Sierpień umarłych 3

Zbigniew Milewicz

Post scriptum

Kiedy miałem już gotowy sobotni wpis Non omnis moriar, żegnający troje polskich artystów, natknąłem się w internecie na wywiad z Ewą Demarczyk – Ja nie jestem na sprzedaż. Tego spodziewałem się najmniej. Czarny Anioł przez ostatnie 20 lat swojego życia konsekwentnie unikał kontaktów z mediami i być może ten, z 1998 roku, który znalazłem był ostatnią publiczną wypowiedzią wybitnej artystki. Trochę wyjaśnia ona powody, dla których Ewa Demarczyk w pewnym momencie wycofała się z życia publicznego i sporo mówi o prawie każdego z nas do prywatności. W przypadku znanych ludzi tę sferę bardzo trudno ochronić, bo są w pewnym sensie publiczną własnością, ale przecież nie dosłownie.

August 1980. Es begann in Stettin.

Die August-Streiks 1980, schreibt Wikipedia, waren eine Reihe von Arbeitsniederlegungen in der kommunistisch regierten Volksrepublik Polen. Tatsächlich begannen sie schon Anfang Juli  in Lublin, in die Geschichte gingen sie aber ein durch die Streiks an der Ostseeküste. Der wichtigste Streik wurde am 14. August von den Freien Gewerkschaften (Wolne Związki Zawodowe Wybrzeża) auf der Danziger Werft ausgerufen, dem sich die Delegationen anderen bestreikter Betriebe anschlossen. Es wurde aber auch in anderen Städten gestreikt, darunter auch in Stettin. Die Streiks endeten mit dem Unterzeichnen der drei Abkommen zwischen der Regierung Giereks und den Streikenden: In Stettin, Danzig und der Kohlengrube Jastrzębiec. Das Stettiner Abkommen wurde als Erste unterzeichnet. Somit wurde eigentlich in Stettin und gar nicht in Danzig das neue Kapitel der Geschichte angefangen. Das Kapitel, dem in nicht mal 10 Jahren der Frühling der Völker folgte, der Fall der Mauer, das Verschwinden des Eisernen Vorhangs, das Auflösen der feindlichen politischen Blöcke und die Entstehung des großen freien Europas der souveränen Statten. 
Es geschah heute vor 40 Jahren.

Unser Autor war dabei.


Unterzeichnung des Abkommens in Stettin am 30. August

Krzysztof Jagielski

Über Bord (2)

Die Gespräche zwischen Streikkomitee und Regierugskommission dauerten an. Tag für Tag, trozt des stürmischen Wetters, wuchs die Zahl der Menschen, die sich vor dem Haupteingang zur stettiner Werft versammelten um die zähen Verhandlungen direkt zu verfolgen. Die Stimmung war grandios, man kommentierte direkt und scheinbar schon ohne Angst das Geschehen und bekundete laut die Unterstützung für Marian Jurczyk und das Streikkomitee.

Am 23. August, es war Sonnabend, stieg die Zahl der in Westpommern (Pomorze Zachodnie) streikenden Betriebe auf 118 (…). Montag  früh, den 25. August, erfuhr ich, daß die Mannschaft des Containerschiffs  m/s „Wejherowo“, eines der modernsten Schiffe der polnischen Handelsflotte und bisher fest in der Hand des Kaders der kommunistischen Partei, sich weigerte, nach London, in See zu stechen.

Ich nahm das Fahrrad und fuhr zum Kai  wo m/s „Wejherowo“ angeleint war und als ich dort ankam, war eigentlich alles entschieden. Die Maschinen standen still und an Bord hing ein Riesenplakat  auf dem geschrieben stand STRAJKUJEMY! (Wir streiken!)

Plötzlich, nach wochenlangem Unwetter, kam durch die Sonne die Wolken. Unglaubliche, friedvolle Stimmung breitete sich aus und ich fiel auf die Knie und weinte zum ersten mal am 25. August, den Todestag meines Vaters Julian, aus Freude (…).

