Odcinek 5

Mieczysław Bonisławski

Czwartek, dłuższa chwila po przerwie na obiad

– …Posłuchaj mnie teraz, proszę, uważnie. Przeczytałam to podczas obiadu i potem jeszcze raz, i nic mi się tu nie zgadza.
– Czy nie podoba się…?
Nie, to nie to… – kobieta z zastanowieniem w głosie urywa wypowiadane zdanie. By niemal w tej samej chwili niespodziewanie zacząć, jakiś zupełnie inny, nowy wątek – A, wiesz ty jednak co? Ale to już tak zupełnie na marginesieOd jakiegoś czasu rozmawiasz ze mną wreszcie normalnie. Bez tego napięcia. Też to widzisz?
– Czy co widzę? – mężczyzna po raz drugi w krótkim czasie daje się jej zaskoczyć.
To, że nie jesteś już spięty podczas naszej rozmowy. Staranniej niż jeszcze przed miesiącem budujesz zdania, ograniczasz te swoje natręctwa.
– Pani też teraz mówi do mnie inaczej. – zdezorientowany szuka sposobu sparowania tego, domniemanego przez niego, ciosu od kobiety.
Jak to inaczej?
– Inaczej niż na początku. Może to stąd? Czy nie sądzi pani? – z nieukrywaną satysfakcją znajduje ripostę.
Ja… zatem… Wiesz co myślę? Tak nie planuje dnia dziesięciolatek. To jednak musi być ktoś dorosły. Kto tak naprawdę budzi się rano w tej opowieści?
– Januszek.
Nie, proszę….
– Tak!
Ja jednak znam profesora Pasternaka. To jest stateczny, wręcz majestatyczny mężczyzna.
– Jaki?
Majestatyczny…?
– Ha, ha, ha…
Zatem, dobrze, nie musi być majestatyczny. Ale znam go osobiście, faktycznie mieszka w takim punktowcu, ale on nie naprawiałby samochodu przed blokiem i nie popijałby wódki w piwnicy… I nie prowadziłby takiej filozoficznej dyskusji na ławce, z przypadkowymi ludźmi.
– Akurat wtedy, w tej piwnicy, to było wino, a nie wódka.
Nie, po prostu wymyślasz to wszystko sobie i oszukujesz mnie.
– Nie. Jednak nie.
Tak. Pomyśl czemu to robisz, czemu musisz to robić i zrób z tym coś tak, abym ci uwierzyła. Musisz być wiarygodny dla mnie i dla siebie samego. Musisz zrozumieć do czego potrzebne ci są te kłamstwa? Masz czas do jutra. Inaczej… – kobieta zawiesza głos. Nie chce powiedzieć czegoś oczywistego w tej sytuacji. Czegoś, co pragnie, aby zostało niewypowiedziane. To coś, jeżeli nie przejdzie jej przez usta, może właśnie dzięki temu się nie stanie? Nie ziści?
– Czy co inaczej…?
Musisz być wiarygodny – powtarza się, jakby w tym jednym właśnie tkwiło coś ważnego, coś najważniejszego. – I nie chodzi już nawet o mnie. Mów prawdę, wtedy one tu nie przyjdą i nie dokończą sprawy po swojemu…
Składa w zamyśleniu papiery, chowa je do torby, wstaje i podchodzi do drzwi. Wskazuje je mężczyźnie jednoznacznym skinieniem głowy.
– Kończymy? Nie wiem, czy tego chcę…? – on próbuje oponować. Ale tak zupełnie bez przekonania. Jakby nie wierzył jeszcze w to, co się dzieje. W to, co ona mu robi.
Tym razem ja tego chcę! – rzuca mu sucho, beznamiętnie. Nie wiedzieć czy dla samej siebie, tak aby utwierdzić się w już podjętej decyzji, czy bardziej jeszcze dla niego, aby go otrzeźwić. – Potrzebuję prawdy. Jeżeli zechcesz, możesz przyjść, ale dopiero jutro rano… Z prawdą.
– To wszystko prawda…! – mężczyzna w końcu zdaje sobie sprawę z powagi sytuacji. Zdeterminowany próbuje jakiejś ostatniej deski ratunku.
Do jutra. Oddziel kłamstwa.
– Kiedy to jest prawda… Co mam zrobić? – z jego głosu bije bezsilność, poczucie klęski, a co najgorsze, poczucie braku wpływu na bieg zdarzeń. Jakby rzeczywiście wszystko całkowicie wymykało mu się spod kontroli.

