Odcinek 22 i ostatni

Mieczysław Bonisławski


Nastaje chwila ciszy. Choć ciąży wszystkim trzem kobietom, żadna nie kwapi się do jej przerwania. Bo i niby która z nich może coś tu powiedzieć bardziej mądrego, która pociągnąć to dalej?

Wracamy do konkretów. Dochodzeniówka! Relacjonujcie jeszcze raz, co mamy w zeznaniach?
Ale w których? Znaczy się, o jakie podłoże chodzi?
Matka powiedziała…, że jak weszła na budowę…, to chłopiec leżał na wznak, a mężczyzna…, konkretnie nasz podejrzany…, kładł się na niego, czy tak?
Tak… Zaraz… To tu… Proszę: „Próbował rozpiąć mu spodenki. Chciał go wziąć siłą”… Tylko jej szybka i zdecydowana reakcja uchroniła chłopca przed gwałtem… Według zeznania.
Jesteście w stanie przedstawić zeznania innych świadków? Z tego co daliście w papierach, wynika, że to jest jedyna relacja jaką dysponujecie? Dochodzeniówka, nie śpijcie!
​Słychać jak ​Śledcza wzdycha, można sobie wyobrazić, jak tylko kiwa głową i zrezygnowana, po raz drugi, tym razem ostentacyjnie, klepie ręką w notatnik.
Zastanawiacie się cały czas nad tym, co z tego co powiedział w hipnotycznym transie podejrzany jest prawdą, a co nie jest? Psychologia, jak to rozdzielacie?
No, proszę, ani nie zastanawiam się, bo może na próżno, ani bezproduktywnie niczego nie rozdzielam… W tej sytuacji jesteśmy uprawnieni do szukania co najmniej trzech, nie, nawet czterech rodzajów „prawd”…
Co proszę?
A rodzaje tych „prawd” określalibyśmy przez różny stosunek emocjonalny pacjenta do jego przedstawień? Powiążmy to z charakterem motywacji…
W najprostszym przypadku na przedstawienia badanego nie nakładają się żadne emocje ani motywacje z których by one płynęły. Jedynym ograniczeniem jest sama pamięć oraz obiektywna perspektywa, z której człowiek oglądał i zapamiętał opisywane zdarzenie. To nie jest nawet wspomnienie, ale zapis, kalka. Mamy z tym do czynienia, gdy pacjent mówi prawdę, w takim rozumieniu, jakie reprezentuje tutaj pion dochodzeniowy …
​Śledcza [głośne i dosadne prychnięcie]
Biegła [w reakcji na zachowanie Śledczej głos się lekko zmienia, oddech przestaje być miarowy]
Ta prawda też jest oczywiście względna, ale w przydatnym dla postępowania przybliżeniu, sąd uznał by ją za podstawę do orzekania bez żadnych warunków ograniczających. Wszystkie pozostałe przypadki, zespół sędziowski oceniłby jako przeciwważne temu pierwszemu, czyli jako fałszywe świadectwo podejrzanego, mataczenie z jego strony, w celu uniknięcia odpowiedzialności…
​Śledcza [zajadle]
Oczywiście dla psychologa zbrodniarz nie odwraca od siebie podejrzeń…? On w ogóle nie kłamie…
Biegła
…niezupełnie…
​Śledcza [kpiąco]
…a jak już mu się zdarzy, to nie z jego winy? Psycholog w każdej sytuacji znajdzie usprawiedliwienie, prawda…? Obiektywne… Nie związane ze złą wolą…. bandziora… Naukowe…
Biegła [bierze się w garść]
Może nie usprawiedliwienie, ale wytłumaczenie. Może nawet nie… Wyjaśnienie. Naukowe wyjaśnienie, które jest nota bene bardzo pomocne w prowadzeniu postępowania.
​Śledcza [z pozytywnym nastawieniem]
Masz moja droga na myśli profilowanie…?
Biegła [triumfuje; ucieszona, że wreszcie znajduje wspólny język ze Śledczą]
No widzisz! Właśnie! Badany może przedstawiać jako wspomnienie swoje marzenia. Wspomnienie de facto zdeformowane, ale jednak wspomnienie. O ile tylko te marzenia inspirowane są jego doświadczeniem, wynikają z tego co naprawdę przeżył. I to przeżył mocno, głęboko.
Nie jest to działanie celowe, świadome, pacjent wspomina fakty, podświadomie poddane obróbce wynikającej z wrodzonego eudajmonizmu, ludyczności. Te wspomnienia, choć bazują na pamięci epizodycznej, zdecydowanie ukierunkowane są na to, co człowiek, który je uwalnia, chciałby, aby miało miejsce, zamiast tego, co zdarzyło się naprawdę.
Tyle tylko, że nie chodzi tu o same fakty, ale o ich ocenę i wzbudzane przez nie emocje. Podejrzany w takim przypadku może zmieniać kolejność rzeczywistych wydarzeń, a przede wszystkim ich znaczenie. Jednak trzyma się w zasadzie realnych doświadczeń za to chętnie zmienia związki przyczynowo-skutkowe.
Słowem, nie przeinacza niczego co jest związane z bytem czystej materii, nie mataczy też w celu osiągnięcia materialnych korzyści. Jego osobowość, niejako bez porozumienia z nim samym, dąży przede wszystkim do zadowolenia i osiągnięcia poczucia szczęścia.
Prawdą, w takim sądowym rozumieniu, są tu na pewno albo przyczyny, albo skutki. Rzadko i jedno, i drugie, a przynajmniej w niewielkiej części. Prawidłowo rozdzielając fakty od marzeń, możemy profilować motywy sprawcy.
​Śledcza [znudzona]
– Możesz krócej, za chwilę pierwsza gwiazdka…
Biegła [lekceważąco; dalej swoim mentorskim tonem naukowca]
Już, już.
Trzecią możliwością są fantazje, twory płynące z wyobraźni, czyli z nieświadomości, na które badany nie ma żadnego wpływu.
Ich powstawanie pozostaje w zasadzie poza pacjentem, nie tylko poza jego rozumem, ale nawet poza kontrolą jego własnej osobowości.
Fantazje pozostają też, niestety, poza wszelką kontrolą psychopatologa, nie dają się w żaden sposób sklasyfikować, poddać jakiejkolwiek logice. Dlatego bardzo rzadko bywają przydatne śledczym do opisu, czy oceny podejrzanego.
W konsekwencji, to najgorsza dla nas sytuacja, dotycząca tego, co uzyskaliśmy podczas transu hipnotycznego. W przypadku przestępcy takie wizje mogą być nieświadomą formą ucieczki od rzeczywistości, gdy sprawca sam jest przerażony ohydą tego, co uczynił.
Ale równoprawna jest sytuacja, gdy pojawienie się fantazji, może oznaczać, że badany symuluje tylko proces. Zdarza się to wtedy, kiedy hipnoza nie udaje się, a przestępca widzi swój cel w zwodzeniu badającego.
Oskarżyciel [z niedowierzaniem]
Będziemy się przekonywać, że to jest w ogóle możliwe?
Biegła [z głębokim przekonaniem]
Jeżeli powodem zbrodniczych zachowań jest choroba, to może ona chwilami ustępować, a wtedy chory powraca do racjonalnych zachowań i osądów.
Oskarżyciel [upewnia się]
Powiedzcie, pedofilia jest taką chorobą?
Biegła [zmartwiona]
Niestety niewiele jeszcze wiemy o pedofilii. Podobnie zresztą jak i o innych zaburzeniach seksualności. To jednak wstydliwy obszar chorobowy a badania nad tymi jednostkami nie mają takiej aprobaty społecznej, jak choćby laryngologia, czy zwykła okulistyka…
​Śledcza [zapalczywie przerywa obu kobietom; niemal wykrzykuje]
Jest jeszcze jedna możliwość! Którą ignorujesz…!
Biegła [z niedowierzaniem]
Tak? Jaka?
Śledcza [energicznie; wyrzuca z siebie zdanie po zdaniu, z przerwami]
Kłamstwo… Przemyślana obrona przed zarzutem karnym… Zbrodniarz, dzięki niemu, przeczy swojemu udziałowi… I kieruje śledztwo na ślepy tor…
Biegła [z ulgą; słychać odsuwane krzesło; wstaje; ma ochotę się roześmiać]
No proszę ja ciebie, ale wtedy to nie są ani marzenia, ani fantazje, tylko przygotowane z premedytacją fałszywe świadectwo. Wspomniałam może już o tym? Jako o równoprawnym symulowaniu…
Oskarżyciel [niezadowolona]
Dochodzeniówka, pofantazjujcie w końcu trochę o tym, co też nasz podejrzany powiedział?
​Biegła [z nową energią; słychać jej kroki wokół biurka]
Jednak dla mnie bardzo mało wiarygodny jest opis wydarzeń, jaki nam przedstawiła Matka.
Oskarżyciel [zaskoczona; zdegustowana]
No to, to już zakrawa na psychologiczne mrzonki! Opanujcie się biegły!
​Śledcza [niespodziewanie bierze w obronę biegłą; słychać odsuwane krzesło]
A dlaczego nie? Bezstronny świadek… Za bardzo zaangażowana…
Oskarżyciel [głośne klapnięcie ręki o blat; odsuwane krzesło; ze złością]
Dosyć! Jak matka może nie być mocno zaangażowana w takiej sytuacji?
​Śledcza [słychać kroki]
Praktyka dochodzeniowa… Mówi… Wiarygodność takiego świadka… uznajemy za niewystarczającą.
Biegła [waha się; z zastanowieniem]
Zatem, jest możliwe… Jednak tak, to jest nawet bardzo możliwe… Mój pacjent mógł zostać wmanewrowany w to wszystko. A co z tym zabójstwem nauczycielki…?
Oskarżyciel [obrusza się]
Nie mówmy tu o zabójstwie! Ktokolwiek coś takiego w ogóle sugerował…?
Biegła [przystaje, kroki milkną]
Bardzo przepraszam – kilka osób: Dziennikarz, Ojciec, Trener, „Duch”…
Oskarżyciel [słychać szelest ubrania i skrzyp krzesła; odwraca się ku biegłej]
W szczególności ten „Duch”…! Przecież to nie muszą być nawet rzeczywiste osoby. Znamy je tylko z opowiadania…
Biegła [z werwą; znowu słychać jej kroki; potem przystaje; z zastanowieniem]
To może jednak spytajmy o nie podejrzanego! A właśnie, dlaczego nie ma go na tym podsumowaniu?
Śledcza [w zamyśleniu; zastanawia się]
Imaginacje… Może wsparte strachem przed odpowiedzialnością?
Oskarżyciel [słychać szelest ubrania, skrzyp krzesła]
Właśnie tak!
​Biegła [nie daje za wygraną]
Proszę, a czy ktoś w takim razie sprawdzał, czy takie osoby może istnieją?
​Śledcza [cedzi słowa, przerywa w zastanowieniu; przystaje, znowu robi krok]
Prawda… Marzenia… Fantazje… Kłamstwa z premedytacją…. Jak do tego podejść?! Ja już nie wiem, jak oceniać te senne mary…
Biegła [z entuzjazmem, też słychać jej kroki]
Sprawdźcie te poszlaki może? Czy był taki wypadek? Czy są takie treningi w szkołach? Przyduście innych dziennikarzy śledczych z gazety, może? A co, sam ten Demianiuk, nic na niego nie macie? No proszę, na pewno ma pękatą teczkę…
Oskarżyciel [denerwuje się]
Pójdziemy za daleko! Mamy prostą sprawę o pedofilię i nierozgarniętego, młodego mężczyznę, nigdzie nie pracującego, o podejrzanej opinii…
Biegła [oskarżycielsko]
Ten nierozgarnięty mężczyzna o podejrzanej opinii bardzo by chciał przedstawicielom władzy osobiście objaśnić wszystkie wątpliwości w sprawie
O… Te na temat opinii o nim, również… Właśnie to mi, jako psychopatologowi, który go prowadzi, wyjawił.
Oskarżyciel [tonem nie znoszącym sprzeciwu]
Nie komplikujmy tego o jakieś wątki związane z zabójstwem, czy działaniami operacyjnymi organów bezpieczeństwa. Koniec analizy!
Biegła [oschle, oskarżycielsko]
Bez kontaktu z podejrzanym, bez jego ostatniego słowa, no proszę… Może to jest niemożliwe? Po co go tu ściągnięto z aresztu, może po to, aby postał za ścianą…?
​Śledcza [przystaje jak słychać z odgłosów z tyłu za siedzącym Oskarżycielem]
Ci ludzie… Nie poszliśmy tym tropem w postępowaniu. A to jest ciekawe…
​Biegła [to samo]
Ta Matka… A jeżeli ma jakiś ukryty motyw… Zatem, z psychologicznego punktu widzenia… proszę, mogła kłamać…
​Śledcza [z rosnącym zaangażowaniem powoli wylicza]
Zeznania nie są jednoznaczne… Podejrzany przedstawia to inaczej… Mamy tylko słowa Matki… Żadnych dowodów… Ani jak to zweryfikować…
Biegła [emocjonalnie; odkrywczo]
Może jednak są jakieś inne powiązania? Jednak podejrzany burzy zarysowany układ tego „Ducha”, pracowników operacyjnych i tej nauczycielki… Zatem i Matkę mogli wplątać przeciwko niemu…
Oskarżyciel [zdecydowanie]
Psychologia! Dochodzeniówka! Skończyliśmy…
​Śledcza [tak samo; nie reaguje na ton Oskarżyciela]
Zastanówmy się. Tutaj są dodatkowe powiązania… To może być przełom… Nowy kierunek postępowania…
​Biegła [prowokacyjnie; zacietrzewiona]
Może ustalamy czy człowiek dokonał przestępstwa, czy nie? Czy jest coś, co pomoże ocenić, czy mamy do czynienia z chorym na pedofilię, czy też z zupełnie zdrowym człowiekiem, jest dla niego, może, bardzo ważne… Ten człowiek czeka za drzwiami… Czeka na to, co zrobimy. Może od tego zależy, czy wróci do celi, czy do domu? To chyba ważne, gdzie spędzi najbliższe dni, miesiące a może i lata? Bo o dzisiejszej Wigilii może, oczywiście, zapomnieć…
Oskarżyciel [z trzaskiem zamyka podręczną torbę, sarkastycznie]
Ustalmy, że wszystko jest jasne! Stawiamy się po Nowym Roku na zamknięcie postępowania. A podejrzanego, póki co, wysyłamy z powrotem do celi… Zgodnie z tym, co zasugerowała nasza psychologia…

Prokurator spogląda na obie kobiety i nieoczekiwanie wybucha śmiechem. Aż trudno ją poznać, jeszcze przecież nie słyszeliśmy jej śmiechu.

