyjątkowa okazja to ta, że 25 października przypadał Międzynarodowy Dzień Makaronu (World Pasta Day), ale my, Włosi, świętujemy ten dzień cały tydzień, a pastę – cały rok.D.O. jest przebrzydłym makaroniarzem i choć powinien ograniczać węglowodany, to jednak często pojawiają się na jego stole. Dlaczego? Bo kluska pyszną jest! Zwłaszcza z dobrym sugo, czyli sosem.Na początek kilka danych: W ciągu roku 2020na planecie Ziemia zjedzono …17 milionów ton (17.000.000.000 kg, 120 miliardów porcji, po 15 porcji na przeciętnego mieszkańca Ziemi) pasty wszelkiej, a mniej więcej 1 tonę zjadł D.O. Te 17 mln ton to o milion ton więcej niż zjedzono jej w 2019, i to 2 x więcej niż trafiło do ludzkich brzuchów w r. 2010. Miłośnicy pasty zjadają około 28 kg klusek rocznie, ale nie we Włoszech. We Włoszech zjadają 53 kilogramy. I żyją! I to żyją rekordowo długo, razem z Hiszpanami i Grekami. Oraz z Japończykami, ale ci żyją długo nie z powodu diety śródziemnomorskiej, tylko z powodu braku soli w tym, co jedzą.

Ponieważ na temat pasty krążą różne fake newsy, D.O. przytoczy news, który absolutnie nie jest fake: w 2010 roku dieta śródziemnomorska, której pasta, warzywa i oliwa są podstawami, została umieszczona na liście Niematerialnego Światowego Dziedzictwa Ludzkości. A to nobilituje każdego zjadacza pasty.Na pytanie: „Jaki makaron jeść”? D.O. bez wahania odpowiada: „włoski”! Tak, D.O. wie, że trafiają się udane produkcje spoza Półwyspu Apenińskiego, ale po co ryzykować, kiedy można w ciemno trafić od razu w najlepsze?

Włoski, ale jaki włoski?! Jeśli nie znasz, Czytelniku, marki i nie masz do niej zaufania, weź ze sobą do sklepu szkło powiększające. A następnie przeczytaj, czy na opakowaniu jest formułka pasta di semola di grano duro, czyli kluski z semoli z pszenicy typu durum .Jak nie jest di semola di grano duro, to nie kupuj: rozleci się w gotowaniu i w ogóle, wartości smakowe będą wątpliwe.

No dobrze, a jaka pasta di semola di grano duro?

Oczywiście najlepiej, jeśli na opakowaniu jest napisane o trafilata al bronzo. Co to znaczy? To znaczy, że dzióbki wyciskaczy, te, przez które masa makaronowa wychodzi na świat w pożądanym kształcie, są zrobione z brązu.

A co to daje? Daje mikroporowatość pasty, która dokładniej i wdzięczniej przyjmie w siebie sosik i zachowa wierniej jego aromat.

To jaki kształt powinna mieć pasta doskonała?

Odpowiedź jest jedna: „a jaki ci się, Czytelniku, najbardziej podoba i jaki najbardziej lubisz”! We Włoszech produkuje się ponad 300 różnych typów pasty. Jeśli nie masz ugruntowanych w tym względzie przekonań, miej odwagę eksperymentować.

Ale, szczerze mówiąc, określona pasta pasuje do określonych sosów. Z tym że, jak wynika ze statystyk włoskiego odłamu Uber eats, najwięksi znawcy i smakosze pasty na naszej planecie – Włosi – najchętniej zamawiają z dostawą do domu spaghetti i fettuccine. A fettuccine (nie „fetucini!!!”) to „wstążeczki”, w przeciwieństwie do fettucce – wstążki. Czyli cienkie, ok. 3-milimetrowe paski. Z jakim sosem zamawiają? Ojej, są mało oryginalni! Carbonara i ragù. Pesto alla genovese i cacio e pepe, stają się coraz bardziej popularne.

A propos: Carbonara to nie są kluski w śmietanie, choć D.O. jest świadom, że na Północy Włoch okupanci przywieźli swoje złe obyczaje i gdzieniegdzie śmietanę do cabonary dodają. Ale my to odrzucamy, do ust nie bierzemy. A co zacz ragù? Barbarzyńcy nazywają to brrrr… „sosem bolognese”, albo jeszcze gorzej „bolonese”. Bolonia nie ma swojego sosu i to, co się barbarzyńcom podaje pod tą nazwą z Bolonią nic wspólnego nie ma, a nawet można zostać nieprzychylnie potraktowanym przez kelnera, jeśli „sos bolognese” zamówi się w Bolonii. Ragù to specjalność neapolitańska, bo w Neapolu długo rządzili Burbonowie i zaszczepili tam ragoût. Ale Neapolitańczycy mają więcej ducha twórczego niż wszystkie odłamy Burbonów razem wzięte i francuskie ragoût – rodzaj niejadanego gulaszu, utopionego w zasmażanym beszamelu – pozostało w jadłospisie francuskim, zaś w neapolitańskim pojawiło się ragù, czyli sos z przegryzającego się na wolniutkim ogniu przez 3 dni co najmniej mielonego mięsa wołowego z sosem pomidorowym i przyprawami. Są filmy i sztuki teatralne, dziejące się w całości wokół garnka, w którym przez kilka dni bulgoce ragù doskonałe. D.O. to lubił, jadał, dawał dzieciom, a uczyła go Lola, właścicielka trafiki z papierosami i gazetami na rynku w górskiej wiosce, w której uchodźca D.O. spędzał pierwsze włoskie lata i zimy, martwiąc się o przeżycie. Dziś D.O. jest wegetarianinem, a przeważnie nawet weganinem, z małymi skokami w bok na własnoręcznie robione tsatsiki i parmezan. Z tego samego powodu na jego stole pojawia się wyłącznie carbonara vegetale, czyli z cukinią zamiast boczku, albo wędzonym tofu. Albo z jednym i drugim. Da się zjeść!