Piątek, godz. 8:30 rano

Przemyślałeś?
– Tak, drogi człowieku.
Nie jestem wcale drogim człowiekiem. Ani dobrym. Chcesz opowiedzieć dalej?
– Tak, bo wszystko to prawda. I jak pani da sobie z nią radę? Bo pani nie wierzy?
Nie wierzę. A ty znowu zaczynasz te swoje natręctwa.
– Czy co ja zaczynam? I jak uda się pani uwierzyć? Bo zacznie pani w końcu wierzyć!
Mów normalnie! Potrafisz rozwijać piękne zdania, gdy wyłazi z ciebie czaruś. Bo spotkamy się w pełnym gronie. Wiesz co to znaczy… – w powietrzu czuć ukrytą, niewypowiedzianą do końca groźbę. Groźbę czegoś, czego tak naprawdę żadne z nich nie chce, aby się ziściło.

Wtorek w następnym tygodniu
Godz. 9:00 rano

On jest jak zwykle w swoim beżowym, więziennym drelichu. Nadal, konsekwentnie nie chce korzystać z prawa osadzonego do prywatnego ubrania. Nawet sam Naczelnik tego nie rozumie. Dlaczego odmawia tego, o co dla niego, tak zapalczywie, walczyli ci profesorowie, zajmujący się etyką i wolnością? O co sami więźniowie jeszcze niedawno wznosili bunty?

Ona ma dzisiaj o wiele bardziej niż ostatnio stonowaną kreację: prostą ciemnobrązową rozkloszowaną sukienkę maxi, z rękawami niemal na całe ręce. Na nogach – ciemne kozaczki.
Prokurator zjawia się na tym pierwszym spotkaniu w popielatej garsonce. Żakiet prosty, lekko rozszerzający się u dołu, tylko poły fantazyjne, półokrągłe. Spódnica do połowy łydki. Nylonowe, popielate rajstopy.
Śledcza jakby nie pamięta o tym, że ma to być spotkanie kobiet, zaangażowanych do sprawy: ma na sobie po prostu swój mundur porucznika MO.

Mamy być pewni, że tak właśnie jest dobrze! Popatrzmy tutaj…!
– Czy jestem…? O, doskonale pewny. Do – sko – na – le, drogi człowieku. – mężczyzna nie widzi kobiet schowanych w cieniu surowej, XX-wiecznej „arkady” z betonu, epoki „wielkiej płyty”. Ale kieruje swoje wypowiedzi w kierunku, gdzie je zapamiętał. Zakłada, niemal z niepodważalną pewnością, że jego słowa docierają tam gdzie trzeba i tak jak trzeba.
Tylko bez eufemizmów. Stajecie, tam gdzie wtedy. – Prokurator wychodzi z cienia. Botki, mimo, że na niskim obcasie, nieco grzęzną, gdy podchodzi do łachy żółtego piachu i próbuje stanąć tak by mieć ją całą w zasięgu… ręki.
– Tu. Stałem tu, za tym filarem. – teraz on przechodzi dokładnie w odwrotnym kierunku i niknie nieco w cieniu – On bawił się w piasku. Na ułożonych torach, tak jak mówiłem poprzednio… A czy tak pani będzie to sobie wyobrażać?
Były ułożone tak jak teraz? – Śledcza próbuje przyśpieszyć akcję, nie bardzo zresztą wiedząc, o co dokładnie chodzi Prokurator. Czuje tylko, że musi coś zrobić, zaznaczyć swoją obecność.
– To był naprawdę bardzo pomysłowy chłopiec… – mężczyznę chyba bawi cała sytuacja. Odwraca wzrok od mundurowej, jakby jej tu w ogóle nie było i o nic go nie pytała.
Czy tak to wyglądało, człowieku!?! – porucznik daje się wyprowadzić z równowagi.
– Bo wiecie… – a on przerywa w końcu ten swój słowotok i udając troskę, pośpiesznie kończy – A tak, wiem, drogi człowieku… I będziesz chcieć usłyszeć, że dobrze wam to ułożyli.
Może jednak wszyscy podejdźmy. I proszę, wszystko odtwarzamy bardzo dokładnie. Po kolei, zdanie po zdaniu, już dobrze? A wy skończcie z tymi swoimi natręctwami!