***
Im Jahre 1944, am fünf und zwanzigsten Tage des Warschauer Aufstandes fiel Julian Jagielski, Leutnant der Reserve und Kommendant de Luftschutz Mokotow, bei der Feuerlöscharbeiten in der Grottger Strasse. Das Feuer, das durch den Raketenbeschuss des deutschen Nebelwerfers entfacht wurde (polnisch, umgangssprächlich, „krowa“, die Kuh, wegen des charakteristischen  Lautes, das bei abfeuern der Projektile zu hören war) vernichtete fast den gesamten Häuserblock. So wurde ich an diesen Tag Vollweise, da meine Mutter, schon im Vorjahr, wegen der fehlenden Medikamente, an Lüngenentzündung starb (…).

Siehe HIER

Langsam kam ich wieder zu mir selbst, jetzt war mir klar, der Streik erfasste fast die gesamte Handelsflotte von Stettin bis Danzig. Ich stieg auf den Fahrrad und fuhr zurück zum m/s „Dęblin“, um die tägliche Ration Verpflegung für die streikenden Werftarbeiter vorzubereiten (…).
In der Nacht hörte ich den Sender RFE (Radio Free Europe, polnisch – Radio Wolna Europa).
Es wurde berichtet, dass in Danzig eine Expertenkomission zur Unterstützung der dortigen Streikkomitee mit Lech Walesa an der Spitze, sich gebildet hat; es fielen die Namen: Mazowiecki, Wielowieyski, Geremek, Kuczynski, Staniszkis.
Es wurde auch über Streiks in Warschau, Lublin und Oberschlesien informiert.
Trotz der der massiven Aktivitäten der Störsender erfuhr ich, dass die schlesischen Kumpels fast diesselben Förderungen wie Arbeiter an der Küste gestellt haben.
Die Lawine rollte.

Fortsetzung folgt. Übersetzung Tibor Jagielski

Sierpień umarłych 2

Zbigniew Milewicz

Non omnis moriar…

Ciężko. Polska scena muzyczna ponosi duże straty. 25 lipca, dzień po swoich 98 urodzinach odszedł Bernard Ładysz, 14 sierpnia – Ewa Demarczyk, sześć dni później – Piotr Szczepanik, troje bardzo różnych artystów. Ostatniego z nich poznałem osobiście, około 2000 roku, kiedy wspólnie z moją byłą żoną zajmowałem się jeszcze organizacją polonijnych imprez kulturalnych. Ciepły i skromny człowiek z nieodłączną fajką i gitarą, przyjechał swoim starym Saabem do Monachium, zgodził na nocleg w tanim pensjonacie i jeden koncert za niewygórowaną gażę. Do Weyprechthofu na Harthofie, knajpy, której też już nie ma, przyszło tylko około 30 wielbicieli jego talentu, a głównie wielbicielek. Nikt z równie piękną zadumą i melancholią nie potrafił bowiem tak śpiewać o miłości, jak właśnie On. To był już wieczór kariery artystycznej Pana Piotra, ale jego Kormorany, Żółte Kalendarze i Kochać, brzmiały równie pięknie, jak niegdyś i nagradzaliśmy je szczerym aplauzem.

Piotr Szczepanik

Piwnica pod Baranami, krakowski kabaret, z którym Ewa Demarczyk była przed laty związana, pożegnał ją na facebooku tylko dwoma słowami: Odeszła największa.