Wracając do różnych makaronu form, to D.O. uważa np., że spaghetti świetnie pasuje do najprostszego wariantu sosu, czyli olio, aglio e peperoncino. Oliwa, czosnek i papryczka chili. To nb. podstawa ogromnej większości bardziej rozbudowanych sosów: można do tej bazy dodawać niemal wszystko. Oczywiście parmezan na wierzchu jest niemal obowiązkowy. A już do sosu pomidorowego – olio, aglio e peperoncino i kiedy czosnek się przyrumieni i odda oliwie swój niepowtarzalny aromat – dodaj najlepiej świeżutko przetarte pomidory (niektóre gatunki są wdzięczniejsze smakowo do sosów niż inne, ale o tym może za rok) – znacznie lepiej pasuje pasta corta, czyli krótka w rodzaju penne albo rigatoni. Sosik włazi w rurki i tam zostaje, no, chyba, że, P.T. Czytelniku, wolisz, żeby zamiast do gąbki, trafił ci na poły smokingu albo wieczorowej sukni z cekinami. (Dlatego nie wstydź się, nawet w stosunkowo eleganckich okolicznościach, zapakować sobie serwetki za kołnierzyk frakowej koszuli, albo powiewnej, jedwabnej sukni).

Jeśliś, Czytelniku, przeżył trochę wiosen, z pewnością masz już swój ulubiony sos. Być może jadłeś taki we Włoszech, albo w jakiejś (rzadkiej!) dobrej włoskiej knajpce za granicą. I jeśli chcesz go odtworzyć, korzystaj albo z internetu – ale możesz zgłupieć, bo różnych przepisów na ten sam sos jest mnóstwo – albo z intuicji. Jedyne, czego nie możesz odpuścić, to najwyższej jakości ingrediencje! To podstawa filozofii założycielskiej Slow Foodu: „Jeśli chcesz mieć dobre danie, musisz mieć do niego doskonałe ingrediencje”. Niby hasło proste, a zdobyło przebojem świat smakoszy. Oliwy dobrej w Polsce praktycznie nie ma (D.O. sprowadza sobie z Sycylii doskonałą), ale jest wiele przyzwoitych. Idźcie do włoskich delikatesów i, grożąc konsekwencjami, zażądajcie najlepszej oliwy, jaką mają. Najlepszej i najmłodszej! Świeżo wytłoczona na przełomie listopada i grudnia oliwa przez kilka miesięcy zachowuje diabelską pikanterię, i dosłownie erotyczny aromat. Do nas, niestety, oliwa trafia przeważnie po roku od zbiorów; może być dobra, ale nie fenomenalna. Znam Włochów, którzy świeżo ugotowaną pastę po prostu polewają doskonałą, nierozgrzaną oliwą i – starczy! Inni, na polaną zimną oliwą pastę kładą świeżo przetartego pomidorka, albo nawet – prozaicznie – parę łyżek markowej passata di pomodoro, czyli przecieru pomidorowego Niektórzy posypują całość drobno pokruszonymi płateczkami papryczki chili.

Czosnku też szukajcie dobrego. Kiedy jest sezon na polski, to nie ma lepszego! Kiedy sezon i zapasy polskiego się kończą, to raczej bierzcie hiszpański, nie chiński. A i za peperoncino warto pochodzić, choć z jakichś powodów jest w Polsce trudny do dostania. To maleńkie, wysuszone, najwyżej centymetrowej długości piekielne papryczki. Pamiętaj, Czytelniku, by ją (je) usunąć z patelni lub garnka z sosem, przed wymieszaniem z pastą, inaczej, jeden z domowników nagle ci zawyje. Jeśli używasz drobno pokruszonych płateczków peperoncino, to uważaj! One mają niesamowicie różną zawartość kapsaicyny, więc to, co było odpowiednią ilością ze starej paczki, z nowej może okazać się napalmem.

Jak wszyscy wiedzą, na sosy rybne i z owoców morza, NIE SYPIE SIĘ!!! parmezanu! Ale na inne, warzywne i nie tylko – sypie się, a jakże. Przy czym uwaga, pod słowem honoru, że D.O. za to nie płacą, to jednak zdecydowanie radzi używać do posypek wyłącznie Parmigiano Reggiano, a wszelkie imitacje, choćby włoskie, niech sobie zostaną dla mniej wybrednych. D.O. zwiedził różne konsorcja serowarskie we Włoszech i nie tylko, napisał o tym artykuł, i może zagwarantować, że takiej paranoi jakościowej żadne inne konsorcjum nie ma. I to się przekłada na niepowtarzalny, niepodrabialny smak.No, ale parmigiano też trzeba umieć dozować, żeby dodał smaku, a nie zdominował, czy wręcz przykrył smak sosu i pasty. Pocieszające jest to, że nawet najbardziej odporni na sztuki kuchmistrzowskie, po jakichś dwudziestu latach praktyki, dają sobie z tym nieźle radę.