A my co? Pora do domu – i całkowicie rozluźniona, po prostu, szczebiocze – Za chwilę Wigilia… Zostały wam jeszcze jakieś ostatnie zakupy, czy już tylko końcówka gotowania, drogie panie? A właśnie, dostałyście karpia? To ta afera z zeszłego tygodnia, pamiętacie? Tu to dopiero nadałam tempo! Inaczej wszystkie kobitki w Zielonej Górze utłukły by na święta prokuraturę w miejsce tych ryb…

Teraz śmieją się wszystkie trzy. Śledcza szturcha pod ramię Psycholog, a ta lekko popycha Oskarżenie ku wyjściu. Po chwili, swobodnie rozmawiając, odchodzą z pola słyszenia. Ich głosy rozmywają się, w końcu nikną.

MINĘŁY ŚWIĘTA I SYLWESTER. JESTEŚMY JUŻ W PIERWSZYM MIESIĄCU NOWEGO ROKU


Piątek, 07 stycznia, przed pierwszą wolną sobotą karnawału

godz. 11:10

Święta, święta i po świętach. A przed nami pierwsza w tym roku wolna sobota. Pierwsza z dwunastu… I pierwsza w karnawale (wczoraj mieliśmy Trzech Króli). W taki tydzień nastrój w pracy psują mi przede wszystkim wszelkie niezałatwione sprawy sprzed Bożego Narodzenia, do których muszę teraz wracać… i je kończyć… Macie tak samo?

Są umówione na rano. Na rano, czyli po jedenastej. Prokurator już jest i krząta się po pokoju. Czeka, spogląda na zegarek, porządkuje papiery. Zbliża się koniec opowieści. Przyjrzyjcie się więc jeszcze raz głównym bohaterom. Oto Prokurator, Psycholog, Śledcza i Olek. Tu, w pokoju nikogo więcej nie spotkacie… Ale bądźcie pewni, że moja opowieść dla was tutaj się nie urwie. Nie w taki dzień. Póki co, posłuchajcie ich… A potem, już naprawdę na sam koniec, przeniesiecie się jeszcze w pewne przyjemne miejsce…

O pewnej niedzieli w Berlinie / Über einen Sonntag in Berlin

Anna Kuzio

Niedziela 25 kwietnia 2021

Wstałam dziś przed siódmą rano. Czemu? Sama nie wiem. Podeszłam do okna w kuchni i zobaczyłam krążące nad drzewami ptaszyska. Sześć wron i dwie sroki, z wrzaskiem okrążały lewy narożnik hali. Widzę ją z okien.
O, kuna, pomyślałam. Tym razem to nie one, tylko ktoś inny wyjada wronom małe.
Za chwilę zobaczyłam coś szarego, co sobie spokojnie szło trasą, którą normalnie o tej porze przemierza wiewiórka w wielkim pędzie. Tylko, że ona pokonuje tę odległość z prawej na lewą. A to coś szło z lewej strony. Coś co wyglądało z daleka na wielkiego kota, okazało się jednak szopem-praczem.

Wszystkie zdjęcia autorka

Tydzień temu, jak sroki zrobiły przelot i inspekcję drzew, to cały ptasi świat umilkł. Zapanowała śmiertelna cisza. Wszystkie stworzenia się pochowały, a dwie sroki w ogromnym tempie przelatywały po drzewach z lewej na prawo, latając od góry do dołu i szukając gniazd, z których mogłyby powybierać jajka i pisklaki. Ptasi świat zamarł z przerażenia. Dziś te paskudy połączyły się z wronami i w obliczu grożącego im niebezpieczeństwa poszukały współpartnera w celu odstraszania wroga.

A szop-pracz, nic sobie z tych wrzeszczących nad jego głową ptaszydeł nie robiąc, powędrował dalej, na drugi koniec hali.

Po kilku minutach tam zrobiło się głośno. Ptaki przy innych drzewach wzbiły się w powietrze i krążyły nad głową napastnika, próbując go odgonić. Tymczasem wiewiórka, która zawsze o tej porze pokonuje dach z prawej na lewo, ostrzeżona tumultem, po cichutku przebiegła jezdnią.

Jak już się wszystko uspokoiło i natura wróciła do jako takiej równowagi, to zaniosłam wróblom ich śniadanie i dzień potoczył się jak co dzień.

Muszę przyznać, że mnie ten szop-pracz zaskoczył, wdrapując się na komin, bo nigdy nie widziałam żadnego ptaka, który by tam szukał schronienia, więc i gniazda tam nie podejrzewałam. A jednak coś tam musiało być fascynującego. W jego mniemaniu przynajmniej.

No tak, kto rano wstaje, ten… ogląda ciekawe zdarzenia.

Serdecznie pozdrawiam z centrum Berlina.

Gołąbek został przez autorkę nazwany gołąbkiem pokoju, te natomiast dostały tytuł fucking pigeons 🙂

***

Christine Ziegler

Sonntag, 25. April 2021. Handschuhwetter

Ende April – immer noch Handschuhwetter. Bin auf dem Weg zum Flughafen Tegel. Hier fliegen nur noch die Raben. Wir Menschen reihen uns still in die geschickt angelegte Schikane ein. Es ist erst mal gar nicht sichtbar, wie lang die Schlange ist. Ist aber auch nicht schlimm, es geht zügig voran. Seit der BVG-Bus uns fünf Passagiere an der ehemaligen Auskunftstafel ausgespuckt hat, sind wir perfekt betreut. Freundliche Securitymenschen schauen nach der Einladung, um sicherzugehen, dass wir zur rechten Zeit am rechten Ort sind. Die Maschine läuft von Anfang an perfekt geölt.

Wir besteigen einen kleinen Shuttlebus, der Flughafen ist nicht für Fußgänger*innen gemeint. Das Ziel ist der Terminal C.

Es ist Sonntag Morgen, kurz nach Aufstehen, so sind die Menschen still, keine Gespräche. Nächste Station ist Fiebermessen und der zweite Check der Einladung. Prima, ich Möchtegern-Perfektionistin hab jeden doofen Fragebogen dabei aber nicht das Einladungsschreiben mit dem Buchungscode. Doch das System läuft stabil und ohne Ausschlag. Sie finden mich in ihren Computern auch ohne den praktischen QR-Code. Ich werde weitergeschickt und mein Fragebogen wird neu ausgefüllt. Sogar Zeit ist noch für einen Schwatz über ALDI in der Markthalle Neun, weil ich unter all meinen Zetteln auch einen Aufruf zur Trauerkundgebung hab.

Check-in 13, mir scheint davon gibt es über einhundert. Kurze Frage, weshalb ich eigentlich schon dran bin in meinem Alter. Verrückt, dass da Nervosität ausbricht. Bitte kein Stoppschild so kurz vor dem Ziel!

Als ich meinen Laufzettel endlich habe, stehen gefühlt zwanzig Menschen bereit, dafür zu sorgen, dass ich mich im Labyrinth nicht verliere. Noch dreimal um die Ecke, dann der Wartebereich, sie werden platziert! First in, first out, es soll nicht sein wie an der Transitstrecke, wo du gefühlt IMMER in der langsamsten Schlange standest.

Und dann die Aufforderung zum Weitergehen. Jetzt hat der Staff schon andere Signaljacken an, wir nähern uns dem medizinischen Bereich. Vorhang auf, Kabine betreten, Laufzettel abgeben. Von der anderen Seite wird mir ein Arzt zugewiesen. Es ist wie in einer Fertigungsstraße, von links die Impflinge, von rechts das medizinische Personal. Ein routiniertes Aufklärungsgespräch, dabei werden schon alle Vorbereitungen getroffen. Aufkleberchen für den Impfpass, Stempel, Unterschrift, Impfstoff aufziehen, Ärmel hoch. Routiniert und trotzdem zugewandt. Fragen? Nein, nach Wochen von Infos aller Art hab ich keine Fragen mehr. Die mRNA kann kommen und ihren Job machen.

So viele Leute im Einsatz, unglaublich. Und alle sind überaus freundlich. Die eigentliche Sache also vielleicht fünf Minuten, dann geht es wieder auf gewundenen Wegen nach draußen. Vorher noch Gelegenheit, für ein Viertelstündchen auszuruhen und auch abzuwarten, ob die fiesen Nebenwirkungen schon jetzt kommen. Doch alle sitzen ruhig und zufrieden und schauen sich die Halle an. Ich bin erfreut, dass es nun geschafft ist!

Vom Flughafen ist nicht mehr viel zu bemerken. Doch die Halle hat den gleichen Zweck wie vorher: dafür sorgen, dass viele Menschen so schnell wie möglich von A nach B kommen. Nette junge Leute gehen durch die Reihen und fragen nochmal, ob alles in Ordnung ist und ob wir was zu trinken haben wollen. Seltsam, noch gar keinen Bekannten getroffen…

Und dann ab ins Freie. Zur Haltestelle. Wo ist die denn? Seltsam, wir sind entlassen aus der Maschine, plötzlich wieder die normale Welt. Kein Schild, kein wegweisender Mensch, erstaunlich.

Die Sonne wärmt, ich genieße das Gefühl der Hoffnung auf bessere Zeiten.

Blutbrüder (3)

Anne Schmidt

4. Alpträume

Kai erwacht mit einem Schrei; er reisst sich die Decke vom Kopf und weiss nicht, wo er sich befindet.

Er richtet sich abrupt auf zu einem sit-up; sit-ups gehören zu seinem täglichen Fitness-Programm, seitdem er im Gefängnis ist, zuerst in Köln, jetzt in Berlin. Er erinnert sich, dass er selber die Strichliste an die Wand gemalt hat, um nicht, wie in Köln, die zeitliche Orientierung total zu verlieren.

Er lehnt sich erschöpft zurück und versucht, die Erinnerung an den Traum zu verscheuchen; es ist immer der selbe Traum mit geringfügigen Variationen: Ein Mann, der nach Alkohol und Zigarettenrauch stinkt, steckt ihm seine Zunge tief in den Hals. Kai versucht zu schreien, wedelt mit seinen Händen, versucht irgendetwas zu fassen, greift aber immer ins Leere. Um ihn herum sind Menschen, Teenager in seinem Alter. Sie tanzen zu überlauter Musik, niemand versteht den Anderen, aber das ist auch nicht der Sinn diser Party.  Sie feiern das Ende ihrer Klassenreise mit verzweifelter Fröhlichkeit, denn alle würden gern noch bleiben – bis auf ihn. Ihn hat Herr Krause, der einzige Mann auf dieser Party, zu seinem Sexsklaven erkoren, er hat zu parieren, stramm zu stehen, wenn Herr Krause ihm die Hose herunterzieht, sich in Bankstellung zu begeben, wenn Krause sich selber die Hose auszieht.

Kai fühlt im Traum noch den stechenden Schmerz, wenn der Mann in ihn eindringt.   Warum hat er sich nie gegen  Krauser Misshandlungen  zur Wehr gesetzt, ist immer wieder zu ihm hingefahren, hat sich Besserung geloben lassen, die nie eintrat?

Damals, als er das erste Mal in Krauses Wohnung war, hätte ihm dämmern müssen, dass dieser etwas von ihm wollte, was ausserhalb von Kais Vorstellellung von einer normalen Lehrer-Schüler-Beziehung lag. Die Art, wie Krause ihm in die Augen schaute, wie er harmlos seine  Hand auf Kais legte, seinen heissen Atem in Kais Nacken blies, war Kai zuwider, aber er versuchte es zu ignorieren. Alles wirkte wie zufällig, denn Kai saß auf einem Drehstuhl vor einem Computer und Krause stand hinter ihm, um ihm die Funktion der Tastatur zu erklären oder ihm auf dem Bildschirm etwas zu zeigen.

Kai war fasziniert von dem Spiel, das Krause auf den Screen gezaubert hatte, denn er hatte noch nie vor einem Computer gesessen, geschweige denn, an einem gespielt.

Nach diesem ersten Tag war Kai immer wieder zu ihm gefahren, obwohl Krause  zudringlicher wurde, aber Kai traute sich nicht sich zu wehren. Er fürchtete, Krause könne ihn aus der Wohnung werfen und nie wieder zum Spielen einladen. Inzwischen war er geradezu spielsüchtig geworden und wartete während des ganzen Schultages darauf, endlich sein Spiel vom Vortag fortsetzen zu können.  Die anderen Jungen aus seiner Klasse tuschelten über seine Hektik nach Schulschluss und versuchten, aus ihm das Geheimnis seiner Freizeitbeschäftigung herauszufragen.

Felix, sein bisher bester Freund, warf ihm Treuebruch vor und insistierte so lange, bis Kai etwas von Computerspielen murmelte. Damit war ein Damm gebrochen, denn nun wollten alle Mitschüler in der Klasse wissen, wo Kai einen Computer zur Verfügung hatte. Kein Klassenkamerad hatte bisher einen PC zu Hause, aber alle Jungs wünschten sich nichts sehnlicher als vor einem Bildschirm zu sitzen und digitale Menschen kämpfen zu lassen.