Wokalistka miała 79 lat. Kilku pokoleniom prezentowała to, co w piosence najszlachetniejsze, najbardziej wartościowe. Nie zostawiła po sobie zbyt wielu nagrań, ale – same perły. One będą z nami, przypominając o fenomenie Ewy Demarczyk, napisał Wacław Krupiński, dziennikarz i krytyk. Urodziła się w Krakowie i z tym miastem była związana najbliżej. Myślała o studiach medycznych, później o karierze pianistki, ostatecznie dostała się do krakowskiej Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej i jeszcze w trakcie studiów dołączyła do ekipy Piwnicy pod Baranami. Wcześniej w klubie Cyrulik wypatrzyli ją Piotr Skrzynecki i Zygmunt Konieczny, kompozytor, dla którego Demarczyk stała się muzą. W 1963 roku, niedługo po debiucie w Piwnicy, wystąpiła na I Krajowym Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu. Zaśpiewała tam Taki pejzaż i Czarne anioły Koniecznego i publiczność oszalała na jej punkcie. Ewa Demarczyk miała za sobą już pierwszy artystyczny sukces na większą skalę, na również pierwszym Ogólnopolskim Festiwalu Piosenki Studenckiej w Krakowie, gdzie zaśpiewała porywającą Karuzelę z madonnami, później przyszło zaproszenie na trzeci Międzynarodowy Festiwal Piosenki do Sopotu, gdzie zdobyła nagrodę specjalną “za oryginalność utworu” Czarne Anioły. Ten tytuł został z nią do końca – miłośnicy jej talentu mówili o niej właśnie Czarny Anioł.

Po recitalu w Sopocie dostała szansę, żeby wyjechać do Paryża i robić międzynarodową karierę, ale odmówiła – chciała najpierw ukończyć studia w PWST. Paryż nie czekał na nią długo, zaśpiewała tam po raz pierwszy w roku 1964 i oczarowała publiczność nad Sekwaną. W tym samym roku festiwal w Sopocie przyniósł jej główną nagrodę za wykonanie Grande valse brillante. Żyła w pełnym pędzie – śpiewała w Polsce, za granicą, odnosiła coraz więcej sukcesów. Wiele zmian przyniósł rok 1966. Skończyła studia, założyła własny zespół i zakończyła współpracę z Zygmuntem Koniecznym. To jej owocem była nagrana na początku 1967 roku debiutancka płyta Ewa Demarczyk śpiewa piosenki Zygmunta Koniecznego, która pomogła utwierdzić jej status wielkiej gwiazdy. Nastąpiły wyjazdy na koncerty do Włoch, Meksyku, USA, Australii i Japonii, do największych sal koncertowych, a śpiewała tylko… po polsku. Twierdziła, że muzyka i poezja, a jej interpretacje były najwyższej próby, są językiem duszy i nie ma znaczenia, w jakim języku się je wykonuje. Hipnotyzowała sobą publiczność, brała ją w absolutne władanie. Porównywano ją do Edith Piaff i Juliette Greco. Po każdym utworze, który śpiewała, najpierw trwała na widowni nabożna cisza, później publiczność wstawała z miejsc i rozbrzmiewały oklaski. Tak było wszędzie. Na koncertach, w których osobiście miałem zaszczyt i przyjemność uczestniczyć, jak i tych, o których tylko słyszałem.

Z Piwnicą pod Baranami ostatecznie rozstała się w 1976 roku. Trzy lata później światło dzienne ujrzał wyczekiwany przez wielu podwójny album koncertowy – ostatni w jej dyskografii. Demarczyk stopniowo zawieszała karierę muzyczną – w latach 80 prowadziła w Krakowie Teatr Muzyki i Poezji, który pochłonął ją bez reszty. Dwadzieścia lat temu zniknęła, bez słowa. Szkoda.

Bernard Ładysz

Droga życia najznakomitszego polskiego basa wszech czasów, Bernarda Ładysza, rozpoczęła się w 1922 roku, w Wilnie.