Kilka rzeczy, których nie wiedziałeś o paście:
1. Pastę gotuje się al dente, ponieważ al dente uwalnia mniej skrobi i nie ma kryzysów glikemicznych. Jednakże strażnicy włoskiej ortodoksji kulinarnej często nie wiedzą, że al dente wjechała na stoły w XIX wieku: w recepturach średniowiecznych zalecano gotować ją nawet przez… 45 minut!
2. Niezjedzoną pastę chowaj do lodówki – na zimnie robi się mniej kaloryczna.
3. Pasta dobrej jakości powinna mieć co najmniej 10.5% białka.
4. Tego na opakowaniu nie przeczytasz, ale dobra masa do pasty powinna być wytłaczana, gdy osiągnie temperaturę między 65 a 80 stopni Celsjusza, a suszenie powinno odbywać się w niezbyt wysokiej temperaturze przez ok. 6 godzin.
5. We Włoszech i dobrych włoskich knajpach usłyszycie i przeczytacie słowo pastasciutta, albo, bardziej poprawnie pasta asciutta. Co oznacza „sucha”. W przeciwieństwie do pasta in brodo, czyli na mokro, w zupie.
6. Pacz, pacz: im woda spod ugotowanych klusek jest bardziej przejrzysta, tym mniej skrobi i białka straciła podczas gotowania.
7. Pasta, jak każdy węglowodan, daje ci, Czytelniku, mocnego kopa energetycznego. Ale jest to energia krótkotrwała. Świetna dla sportowców tuż przed zawodami. Zła wiadomość jest taka, że więcej energii daje pasta rozgotowana, co oznacza, że twoje, Czytelniku, szanse na energię są znacznie wyższe, kiedy pastę spożyjesz w Polsce, niż kiedy pastę spożyjesz we Włoszech.
8. Na pytanie: „Czy makaron tuczy?, odpowiedź brzmi „nie”. Jeśli nie przekroczysz twojego zapotrzebowania na energię. Ile kcal dostarcza ci konkretna pasta – przeczytasz na opakowaniu, w UE umieszczanie takich danych jest obowiązkowe. Odstawiając pastę, chleb czy inne źródła węglowodanów, bardzo szybko stracimy na wadze, ale będzie to efektem utraty płynów, które bardzo szybko wrócą, kiedy znów zaczniemy spożywać węglowodany, wiążące wodę.
9. Jeść pastę na obiad, czy na kolację? Jeśli jesz pastę wieczorem, to stymulujesz produkcję serotoniny (neuroprzekaźnika znanego jako «hormon szczęścia»). Serotonina zaś pomaga się zrelaksować i zapewnić lepszą jakość snu. Z drugiej strony, po licho ci taki zastrzyk energii tuż przed snem?
10. Warto przejść na makaron pełnoziarnisty, czy, jak kto woli, „integralny”? Dla osób ze skłonnościami cukrzycowymi – warto. I warto przymknąć oczy na taki sobie smak. Do integralnego D.O. radzi dobierać sosy o bardzo wyrazistym, kryjącym smaku.
11. A sosy? Oj, od sosów można utyć! Trzeba być rozważnym w szafowaniu oliwą, nie dodawać masła, śmietany (zwłaszcza do carbonary!!!) ani tłustych serów. Kiedyś D.O. nie wyobrażał sobie sosów bez mięsa. Od kilku lat przyrządza sosy wyłącznie jarzynowe i gwarantuje, że można zrobić z warzyw tak wielką rozmaitość sosów, że nie będzie czego żałować! Traktowane właściwie warzywa pozwalają na fantastyczną różnorodność!
12. Czy można jeść makaron codziennie? Głupie pytanie. 60 milionów Włochów nie może się mylić! Ale gramatura powinna być niewielka, ok. 80 gr mokrego makaronu dziennie nie zaszkodzi nawet umiarkowanego cukrzykowi; problem w tym, że 80 mokrego, to ok. 50 gr suchego, a to naprawdę mało. Nawet asceta się nie naje.
13. To, że Chińczycy wymyślili makaron, a do Włoch sprowadził je Marco Polo to fake news godny Trumpa, albo nawet samego Kłamczuszka Krzywoustego. Ten fake pojawił się – a jakże – w Ameryce i to dopiero w 1929 roku, kiedy to w październikowym wydaniu Macaroni Journal, organu National Macaroni Manufacturers Association opublikował to, co przedstawił jako legendę, zapominając wszakże dodać, że wymyślił ją na tę okazję anonimowy amerykański autor. Całość upowszechnił Gary Cooper w filmie z 1938 roku pt. Przygody Marco Polo, utrzymując, że po chińsku ta potrawa nazywała się spa get.
14. BBC jeszcze do niedawna miała piękną tradycję nadawania fantastycznych primaaprilisów. W 1957 roku program „Panorama” na BBC wyemitował reportaż o zbiórce spaghetti w rodzinnej firmie we włoskojęzycznym kantonie Ticino w Szwajcarii. „Łagodny klimat i brak pasożytów spaghetti, zapewniły szwajcarskim hodowcom spektakularny rok, choć z pewnością nieporównywalny z włoskimi. Szwajcarskie spaghetti zbiera się z drzew i umieszcza na słońcu do wyschnięcia. Lata selekcji i krzyżówek sprawiły, że ich długość jest zawsze taka sama”.
Do siedziby BBC nadeszły setki telefonów z pytaniem, jak wyhodować własne drzewo spaghetti.

Z wolnej stopy 57

Zbigniew Milewicz

Oddech wolności

O entuzjazmie, z jakim polskie społeczeństwo przyjęło wybór Władysława Gomułki na stanowisko szefa partii, świadczył chociażby ten 400-tysięczny tłum na Placu Defilad w Warszawie, zgromadzony na powyborczym wiecu, tłum pełen przeróżnych nadziei. Podczas swojego wystąpienia towarzysz Wiesław – taki pseudonim nosił od czasów komunistycznej konspiracji – potępił stalinizm oraz zapowiedział reformy, mające doprowadzić do demokratyzacji ustroju, i to ludziom pasowało.

Wladyslaw Gomulka przemawia na pl. Defilad w Warszawie, 24 pazdziernika 1956

Zaczęło się efektownie. Najpierw wyjechał z Polski marszałek Konstanty Rokossowski oraz wielu innych oficerów radzieckich, służących w Siłach Zbrojnych PRL. Z życia publicznego odeszli skompromitowani ludzie, np. prezes Sądu Najwyższego, Wacław Barcikowski, a ich stanowiska objęli ci, których represjonowano w poprzednich latach. Stalinogród powrócił do dawnej nazwy Katowice. Nazwisko Stalina zniknęło z Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie. Powstanie Warszawskie i Armia Krajowa, do tej pory potępiane przez komunistyczny reżim, zaczęły odzyskiwać swoje należne miejsce w historii i kulturze. Została złagodzona cenzura. Przejściowo zniesiono wydawanie poufnych opinii personalnych. Odbyły się procesy niektórych zbrodniarzy z Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego (m.in. A. Fejgina, J. Różańskiego, R. Romkowskiego). Z przestrzeni publicznej zniknęły tzw. sklepy za żółtymi firankami, przeznaczone dla elity władzy. Zniesiono zakaz posiadania przez obywateli platyny, złota i obcych walut (choć nadal nie wolno było nimi handlować). No i ogłoszono, że zaprzestaje się zagłuszania audycji radiostacji zachodnich w języku polskim, ale czy robiono to konsekwentnie, tego nie jestem pewien.