Mężczyzna spogląda z tłumionym politowaniem na Psycholog. Ale powstrzymuje się przed kolejnym zagraniem przeciwko nim. Bierze w ręce porozrzucane po piasku patyczki. Zaczyna nimi manewrować ponad żółtą łachą, jednocześnie opowiadając:

– No więc bawił się takim małym modelem autobusu… – rozgląda się i nie znajdując na razie wokół siebie tej zabawki, próbuje ją opisywać – Niebieski „jelcz”, taki jaki można kupić w kiosku „Ruchu”…
Zanim go wyjął z tornistra i postawił na drodze nieopodal wiaduktu… – kopie lekko butem w niewielki pagórek z piasku, wznoszący się nad „torami” – Była rozmowa. Nie wiem gdzie, może w mieszkaniu, przed wyjściem z domu? A może już na przystanku autobusowym?
Ta większa postać mówiła głośno… – potrząsa patykiem – Ale takim wysokim, dźwięcznym głosem. To musiała być kobieta. A ten mniejszy patyczek mniejsza osoba… – druga ręka – To było jakieś dziecko, drodzy ludzie.
I patyczki zaczynają mówić do siebie. Jego głosem:
– „Pokaż jak wyglądasz? No i jak się ubrałeś! Przecież idziemy do pani psycholog…” – gderliwie pokrzykiwała kobieta.
Dziecko: „Nie chcę tam chodzić, nie chcę!”
Kobieta: „Nie mamy o czym rozmawiać. W nowej szkole miało być inaczej, i co? Sam tego chciałeś…”
Dziecko: „Nie chciałem!”
Kobieta: „Pamiętasz, jak pani psycholog się nazywa? Pani doktor Ber, powtórz… Gdzie ta przychodnia jest? Pamiętasz przy jakiej szkole?”
Dziecko: „Nic nie pamiętam!”
Kobieta: „To jest szkoła sportowa, numer dziesięć. Wysiądziemy na przystanku przy szpitalu, tam zaraz za parkiem. Pamiętasz co jest przed szkołą? Taki betonowy ptak w fontannie…”
Teraz do patyczków dobiera jeszcze małe, plastikowe zabawki a opowiadanie nabiera przez to nie tylko większej ekspresyjności, ale staje się też niezwykle dynamiczne. Mężczyzna dodaje też różne dźwięki, odgłosy, zwielokrotnione dialogi.
Autobus – zabawka, którą właśnie znalazł, postawiony jest już na ulicy, czyli na rozgarniętym bokiem buta śladzie na piasku. Popchnięty dłonią „podjeżdża” na przystanek. Długo „prycha” jego silnikiem, że niby, na wolnych obrotach, bo ludzi chcących jechać jest bardzo dużo i tłoczą się przy wsiadaniu.
– Pyr, pyr, pyr. Psik. Wry, wry, wrrrrrrrrryyy!
Imituje trzask zamykanych drzwi automatycznych. Wziuuu… Trach! I znowu, te głosy niby z autobusu:
– „Aua! Jezu, aaa…! /Boże, coś się stało! /Ludzie, spokojnie… /Panie kierowco! Zabiło człowieka. /Nie, przytrzasnęło w drzwiach. Ma złamaną rękę. /Panie kierowco, drzwi! Otworzyć drzwi. /Kierowco! Człowiek ranny, proszę otworzyć drzwi.”
– Pyr, pyr, i – iiiich!
Autobus – zabawka stoi teraz już na wiadukcie, nad torami dawnej kolejki szprotawskiej.
Kierowca a potem inne głosy z wnętrza:
– „Co tam? /Drzwi przytrzasły rękę. /Otwieram! /I co? /Żyje, ale cała łapa we krwi. Mdleje, trza mu na pogotowie. /Mam kurs. Przed dworcem skręcę na pogotowie. Wytrzymasz pan?”
Plastikowy, niebieski jelcz znowu jest w ruchu.
– Pry, pyr, wryyyyyy. I – iiiich…. Wry, wry, wrrrrrryyy!
Hamuje na zakręcie, skręca w inną ulicę, potem na skrzyżowaniu znowu. Staje na przystanku, rusza. Hamuje, skręca w jeszcze innym kierunku. Raz, drugi, przyspiesza. Z wewnątrz dochodzą rozmowy:
– „Była już pani w nowym domu towarowym? Jeszcze nie… Ja byłam. /A, dzień dobry. Warto tam zajrzeć? Sklepów dużo, towary takie lepsze, ale drogo. /Może w Poznaniu to „Centrum” ma ludzi, ale nie u nas… /Poukładane tak, że wszystko widać. Przestronnie jest, oświetlone. Wybór, luksusy. Gdzie nam do nich… /I co, pójdzie pani? Może na święta. Mam wesele w rodzinie. Prezent kupię. /Ja pójdę, popatrzę. Wezmę coś małego, na pamiątkę. /Słyszałam, że telewizory kolorowe mają. Bez zapisów. Córka dostała mieszkanie. Kupiłabym jej…”
Autobusik znowu skręca, przystaje. Głos w środku:
– „No, idź pan na to pogotowie. Co on taki miękki, nie zemdlej mi tu pan! Może ktoś z nim pójdzie? Weźmie go pan? Ja nie mogę czekać, mam kurs. Dobrze, ale pięć minut i jadę.”
Zabawka kierowana pewną ręką jedzie dalej. Niedaleko, ledwie do parku, za którym, za zakrętem – według informacji matki chłopca – jest ten, jakiś tam, szpital. I nagle, w jakimś nieokiełznanym zrywie, autobus skręca w dokładnie przeciwnym kierunku, wjeżdża na wiadukt wznoszący się naprzeciwko parku, przerywa barierki, a prowadząca go dotąd tak pewnie po ulicach ręka, rzuca nim w dół. Tak że spada ze środka wiaduktu na jadący pod nim pociąg. Wybuchy, wrzaski ludzi, zgrzyt deformowanych blach, zawodzenie rannych. Samochodzik podrzucany trzy, cztery razy przez mężczyznę wylatuje w górę i opada bokiem na piasek.