„Gdy wybuchła wojna – wspominał po latach – wstąpiłem do Armii Krajowej. A potem do Wilna wkroczyły wojska radzieckie. W 1944 roku w Wilnie kilka tysięcy mężczyzn przeszło przeszkolenie do służby wojskowej. Mieliśmy zostać wysłani na front, odbijać Warszawę. Postawiono nam jeden warunek: musieliśmy złożyć przysięgę Związkowi Radzieckiemu. Na to się nie zgodziliśmy. Za karę wywieziono nas na Syberię, w różne miejsca. Próbowałem uciekać, ale mnie złapano. Wylądowałem w słynnym obozie pracy w Kałudze. Wysłano mnie do pracy do lasu przy wyrębie drzewa. Mróz był straszliwy, głodzono nas, pracowaliśmy w nieludzkich warunkach. Bardzo wtedy podupadłem na zdrowiu”.

Po wojnie, w 1947 roku, miastem Bernarda Ładysza stała się Warszawa. Niestety do Wilna, gdzie ciągnęła dusza, nie mógł wrócić, nie było go już po polskiej stronie. „Zakochałem się w Warszawie – kontynuował – gdy wróciliśmy z Rosji. Wjechaliśmy do miasta gruzów. I ono nas przyjęło, bo byliśmy partyzantami i wróciliśmy stamtąd. Ta biedna Warszawa oddała nam serce. Oddała 20-metrowy pokój dwudziestu osobom, chociaż miejsca było tylko dla czterech. Pamiętam: siedzieliśmy w kawiarni Maxim i gdy zaczęliśmy śpiewać, ludzie płakali. Płakaliśmy wspólnie nad polskim losem. Dlatego kocham Warszawę”.

Dysponował znakomitym głosem, miało więc sens, że przez dwa lata studiował wokal w Wyższej Szkole Muzycznej w Warszawie, a potem wstąpił do Centralnego Zespołu Artystycznego Wojska Polskiego, z którym jeździł również na zagraniczne koncerty. W 1950 roku zaangażowała go Opera Warszawska, zadebiutował rolą Griemina w Eugeniuszu Onieginie Piotra Czajkowskiego. Później olśnił publiczność rolą Mefista w Fauście Charlesa Gounoda, która dała mu możliwość pokazania w pełni, na co go głosowo stać oraz jaki ma temperament i talent sceniczny. Zwrotnym momentem w karierze Bernarda Ładysza stał się konkurs śpiewaczy w Vercelli we Włoszech, w 1956 roku. Odniósł tam tryumf, zdobył I nagrodę i zyskał międzynarodową popularność. Sukces ten otwarł mu drogę na włoskie sceny operowe i możliwość współpracy z artystami tej miary co Victoria de los Angeles, Antonietta Stella, Anita Cerquetti, Tullio Serafin. Zgodnie z regulaminem konkursu w Vercelli laureat mógł zadebiutować w mediolańskiej La Scali. Bernard Ładysz nie zdecydował się jednak na ten krok – zaangażował się natomiast do występów w Teatro Massimo w Palermo. W 1959 roku nagrał w Londynie Łucję z Lammermoor Gaetano Donizettiego, wspólnie z Marią Callas, pod dyrekcją Tullio Serafina.

Sukcesem artystycznym w karierze Bernarda Ładysza była kreacja roli tytułowej w Borysie Godunowie Modesta Musorgskiego w Operze Warszawskiej (1960), a także w nowej inscenizacji tej sztuki w Teatrze Wielkim w Warszawie (1972). Najbardziej jednak znanym polskiej publiczności będzie jego rewelacyjna aria Skołuby Ten zegar stary, z moniuszkowskiego Strasznego Dworu. W operach Stanisława Moniuszki występował bowiem chętnie. Ładysz wziął udział w nagraniach sztuki Król Roger Karola Szymanowskiego oraz opery radiowej Usziko Tadeusza Paciorkiewicza, w prawykonaniach Pasji według Św. Łukasza i Jutrzni oraz w prapremierze opery Diabły z Loudun (w roli Ojca Barre) Krzysztofa Pendereckiego.