Po Październiku 56 odżył znowu Związek Harcerstwa Polskiego; wielu pracowników naukowych usuniętych w latach stalinowskich z uczelni, wróciło do nich; wycofano się z planów kolektywizacji rolnictwa; przywrócono, na kilka lat, lekcje religii w szkołach… I najważniejsze – otworzyły się bramy więzień dla wielu niewinnie osadzonych tam ludzi. 28 października 1956 roku wolność odzyskał prymas Polski, internowany kardynał Stefan Wyszyński. Ogółem zrehabilitowano około 1500 więźniów politycznych; wypuszczono na wolność około 35 tysięcy niesłusznie osądzonych osób (w tym wielu weteranów AK).

Polska wspiera Węgry

Na mocy oddzielnej, polsko-radzieckiej umowy, zawartej w Moskwie w połowie listopada, zdecydowano też o repatriacji około 30 tysięcy Polaków z ZSRR oraz uzgodniono status wojsk sowieckich w Polsce, na mocy którego nasza strona miała możliwość współdecydowania o różnych sprawach, związanych z lokacją jednostek.

Skutki październikowej odwilży odczuła również kultura. Odstąpiono od zasad socrealizmu w malarstwie i muzyce; w kinematografii zaczęły powstawać dzieła pozbawione propagandy komunistycznej, co pozwoliło m.in. na produkcję tzw. czarnej serii polskiego dokumentu, jak i na wyświetlanie w kinach fabularnych obrazów, zaliczanych do nowatorskiej polskiej szkoły filmowej. Wolnością słowa odetchnęli również ludzie pióra, przynajmniej na chwilę, bo odwilż tak szybko jak się zaczęła, tak szybko się skończyła, ale to temat zasługujący na odrębny wpis,

Jakże inaczej wypadki potoczyły się na Węgrzech, w kraju który liczył trzykrotnie mniej mieszkańców niż Polska, ale kilkakrotnie więcej represjonowanych politycznie. Nadzieje naszych przyjaciół na powtórkę scenariusza wydarzeń znad Wisły, bez rozlewu krwi, okazały się płonne. Tam Armia Radziecka początkowo wycofała się z interwencji, ale później wróciła i w dniach 4–10 listopada brutalnie stłumiła powstanie węgierskie z użyciem broni pancernej. Powstanie rozpoczęło się od manifestacji, zorganizowanej 23 października 1956 roku w Budapeszcie pod egidą studentów stołecznych uczelni.

Pomnik Stalina obalony w Budapeszcie

Liczba zabitych w walkach na Węgrzech nie jest dokładnie znana. Tajny raport urzędu statystycznego z 1957 r. mówi o co najmniej 2,7 tysiącach zabitych po stronie węgierskiej i dziesięć razy większej liczbie rannych. Dane te nie obejmują osób, które zostały pochowane w parkach i ogrodach. Jeszcze bardziej niepewne są szacunki co do liczby ofiar na wsi. W przypadku strat strony sowieckiej dokumenty podają liczbę 669 zabitych, 51 zaginionych i około 1,5 tysiąca rannych żołnierzy.

Tysiące uczestników rewolucji zostało aresztowanych i deportowanych do Związku Sowieckiego, 26 tysiące osób stanęło przed sądami na Węgrzech – połowę z nich skazano na kary więzienia, a 1,2 tysięcy stracono. Przez otwartą dłuższy czas granicę z Austrią udało się na emigrację około 200 tysięcy ludzi. W styczniu 1957 roku komunistyczne władze na Węgrzech straciły pierwszych przywódców rewolucji – Jozsefa Dudasa i Janosa Szabo. W czerwcu następnego roku za “działalność kontrrewolucyjną” powieszono także Imre Nagya. Jego rehabilitacja i uroczysty pogrzeb nastąpiły 31 lat później.*

Zmiany w Polsce, jak miała pokazać przyszłość, były jedynie pozorne. Już na początku listopada 1956 roku na naradzie aktywu PZPR I sekretarz KC, Władysław Gomułka, zapowiedział konieczność dalszego funkcjonowania struktur partyjnych (m.in. w zakładach pracy) i zakończenia walki frakcyjnej w partii.

__________

* Powstanie na Węgrzech 1956. Krwawy październik, POLSKERADIO24.PL

Łucja, żaden autorytet (10)

Łucja Fice

Od Adminki: poniższy tekst jest odpowiedzią Łucji na sobotni wpis Marka Włodarczaka o przyszłości Europy. Przyznaję, że mam poważne problemy z opublikowaniem go, bo jest to, według mnie, jedna z wersji spiskowej wizji świata – ta antyszczepionkowa. Ale po namyśle postanowiłam uprzedzić Czytelniczkę i Czytelnika i jednak umożliwić autorce wygłoszenie jej poglądów. Jeśli jednak ktoś nie lubi antyszczepionkowców – niech nie czyta 🙂

Co nam szykują możni tego świata

Nadchodzą czasy apokaliptyczne i dziś już każdy zdaje sobie z tego sprawę. Od dawna bawię się w przepowiadanie przyszłości, jak Kasandra, która została ukarana za niedotrzymanie tajemnicy. Wykorzystuję swoją intuicję i choć sama nie mam ochoty widzieć takiej przyszłości, to niestety nadchodzi ale… możemy to zmieniać, bo zmiany przychodzą z naszego wnętrza. Moja frustracja, lęki i obawy o przyszłość moich dzieci i wnuków, niechybna zła przyszłość też powoduje czarnowidztwo. Ta przyszłość z możliwością utraty pracy, z niemożnością spłacania zaciągniętych kredytów nadchodzi jak tornado. Przemoc zacznie wzrastać. W polityce mam prawo obawiać się inwigilacji ze strony państwa, przeróżnych form kontroli i wdrażania systemów Mind Control. Obserwuję, jak powoli uczy się nas oswajać ze strachem, a wiadomo, że władza wszystkich cywilizacji oparta była na strachu. Powoli wdraża się system NWO (New World Order), który już dawno zapowiadany ale przez ludzkość ignorowany. Wypracowane przez ostatnie dekady systemy nowoczesnej technologii pozwolą władzom kontrolować nawet nasze sny. Państwo mnie oszukuje dając mi złudne poczucie bezpieczeństwa. Nie lata, a miesiące dzielą mnie od całkowitego ograniczenia wolności. Widzę oczyma wyobraźni przemoc nie tylko w Polsce. Z natury jestem optymistką i trochę hedonistką ale nie mogę pozwolić, by zamknięto mnie dożywotnio w domowym areszcie, a to się zapowiada. Pandemia służy bardzo wąskim elitom, których nie interesuje już nawet władza, tylko psychodeliczne szatańskie rytuały. Wydaje mi się, że dla swoich bożków składają z nas ofiary. Poza tym KŁAMSTWA, którymi operują od dekad, a nawet od początku XX wieku, mają się znakomicie i nikt NIC nie widzi. Nie wirus jest przyczyną śmierci, a coś znacznie potężniejszego, co „oni” przed nami ukrywają.