5. Hoffnung

Kai musste Felix versprechen, Krause zu fragen, ob er Felix mal mitbringen dürfe. Nach längerer Überlegung fand er die Idee nicht schlecht, denn die Gegenwart von Felix würde Krause vielleicht daran hindern, ihn immer wieder von hinten zu umarmen. ihn in den Nacken zu küssen und ihn zu streicheln.

Krause kannte Felix vom Unterricht und fand es nicht schlecht, dass Felix mitkommen würde; er hatte ihn schon immer sehr anziehend gefunden, wie er Kai mit einem maliziösen Grinsen mitteilte.  Felix erwies sich als gelehriger Schüler und schien die Annäherungen von Krause, die ihm zuteil wurden, nicht unangenehm zu finden. Kai überlegte, ob es an seiner Erziehung lag, dass er Krauses Verhalten nicht normal fand. Hatten die Frauen, die seine Kindheit geprägt hatten, Mutter, Großmutter und Erzieherinnen, ihn vielleicht zu einem Macho gemacht, der männliche Berührungen unangenehm fand?

Wenn Mitschülerinnen ihn knutschten, fand er es zwar albern, weil sie es mit viel Gekicher in der Gruppe taten, aber eklig fand er es nicht.

Felix schien Krauses Annäherungen nicht unangenehm zu finden, wand sich lachend aus dessen Umarmungen und kümmerte sich nicht um Kais gequältes Aufstöhnen, wenn Krause, den sie inzwischen Hotte nennen durften, wieder so zudringlich wurde, dass Kai seine Finger von der  Tastatur nehmen musste.

Fortsetzung in einer Woche

Z wolnej stopy 42

Zbigniew Milewicz

Rzeźnik z Niebuszewa

Kobieta na legitymacyjnym zdjęciu nazywa się Irena Jarosz, ma 20 lat. Spogląda z uśmiechem, zalotnie, świadoma swojej urody. Tak, jakby chciała powiedzieć mężowi, że kiedy przyjdzie z pracy, wtedy czymś dobrym go poczęstuje. To nic, że w domu nie ma mąki, pójdzie do sąsiada, pożyczy. Wiedziała, że podoba się Cyppkowi, powinien ją wspomóc…

Cyppek, a właściwie Zyppeck, podobnie, jak ojciec – Joseph, pochodził z Opola, z mieszanej niemiecko-polskiej rodziny i doskonale władał obydwoma językami. Rocznik 1895, podobnie, jak mój dziadek Erwin, nawet w tym samym miesiącu się urodzili, w sierpniu. Obydwaj byli niedużego wzrostu, skryci w sobie i mieli uzdolnienia techniczne. Joseph został ślusarzem na kolei, a kiedy wybuchła I wojna światowa poszedł na front; wykazywał się odwagą na polu bitwy, za co dwukrotnie go odznaczono. W 1917 został ciężko ranny, stracił prawą nogę, w związku z czym w 1939 roku nie przyjęto go do Wehrmachtu, co dotkliwie odczuł. Czuł się Niemcem, gotowym walczyć i umrzeć dla führera; ten patriotyczny dług spłacili jego dwaj synowie, których miał w związku małżeńskim i był z tego powodu dumny. Ich matka, podobnie, jak matka Josepha była Polką. Starszy syn poległ na froncie wschodnim, młodszy zaginął w czasie działań wojennych gdzieś na Śląsku. Niedługo później Joseph stracił również żonę, która w grudniu 1944 r. zginęła podczas alianckiego bombardowania Opola.

Osamotniony, w ostatnich dniach wojny trafił do Szczecina, z którego Niemcy uciekali przed nadciągającą Armią Czerwoną, zostawiając cały swój dobytek. Wczesną wiosną 1945 roku w mieście pozostało już tylko około 6 tysięcy autochtonów, ale później zaczęła krążyć pogłoska, że los państwowości Szczecina nie jest jeszcze przesądzony i ci co opuścili swoje domostwa, zaczęli do nich wracać. Na początku lipca 1945 roku, kiedy miasto oficjalnie zostało przekazane Polsce, mieszkało w nim znowu około 90 tysięcy osób narodowości niemieckiej. Zaczęto więc wysiedlać Niemców, bo brakowało mieszkań dla Polaków; jednym z Niemców, którzy dobrowolnie zgłosili się na wyjazd, był Zyppeck, to miasto ze względu na swoją chaotyczność i wilgotny klimat mu nie odpowiadało. Odmówiono mu jednak wysiedlenia, bo miał częściowo polskie korzenie i zawodowe umiejętności, potrzebne nowej administracji do odbudowy infrastruktury.

Chcąc nie chcąc, musiał zmienić swoje nazwisko na Józef Cyppek, dostał pracę jako ślusarz w zajezdni tramwajowej i przydziałowe mieszkanie przy ulicy Wawrzyniaka. Ożenił się z miejscową prostytutką i sutenerką, Helgą, znaną w swoim środowisku, jako Margarita, Niemką, która także uniknęła wysiedlenia. Kiedy pewnego dnia Helga znalazła się za kratkami, znowu został sam. Przeniesiono go wtedy do mniejszego mieszkania, na Wilsona 7, dzisiaj jest to ulica Niemierzyńska, w dzielnicy Niebuszewo, cieszącej się złą sławą w Szczecinie. Tam kwaterowano drobnych przestępców, Niemców a także Żydów, przez co dzielnica zwana było Lejbuszewem.

Zamieszkał na parterze, pod numerem 3, a że od początku stronił od nowych sąsiadów i z nikim nie utrzymywał towarzyskich kontaktów, zdobył opinię dziwaka. Znikał na całe noce. Nikt nie wiedział, co robił i dokąd chodził. Przeszkadzały mu bawiące się na podwórzu dzieci i plotkujące pod jego oknami kobiety, czasami wykłócał się z nimi z tego powodu. Gdy Helga siedziała w więzieniu, któregoś dnia do mieszkania Józefa wprowadził się młody blondyn. Zaciekawionym sąsiadom Cyppek odpowiadał, że to jego zaginiony syn i na tym urywał wszelkie wyjaśnienia. Po pewnym czasie mężczyzna zniknął i już więcej się nie pojawił. Nikt nigdy nie dowiedział się, kim naprawdę był ów młody mężczyzna. Od tamtego momentu stał się jeszcze bardziej gburowaty i zamknięty w sobie. Jego jedyną rozrywką były seanse filmowe w pobliskim kinie „Młoda Gwardia”. I pewnie już do końca swojego życia Józef pozostałby dla wszystkich niegroźnym dziwakiem, gdyby nie zbrodnia na Irenie Jarosz, którą mu udowodniono.

11 września 1952 roku mąż ofiary, także Józef, wrócił wcześniej z pracy. W domu zobaczył sąsiadkę, Zofię, która opiekowała się ich kilkumiesięcznym dzieckiem; była umówiona z Ireną, ale kiedy przyszła nie zastała jej w mieszkaniu, tylko płaczącego niemowlaka w łóżeczku. Józef stwierdził, że z mieszkania zginęła również pierzyna, koc, prześcieradło, garnitur i dwa męskie zegarki. Zaniepokojony rozpoczął obchód sąsiedztwa; przechodząc obok mieszkania Cyppka, zauważył przez okno ich pierzynę leżącą na podłodze. Próbował dostać się do środka, jednak zarówno drzwi, jak i okna były zamknięte. Przerażony zawiadomił więc milicję. Przybyli na miejsce funkcjonariusze postanowili poczekać na powrót Cyppka, który w tym czasie przebywał w kinie, na seansie filmu Wilhelm Tell. Gdy wrócił, spokojnie wpuścił milicjantów do środka. To, co zastali na miejscu i opisali w służbowym protokole, jest zbyt drastyczne, żebym opowiedział. Nieszczęsny mąż ofiary potwierdził, że rozkawałkowane szczątki, pozbawione głowy, należały do jego żony. Józef Cyppek został więc natychmiast zatrzymany i osadzony w areszcie.

Władze postanowiły bezwzględnie rozprawić się z mordercą i to jak najszybciej. Dwa dni po odkryciu zwłok ofiary, do szczecińskiego sądu wpłynął akt oskarżenia „rzeźnika”, który miał odpowiedzieć za dokonanie zbrodni na tle seksualnym. Mężczyzna do wszystkiego się przyznał, a podczas przesłuchań dokładnie opowiedział o szczegółach dokonanego morderstwa. Zeznał, że 20-letnia Irena Jarosz od dawna mu się podobała. Gdy feralnego dnia zapukała do jego drzwi, aby pożyczyć szklankę mąki, Cyppek postanowił wykorzystać sytuację. W zamian za mąkę, zaproponował sąsiadce odbycie stosunku płciowego. Gdy kobieta odmówiła, w gniewie zatłukł swoją ofiarę młotkiem. Po dokonaniu zbrodni rozczłonkował ciało, a odciętą głowę zatopił w pobliskim jeziorze zaporowym Rusałka. Resztę ciała zamierzał wynieść w częściach z domu i także zatopić. Pierwotnie planował zakopać ciało w lesie, jednak zrezygnował z tego pomysłu, gdyż nie posiadał łopaty.

Sąd zdecydował się utajnić proces ze względu na obawy, że pochodzenie oskarżonego może wywołać w Szczecinie antyniemieckie nastroje oraz doprowadzić do „niepokojów społecznych” i zamieszek, a nawet do pogromów mniejszości niemieckiej. Przynajmniej tak mówił sądowy protokół. Proces rozpoczął się 17 września 1952 roku i zakończył tego samego dnia. Przyznanie się Cyppka do popełnienia zbrodni sąd uznał za najmocniejszy dowód jego winy. Znaleziono także wytłumaczenie rozbieżności pomiędzy wynikami sekcji zwłok („zbrodni dokonała osoba doświadczona w porcjowaniu mięsa”), a umiejętnościami Cyppka (z zawodu był ślusarzem). Wykazano, że znaleziona w jego mieszkaniu niemiecka książka lekarska, wystarczyła, aby morderca uzyskał dostateczną wiedzę co do fachowego rozczłonkowania ciała.

Obciążające były również zeznania przesłuchiwanych w trakcie śledztwa sąsiadów, którzy opowiadali o dziwnym zachowaniu Cyppka zarówno przed, jak i po morderstwie. Jedna z kobiet opowiedziała milicjantom o tym, jak tuż po zaginięciu Ireny, Cyppek w sposób bardzo ironiczny ubolewał nad faktem, że Jaroszowa pozostawiła swoje dziecko na pastwę losu.  Józefa Cyppka uznano za winnego i skazano na karę śmierci przez powieszenie. Będąc w więzieniu skazaniec poprosił ówczesnego Prezydenta RP Bolesława Bieruta o łaskę. Ta nigdy nie nadeszła i 3 listopada 1952 roku o godzinie 17:45 Cyppek został powieszony…

Wtedy zaczęła żyć legenda miejska o rzeźniku z Niebuszewa, okrutnym, seryjnym mordercy i kanibalu, który pod osłoną nocy mordował kobiety i dzieci, a z ich mięsa przyrządzał bigos, który sprzedawał później na miejskim targu. Nagle okazało się, że mieszkańcy okrytej złą sławą kamienicy przy Wilsona 7 wszystkiego się domyślali. Każdy czuł charakterystyczną woń, wydobywającą się z mieszkania nielubianego dziwaka i słyszał dziwne odgłosy. W Szczecinie, jak w całej Polsce w tamtym czasie, brakowało mięsa w oficjalnej sprzedaży i wszyscy szeptali o handlu ludzkimi ciałami, ale nikt nie miał odwagi mówić tego głośno. Według wspomnianej legendy, Cyppek pozostawał w dobrych stosunkach z rzeźnikami pracującymi w pobliskiej masarni przy ulicy 3 maja. I to właśnie im sprzedawał rozczłonkowane części ciał swoich ofiar, głównie dzieci. W historii tej znalazło się również miejsce dla wspólniczki rzeźnika – bileterki z kina „Młoda Gwardia”, która miała odsyłać do Cyppka niewinne ofiary – najczęściej dzieci, którym zabrakło kilku groszy na bilet do kina.

Nie wiadomo, ile w tym wszystkim jest prawdy. Józefa Cyppka oskarżono i skazano wyłącznie za jedno morderstwo, dokonane na Irenie Jarosz. Akta procesowe nie zawierają żadnej wzmianki o zamordowanych dzieciach i handlu ludzkim mięsem. Kilka tygodni po egzekucji „rzeźnika” postanowiono osuszyć jezioro Rusałka. Na dnie zbiornika odnaleziono wtedy kilka ludzkich czaszek, głównie dziecięcych, niektóre źródła mówią nawet o kilkunastu. Nikt wtedy nie potrafił odpowiedzieć na pytanie do kogo one należały i jak się tam znalazły; znalezisko pasowało do kanibala Cyppka, więc legenda je przyjęła. W kolejnej wersji Cyppek był dawnym SS-manem. Pamięć o niedawnych niemieckich zbrodniach wojennych wzmacniała wrogość polskich mieszkańców Szczecina do wszystkiego co niemieckie. Nagle sprawca przestał był pół-Polakiem i stał się czystym Niemcem, w dodatku członkiem znienawidzonej formacji. Tylko ktoś taki mógł z zimną krwią mordować kobiety i dzieci. Mało kto zwracał uwagę na fakt, iż Józef Cyppek nie miał najmniejszych szans na przyjęcie do SS. Wykluczało go kalectwo jak i niski wzrost (158 cm).