Cisza.

Nadal wtorek
Kilka minut po godz. 10:00, bez przerwy

– Niezła bomba. O, przepraszam… Naprawdę, ja tak niechcący. – miarkuje się poniewczasie Śledcza, ale Prokurator nie zwraca na nią uwagi.
– No widzicie… I taka szokująca historia… – próbuje wzbudzić w nich przychylne politowanie Psycholog. Z równie miernym skutkiem.
– Rozumiem, że to wszystko nagrywamy! To teraz to, co było dalej! Opowiadamy po kolei.

Mężczyzna przełyka ślinę, aż mu chodzi grdyka. Prokurator sprawia jednak na nim silne wrażenie. Traci nawet chęć na te swoje gierki, których tak chętnie próbuje na Śledczej i Psycholog. Posłusznie wykonuje polecenie:

– Odszedł. I zostawił zabawkę na tym pobojowisku i odszedł tam w kąt, o tam. – przechodzi, pokazuje – I stanął tutaj przy filarze, a z czasem uklęknął w piasku. Bo przez ten czas rozmawiali ze sobą trzej mężczyźni. A przy tym pod koniec, doszedł tutaj jeszcze i czwarty.
Jacy znowu oni? Co znaczy to tutaj! Czyli gdzie konkretnie? – piekli się mundurowa, podejrzewając kolejny podstęp z jego strony – Co to za mężczyźni, skąd się wzięli? Jakieś nazwiska. Po co i do kogo przyszli?
Spokojnie, spokojnie… Jednak może posłuchajmy tego… – uspakaja ją Psycholog, dając do zrozumienia, iż wie znacznie więcej od nich, że ma już tę historię przepracowaną z pacjentem podczas ich spotkań. I że na pewno wniesie ona dużo do postępowania, które razem prowadzą.