Co to może być? To fale radiowe, fale elektromagnetyczne i jeszcze inne. Pewne elity z kręgu uczonych spieszą się już nie tylko z 5G, ale z 6 i 7G. Komórki naszego ciała zostają odgórnie pozbawione możliwości powrotu po stresie do równowagi biochemicznej i elektrycznej. Elity bardzo spieszą się do wyprowadzki z zanieczyszczonej planety, jak na filmie Elizjum, a do tego potrzebna jest im nowa technologia, która tę wyprowadzkę umożliwi. By ją przeprowadzić po kryjomu, w tajemnicy przed ludzką rasą, muszą całą ludzkość poddać psychicznemu terrorowi, a większą jej część – humanitarnej eutanazji. Aplikacje w telefonach, likwidacja pieniędzy, jakie znamy dzisiaj. W obiegu znajdzie się pieniądz cyfrowy. Wszystko będzie się dziać w imię ustanowionego prawa i dla naszego dobra. Cyfrowy monitoring, który już ma się dobrze w Chinach, powoli nadchodzi i do nas. Zostaną poddane kontroli aktywności kart kredytowych, a w razie potrzeby wszędzie, wręcz co kilka metrów Umieszczony zostanie obserwujący nas miejski monitoring. W telefonach pojawią się nowe aplikacje, a operatorzy sieci zostaną zmuszeni do udostępniania danych. Jak to zawsze bywa – będą obywatele pierwszego sortu i drugiego oraz tacy, którzy znajdą się poza nawiasem.

Wszystko będzie podporządkowane ochronie przed zarażeniem wirusem. Jakże łatwo będzie udowodnić nam, że taka ścisła kontrola mobilności jest potrzebna. Utracimy wolność pod groźbą fałszywej pandemii, na którą zawsze znajdzie się góra niezbitych dowodów. Będziemy wierzyli, że umieramy na wirusa, a elity w tym czasie przeprowadzać będą eksperymenty z 5, 6 i 7 G. To od napromieniowania niebezpiecznymi falami chorujemy i umieramy. My umieramy, a elity elit mają antidotum i nie muszą się obawiać żadnego wirusa…

Ludzie się boją, ufają więc władzom i mediom, że wprowadzone obostrzenia to działania w takiej sytuacji normalne, że są po to, żeby nas chronić przed zagrożeniem. Ludzie ufni łatwo poddają się wszelkim restrykcjom, w zasadzie już się na nie zgodzili, nie zdając sobie z tego sprawy.

Czy jest zatem nadzieja na lepsze czasy? Lepsze już były, mogą nadejść tylko gorsze – z kryzysem gospodarczym na niespotykaną dotąd skalę, brakiem wody, problemem z oczyszczaniem miast. To doprowadzi do niepokojów społecznych, które będą nasilać się wraz z postępującym brakiem żywności.

A wtedy elity elit wyprowadzą się z Ziemi albo przeniosą do tuneli, warowni dwanaście pięter pod ziemią, gdzie mają swoje miasta i zapasy żywności. Nie, wcale nie zamierzają tak żyć zawsze. To poczekalnie, gdzie można przeczekać kilka lat, aż ludzie znikną, a Ziemia opustoszeje. Aby ten proces postępował jak najszybciej, zostaniemy dodatkowo zatruci i nie będzie miał prawa przeżyć. Stąd też przygotowania do „unieruchomienia” ludzi, po to, by jak najłagodniej przeprowadzić ich na drugi świat – szczepionki.

Poddajemy się, ponieważ mamy skłonność do poddawania się różnym zachowaniom zbiorowym, ponieważ mamy zakodowaną w sobie społeczną więź. Niezależnie od politycznych poglądów, kultury krajów, z jakich pochodzimy, jako rasa ludzka działamy jednakowo.

Osobiście należę do heroicznej rasy i nie poddam się restrykcjom. Ponieważ uważam się za wolnego człowieka z wolną wolą, więc nie dam się zaszczepić ani skusić komputerem w źrenicy, jak nie dałam się skusić zegarkiem, który zmierzy mi temperaturę podczas biegania i kilometry, jakie udało mi się pokonać. Wobec tego będę poza nawiasem społeczeństwa, owcą do eutanazji.

Wiosną rok temu w Paryżu, żeby wyjść z domu, trzeba było wydrukować sobie oświadczenie z jakiego powodu się wychodzi i mieć je przy sobie do kontroli, a i tak nawet z nim nie można się było oddalać dalej niż jeden kilometr od miejsca zamieszkania. We Włoszech ludzie byli de facto zamknięci w aresztach domowych.

Co będzie dalej? Facebook już zaproponował wprowadzenie swoich narzędzi nadzoru elektronicznego. Chodzi o to, by użytkownicy serwisu oznaczali swój status koronawirusowy – zdrowy, zarażony, wyleczony. Następnie, ponieważ aplikacja ma dostęp do naszej lokalizacji oraz naszych kontaktów społecznych, Facebook może bardzo precyzyjnie sprawdzić, z kim się widzieliśmy, gdzie się spotkaliśmy itp. Pewną nadzieję dają zalecenia Komisji Europejskiej, która podkreśla, iż zasadą powinna być dobrowolność poddania się nadzorowi. Ta dobrowolność może się jednak okazać iluzoryczna. Przecież jeśli spojrzeć z pewnego punktu widzenia, to już dziś każdy z nas ma przy sobie zawsze włączone, nieustannie meldujące o swoim położeniu, wyposażone w mikrofon i kamerę, indywidualne urządzenie śledzące. W gruncie rzeczy chodzi tylko o doprowadzenie społeczeństwa do takiej sytuacji, kiedy uzna, że władza ma prawo korzystać z tych urządzeń. Jeżeli teraz zgodzimy się na wprowadzenie takich rozwiązań dobrowolnie ze względu na walkę z koronawirusem, to zmienimy coś bardzo ważnego w świadomości społecznej, przesuwając granice tego, co uważamy za normalne i akceptowalne.