Nic nie wskazuje na to, że Cyppek miał stragan na bazarze, gdzie niby handlował wyrobami z ludzkiego mięsa. Znał za to dobrze dwóch niemieckich rzeźników, Güntera i Hansa oraz ich pracownicę Johannę, którzy na szczecińskim bazarze sprzedawali robiony przez siebie bigos. Nie ma jednak żadnych dowodów, że bigos ten zawierał ludzkie mięso. Istnieje hipoteza mówiąca, że Cyppek sam był kanibalem, ale tutaj także brak dowodów. Wątpliwości mogą natomiast budzić niektóre jego zeznania złożone w śledztwie i w trakcie procesu. Świadkowie, którzy byli na sali rozpraw, opisywali oskarżonego jako człowieka o wyglądzie kogoś, kto został dotkliwie pobity. Czy zatem jego zeznania zostały wymuszone?

Istnieje historia, która przy zbrodni Józefa Cyppka stawia kolejne znaki zapytania. W 1952 roku, w nielegalnej masarni w Niebuszewie, została zamordowana klientka, która przypadkiem znalazła na stole do rozbiórki mięsa ludzkie, rozkawałkowane zwłoki. I jako niewygodny świadek podzieliła los wcześniejszej ofiary. Okoliczności przestępstwa do złudzenia przypominały scenariusz z Wilsona 7, obydwa zbiegały się w czasie. Sprawa wyszła na jaw dopiero po wielu latach, wiadomo było, że milicja aresztowała rzeźników, ale, co się z nimi dalej stało, historia milczy. A może nieprzypadkowo te zbrodnie miały tyle podobieństw, może były dziełem tego samego sprawcy, albo sprawców? Istnieje teoria, która mówi wprost, że czyn Józefa Cyppka wykorzystało Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego do zatuszowania wcześniejszych zbrodni, w które miał być zamieszany bardzo wpływowy żydowski gang rzeźników, sprzedający na szczecińskim targu ludzkie mięso. Cyppek jako nielubiany pół-Niemiec, pół-Polak, dziwak i samotnik mógł być idealnym kozłem ofiarnym, a celowo rozpowszechniane plotki zrobiły swoje… Dlaczego Kurier Szczecinski poświęcił sprawie Cyppka zaledwie niedużego szpunta i to dopiero dwa dni po procesie? Gazeta ta żyła z taniej sensacji, czy komuś więc zależało na milczeniu mediów?

W historii rzeźnika z Niebuszewa nic nie jest pewne.  Po śmierci Józefa Cyppka jego mieszkanie przy Wilsona 7 przez wiele lat stało puste. Nikt nie chciał się tam wprowadzić. Dopiero pewien szewc się odważył; kuchnia, w której odnaleziono zwłoki Ireny Jarosz, została przerobiona na schowek gospodarczy i toalety. Miejsce spoczynku sprawcy na szczecińskim Cmentarzu Centralnym figuruje w miejscowych archiwach, ale nie ma pewności, czy szczątki należą do Józefa Cyppka. Podobno jednak od niepamiętnych lat ktoś anonimowy stawia na zaniedbanej mogile zapalony znicz; nie zdziwiłbym się, gdyby dbały o to dyskretnie wnuki tamtych rzeźników.

Mank oder Hearst? Wer ist hier Don Quijote?

Für Tomasz, den ich nicht kenne, der mich aber in einem Kommentar auf diesen Film aufmerksam gemacht hat

Mank, ein Film darüber, wie ein sturer Drehbuchautor ein Drehbuch über einen Sturer Zeitungsverleger durchboxt. Eine wahre Geschichte. Am Ende des Kampfes bekommt der Schriftsteller einen Oskar, einen einzigen den der Film bekommen hat, obwohl er in neun Kategorien nominiert war.

Alles alte Geschichte, über Kreativität, Freundschaft, Sturheit, Loyalität, Treue den Anderen und sich selbst und Armut des Sturen in der Welt der reichen Opportunisten.

Auf Wikipedia liest man:

Mank ist eine US-amerikanische Filmbiografie von David Fincher, die am 4. Dezember 2020 von Netflix veröffentlicht wurde. Der Regisseur widmet sich in seinem Film der wahren Geschichte des Hollywood-Drehbuchautors Herman J. Mankiewicz, gespielt von Gary Oldman, und dessen Streitigkeiten mit Regisseur Orson Welles über das Drehbuch für Citizen Kane, ein Film aus dem Jahr 1941. Das Drehbuch schrieb Jack Fincher, der verstorbene Vater des Regisseurs. Im Rahmen der Oscarverleihung 2021 erhielt der Film in zehn Kategorien eine Nominierung, so als bester Film, David Fincher für die beste Regie und Gary Oldman als bester Hauptdarsteller. (…) Der Protagonist des Films ist Zeitungsverleger William Randolph Hearst, dem der Drehbuchautor vorwirft, seine eigene Jugendideale verraten zu haben und mit dem Nationalsosialismus in Deutschland zu sympathisieren.

Manks Drehbuch, zunächst America betitelt und dann von Oskar Welles als Citizen Kane verfilmt, ist zu einer ganz persönlichen Abrechnung mit Hearst und einem anti-liberalen Hollywood geworden. Die Gerüchte um das Drehbuch kochen in Hollywood hoch, Hearst und Mayer (der Chef von MGM – Metro Goldwyn Meyer) versuchen eine Verfilmung zu verhindern und Mank mit Versprechungen des Geldes und Einflusses zum Rückzug zu überreden, doch er bleibt standfest. Mankiewicz verlangt schließlich auch, neben Welles in den Credits zum Drehbuch des Films genannt zu werden, was Welles widerwillig hinnimmt. Citizen Kane wird in neun Sparten für den Oscar nominiert und erhält die Auszeichnung für das beste Originaldrehbuch.

Schon vor ein paar Wochen schrieb hier auf dem Blog ein Kommentator, dass der Film eine moderne Version der Don Quijote-Geschichte ist:

In dem Film von David Fincher, der gerade für Oscar nominiert wurde (in zehn verschiedenen Kategorien!) Mank, die Hauptfigur – gespielt von Gary Oldman – zitiert und paraphrasiert nicht nur, sondern ist es auch! DQ. Und sein Sancho ist eine Frau, oder es sind gar die Frauen. Der in Schwarz-Weiß gedrehte Film bezieht sich auf Citizen Kane (Gewinner des Oscar für das beste Originaldrehbuch von 1941 und nominiert in neun Kategorien), dessen Drehbuch von Herman J. Mankiewicz (Spitzname Mank) geschrieben wurde und hier eben von Oldman gespielt. Die Handlung basiert auf Manks wahrer Geschichte und seinen Auseinandersetzungen mit Regisseur Orson Welles. Der Charakter von Kane war – wie wir wissen – dem Geschäftsmann William Randolph Hearts nachempfunden, dem Verleger und Pressemagnaten, den Mank kennengelernt und mit dem er sich angefreundet hatte. Diese Freundschaft hat sich – wie es manchmal bei Freundschaften der Fall ist – verschlechtert. Citizen Kane – so offiziell, distanziert und cool benannt – wurde aus der Manks Perspektive geschrieben, dazu auch seine persönliche Beziehungen mit Hearst und seine Ansichten des antiliberalen Hollywoods gehören. In der Ära von #meetoo, #fakenews, Ausbeutung und Regierungspropaganda werden beide Filme mit vage Freude betrachtet.
Und in welchen Kategorien Mank-DQ gewonnen hat, werden wir wahrscheinlich am 25. April während der Oskar-Preisverleihung herausfinden
.

Also gerade eben.

Ich habe den Film schon gesehen und “mache es hiermit kund”, dass es eine doppelte Don Quijote Geschichte ist. Einerseits sagt Mank, dass es der Hearst ist, der Don Quijote verkörpert. Andererseits aber ist es der Mank selber…

***
Also Hearst.

Am Ende des Films findet ein Empfang statt, bei dem alle wie Zirkussartisten verkleidet sind. Zirkus der Reichen und Schönen. Mank kommt zu spät, ist nicht verkleidet und sichtlich besoffen. Er wird reden. Er beginnt seine Rede damit, dass er mit dem Messer absichtlich so stark in ein Glas voller Wein stösst, dass das Glas zerbricht und Wein und Glassplitter in alle Richtungen springen. Der Wein ist rot. Mank steht auf.

– Ich habe eine fabelhafte Idee für einen Film, Louis (gemeint ist Hearst, der Gastgeber des Empfangs). Ein Film, den ihr alle lieben werdet. Eine moderne Version von Don Quijote. Ich weißt zwar, dass keine von ihnen liest, aber sie wissen worum es in der Story geht. Um einen alten verrückten Adliger, der gegen den Windmühlen kämpft. Also, wie übertragen wir diese Geschichte in unsere moderne Zeit? Wie wäre es, wenn wir aus unserem Quijote einen Zeitungsmann machen? Wer sonst verdient sein Lebensunterhalt mit dem Kampf gegen die Windmühlen? Aber das reicht nicht! Er will nicht nur die Leserschaft. Er will mehr als nur Bewunderung. Er will Liebe. Deshalb kandidiert er für einen öffentlichen Amt und weil er reich ist, gewinnt er. Bemerken wir es, ein, der reich und mächtig ist, kann kein Publikum gewinnen. Es sei denn, er bekennt sich in letztem Akt zu seiner Fehler. Merken wir es uns dazu noch, dass wenn man reich und mächtig ist und braucht sich nie für seinen Taten zu entschuldigen, ist nur in echtem Leben bewunderswert. Habe ich nicht recht, Louis?

Er zündet sich eine Zigarette von einem großen offenen Kaminfeuer.

– Also was tun wir? Wir geben ihm Idealen, mit denen sich das bettelarme, wirtschaftskrisemüde Publikum identifizieren kann. Er, unser Don Quijote, ist gegen die Großkonzerne, für den achtstundigen Arbeitstag, für faire Einkommensteuer, bessere Bildung und sogar Verstaatlichung der Eisenbahn. Und wie nennen wir solche Menschen?
– Kommunisten!
– Sozialisten!

– Nein! Unser Don Quijote ist ein schlagfertiger Skandalreporter. Manche prophezeien, dass er eines Tages die Präsidentschaft gewinnt, also Präsident wird und als solcher Initiative unternimmt, dass es dazu kommt, Achtung! dass er die sozialistische Revolution einleitet!

Er lacht.

– Was für ein Schwachsinn!
– Ach ja? (…) Unser Don Quijote, er hungert, er giert, dürstet danach, dass die Wähler ihn lieben. Ihn genug lieben, um ihn zu Präsidenten zu machen. Aber das tun sie nicht. Sagen Sie, wie konnte das passieren? Könnte es sein, dass sie im tiefsten Inneren ihrer Herzen wissen, dass ihm die Macht mehr wert ist als die Menschen? Vom Kongress enttäuscht…

Die Empfangteilnehmer erheben sich nacheinander und gehen.

– Ist er nicht imstande in zwei Amtszeiten ein einziger Gesetz einzubringen. Können Sie das fassen? Sowas muß gut geschreieben werden.
Er wird als Präsidentschaftskandidat nomniniert, aber… er ist zu radikal für Hintermänner. Er scheitert, aber wir erreichen etwas. Und daraus können wir etwas machen. Wir bauen Sympathie auf. Zurückgewiesen flüchtet er ins Paradies. Ins Lotusland, wo sein treuer Troll Sancho ein Märchenreich vorbereitet hat. Der treue, treue Sancho, der wunderbare mythisches Königsreich… Warten sie mal, die romantische Heldin habe ich vergessen. Ihr Name… Dulcinea. Witzig, abenteuerlustig, klüger als sie sich gibt. Sie ist ein Revue-Girl, gesellschaftlich unter seine Schicht, aber es passt. Denn die wahre Liebe auf der Leinwand ist, wie wir alle wissen, ideal also… blind. Und sie… ja… sie liebt ihn auch. Also nimmt er sie mit in sein mythisches Märchenland.
Und jetzt, Auftritt von Nemesis. Das ist griechisch für “schwarzer Hut”.

Die Partygäste verliessen den Saal. Und ich weiß, dass der Paradies Barataria heißt.

Aber Mank hat noch eine Parabel im Ärmel. Eine Geschichte, die ein paar Jahre vorher passiert ist, als ein sozialistisch veranlagter Schriftsteller, Upton Sinclair, fürs Amt des Gubernators Kaliforniens kandidierte. Damals hat die gemeinsame Aktion von Hearst and Mayer seine Chancen zunichte gemacht.

– Es kommt Nemesis! Nemesis kandidiert als Gouverner und hat beste Chancen zu gewinnen. Wieso? Weil er exact so ist, wie unserer Don früher mal gewesen ist. Ein Idealist. Verstehen Sie? Und nicht nur das. Er ist auch derselbe Bursche, der mal vorausgesagt hat, dass unser Don Quijote eine sozialistische Revolution einleiten würde. Unser Quijot sieht in den Spiegel seiner Jugend ein und beschließt, diesen Spiegel zu zerbrechen. Und somit den Mann zu zerbrechen, den er einmal war. Mithilfe seiner getreuen Sanchos. Und mit allen Mittel der Schwarzen Magie (gemeint ist der Film als Medium), die ihm zur Verfügung stehen, tut er genau das. Und damit vernichtet er nicht nur einen Mann, sondern zwei.

Der Partyraum ist schon fast leer.
Mank ergibt sich.
Hearst begleitet ihn zum Ausgang und erzählt ihm eine Anekdote. Anekdote über den Affen des Leierkastenspielers. Der Affe denkt, dass er entscheidet und der Spieler dann spielt, wenn er, der Affe, Lust hat, zu tanzen. In der Tat aber ist es natürlich umgekehrt.

Nemesis, das sei aber im Film nicht gesagt, Nemesis war eine griechische Göttin des gerechten Zorns.