Uzyskuje przynajmniej tyle, że Prokurator w milczeniu kiwa potakująco głową. I znaczącym spojrzeniem ponagla mężczyznę.

I on znowu łapie za porozrzucane na piasku patyki. A te, tak jak kobiety widziały to już poprzednio, przed godziną dziesiątą, ponownie nabierają życia. I gadają jego głosem:
Patyk numer 1: „Jak tam idą treningi, panie magister?”
Patyk numer 2: „Nie gorzej niż panu zbieranie nowin, redaktorze.”
P1: „Ale tak robiwszy w piłce ręcznej…? To ja by rozumiał, gdyby w footballu, w żużelu, no, w podrzucaniu gały do kosza, ostatecznie…”
P2: „Zobaczy pan po Olimpiadzie. Niechby tylko nasi zdobyli jakiś medal, to całkowicie zmieni się postrzeganie dyscypliny…”
P1: „No bo i co to za wyczynowce? Gałą rzuciwszy przed siebie… Bez pożytku. Ta, gdybyż to jeszcze była granata…”
P2: „O piłce ręcznej pisze się, że rozwija człowieka. Na świecie…”
Patyk numer 3: „A, tak swoją drogą, to sukcesy magistra wydają się zrozumiałe. Chodzi po tych wszystkich szkołach. Namawia na te pierwsze treningi całe klasy. To i ma pod sobą wszystkich chłopców. Niczym jakiś Sztamm czy Łasak. No, i widać co osiągnął. Matki chłopców szyją i farbują mu potem te koszulki, numerki naszywają… No, no, masz, Sosiński, potem z czego wybierać. A ty, redaktorek, jak wyglądasz na tle trenera? Tobie został chyba tylko układ z samym diabłem? I co wykorzystujesz siły pozamaterialne, Demianiuk? Bo z tego co melduje nam komendant miejski, to tylko tak można cię tłumaczyć, redaktorku.
P1: „Dlaczego, tam gdzie nie potrzeba, doszukujecie się sił nieczystych, mój drogi panie Pułkownik?”
P3: „Zawsze jak ktoś kogoś ma pobić albo się gdzieś włamać, ty, Demianiuk, jesteś z magnetofonem i fotoaparatem przed milicją. Komendant miejski raportuje nam do Wydziału, że odnosi czasem wrażenie, że nawet przed sprawcami. Jak ma być jakiś wypadek na drodze, czy w zakładzie, to ty Demianiuk, jesteś ustawiony już jakby wcześniej – jak, nie przymierzając, takie Wajdy, czy inne Petelskie do nagrania. I jak to wytłumaczysz? Ty, redaktorek, albo z diabłem, albo z przestępcami trzymasz. Co i tak na jedno wychodzi…”

Mężczyzna wydaje się być w swej szczytowej formie. Odchodzi, podchodzi, pochyla się cały ku powierzchni piasku, prostuje. Operuje to jedną ręką, to drugą, to oboma naraz. Gestykuluje szeroko, to znowu dyskretnie, ale znacząco. Jakby każde drgnienie mięśnia, pojedynczego palca, delikatna zmiana ułożenia dłoni przekazywały inną, nową treść. Pełną ukrytych znaczeń, symboli i istoty jakiejś konkretnej sprawy, czy zdarzenia, które widz ma właśnie odczytać.
Moduluje głos. Animuje kukiełki – patyczki, niczym mistrz lalkarstwa. I chociaż lalkarz w więziennym drelichu wygląda trochę nierealnie, wręcz sarkastycznie, Psycholog przychodzi do głowy, aby porównać go do jakiegoś aktora ze Sceny Lalkowej, jaka prężnie działa w Zielonej Górze przy Teatrze Lubuskim lub do pełnego elegancji ruchu mima. Ale Prokurator samym swoim spojrzeniem, w reakcji na tę, niewypowiedzianą nawet przecież na głos, uwagę wybija jej to z głowy.