Co będzie dalej w obliczu tych wszystkich kolejnych zbliżających się kryzysów? Pokusa wykorzystania narzędzi kontroli społecznej przez władze jest ogromna. Już jesteśmy kontrolowani poprzez telefony, łatwo nas zlokalizować, aż dziw bierze, że daliśmy się tak szybko nabrać na te zabawki. Jak małpki. Do 35 roku życia żyłam bez telefonu i miałam więcej przyjaciół niżeli dzisiaj. Były wspólne zabawy, wzajemne odwiedziny, a moje córki wychowywały się na podwórku z trzepakiem, wśród innych dzieci. Tam nawiązywały relacje z rówieśnikami i uczyły się interakcji, tak potrzebnych w dorosłym życiu.

Pokolenie moich córek świetnie sobie w życiu radzi. Myślę, że to dlatego, że jest jeszcze silne. Zmiany, które nadchodzą, ukażą naszą prawdziwą twarz. Jak jednak zabraknie wody i żywności, okaże się, jakimi ludźmi będziemy. Najgorsi będą najstarsi, za wszelką cenę spragnieni życia, jakby miało trwać wiecznie.

Świat po tej niby epidemii będzie wyglądał jak po eksperymencie więziennym Philipa Zimbardo. Strażnikami będą nasi sąsiedzi, znajomi, przyjaciele i rodzina. Wszyscy będą się nawzajem pilnować, a w ekstremalnych warunkach – zdradzać. Wyjdzie wtedy szydło z worka, dowiemy się who is who. Zresztą i tak jest w nas wiele osobowości. Dobroczyńca, samarytanin, prokurator, sędzia, kat. Na pewno jest też anioł. W kogo lub w co ja się przemienię? Tego nie wiem.

Łucja Fice żaden autorytet

BERLIN 2021

Łączka, czyli jak ma być po śmierci

Reblog i inni

Konradowi

Młody człowiek rozmawiając z różnymi ludźmi, zadaje im pytanie: czy boją się śmierci? W szerszym wymiarze pytanie to brzmi: czy ludzie chcą żyć wiecznie? Odpowiedzi, jak się można domyślać, są różne. Ela odpowiedziała, że ludzie nie chcą żyć wiecznie, ale nie chcą umierać. Inna starsza pani powiedziała z kolei, że może nie trzeba od razu wierzyć w wieczne życie pozagrobowe, ale byłoby pewną pociechą, gdyby tam (TAM) na przykład była – łączka.

Autorce (czyli Admince) się ta odpowiedź bardzo spodobała. Bo Raj, podobnie jak Piekło, to byty wieczne, mocne i konkretne, tymczasem już samo słowo “łączka” zakłada ulotność, niewieczność. Umieramy, idziemy na łączkę, gdzie możemy oddać się niespiesznym i niezobowiązującym rozmyślaniom o tym, że umarliśmy. Umarłość to nowy dla nas stan ducha, a może i ciała, i każdy potrzebuje trochę czasu, żeby się z tym oswoić. A gdy już się pogodziliśmy z tym, że umarliśmy, zbieramy bukiet kwiatów i odchodzimy, znikamy, rozpływamy się w nicości.

Według dziś reblogowanego autora, Pompeje wcale nie zostały zniszczone 24 sierpnia, lecz 24 października. Czyli dziś przed prawie dwoma tysiącami lat. Tekst, który dziś rebloguję, został opublikowany na Facebooku już 18 sierpnia. Skopiowałam go sobie wtedy, ale publikuję dopiero dziś. Czyli w nową rocznicę. Autorem jest Jacek Pałasiński, który sam siebie na FB określa jako Drugi Obieg czyli D.O. lub DO.

Pojawia się w nim motyw łączki.

273 lata po odkryciu Pompejów– niespodzianka! Pompeje, jak wiadomo, przysypane zostały przez popioły z Wezuwiusza w 79 r. n.e (choć nie ma pewności, co do daty, prawdopodobnie nie 24 sierpnia, tylko 24 października). Niespodzianka ta burzy wiedzę naukową na temat obrządków pogrzebowych starożytnych Rzymian. Według surowych reguł dorośli zmarli musieli zostać poddani kremacji. Nie palono tylko ciał zmarłych dzieci, którym nie wyrosły jeszcze zęby. Kremacja była też aktem oczyszczenia zmarłego z grzechów ziemskich; unikanie tego rytuału ściągało na zmarłego gniew bogów. A tu – proszę! Na wschodnim krańcu tego cudownego, rzymskiego miasta, którego każda wizytacja sprawia, że D.O. żałuje, że nie żył w I wieku n.e., odnaleziono grobowiec, a w nim częściowo zabalsamowane ciało! Grobowiec zawiera doczesne resztki Marcusa Veneriusa Secundio – byłego niewolnika, czyli wyzwoleńca – który był pierwszym strażnikiem bardzo ważnej świątyni Wenus, której Pompeje były poświęcone, a także sługą Augustów i wreszcie Sacerdos Augustalis (kapłanem Augustów), czyli członkiem kolegium kapłanów kultu cesarskiego. Dzięki inskrypcjom wiemy, że grobowiec przygotowywany był przez zmarłego bardzo skrupulatnie przez co najmniej kilka lat przed śmiercią. Ściany ozdobione malunkami przedstawiającymi zielony szczęśliwy ogród (idea raju musiała być wtedy ludziom nieobca). System zapieczętowania grobowca był bardzo szczelny; nie przedostał się przezeń nawet najmniejszy powiew. W tekście wyrytej w marmurze inskrypcji nagrobnej znajduje się pierwsza znaleziona przez naukowców wyraźna wzmianka o użyciu greki w przedstawieniach teatralnych, które miały miejsce w lokalnym amfiteatrze. Zachowały się fragmenty ciała, fragmenty ubrania, a przede wszystkim – być może – wyjaśnienie, dlaczego Marcus Venerius zdecydował się zrezygnować z pośmiertnego oczyszczenia. Obok jego ciała, w obudowie grobowca, znajdowały się urny z prochami kobiety zwanej Novia Amabilis (Ukochana) oraz prochy co najmniej trojga dzieci. Novia mogła być żoną Marcusa Veneriusa, albo jego córką, zaś dzieci, które zmarły młodo, mogły być jego dziećmi lub wnukami. Tego się raczej nie dowiemy, ale hipoteza, że nawet po śmierci nie chciał się rozstawać z ukochanymi wydaje się D.O. bardzo sugestywna i pociągająca.