Ist also Hearst der Don Quijote? In einem gewissen Sinne – ja, aber andererseits ist vor allem Mank selber der Don Quijote, ein Mann von einer festen Überzeugung geleitet, dass es seine Mission ist, die Machenschaften der Film- und Zeitungsindustrie zu enthüllen und an Pränger zu stellen. Ein allein kämpfender Ritter der verlorenen Sache: Der Warheit, Treue und sozialer Gerechtigkeit.

Ein sehr guter Film. Möge er alle seine Oskars bekommen, zu denen er nominiert wurde.

PS am Montag früh: Nix hat er bekommen bei Oskarverleihung, nicht Mal eine müde Statuete für Make-up.

Wie soll das gute Leben nach der Pandemie aussehen?

Für Christine Ziegler, absichtlich eine Stunde früher, damit sie den Beitrag auf ihren Regenbogenfabrik-Geburtstagsblog rebloggen kann

Ewa Maria Slaska

Ja, wie soll unser Leben nach der Pandemie aussehen? Wie wird es aussehen? Was wollen wir und was über unsere Köpfe passieren wird?

Vor einem Jahr träumten wir von hellen Himmeln, klaren Wassern, stillen, ruhigen Städten. Glaubten wir daran?

Ja, ich glaube, wir glaubten daran. Wir glaubten, dass wir daran glauben dürfen. Dahinter versteckten sich zwei vollkommen verschiedene Gedanken: “Wir werden uns ändern” und “DIE werden es ansehen, dass WIR UNS ändern müssen (sonst stirbt das Leben auf der Erde)”.

Ja, WIR und DIE. Die WIR Seite sollte viel stärker sein als DIE Seite, endlich Mal sollten DIE an UNS hören. Endlich Mal werden WIR gewinnen. Endlich Mal wissen WIR, was WIR wollen und wollen, dass DIE es wissen. WIR werden besser und werden DIE zwingen zur Verbesserung der Welt. In letzter Sekunde vor der Katastrophe, als Greta Thunberg eigentlich nur weinte, weil Fridays for Future nix brachten, schlug die Natur zurück und brachte UNS allen (dh. für WIR und für DIE) eine NEUE Erkenntniss: Wenn WIR überleben sollen, müssen WIR uns und die Welt beruhigen, verlangsamen, heilen helfen, UNS gegenseitig unterstützen, solidarisch werden…

Den ganzen Frühling 2020 haben wir so geträumt.

Es war schön. Die Regierung gab UNS das Geld, um die Pandemie zu überstehen. Home office schien ein Arbeitsideal zu sein. Ruhig, in unserem eigenem Tempo arbeiten, selber entscheiden, was wichtig ist, wann WIR was tun oder eben nicht.

Die Läden waren zu, man brauchte aber nichts und musste nichts kaufen. Nur einfache Sachen, etwas zum Essen, ein bißchen mehr zu Trinken, Kino und die Bibliothek waren zu Hause, Konzerte auf der Straße oder auf den Balkonen. WIR machten Ordnung, teilen gute Sachen mit den Anderen. Lächelten mehr und malten schöne Regenbogen oder Herzen auf den Fenstern.

Und WIR träumten bis UNSERE Kinder ohne Schule verblödeten und zuhause nervten, WIR vom Home office Nase voll hatten und dicker wurden. In der Welt draußen begannen alle die Waren online zu bestellen, UNSERE mit Kartons vollverpackte Mülltonnen ein Asyl für Ratten geworden sind, die Transportburschen übernahmen die heimliche Macht in der Welt, UNSER Geld alle war und WIR wussten, dass der Jeff Bezos von Amazon es UNS allen wegnahm. Oder Elon Musk.

So wurde in ein paar Monaten eine UTOPIE zu einer DYSTOPIE.

Was können WIR also jetzt tun, ein Jahr später? Das Geld ist alle, der Frühling ist bitter kalt, die Lockdownmaßnahmen scheinen höhstens ein Alibi für Reiche und Mächtige zu sein, dies verdeckend, was wir alle jetzt spüren, dass uns unsere demokratische Freiheiten und Rechte weggenommen sind, wohl wissend, dass wenn die Macht dir schon etwas weggenommen hat, wird sie es NIE freiwillig zurückgeben. Harari schrieb letztens, dass es uns einfacher ist, uns das Weltende vorzustellen als Ende des Kapitalismus.

Haben wir wieder den Moment überschlaffen, dass wir zurückschlagen sollten? Schliefen wir zu lange? Träumten zu viel? Badeten wir uns immer noch in klaren Wasser in Venedig Kanälen, als DIE (wer auch immer SIE plötzlich geworden sind) uns schon alles wegnahmen?

Wie wird also die Welt aussehen? Unsere Arbeit, unser Wohlstand, unsere Sicherheit? Haben wir noch etwas in der Hand?

Ich schaue mich um. Vielleicht ist noch nicht alles verloren. Vielleicht haben wir doch etwas gelernt von dem bitteren Erwachen. Die Grünen gewinnen jetzt an Unterstützung und sind auf dem besten Weg, eine Volkspartei zu sein. Wird es politisch umschlagen? Gewinnt Annalene die Wahlen im September?

Harari meint, einziges was uns hilft, ist sich selber besser kennenzulernen. PM, dass wir alles wieder klein machen sollen. Kleine Gruppen, kleine Ziele, kleine Aufgaben, k(l)eine Gewinne. Zurück in die Zukunft. Klein und gemeinsam.

Und dann fehlt mir wieder die Regenbogenfabrik ein, mein Lieblingsbeispiel, wie das Leben eigentlich aussehen soll. Ein Squatprojekt, der sich im Laufe von 40 Jahre zu moderner nachhaltiger Utopie entwickelt hatte. Viel über sich selber wissend und alles klein, gemeinsam und solidarisch haltend. Irgendwann, vor 20 Jahren, schrieb ich über die Fabrik, dass sie für mich eine moderne Mischung aus ein Kloster und einen Kibbuz ist. Also ein Traum.

Von der Besetzung bis zur Legalisierung dauerte es Jahrzehnte – heute ist die Regenbogenfabrik eines der erfolgreichsten Lebens- und Wohnprojekte, schrieb zum 40 Geburtstag des Projekts Gerd Nowakowski im Tagesspiegel.

Auf dem Höhepunkt der Hausbesetzerzeit, als im damaligen West-Berlin über 100 Häuser vor der Abrissorgie im Namen einer fehlgeleiteten Stadterneuerung gerettet wurden, wurde das heruntergekommene und Abriss-bedrohte Industriegelände am 14. März 1981 von den Aktiven „instandbesetzt“. Eine verlassene Chemiefabrik und das Hinterhaus, beide in der Lausitzer Straße in Kreuzberg, sind heute Genossenschaft geworden. Auf den vier Etagen des Hinterhauses leben 33 Menschen – große und kleine. In der ehemaligen Fabrik findet man Radwerkstatt, das Hostel und die Kantine, die Kita, Tischlerei, die Bauwerkstatt, das Regenbogen-Kino und der Kultursaal. Manche Bestandteile des Projekts gibt es nicht mehr, das Café ist verschwunden, ebenfalls Seminar- und Proberäume, ein Kunstatelier, dazu kommen aber die neuen, wie z.B. Sauna im Hinterhaus oder manche Projektbüros. Auch Projekte kommen und gehen. Fete de la Musique kam schon zweimal hin, polnische Kochwochen blühten ein paar Jahre lang und wurden fallen gelassen. Lag es an mir? Ich weiß es nicht. Es gibt Winterbasare und Sommerhofpartys, Wanderungen und Fahrradtouren durch die Stadt, seit Jahren nimmt Fabrik an Tagen des offenen Denkmals teil. Das gesamte Gelände ist seit vielen Jahren ein Baudenkmal. Was hier geschieht, ist aber nicht museal, sondern ein lebendiges Projekt. Die Vision eines anderen Zusammenlebens und eines selbstbestimmten Arbeitens mit gemeinschaftlichen Eigentumsverhältnissen ist hier über Jahrzehnte immer wieder neu diskutiert und verwirklicht worden. (…) „Das Leben in der Gemeinschaft war oft schwierig“, erzählten Aktive zum 25. Jubiläum: „Äußere und innere Feinde waren zu bekämpfen; es flossen Tränen und einige MitstreiterInnen und Prinzipien sind auf der Strecke geblieben. Unter dem Motto ‚Zusammen wohnen, leben und arbeiten‘ wurde eine Gratwanderung zwischen Glück und völligem Genervtsein gewagt, was mitunter ernüchterte. Dennoch wurde nie aufgegeben.“

So ein schöner Projekt. Immer wieder versuche ich zu verstehen, weshalb ich die Fabrik nur beobachte und (noch) nie ein Teil davon geworden?

Harari meint, man soll sich selbst erkennen. Muss ich ja auch wohl.

Chodzenie po mieście. Trzy żonkile.

Ela Kargol

Były trzy dworce w Berlinie, z których deportowano Żydów między rokiem 1941 a 1945 na Wschód, do gett i obozów zagłady:

Bahnhof Grunewald – 10 137 ludzi,
Anhalter Bahnhof – 9 635 ludzi,
Güterbahnhof (dworzec towarowy) Moabit – 32 201 ludzi.

Skrupulatnie rozliczano ich z pozostawionego majątku ruchomego, bo nieruchomości, jeśli takie posiadali, odebrano im już wcześniej. Prowadzono drobiazgowe listy z oświadczeniami majątkowymi, a jeżeli ktoś nie zdążył spisać swojego stanu posiadania i znalazł się już w transporcie, urzędnik zaznaczał, że odpowiednie zaświadczenie będzie jeszcze dostarczone. Są też dokładne spisy tych, którzy wybrali sami dla siebie „osteczne rozwiązanie” jeszcze przed transportem do Auschwitz, Theresienstadt czy Treblinki. Majątki ich wszystkich przepadały na rzecz nazistowskiej Rzeszy. Deutsche Reichsbahn (Niemieckie Koleje Rzeszy) po targu z Himmlerem, który wynegocjował dobrą cenę, brały od dorosłego 4 reichspfennigi (fenigi rzeszy), od dziecka 2 fenigi. Małe dzieci jechały za darmo do Auschwitz, Bełżca, Rygi…

Odpowiedzialny za rolę Reichsbahny w deportacjach Żydów był Albert Ganzenmüller, sekretarz stanu w Ministerstwie Transportu III Rzeszy. Dożył sędziwego wieku 91 lat.

Z Anhalter Bahnhof dołączano do kursowych pociągów dalekobieżnych trzy wagony trzeciej klasy. Pasażerowie czekający w kierunku Drezna nie różnili się wiele od pasażerów, którzy jechali dalej do Theresienstadt, może tylko tym, że tych drugich otaczała grupa SS-manów, pilnująca porządku. Konduktor nie musiał sprawdzać kolejno biletów. Bilety były grupowe.

Miejsce pamięci Putlitzbrücke

W rocznicę wybuchu powstania w Getcie Warszawskim wybrałyśmy się (Ewa, Krysia i ja) na berliński dworzec Grunewald, do miejsca pamięci Gleis 17, z którego 18. X. 1941 wyruszył pierwszy pociąg z 1013 „pasażerami” do getta w Łodzi. Przyniosłyśmy świeże żonkile, papierowe przypięłyśmy do płaszczy i kurtek. Kilka dni później pojechałyśmy na były dworzec towarowy Moabit, skąd deportowano do gett i obozów zagłady ponad 30 tysięcy berlińskich Żydów.

Miejsce pamięci Gleis 17 na Grunewaldzie

Na moście Putlitzkim (Putlitzbrücke), który rozciąga się nad moabickim dworcem towarowym i przystankiem S-Bahny Westhafen, stanął w roku 1987 pomnik upamiętniający deportację tysięcy Żydów. Autorem pomnika jest Volkmar Haase. Pomnik jest miejscem częstych ataków grup antysemickich, nawet zamachu bombowego (sierpień 1992 roku). Wybuch zniszczył pomnik do tego stopnia, że musiał być zdemontowany i w następnym roku jeszcze raz ustawiony. Jesteśmy tu pierwszy raz. Częścią pomnika są zdeformowane schody, schody, które prowadzą do nieba i są tak nierzeczywiste, a jednocześnie wstrząsające, groźne, tragiczne. Daleko mi od krytyki idei artysty, a już na pewno idei upamiętnienia tego miejsca, ale gdy podeszłyśmy pod pomnik, oprócz kilku obligatoryjnych zdjęć i wymienianych przy tym uwag niewiele miałyśmy do powiedzenia. Całe otoczenie pomnika, hałas przejeżdzających po moście samochodów, a pod mostem kolejki miejskiej, nie dają możliwości cichej zadumy. Ale dobrze, że jest. Napis, który umieszczony jest na pomniku dość nisko, w całości jeszcze raz znajduję w internecie.

STUFEN
DIE KEINE
STUFEN
MEHR SIND.
EINE TREPPE
DIE KEINE TREPPE MEHR IST.
ABGEBROCHEN.
SYMBOL DES WEGES
DER KEIN WEG MEHR WAR
FUER DIE
DIE
UEBER RAMPEN
GLEISE
STUFEN
UND TREPPEN
DIESEN LETZTEN WEG GEHEN MUSSTEN.
VOM BAHNHOF PUTLITZSTRASSE
WURDEN IN DEN JAHREN
1941–1944
ZEHNTAUSENDE JUEDISCHER MITBUERGER BERLINS
IN VERNICHTUNGSLAGER
DEPORTIERT
UND
ERMORDET

Stopnie, które już nie są stopniami
Schody, które już nie są schodami
urwane
symbol drogi, która nie była już drogą
dla tych, którzy przez te rampy tory, stopnie i schody ostatnią drogę musieli przebyć

Z dworca Putlitzstraße (dworzec towarowy Moabit) w latach 1941 – 44 zostało deportowanych i zamordowanych w obozach zaglady dziesiatki tysięcy współmieszkańców Berlina pochodzenia żydowskiego, współobywateli tego miasta.