Śledcza zastanawia się nad tym, kim mogą być, ten tajemniczy Trener, ten dziwny Redaktor? Gdy pada nazwisko tego ostatniego, kręci tylko z niedowierzaniem głową. To miałby być akurat TEN dziennikarz? Tworząca się właśnie legenda miejscowej gazety wojewódzkiej i może nawet przyszła gwiazda krajowego reportażu? A Trener? Mamy takiego w Zielonej Górze, którego można porównywać ze Stammem, Łasakiem?
A Pułkownik? Czy to może jakiś wojskowy? Kto to może być? Znacząca postać w miejscowym środowisku, to rzecz oczywista. Ale kto? Z WuKaeR-u? Ze sztabu wojewódzkiego? Z prokuratury wojskowej? I dlaczego w momencie pojawienia się tej postaci Prokurator zareagowała tak, jakby ją rozbolał ząb…?
Czy ona wie? Przeraża ją jego pojawienie się w tej scenerii, wśród TYCH ludzi, w takiej sytuacji…?

Psycholog gestem, półsłówkiem nie wypowiedzianym głośno, a tylko takim, które można zaledwie spijać z jej warg, uspakaja ją. Bez słów, w jakimś telepatycznym kontakcie. Niech okaże jeszcze trochę cierpliwości. Jeszcze chwila i wszystko się wyjaśni. Również i ta wątpliwość.

W taki oto właśnie sposób:
P2: „Ja tak myślę, panie Pułkowniku, że jak już bezpieka takich rzeczy nie wie, to ten kraj musi upaść.”
P3: „A ty co Sosiński, redaktorka bronisz? Za mało wam jeszcze dosrał?”
P1: „A skąd takie słowo wziął pan Pułkownik? Skąd to de…? Jaki diabeł? Co za przestępcy? Mam szczęście, że jestem zawsze na czas…”
P3: „A co, Demianiuk nie dosrał wam wtedy w Broniszowie? Nie ciekawe, skąd wiedział, ty magisterek?”
P2: „Na dobre mi to wyszło. Ta afera była jak trampolina, dzięki redaktorowi wyrwałem się z tej zapadłej wsi i wróciłem do Zielonej Góry. Przecież pan Pułkownik wie…”
P3: „A wiemy, wiemy… My wszystko wiemy. I to jakimi to było nićmi szyte, też. Komu ty mydlisz oczy, Sosiński? Chcesz powiedzieć, że samym talentem, pracą doszedłeś do czegoś? Zaraz tu z ambicją wyjedziesz, tak? Ech, ty, magisterek, gdybyś nie był przydatny dla nas, to byś dalej macał kury, albo bujał jajca bykom, gdzieś w jakimś PeGeeRze. To nie przypadek, taki awans z wiejskiego gryzipiórka na pana profesorka od wuefu w liceum!”
P2: „Ja nikogo, tam w Broniszowie, nie miałem wystawiać ani redaktorowi, ani milicji… To nie było tak ułożone…”
P1: „A oto i mistrz Ryndak, panie Pułkownik. Witam, Zbyszek. Jego proszę pytać o drobnomiasteczkowe źródła. O to jak pozyskiwać sygnały po wsi?”