Ten zielony ogród to inna wersja “łączki”. Próbuję przypomnieć sobie, czy znam więcej takich łączek?
Upaniszady, czyli posiadywanie na trawie. Tak się o upaniszadach mówiło za moich młodych lat. Niestety dokładniejsze tłumaczenia współczesne brzmią już mniej poetycki: siedzieć nisko. Szkoda, bo nisko można siedzieć wszędzie, również jako pokutnik na skraju ogniska, albo poddanki u stóp królowej, a siedzieć na łące i słuchać o bogach wedyjskich, to piękny obraz. Bo Upaniszady (dewanagari उपनिषद्, trl. Upaniṣad, ang. Upanishads) to najpóźniejsze, pochodzące z VIII–III w. p.n.e., teksty z wedyjskiego objawienia (śruti) o treści religijno-filozoficznej.

Ale jednak Upaniszady to historia o tym, że siadamy na łące. Bo oto król Paesi wyjeżdża na przejażdżkę rydwanem i widzi już z daleka tłum ludzi siedzących na łące. Jest to jego królewska łąka w jego królewskim parku. Tymczasem jest tam tłum. Woźnica mówi mu, iż tam na łące mędrzec Keśin [uczeń Parœwanathy] naucza o tym, że jest pięć rodzajów poznania, a jednym z nich jest jasnowidzenie i że mędrzec ów twierdzi, jakoby dusza była odrębna od ciała. Król jest zaciekawiony opowieścią woźnicy, udają się więc obaj tam, gdzie naucza mądry mnich. Mnich i król rozmawiają przez czas jakiś, aż król pyta, czy może przysiąść na chwilę. To twoja łąka, panie, odpowiada mędrzec, zawsze możesz na niej przysiąść i posłuchać.*

I tak to się zaczęło.

Uważa się dość powszechnie, że idee, jakie reprezentują Upaniszady są zbliżone do podstaw filozofii europejskiej, do filozofii Pitagorasa i Platona zwłaszcza w takich dziedzinach jak źródła wiedzy, pojęcie sprawiedliwości, droga zbawienia, a nawet platońska alegoria jaskini. Nie wiadomo jednak, czy rzeczywiście jest tak, że Pitagoras zawędrował aż do Indii, czy też może jacyś bramini hinduscy przybyli do Aten, albo innego greckiego miasta. Może nawet celowo – po to, żeby się spotkać z Platonem! Dowodów nie ma, są tylko przypuszczenia i supozycje, może więc było tak, jak to się nieraz w historii myśli ludzkiej zdarzało, że te same koncepcje objawiały się niezależnie od siebie w różnych miejscach na kuli ziemskiej. Najsłynniejszą teorię takich równoległych etapów rozwoju opracował Karl Jaspers, niemiecki filozof i psycholog i nazwał ją Achsenzeit, czas osi.
Był to okres pomiędzy VIII a III wiekiem przed naszą erą w Persji, Indiach, Chinach, Palestynie i świecie grecko-rzymskim, a podobieństwa, jakie objawiały się w religii i filozofii tych odległych kręgów kulturowych były uderzające, mimo że badacze nie odnotowują jakichś znaczących kontaktów między tymi kulturami. Okres ten miał wywrzeć istotny wpływ na kształtowanie się naszej świadomości, mentalności i filozofii. Teoria Jaspersa odegrała znaczną rolę w dyskursie filozoficznym XX wieku, mimo że… jest zapewne nieprawdziwa. Antropolodzy kulturowi twierdzą bowiem, że nie da się jej udowodnić, a historycy religii, że nie mogła być ważna, skoro brakuje w niej takich znaczących postaci jak Mojżesz, Jezus, Mahomet i Echnaton.

* Dysputa między materialistą, królem Paesim, a księciem-ascetą Keśinem.
Fragment Opowieści o królu Paesim (Paesi-kahânayam)
przełożył z prakrytu Piotr Balcerowicz

Podpis pod winietą: Flora zbierająca kwiaty na łące, czyli Flora z rogiem obfitości, malowidło naścienne w Stabie, trzecim mieście zniszczonym przez wybuch Wezuwiusza

Przyszłość Europy 4

Marek Włodarczak

Filmik z drogi

Od wielu lat Europa boryka się z problemami, które sprawiają wrażenie nierozwiązywalnych, a od ich rozwiązania zależy Przyszłość Europy. Kiedyś matematykom też się wydawało, że niektóre równania kwadratowe nie mają rozwiązania. I wtedy ktoś wymyślił liczby urojone. Odtąd wiadomo, że jeśli równanie kwadratowe nie ma rozwiązania w zbiorze liczb rzeczywistych, to należy szukać w zbiorze liczb urojonych. Spróbujmy zatem poszukać rozwiązania problemów Europy w świecie urojonym.

W świecie urojonym problemów się nie rozwiązuje, w świecie urojonym problemy łączy się w zestawy i niech się same rozwiązują. Zacznijmy od połączenia dwóch problemów, klimat i wzrost gospodarczy. W świecie urojonym nie da się ich rozwiązać jednocześnie. W świecie urojonym nie ma czystej energii, nie ma ekologicznych produktów przemysłowych, nie ma zrównoważonego rozwoju. Albo klimat albo wzrost gospodarczy. Z czegoś trzeba zrezygnować. Nie jest to łatwa decyzja.