Miejsce pamięci peronu 69 na moabickim dworcu otwarto nie tak dawno, cztery lata temu. Trudno tu trafić. Trzeba zejść z głośnego mostu i ulicą Quitzowstraße kierować się na wschód, wypatrując Lidla i sklepu budowlanego Hellweg. Pomiędzy nimi znajduje się wybrukowana droga, podobno w urzędowych aktach zwana jeszcze Deportationsweg. Droga, która prowadziła prosto do dawnych torów tzw. militarnych 69, 81, 82.

Miejsce pamięci Deportationsbahnhof (Gleis 69) Moabit

Czytam wiele krytycznych uwag o tym miejscu, uwag, których nie podzielam. Może trafiłyśmy na spokojny słoneczny dzień, na dobrą porę dnia, może fakt, że wiedziałyśmy, po co tu przyszłyśmy, pozwolił nam się zatrzymać na chwilę. Sosnowy lasek, tory, rampa, wybrukowana droga, którą oni szli. Przy drodze rozkwitł właśnie żółty kwiatek, na drodze leży czapka, którą ktoś zgubił, wtedy też mogły leżeć tu czapki, a wiosną kwitło kwiecie.

34 transporty, transporty ludzi, ludzi, którzy ulicami Moabitu szli z synagogi przy Levetzowstrasse, przekształconej na punkt zborny (Sammellager). Często byli to sąsiedzi, przyjaciele, oznaczeni gwiazdą Dawida, całe rodziny, samotni, dzieci, jeszcze z walizkami w ręku, które musieli i tak zostawić, zanim weszli do wagonu.

Ellen-Epstein-Straße, nowo powstała ulica na terenie moabickiego dworca towarowego, upamiętnia wspaniałą pianistkę, która wraz z siostrą wsiadła tu w październiku 1942 roku do pociągu w kierunku Rygi. Był to 21 Berliner Osttransport i była to podróż w jedną stronę.

Zostawiamy nasze papierowe żonkile przy „torze 69”, a kilka dni później w miejscu, gdzie stała synagoga przy Levetzowstraße.

Miejsce pamięci Synagoga Levetzowstraße. Wszystkie zdjęcia – Elżbieta Kargol

***

Od Adminki: O miejscu pamięci na Grunewaldzie pisałyśmy już: TU wpis Eli, tu dwa moje TU i TU.

Odcinek 21

Mieczysław Bonisławski

To może już lepiej tak:

Czasem nie dziwię się tym twoim kolegom. Czy ty nie możesz znaleźć sobie innych przyjaciół, może jakieś dziewczynki? Ta Dunajówna, mieszka w bloku naprzeciwko, kilka razy pytała o ciebie. Jest z twojej klasy…
Mamo! Mam się bawić z dziewczyną?!
Dlaczego ty jesteś taki dziwny? Przecież dziewczynki to też ludzie. A nie przeklinają, nie biją się. Po co ci taki Czarek ze Sławkiem? A Remiszewskich i Szczepańskich unikaj, to łobuzy i nic dobrego z nich nie wyrośnie…
Co, mały na łobuzów trafił? W takiej szkole, to dopiero potrafią tak „wyuczyć”, że pożal się Panie Boże – „a ta jeszcze nie poszła sobie!” Cały czas tu stała? I czego ta wiedźma oczekuje, że co, że ja jej wszystko opowiem, jak na spowiedzi? „O, niedoczekanie twoje…!”
A co to, droga sąsiadko, jeszcze pani nie wysiadła? Tak sąsiadka zamilkła, że myślałam… Bo to „Centrum”… Właśnie przejechaliśmy. Mój Boże, przegapiła pani! – udałam głupią.
Nie, do mojego jeszcze dwa przystanki… Dzisiaj do roboty jadę, nie na miasto. To, dopiero w przyszłym tygodniu.
Ach, no tak… Do pracy, sąsiadka, spieszy się…
Tego Czarka i Sławka, to ja znam. Z tych dwóch klatek, chłopaki… A ten Remiszewski, Szczepański, to też z naszego osiedla…? Bo chyba o nich dotąd nie słyszałam…
– Nie, to chłopcy ze „Słonecznego”. Tam, po drugiej stronie Łużyckiej… Nieważne, nie ma o czym mówić, sąsiadko. To co z tymi zakupami w przyszłym tygodniu?
Tak, „Słoneczne” też chodzi do tej nowej szkoły, do „jedynki”. To by się zgadzało.

Odwróciłam się. Niedobrze by było tak zupełnie zignorować to babsko, ale nie chciało mi się gadać, sięgnęłam po papierosa. Nie, no jasne, pamiętałam, że w autobusie się nie pali. Nie zamierzałam go zapalać, ale zaraz mieliśmy wysiadać. Była szansa, że w milczeniu przetrzymam tę szarżującą plotkarę. Ta jednak nie dawała za wygraną:

I co Januszek, ma kłopoty w szkole, z chłopakami z innego osiedla? Biją go? czy odwrotnie, wciągają do swojego chuligaństwa?
„O tak! Tylko tego brakowało, abym ci się teraz zwierzyła z problemów szkolnych syna, z tą Barczyńską, z kolegami z klasy. Jutro, gdzież tam, jeszcze dzisiaj do wieczora, byłby to temat numer jeden po wszystkich klatkach w naszym bloku. Czy ty się nigdy nie odczepisz babo?!”
Coś widzę, że nie chce o tym sąsiadka specjalnie mówić. Ale to chyba jakiś poważniejszy problem? Mówili w bloku, że szkoła wysłała syna do poradni psychicznej. I sąsiadka jeździ z nim chyba do jakiegoś psychologa, zdaje się, tak?
„No to pięknie! Baba jednak rozsierdziła się i teraz złośliwie rozgada naokoło Bóg wie co. Zrobi z Januszka jakiegoś psychopatę…”
Sąsiadka ma takie duże zmartwienie, czy tylko ze mną nie chce gadać? Coś ja myślę, że to ze mną nie chce… Za prosta baba jestem dla pani byłej dziennikarki, tak? Za wysokie progi? Ale niech sąsiadka pamięta, kto zajdzie wysoko, dłużej spada. A w ten sposób gębów pani ludziom nie zamknie.
„Niech ją cholera weźmie…” Z nerwów wypadła mi z rąk paczka „Carmenów”. Pudełko było już prawie puste, więc niewiele się rozsypało pod siedzenia…
Osiedle może i nowe, młode. Ludzie jeszcze się mało znają, ba, prawie w ogóle się nie znają. Ale i tak milczenie na nic się tu zda. Ludzie, czego mają się dowiedzieć, to i tak się dowiedzą. I będą gadać! A co będą gadać? Dobry Panie Boże, kto to wie? To co im ślina na język przyniesie. A i same języki bywają złe, oj, jak bardzo złe… Co to ja nie wiem?
„Ty sama masz najgorszy ozór z możliwych. Trajkoczesz nim o wszystkich, że aż głowa boli. A jakie głupoty… Czego ty babo nie wymyślisz, a czego sama nie pododajesz…?”
A stara Majdrowa mogłaby po sąsiedzku ludziom objaśnić, złe słowo zamienić na dobre, podłe kłamstwo – na, trudną, bo trudną, ale prawdę. Każda prawda lepsza od złośliwego domysłu.
„Wiedźma!”
Ale Majdrowej się nic nie mówi. Majdrową zbywa się milczeniem. Zamiast jej zawierzyć.
„Tylko tego mi jeszcze brakowało!”
I to milczenie, jeszcze może się obrócić przeciwko.
„Co za złowieszcza Kasandra”. Aż sama roześmiałam się w duchu z tego porównania antycznej klasyki ze zwyczajną pleciugą, klekotką rodem z najbardziej złośliwego magla.
Takie wywyższanie się nie skończy się dobrze. Tu w bloku żyjemy wszyscy równi, jak w jednej rodzinie…
„Musiała, musiała mieć to ostatnie słowo. I pewnie by ją skręciło, gdyby powiedziała coś mądrego, na poziomie?”
Oho… – zabrzmiało to niezwykle złowróżbnie.

Autobus skręcił ze swojej trasy i podjechał pod pogotowie. Ranny wysiadł.

Widzisz Januszku, nic strasznego się panu nie stało. Pójdzie na pogotowie, opatrzą go i… Niedługo wysiadamy. Przygotuj się.
„Te problemy z Januszkiem. Rzeczywiście, może poświęciłam mu w pewnym momencie całe swoje życie, może karierę” – uśmiechnęłam się sama do siebie – „Co się z nim dzieje? Czy to moja wina? Może jestem złą matką? Skoro przestałam pisać i pracować, po to by lepiej wychować syna i w efekcie, ani go dobrze nie wychowuję, ani nie piszę, nie pracuję…?”
„Powoli robię się stara. Zaczynają się problemy z przekwitaniem. Czy ja zmarnowałam całe swoje życie?”
Januszek wstał i zaczął przepychać się ku drzwiom. Przed oczami stanął mi jak żywy ten ranny z przetrąconą przez drzwi łapą. Krzyknęłam na syna, poleciałam za nim, złapałam. A w domu była przecież jeszcze Tosia i Zbyszek.

– Ty głupi padalcu, dzień był wtedy parszywy, ale moje życie nie było takie. Osiągnęłam wielki sukces, spotkało mnie przeogromne szczęście, o którym ty po prostu, zboku, nie możesz mieć żadnego, najmniejszego pojęcia, rozumiesz?!
Olek nie obraził się. Sprawiał wrażenie zatroskanego opowieścią Alicji. Zupełnie poważnym, takim analitycznym, profesorskim tonem podsumował:
– Barczyńska przedwczoraj zginęła w wypadku na Krośnieńskiej. Z samego rana wjechała samochodem brata pod parowóz składu towarowego. Powstała plotka, że jechała od kochanka, ale nie od pani męża. Ludzie mówią, że to był Wytrykus, ten sekretarz.
– Bzdury! – żachnęła się kobieta – Ludzie wygadują bzdury. Tak samo o tym Wytrykusie zresztą, jak i o moim mężu. Bolek z nią…? – wybuchnęła bardzo serdecznym śmiechem. I taka jeszcze, ubawiona, spróbowała zgasić Olka – Dzisiaj opowiedział mi o wszystkim znajomy dziennikarz, przyjaciel rodziny.
– Czy nie Demianiuk przypadkiem? – odgryzł się.
– Demianiuk. A ty skąd to wiesz…?
– On wszystkim dużo opowiada. Dużo ciekawych historii. A czego pani się od niego dowiedziała?
– Mąż odkrył, że ta Barczyńska rzeczywiście uwzięła się na Januszka. I zamiast mu pomóc, nic nie zrobiła, gdy koledzy z klasy mu zaczęli dokuczać… I on zbierał na to dowody, dokumentował całą aferę. I do tego, Demianiuk powiedział mi, jak Januszek to bardzo przeżywa, że skrywa się właśnie tutaj, na tej budowie. I żebym tu do niego przyszła, bo tu grozi mu wielkie niebezpieczeństwo…

Chrenowicz wyjął nieco już podniszczoną, zagniecioną w części widokówkę ze Schwiebus. Podetknął ją Alicji przed oczy.
– Znalazłem tę kartkę na miejscu śmierci Barczyńskiej. Chyba nie zgubił jej żaden z gapiów. Coś mi mówi, że zapomniał ją zabrać ktoś, kto był zamieszany w to zdarzenie. Bo to nie wygląda mi na zwyczajny wypadek… Widziałem tę pocztówkę… Pokazał mi ją…
Alicja wyrwała obrazek z rąk mężczyzny. Zachłannie rzuciła się na sztywny, kolorowy prostokącik.
– Tak… Przypominam sobie, sam ten widoczek i ten polski dopisek „Świebodzin”, pod skreślonym odręcznie „Schwiebus”… Tylko kto mi go pokazywał? Gdzie to było…?
Energicznie odsunęła Olka na bok. Popchnęła Januszka ku wyjściu i nie oglądając się, podążyła za chłopcem. Na odchodne rzuciła jeszcze tylko zbaraniałemu Chrenowiczowi, którego zaskoczenie zupełnie sparaliżowało, złowróżbne memento:
– Już wiem o jakim niebezpieczeństwie mówił ten Demianiuk. Idę na milicję pieprzony zboczeńcu. Ale jeżeli się okaże, że skrzywdziłeś mojego synka, że zdążyłeś mu coś zrobić, żadne więzienie nie ochroni cię przede mną!
Koniec z czekaniem na cud, sama zaczynam znowu pisać swoje życie. Drogi wujciu Świtała, zmieniam kartkę w maszynie mojego ojca na czystą i zaraz się przekonasz, co ja jeszcze potrafię…!
A ta widokówka będzie niezaprzeczalnym dowodem. Zobaczysz, pożałujesz chwili, w której mi ją pokazałeś w swoich ohydnych zboczonych łapskach. Ten las pod Broniszowem i ten deszcz… Nie trafił cię wtedy piorun, ale teraz ja miotam piorunami.
We wszystkich zboczeńców tego miasta!

ostatnia kartka maszynopisu w segregatorze

segregator ma zaklejony numer na grzbiecie, jest tylko napis „sygnatura akt”, ale też z zamazanym ołówkiem kopiowym numerem; brak opisu czy zestawienia stron, a karty nie są zszyte zalakowanym sznurkiem z odciskiem pieczęci, stąd nie sposób stwierdzić, czy jest to cały komplet dowodów, czy tylko ich część; czy jest to koniec zeznań i historii, której one dotyczą, czy też istnieje jeszcze dalszy ciąg?