Kobiety powoli zaczynają okazywać pierwsze oznaki znużenia. Śledcza z zazdrością spogląda na mały, zgrabny magnetofonik Psycholog. Sama musiała zostawić swojego MAK-a na komendzie. Raz, że nie sposób jest tachać się tutaj z takim gratem, dwa – jak go podłączyć na tej budowie do prądu…? Niby na tranzystorach, a jednak…
Prokurator skubie nerwowo poły żakietu. Gdy Śledcza zaciekawiona chętnie podpytała by dokładniej o istotę relacji Trenera z Pułkownikiem, ona odciąga Psycholog gdzieś na bok. Coś jej szepcze, peroruje, pochylona ku niej. Denerwuje się. Dwa, trzy gesty, które o tym świadczą, zmiana pozycji i ustawienia się obu kobiet względem siebie, pełne napięcia i aż buchające jakimś narastającym konfliktem, nagle nikną, tracą na znaczeniu.
Prokurator ze zdziwieniem konstatuje nazwisko znanego pisarza, które jak grom z jasnego nieba pada nagle w potoku wypowiadanych niesfornie i niedbale zdań. ON w tym gronie? Z niedowierzaniem kręci głową. Tak, teraz już nic nie pasuje do siebie, staje się niewiarygodne. Jak długo jeszcze to wytrzyma, kiedy przerwie to przedstawienie?
Mężczyzna nie obserwuje ich, do końca zaabsorbowany swoim występem. Nie śledzi zmian, jakie zachodzą w kobietach. Ich rozterki, emocje, nastawienia żyją bowiem swoim własnym życiem, wyłącznie w ich myślach, gestach, grymasach. To tylko gra ciała i do tego trudna do zauważenia, bo hamowana i skrywana, słabo dostrzegalna pod tym starannym kamuflażem.
Ani jednym słowem żadna z nich nie wychodzi ze swojej roli, poza służbową obojętność wobec treści przekazywanych w tak ekspresyjny sposób przez mężczyznę. Tak naprawdę przecież cały czas milczą, słuchają z raz mniej, raz bardziej udawanym skupieniem i zainteresowaniem, notują coś w swoich kajetach, nie mogą okazywać i nie okazują żadnego własnego nastawienia. To jest rekonstrukcja w miejscu zdarzenia, a nie spotkanie w kawiarni „Niger”, przy kremie sułtańskim kolorowo wypełniającym pucharki, ustawione na blacie wysokiego baru. A one nie siedzą na strzelistych taboretach i nie machają gołymi nogami, wyłaniającymi się miękkością ud z kusych spódnic, ze stopami nie sięgającymi podłogi. I nikt ich nie podgląda zza wielkiej szyby, z perspektywy szachownicy czarnych i białych płyt zielonogórskiego deptaka. Stoją w półmroku parteru rozpoczętej budowy, pomiędzy filarami dużej hali, pod sklepieniem, niosącym na sobie masywne piętro. Stoją na kupie żółtego, budowlanego piachu. I dlatego żaden gest, grymas nie może wyjść poza pewne granice nieczytelności…

Tylko mężczyzna może sobie folgować i wznosić się na coraz to wyższe poziomy ekspresji. I robi to.
P3: „To już mistrzami przychodzi ci strzelać, redaktorku… No, no… Dzień dobry, panie Ryndak.”
Patyk numer 4: „A w jakiż to spór wchodzę?”
P3: „A tak zastanawiamy się kto informuje naszego redaktora od nowinek, o tym, kto za chwilę włamie się, po pijaku da drugiemu obywatelowi po twarzy albo zajedzie drogę i zrobi czołówkę? Komendant MO żali się, że gdzie by nie zajechali na interwencję, to pierwsze kogo widzą, to naszego speca, który właśnie… odjeżdża z miejsca z gotowym nagraniem i aparatem pełnym zdjęć.”
P4: „Może to nie dziennikarz jest za szybki, ale milicjanci zbyt powolni?”
P3: „Doprawdy pan tak sądzi, panie Ryndak?”
P4: „Nie znam prawdy. Może mój kolega ma po prostu szczęście. Wszakże nie tylko ma nos do sensacji, ale i aspiruje w konkursach na najlepsze reportaże. Może jeszcze bez sukcesu, ale już blisko, blisko… Ja zbierałem materiały u siebie, tam gdzie mieszkałem, w Sulęcinie. Też sensacyjki, ale takie bardziej obyczajowe. A jedyne co osiągnąłem, to to, że potem, jak ludzie przeczytali moją książkę, nie mogłem się pokazać w miasteczku. Chociaż ostatecznie do postaci literackich wykorzystałem tylko obserwacje z życia różnych ludzi, każdy z bohaterów miał przemieszane cechy wielu pierwowzorów, to konkretni mieszkańcy Sulęcina zaczęli brać to zbyt osobiście… A to aptekarzowa obraziła się, że opisałem jej wielki biust. A to sędzia Jarosz i dyrektor szpitala Łukoszek – za sugestie o sutych, zakrapianych kolacyjkach i lewych sprawkach, na przykład skrobankach. A to Paprzycki… I tak dalej, nie miałem już tam życia.”
P3: „Ale nagródka wpadła, panie Ryndak.”
P1: „Jakie wpadła? Nie wpadła, ale należała się. W Zielonej Górze jesteśmy dobrzy w swoim fachu. Stąd sukcesy. Żadnych diabelskich sztuczek, panie Pułkownik.”