By ułatwić sobie wybór, dołączmy do naszego zestawu problemów pandemię COVID 19. W świecie urojonym, gdy pojawi się choroba, najpierw zastanawiamy się nad tym, co złego wydarzyło się w naszej społeczności, że choroba się pojawiła, a potem szukamy lekarstwa. W świecie urojonym wirus nie jest przyczyną choroby, jest narzędziem, za pomocą którego natura stara się przywołać nas do porządku. W świecie urojonym nikt nie zwalcza narzędzi, bo wie, że pojawi się inne silniejsze, aż zabraknie liter w alfabecie greckim. W świecie urojonym nic nie stoi na przeszkodzie, by pandemia COVID 19 pojawiła się na zamówienie Młodzieżowego Strajku Klimatycznego, w związku z drastycznym naruszeniem ładu kosmicznego na Ziemi i skandaliczną obstrukcją szczytów klimatycznych.

W świetle tego odpowiedź na pytanie – klimat czy gospodarka jest oczywista. Tyle tylko, że nawet w świecie urojonym, bez gospodarki nie da się żyć. Ale da się wędrować, rozwiązując tylko jeden problem – czego by tu się jeszcze pozbyć, by było lżej, nie tracąc przy tym poczucia komfortu. W świecie urojonym zawsze można czegoś się pozbyć, byle nie pozbywać się wszystkiego na raz. W świecie urojonym uchodźstwo nie jest problemem, jest rozwiązaniem problemów. W związku z tym dołączamy problem uchodźców do naszego zestawu problemów w świecie urojonym i zamiast je rozwiązywać po prostu wyjdźmy.

Część równań kwadratowych ma rozwiązanie w zbiorze liczb rzeczywistych, część w zbiorze liczb urojonych ale dopiero liczby zespolone czyli połączenie liczb rzeczywistych z urojonymi pozwala na rozwiązanie wszystkich równań. Czy połączenie świata urojonego z rzeczywistym jest możliwe? Czy jest to sposób na rozsądne wyjście z wszystkich problemów?

PS. Jeżeli liczbę zespoloną pomnożyć przez liczbę urojoną to część rzeczywista liczby zespolonej wyjdzie urojona, a z urojonej – rzeczywista. Ale to już inna bajka, przy innym ognisku.

Wspomnienia o Maryli 23

Magdalena Ciechomska

Jesień coraz bardziej kolorowa, drzewa sypią żółto-czerwonym confetti, niedługo początek listopada – Święta Zmarłych, podzielone na dwa dni: Wszystkich Świętych i Zaduszki. Naturalnie w tym czasie więcej myślimy o bliskich, którzy odeszli, to dlatego, że jedziemy na cmentarz, trzeba uporządkować groby, zapalić znicze, położyć świeżą wiązankę. Coraz więcej wspomnień, tych zaduszkowych, z czasu, kiedy jeszcze przychodziliśmy na cmentarze z kimś, a nie do kogoś. Te polskie Zaduszki maja jedyny w swoim rodzaju, melancholijny, podszyty smutkiem nastrój, poważny, otwierający na eschatologię. Komercyjna, jarmarczna zabawa Halloween wprowadza jakiś dysonans, przełamuje smutek i religijną powagę, pozwala na śmiech, na kpinę ze śmierci, ma zapewne łagodzić lęk egzystencjalny. Według mnie Halloween po prostu nie pasuje do tych naszych świąt. Maryla była innego zdania. Może podobała jej się groteskowość Halloween, może też dlatego że w ogóle lubiła wszelkie poważne rozmowy zamykać żartem. Może w tym jej zwyczaju kryła się jakaś myśl o nietrwałości wszystkiego, może te żarty były rodzajem przypomnienia, że nie warto wszystkiego traktować tak bardzo serio, w końcu nic nie jest wieczne, wszystko się zmienia, a wreszcie kiedyś kończy. Może w tych żartach przejawiała się jej prywatna filozofia, zakładająca konieczność zachowania stoickiego dystansu wobec tego, co nieuchronne. Ten stoicki spokój zachowywała podczas swojej choroby, spokojnie opowiadała o kolejnych etapach leczenia, o tym jak się czuje, co ją czeka. Pojawiała się też myśl o śmierci, lecz bez lęku, jak o czymś, co należy oczywiście uwzględnić, potraktować poważnie, raczej jako pewną ewentualność, no i zadaniowo załatwić odpowiednio wcześniej różne ważne sprawy. To oczywiście nie znaczy, że nie bała się śmierci. Przyjmowała perspektywę eschatologiczną, wierzyła, że nasze istnienie nie kończy się tu, na ziemi. Pamiętam jej refleksje po jakimś pogrzebie, gdy stwierdziła, że patrząc na ciało zmarłego w trumnie, ma wrażenie, że nie jest to cały człowiek tylko jakaś skorupka, jakby kokon poczwarki, z której wyfrunął motyl…

Z zaduszkowych wspomnień najwyraźniej pojawia się jedno, sytuacja gdy Maryla i jej mama we Wszystkich Świętych wróciły z cmentarza. Obie bardzo zmarznięte, pogoda tego dnia była fatalna, wiał zimny wiatr, zacinał deszcz ze śniegiem. Ja musiałam zostać w domu z dzieckiem, ale dzień wcześniej zrobiłam obiad, duży gar gołąbków i szarlotkę. Natychmiast zasiedliśmy do stołu, gorące gołąbki, ciasto i herbata stały się najważniejszym wydarzeniem dnia, Maryla stwierdziła, że nie ma lepszego posiłku w takim dniu jak ten. Taki mały, zwyczajny, symboliczny triumf życia nad śmiercią.

Listopadowe święta zmarłych mają swój dalszy ciąg podczas Wigilii Bożego Narodzenia. W czasach pogańskich to właśnie ten dzień poświęcony był duchom zmarłych przodków. Wigilijne potrawy są reliktem dawnych wierzeń i zwyczajów; ziarna zbóż, mak, suszone owoce i grzyby. Nawet dodatkowe nakrycie pierwotnie przeznaczone było nie tyle dla zbłąkanego wędrowca, ile raczej dla duchów tych, którzy już nie mogli osobiście zasiąść przy stole. Przy każdej kolejnej Wigilii Maryla zauważała, że jest nas coraz mniej. Podczas ostatnich świąt przy stole siedzieliśmy we troje z mężem i synem, no i nasza kotka staruszka, która odeszła za tęczowy most trzy miesiące później, w marcu tego roku. Postawiliśmy na stole tyle nakryć, co zawsze. Co drugie miejsce było puste.