czytanie zakończono 23 grudnia, godz. 12:50

Piątek, 24 grudnia, Wigilia
godz. 9:30


Widzą się tam gdzie ostatnio.
Psycholog i Strażnik. Reszta ma pojawić się później. Tak zarządziła Psycholog. To spotkanie, sam na sam ze Strażnikiem, to jej osobista inicjatywa, o której nie wspomniała Prokurator.
Strażnik podaje jej przez stół pomięte kartki. Pozbywa się ich wręcz, z wyrazem głębokiej boleści na twarzy. Wywołuje to jej nagłe, pełne niezrozumienia spojrzenie.
Mężczyzna nawet nie udaje, że tego nie dostrzega. Nie, nie bawi go to, nie czuje też wobec kobiety zawiści. Jednak milczy, nie chce jej niczego ułatwiać.
Ona ujmuje kartki w dłonie. Rozpościera je, wygładza. Celebruje ten moment dłuższą chwilę.
W końcu pyta:
Całe to będzie oznaczało coś, czego będę miała się domyślać?
Strażnik spogląda jej prosto w oczy. Twarz wykrzywia grymas niezrozumienia i zniecierpliwienia.
Psycholog nie ulega:
Może jednak masz coś jeszcze do dodania?
– Czy ja mam jeszcze coś do dodania? To chyba jest oczywiste, że przekazałem władzom w pełni prawdziwy i rzeczywisty obraz sytuacji…?!
Chciałbyś może coś jeszcze…?
Strażnik demonstracyjnie rozgląda się wokół. Ogarnia całe otoczenie gestem rozczarowania, że nikogo więcej z nimi nie ma. To samo przebija z jego pytania:
– Czy Śledcza i Prokurator nie czytały tego jeszcze lub nie będą czytać tego w ogóle…? Czy nie będzie ich dzisiaj?
Czytały, no proszę. Może jednak rozmawialiśmy o tym? I będą o jedenastej. Najpierw jednak chciałam porozmawiać tylko z tobą. Może jeszcze coś dodasz, coś, czego nie chciałeś mówić przy tamtych…? Mamy jeszcze godzinę. Godzinę kiedy możemy bez nich pogadać, coś niecoś podciągnąć…
Strażnik spogląda z politowaniem. Nie obrusza się, nie okazuje pretensji. Chce pozostać łagodny, przyjazny, wyrozumiały. Tak, chce najwyraźniej okazać jej łagodną wyrozumiałość, dając jednocześnie do zrozumienia, jak bardzo ona sama nic nie rozumie.
– Ale ja nie mam żadnych tajemnic. Ani nic do ukrycia. Zwłaszcza teraz, kiedy jeszcze nie jest za późno, aby mnie dokładnie wysłuchać i coś zmienić.
Tak? – kobiecie nie udaje się ukryć doznanego zawodu. – Sądziłam, że ci jeszcze jakoś pomogę, że uchronię przed nimi.
– Czy coś ma mi zagrażać ze strony władzy i jej organów?
No, proszę… – obrusza się Psycholog. – Co to znowu za naiwne pytania? Chyba zdajesz sobie sprawę z powagi sytuacji?
– Ja? Jak najbardziej. I to lepiej niż obywatelka i te dwie funkcjonariuszki, powołane do sprawowania władzy w tym kraju. Na nieszczęście mieszkających tu obywateli…
Psycholog w lot pojmuje swoją pomyłkę. Z jednej strony nie chce stresować mężczyzny bez konieczności i ponad miarę, chce go ochronić przed zbędną mu w tamtej chwili przygniatającą prawdą, a z drugiej – odczuwa potrzebę jak najszybszego powrotu do swojej służbowej roli bezstronnego analityka. Próbuje pogodzić te dwa, przeciwstawne imperatywy:
Niech i tak będzie…
Nie kończy, zdając sobie sprawę z irracjonalności i infantylności tego, co chce powiedzieć, zrobić.
Nie kończy, bo mężczyzna przerywa jej, wchodzi w słowo:
– Żadne „niech i tak będzie”. Czy obywatelka nie rozumie, że nikt lepiej ode mnie nie czuje powagi sytuacji!
To twoja przyszłość, twoja sytuacja osobista…
– Czy ja wyglądam na kogoś, kto będzie potrzebował pomocy…
Tak!
– …kobiet?
Psycholog zamiera. Na jej twarzy maluje się rozpacz przegranej. Rozumie swoją bezsilność. A Strażnik kończy rozpoczętą myśl:
– Czy Śledcza i Prokurator na pewno to przeczytały lub przeczytają? Czy na pewno tu przyjdą? Czy jak wszyscy inni i one chcą mnie oszukać!?
Nie sadzę, trochę je znam, ostatecznie… Tylko, że, proszę, coś z nimi jest nie w porządku. Jakby nie były sobą… Kryją kogoś, ochraniają…?
– Boją się prawdy albo poznały ją na tyle, że chcą ją ukryć! Nie jest im na rękę! Bo one są właśnie takie…
No proszę, czyli znacie się? Mają jakiś powód, aby ukręcić łeb sprawie, ale mi o nim nie powiedziały?
– Skądże znowu, drogi człowieku. Skąd by się miały wziąć u mnie takie znajomości…?
Zachłystuje się. Nabiera powietrza. Wypuszcza. Łapie oddech i kończy:
– Ja obywatelce już nic więcej nie powiem. I poczekajmy na tę milicjantkę i na tamtą drugą przedstawicielkę państwową. Bo wytłumaczę to wam wszystkim dokładnie jak już będziecie razem i w komplecie. I tak, aby w końcu każda z was zrozumiała. Bo obywatelka, gdy spisywała to wszystko, nie była w stanie pojąć tej całej prawdy, którą tylko ja potrafię wytłumaczyć, wydobyć na światło dzienne i objaśnić. A opowiadałem to, co opowiadałem, aby to zapisać, ale to był tylko taki wstęp do tego, co powiem. Bo ja zrobiłem sobie taki pretekst, abym mógł potem ja, osobiście i w bezpośredniej rozmowie wyjaśnić wątpliwości. Bo przecież rozbudziłem wątpliwości w was trzech. Ja, wojownik, „Czarny Koń”. I spełnię swoje powołanie, bo odpowiem na pytania, które ten, tak nieporadnie spisany tekst w was wyzwolił. Bo co taka kobieta jak ty, może sama, drodzy ludzie…?

Do przyjścia Prokurator i Śledczej pozostaje już niecałe półtorej godziny…

Piątek, 24 grudnia, Wigilia
godz. 11:10

Jak widzicie w ten dzień nie wyciągam was nigdzie z domu. Tak samo jak z samego rana, tak i teraz, przed południem, robicie sobie, co tam wam wypada, a ja opowiadam, co się dzieje. Możecie słuchać niczym radia, robiąc ostatnie porządki w mieszkaniu albo układając talerze na stole w pokoju z choinką. Albo siadacie sobie w kuchni i kroicie karpia i próbujecie, płynnej jeszcze w tej chwili, zalewy, a ja siedzę naprzeciwko, z drugiej strony stołu i gawędzę niczym wiekowa starowinka, sąsiadka lub baba ze wsi, co przywiozła szynkę i baleron na święta, a teraz rozgrzewa się gorącą herbatą z miodem i cytryną, popijając ją z trzymanego oburącz porcelanowego kubka. Chusta opada jej z czoła, poprawia ją wolną ręką, drugą trzymając ucho naczynia z tym gorącym, parującym płynem…
Albo siedzimy przy pustym jeszcze, ale już uroczystym stole wigilijnym, w pokoju gościnnym i gadamy sobie przy kawie lub lampce koniaku. Ubrani jesteśmy nie tak domowo, bardziej wizytowo, co dobrze oddaje nastrój tej towarzyskiej kawy. I w tym dalekim od domowej roboty czasie, ja opowiadam, opowiadam, opowiadam… A ty słuchasz i słuchasz, sięgając po każdym jakimś bardziej intrygującym zdaniu po filiżankę z kawą.
W każdym domu słuchacie mnie inaczej. A może nie jesteście w domu, tylko w pracy. Wigilia to przecież normalny dzień roboczy. Normalny? No, może jeszcze z rana. Ale tak już po dziesiątej, a na pewno przed dwunastą i u was pojawia się ktoś z rady zakładowej z jakąś paczką i życzeniem dla pracowników? A może nawet sam kierownik, szef, ktoś z dyrekcji? I nawet jak nie pracujecie w ten dzień o te dwie godziny krócej niż zwykle, tak jak w soboty, to i tak, im „starsza” godzina, tym mniej pracy, a więcej rozmyślań o rodzinie, o życiu, o Wigilii.
Czy ktoś jest samotny? No tak, dla was ta opowieść może być ratunkiem na te trzy puste dni, w których nagle przestajecie być komukolwiek potrzebni. Ale teraz, szczególnie was, muszę przeprosić. Bohaterowie mojej opowieści mają liczne rodziny i bliskich znajomych, z którymi prowadzą ożywione życie towarzyskie. Czy sprawi wam to przykrość, czy wzbudzi wasz smutek, żal…
U Makarewiczów już od dawna rodzinne życie toczy się normalnie. Duża żywa choinka to jak co roku domena i zadanie Majora, chociaż, szczególnie ta przyszywana ciotka Irena, cały czas jest napalona na enerdowskie, nowoczesne drzewko z plastiku. Ponieważ jednak Alicja nie jest jeszcze zdecydowana na zmiany, na razie jest tradycyjnie. Mimo że kolega Majora ze STASI ma ze sobą aż trzy takie iglaki do rozdania. Jednego bierze sobie Pułkownik, co do pozostałych jeszcze nic nie wiadomo.
Alicja i Irena razem przygotowują Wigilię. Mają swoje kresowe, domowe przepisy. Na przykład kutia. Januszek nie lubi maku, zatem tylko parsknął na jego widok. Zbyszek jednak wyjada z makutry słodką masę, a Tosia włącza się w gotowanie. Choć to jeszcze taki mały brzdąc, przygotowuje sałatkę warzywną.
Redaktor Demianiuk również dziś pracuje. Jego porozrzucana po wioskach między Kożuchowem a Szprotawą rodzina pielęgnuje tradycje łemkowskie, u nich święta są więc dwa tygodnie po katolickich. Wtedy to dopiero Redaktor rozpocznie Swiatyj Weczer, zajechawszy uprzednio z honorami ze stolicy województwa do Wichowa lub Broniszowa, czyli tam gdzie mu w tym roku rodzina zaplanuje miejsce przy stole. Demianiuk nie dorobił się jak dotąd „miastowej” żony ani rodziny w Zielonej Górze, toteż tradycyjny, polski wigilijny dzień spędza stawiając od rana aż do zmroku wódkę tym, którzy chcą się napić. Za dnia, z dala od uroczystego stołu, pod naturalnym drzewkiem, gdzieś na ławce w parku.
Po jedenastej jest już w swoim ulubionym, na wpół dzikim parczku u zbiegu Ogrodowej i Jaskółczej. Przy torach towarowych dawnej stacji kolei szprotawskiej. Tu gdzie niespełna rok temu edukował Olka. Jedna ćwiartka, druga ćwiartka i ma już kilka nowych tematów do swoich artykułów. Ma znacznie silniejszą głowę niż ci wszyscy menele tutaj, to i korzysta z tego daru. A dzisiaj, przy Wigilii rozmawia nawet z Trudą, z tą rudą Niemrą z jego Broniszowa…
Sosiński od rana porządkuje grób siostry na cmentarzu na Jędrzychowie. O jedenastej pojawia się tam i Wioletta, nauczycielka z Chynowa, koleżanka Teresy Barczyńskiej jeszcze z czasów Studium Nauczycielskiego. Gadają o życiu. O tym, jak nikt nie zna dnia, ani godziny. Wioletta nie jest już taka narwana, jak wtedy w Broniszowie, gdy naskoczyła w pałacu na młodego Sosińskiego z pretensjami o to, że nieomal zniszczył ten kolejowy wiadukt obok jej domu na Krakusa. Dlatego nie przyznaje się, że prosto z cmentarza wybiera się również, tak pogadać sobie w ten przedwigilijny czas, do Alicji Makarewicz. To z nią jadąc w tamtą „deszczową delegację”, zobaczyła wtedy po raz pierwszy i Sosińskiego, i Demianiuka. Jakież to dawne czasy! A dziś? Może gdyby pociągnęła ten temat, to razem z Trenerem odkryliby te jakieś dziwne i tajemnicze powiązania, które tak nie dają spokoju Psycholog. Te, o których zaczęła coś mówić przesłuchiwanemu przez nią strażnikowi, Chrenowiczowi. Może? Kto to wie?

Jest zatem jedenasta. Większość z was robi coś jeszcze w domu, a część jest jeszcze w pracy, ale powoli szykuje się do wyjścia do domu. Zrozumiecie więc poddenerwowanie kobiet prowadzących sprawę tego strażnika, które muszą jeszcze zrobić dzisiaj podsumowanie materiałów z ostatnich tygodni.
Nie, nie obawiajcie się. Nie zabiorę wam już dzisiaj dużo czasu. I może faktycznie zróbcie sobie małą przerwę. Na kawę lub po prostu usiądźcie na chwilę. Złapcie oddech, odpocznijcie. Poczujcie się niczym na widowni w teatrze, albo w kinie…
Nie będę was zbytnio absorbował. Odpuszczamy opisy scenerii, to jak kobiety są ubrane i cały ruch sceniczny. Wyobraźcie sobie, że kręcicie gałką radioodbiornika i w pewnej chwili zalewa was trójgłos trzech aktorek, na który podświadomie, w napięciu czekaliście. Dobrych aktorek, potrafiących swoim głosem pobudzić waszą wyobraźnię. Rysują przed wami tonem głosu, modulacją, oddechem emocje kobiet, o których wam opowiadają.
Siedzicie sobie wygodnie, nie myślicie o niczym więcej. Słuchacie rozleniwieni… Obowiązki od was gdzieś odpływają, co będzie potem staje się nieważne, dalekie. Z ciekawością słuchacie, co sobie powiedzą Psycholog, Śledcza i Prokurator po przeczytaniu materiałów, które Biegła im przygotowała na podstawie sesji z podejrzanym…

Biegła [sucho; jakby prowadziła wykład; pod koniec głos jej zaczyna drgać]

Nie, Poruczniku. To jest po prostu wbrew metodyce i nie powinno być stosowane. Takie spiętrzenie bodźców na podświadomość, takie drążenie we wspomnieniach, bez żadnego pohamowania, może powodować wtórne i niestety nieodwracalne automodyfikacje w pamięci epizodycznej.