Psycholog zwiesza ze smutkiem głowę. Widzi jak Prokurator już się cała gotuje. Poły żakietu ma porządnie pomięte. Dłonie co rusz bądź to zaciskają się na ich brzegu, bądź suną,
jakby bezwiednie, wzdłuż ich krawędzi.
Nie ma potrzeby, aby wywoływany przez kukiełkę Pułkownika diabeł musiał się tu pojawić osobiście. Słoneczny blask piasku z wyspy demiurga pobladł. Mrok wokół jest jeszcze bardziej mroczny. A piekielna awantura wisi w gęstniejącym powietrzu, wypełniającym tę i tak duszną niszę.
Psycholog wie, że nic na to nie poradzi. Na pytanie o to, jak długo jeszcze wytrzyma Prokurator, ma w końcu jasną odpowiedź – niedługo! Zaraz, zaraz przerwie przedstawienie… Kobieta odsuwa się od reszty. Podchodzi do najbliższego filaru. Chowa się za nim. Stoi tu chwilę, ale to nie wystarcza. Wycofuje się jeszcze dalej, sunąc niczym zjawa w powłóczystej szacie ku wyjściu na zewnątrz, szukając bladego słonecznego światła. I rześkiego, listopadowego powietrza, które by ją orzeźwiło. Pozwoliło znowu myśleć w zdecydowany sposób. Jej długa i wąska, ciemnobrązowa suknia, oglądana teraz ze środka hali, pod to blade, późnojesienne słońce, zasłania niemal połowę jasnego tła – widoku na zewnątrz i zaczyna błyszczeć. Staje się jasna, nie jest już brązowa, ale złocista, przechodzi w żółcienie…
Prokurator odruchowo odwraca głowę i spogląda za odchodzącą kobietą. Patrzy przez chwilę, poddaje się temu optycznemu złudzeniu. I nagle nerwowo, bardzo nerwowo przeciera sobie dłonią oczy. Jej twarz wykrzywia coś, co ktoś nie znający jej, mógłby fałszywie wziąć za zapowiedź grymasu irytacji. Mieniąca się nierzeczywistą feerią barw postać Psycholog doprowadza ją do furii. Prokurator nie cierpi złudzeń, wszelkiej fatamorgany, szczególnie gdy sama staje się ich ofiarą. Rzeczowość i konkret! To jest jej domena. Z nimi czuje się najlepiej. Wyłącznie z nimi nie czuje się źle, nie odczuwa żadnego dyskomfortu.
Zachowując pełną kontrolę nad sobą, jednym susem doskakuje do mężczyzny. Nie musi się hamować, zawsze największą satysfakcję sprawia jej zachowanie powściągliwości. To przestępcy mają ulegać emocjom i robić głupie błędy. I w takim stanie odkrywać przed nią swoje słabości.
Nie wyrywa patyków z rąk rozgadanego mężczyzny, choć z jego reakcji można wnioskować iż przez moment przeraża go taka perspektywa. Cofa się przed nią odruchowo, jakby chcąc uniknąć fizycznej agresji z jej strony. Również Psycholog i Śledcza jakby na chwilę zamierają. Ale chyba bardziej ze zdziwienia, niż ze strachu, bo przecież znają Prokurator zbyt dobrze, aby podejrzewać ją o to, przed czym uchyla się mężczyzna.
Prokurator nie wyrywa patyków mężczyźnie, ale z marsową miną podnosi te, porozrzucane na piasku. Schyla się, bierze je w palce, prostuje plecy i wyciąga dłonie z patykami w jego stronę.

Skończmy już z tym teatrem, który tu odgrywacie! – rzuca oskarżycielskim tonem. – Dosyć tych jakichś wydumanych historii...

1 thought on “Odcinek 5”

  1. Nie zapominajmy, ze przedziwny rok 2020 juz za nami…
    A co przed…?
    Pozdrawiam Wszystkich

Leave a Reply to T.R Cancel reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.