Pacjent nie pozostaje zupełnie obojętny na hipnozę, szczególnie na – jakby to nazwać – zbyt intensywną hipnozę. Ja, prowadząc pacjenta w stanie transu, jeżeli będę zbyt długo lub zbyt często dotykać danego wspomnienia, jestem w stanie, niestety, wpłynąć w trwały sposób na jego zmianę, zainicjowaną nieświadomie przez samego właściciela wspomnienia „na moją modłę”, czyli według tego jak on sobie zaczyna wyobrażać moje – a nie jego lub zupełnie obiektywne – oczekiwania wobec tego wspomnienia. Zarówno wobec ich kontekstu, jak i treści.

Jest wielce prawdopodobne, że po trzech sesjach tygodniowo, po dwóch i pół tygodnia wentylowania tego samego w kółko, podejrzany na samym końcu opowiada mi już tylko takie historie, jakie według niego zespół śledczy chce usłyszeć…

I zamiast prawdy dostajemy świetnie pasującą nam bajeczkę…

Żaden specjalista nie będzie przytaczać uzyskanych w ten sposób informacji, ani wyciągać z nich wniosków. Ja zresztą też nie zamierzam konstruować standardowego raportu, ani pod niczym się podpisywać. Co najwyżej mogę wziąć odpowiedzialność za wyniki moich pierwszych, samodzielnych badań pacjenta…

Oskarżyciel [przerywa bezceremonialnie; słychać szelest przewracanych kartek]

Dość już! Tak patrząc na to wszystko, też mam wątpliwości… A z drugiej strony, leży przed nami bardzo praktyczny materiał. Chyba nawet nie potrzeba nam już żadnej dodatkowej analizy, ani tym bardziej podpisu psychologa.

Biegła [spokojnie; zasadniczo; ale to nie rezygnacja, to gra]

To trochę oburzające. To co zamierza nasza prokuratura…

​Oskarżyciel [bez tej charakterystycznej pewności siebie; z nutą zastanowienia]

Przepraszam za użyte sformułowania, ale z tych bredni i fantazji nikt się nie połapie, o co chodzi? Wykorzystajmy je jednak do wsparcia ostatecznej tezy postępowania.

​Biegła [kwituje to z sarkazmem, a nawet buntowniczo]

No, proszę, rzeczywiście, jakież to może być praktyczne podejście… A oficer śledczy, chociaż nadążyłby za prokuraturą, dałby radę ogarnąć do której wersji śledczej ostatecznie będziemy dopasowywać zeznania tego biedaka?

​Śledcza [zgryźliwie]

Mój pion ma się zupełnie dobrze, proszę biegłej. Za to tobie myli się ofiara ze sprawcą?

​Oskarżyciel [odsuwa krzesło, zatrzaskuje teczkę, wstaje, robi kilka kroków]

Spokój w zespole! Porządkujemy to. Psychologia, co z tego wszystkiego uznajemy za realne z punktu widzenia rzeczywistego stanu rzeczy? Chodzi o wydarzenia, w których wziął udział podejrzany. Jego motywacje. Takie ogólne, obiektywne konteksty. Zostało coś pominięte?

​Biegła [wyraźnie dotknięta; urażonym tonem; szelest zwijanych papierów]

Ja już swoje powiedziałam. Z profesjonalnego punktu widzenia, nie mogę być niczego pewna. Trzeba było poprzestać na jednej hipnozie, zgodnie z początkowym założeniem. Albo ponowić kolejne seanse, ale po upływie jakiegoś czasu, według obowiązujących standardów.

​Śledcza [z naiwną zapalczywością; zadziwiona]

Naprawdę to takie ważne? Gdyby usypiać go tydzień po tygodniu, a nie raz za razem, to opowiadał by co innego?

​Biegła [oschle]

Tak Poruczniku. Jest na to duża szansa.

​Oskarżyciel [bez entuzjazmu; z jakimś głębszym zastanowieniem; tonem podsumowania]

Ale pewni też być nie możecie… Cóż, nasz eksperyment wypadł tak a nie inaczej…

Reblog o przyjaźni

Jacek Slaski w audycji standPUNKTwidzenia

Cosmo - Radio po polsku 

Emigrując, tracimy przyjaźnie

Na ten temat napisano mnóstwo powieści i nakręcono tysiące filmów. Miliony wierszy, piosenek i ballad opiewają tę wyjątkową więź, jaka łączy przyjaciół, uczucie, które tak naprawdę dopiero czyni nas ludźmi. Czasami myślę, że przyjaźń jest nawet wyższym uczuciem niż miłość, bo chce mniej, a może dać więcej. Nie ma w niej tylu oczekiwań, jest trwalsza, często bardziej szczera i nie krzywdzi tak, jak może skrzywdzić miłość.

Z drugiej strony przyjaźń może być wszystkim. Może być głęboka, pełna sympatii i zaufania, intrygująca i inspirująca lub błaha, małostkowa i fałszywa. Temat wielki. Dlatego pomyślmy tutaj nie o przyjaźni we wszystkich jej aspektach, lecz o przyjaźni i emigracji. I o tym, jaki wpływ na relacje z przyjaciółmi ma opuszczenie kraju.

Wpływ emigracji na przyjaźń w dużej mierze uzależniony jest od tego, w jakim wieku opuściło się kraj. Wyjechałem jako ośmiolatek, a jednak do dzisiaj pamiętam przyjaciół, których straciłem. Kolegów i koleżanki z podwórka, z klasy czy dzieci przyjaciół moich rodziców. Gdańsk i Berlin Zachodni dzieli 500 kilometrów. Marna telekomunikacja i rzeczywistość lat osiemdziesiątych zrobiły swoje, został mi jeden kolega z tamtego okresu. I tyle.

Ludzie, którzy wyjeżdżają z kraju już jako osoby dorosłe, mają pewnie trochę inaczej. Jednak również u rodziców i ich znajomych, przedstawicieli emigracji okresu Solidarności, obserwuje takie same zanikanie krajowych przyjaźni. I tak sobie myślę, że to chyba obojętne, czy się wyjeżdżało jako dziecko w czasach stanu wojennego, czy jako osoba w czasach Skype’a i Whatsapp’a. Przyjaźń i emigracja po prostu do siebie nie pasują.

Wydaje mi się, że emigracja to właśnie utrata przyjaźni. Ojczyzna to w dużej mierze konkretni ludzie. W momencie wyjazdu czas, który jesteśmy w stanie poświęcić naszemu otoczeniu znika. I to nagle. Co prawda wracamy regularnie, ale już tylko w pośpiechu, na parę dni i z konkretnych powodów. Bo dzieci mają wakacje, bo Wielkanoc czy Wigilia, bo ślub czy pogrzeb.

Uwagę skupiamy wtedy na najbliższych, głównie na rodzinie. Dla przyjaciół zostają krótkie chwile, wplecione w szybki rytm spraw, które trzeba załatwić, ludzi, których trzeba odwiedzić, kaw i piw, które trzeba wypić. Czas goni, a pieczętuje go data powrotu do własnego życia, tego prawdziwego.

Naturalnie na emigracji powstają nowe przyjaźnie z tubylcami, z innymi emigrantami, z ludźmi z innych krajów. I te nowe przyjaźnie wypierają stare, to one stają się ważne, czasem już jedyne. Z tymi ludźmi tworzymy naszą codzienność, z nimi spotykamy się nie od święta, a tak po prostu, wpadamy na nich na ulicy, widzimy się na godzinkę. Z tymi nowymi przyjaciółmi dzielimy doświadczenia, a nie opowiadamy o tym, co się zdarzyło przez ostatni rok. Nagle żyjemy inaczej niż nasi starzy przyjaciele, w innych realiach politycznych, kulturowych i ekonomicznych. Inny język, inne tematy, inne problemy stają się naszym nowym życiem. Ta wspólna sfera doświadczeń, którą się niegdyś dzieliło z przyjacielem, którą można było z nim przedyskutować, ponarzekać czy się pośmiać, przestaje istnieć.

Emigracja to utrata korzeni w kraju. Dotyczy to w mniejszej mierze powiązań z krewnymi, a właśnie relacji z przyjaciółmi. To one cierpią najbardziej, są bardziej wrażliwe. Te relacje wymagają więcej pracy i więcej troski. Z obu stron granicy.

***

Jacek Slaski – dziennikarz, publicysta, urodzony w Gdańsku w 1976 r. Do Niemiec przyjechał z rodzicami, którzy uzyskali tu azyl polityczny.
Od 1985 r. mieszka w Berlinie. Studiował etnologię i muzykologię europejską na Uniwersytecie Humboldtów. Pracuje jako dziennikarz w magazynie tip Berlin. Jego teksty ukazywały się m.in w Berliner Zeitung, Spex, Rolling Stone, Zitty, Galore. W latach 2003–2012 był współoperatorem przestrzeni artystycznej Zero Project na Kreuzbergu.

Blutbrüder (2)

Anne Schmidt

3. In der U-Bahn

In der U-Bahn vertrieb sich Kai die Zeit damit zu raten, aus welcher Hälfte der Stadt die anderen Fahrgäste kommen könnten. Die älteren Männer mit Stoffbeuteln waren garantiert Ossis, fand Kai. Die waren daran gewöhnt, Schnäppchen, wie Südfrüchte, gleich einzukaufen, weil ungewiss war, wann und wo es wieder welche geben würde.  Jetzt brauchte man nicht mehr auf seltene Angebote vorbereitet zu sein, aber Sonderangebote gab es immer irgendwo. Also blieben die Stoffbeutel ständige Begleiter der Ost-Berliner.  
Die alten Wessis dagegen trugen Plastiktüten, auch wenn sie nur ein Medikament aus der Apotheke enthielten.  
So versuchte Kai, die Männer in Ost und West einzuordnen, was ihm bei den Frauen wegen der Handtaschen nicht so gut gelang; bei ihnen versuchte er die geografische Herkunft anhand der Kleidung oder der Sprache auszumachen.
Breites Berlinern oder Sächseln waren für Kai sichere Herkunftshinweise, denn in West-Berlin wurde den Kindern spätestens in der Schule das Berlinern abgewöhnt.
Kai war so in seine Beobachtungen und Überlegungen vertieft, dass er erschrocken auffuhr, als jemand über ihm seinen Namen sagte. Lässig am Griff sich festhaltend stand sein Mathmatik-Lehrer, Herr Krause, neben ihm. Er lächelte Kai freundlich an und drückte ihn beruhigend auf den Sitz zurück, als Kai aufspringen wollte. “Tut mir leid, dass ich dich erschreckt habe, Kai”, sagte er freundlich, “das wollte ich auf keinen Fall.” Als der Platz neben Kai frei wurde, setzte sich Krause. Er fragte Kai, wohin er wolle und wusste bald mehr über Kai und seine familiäre Situation, als er in der Schule jemals erfahren hätte. Nicht einmal der Schülerbogen, in dem normalerweise alle Zeugniskopien, Briefe an Eltern, Tadel und besonderes Fehlverhalten in der Schule vermerkt wurden, hätte ihm so viele Informationen über Kai geliefert.
In der Station Mehringdamm fragte Krause, ob Kai Lust hätte, mit ihm zu kommen und seinen neuen Computer einzuweihen. Die Versuchung für Kai war groß, aber sein Pflichtgefühl gegenüber seinem Bruder obsiegte. Er versprach, am nächsten Tag nach der Schule zu Krause zu kommen.
Nachdem Krause ausgestiegen war, fand Kai nicht mehr zu seinem alten Spiel zurück. Er empfand eine übergroße Freude und konnte seine Aufregung nur zügeln, indem er mehrmals heftig ein- und ausatmete. Am liebsten hätte er das kleine Mädchen, das neben ihm auf dem Sitz kniete und versuchte, in dem dunklen Tunnel etwas zu entdecken, an sich gedrückt und geknuddelt. Er konnte sich gerade noch beherrschen und drückte statt dessen seine Hände fest in die Jackentaschen. Er schloss die Augen und versuchte sich Krauses Wohnung vorzustellen.
Hatte Krause eine Frau und Kinder? Kai konnte es nicht glauben, denn Krause wirkte immer gleichbleibend relaxed und freundlich, egal wie viele ausserplanmäßige Konferenzen am Nachmittag anstanden oder Elterngespräche am Abend stattfinden mussten. Krause schien immer Zeit für die Schule und die Schüler zu haben; er sei ein Kümmerer, hieß es, einer, der immer ein offenes Ohr für problembeladene Schüler habe.
Tim war vor Kurzem in der U-Bahn von einer Kontrolleurin aufgeschrieben worden, weil er seine Fahrkarte vergessen hatte. Da Tims Eltern arbeitslos waren, war Tim verzweifelt gewesen. Krause hatte aus Tim herausgefragt, warum dieser im Unterricht nicht mehr aufpasste und hatte ihm – ohne Federlesens – das Geld für die zu zahlende Strafe gegeben. Alle Schüler, die davon wussten, sprachen mit Hochachtung von Krause. Er war ein Vorbild  für die Jungen, eine Art Übervater für die Mädchen.

Fortsetzung nächste Woche