Występował również w filmach, m.in. w Ziemi obiecanej, Znachorze, w musicalach, m.in. w roli Tewiego w Skrzypku na dachu Josepha Steina i Jerry’ego Bocka oraz na estradzie piosenkarskiej. Współpracował z Teatrem Syrena w Warszawie.

Pytany o to, co jest jego zdaniem najważniejsze w śpiewaniu artysta odpowiadał: “Wrażliwość, dusza, serce i dar od Boga: głos. A najważniejsze, to umieć to docenić”.

W 98 urodziny Bernarda Ładysza, czyli dzień przed śmiercią, jedna ze słuchaczek Radia Maryja poprosiła o zadedykowanie Solenizantowi pieśni, którą chętnie wykonywał i darzył szczególną estymą: Matko moja, ja wiem. Śpiewał ten utwór wspólnie ze swoją ukochaną żoną, Leokadią Rymkiewicz-Ładysz. Niestety nie wiadomo, czy zdołał jeszcze przyjąć ten prezent, który miał zaakcentować szczególną miłość jego życia, miłość do matki. Dlatego pozwolę sobie teraz załączyć ten utwór.

P.S. Pogrzeb Piotra Szczepanika odbędzie się 31 sierpnia na Starych Powązkach w Warszawie.

Sierpień umarłych 1

Ewa Maria and Friends

Mojej Siostrze Kasi, bo mimo iż to ja to piszę, to jest to nasz wspólny wpis.

6 sierpnia umarł Jacek Mydlarski, malarz, fantastyczny partner rozmów, rzadko, zbyt rzadko, widywany przyjaciel, którego obrazy wędrowały ze mną niemal przez wszystkie moje berlińskie mieszkania, aby po 30 latach przenieść się z powrotem do Polski, do mojego siostrzeńca.

Miał 70 lat. Bardzo mnie poruszyła ta śmierć.
Tak się zaczął
Sierpień umarłych.

14 sierpnia umarła Ewa Demarczyk.

15 sierpnia umarł Henryk Wujec, jeden z najmilszych ludzi Solidarności, prawy, kochany, uczciwy, skromny, szlachetny. Człowiek, który nigdy nie zawiódł naszego zaufania.

To już nie były “zwykłe śmierci” (bo przecież zawsze ktoś odchodzi), to były po prostu Gorzkie żniwa. Tak jakby wszyscy na raz, powiedziała moja siostra, jakby wszyscy na raz postanowili opuścić Polskę, bo tu już się nie da żyć. W ciągu następnych kilkunastu dni umarli Wojciech Karpiński (18 sierpnia), Piotr Szczepanik i Andrzej Walicki (20 sierpnia), Józefa Hennelowa (22 sierpnia), Maria Janion (23 sierpnia). Nie nadążaliśmy z żałobą po każdej kolejnej stracie.

Były też rocznice, gorzkie, smutne, mimo minionych lat przejmujące poczuciem straty i tęsknotą.
18 sierpnia minęły 84 lata od śmierci Federica Garcii Lorki. To u nas w rodzinie ważna rocznica, bo Lorca był zawsze ważny, a potem, gdy Mama, Irena Kuran-Bogucka, zaczęła tłumaczyć jego wiersze, stał się wszechobecny.

Jacek Dehnel napisał na FB:

Osiemdziesiąt cztery lata temu, 18 lub 19 sierpnia 1936 roku hiszpańscy faszyści zamordowali jednego z największych poetów XX wieku. Kiedy ginął, zastrzelony przy drodze, był o dwa lata młodszy, niż ja teraz. Z wszystkiego, co napisałby później, zostaliśmy obrabowani, tak jak zostaliśmy obrabowani przez faszystów niemieckich ze wszystkiego, co napisałby później Baczyński.

Kiedy miałem szesnaście czy siedemnaście lat, nie mogłem nigdzie dostać kanonicznego – i jak dotąd najlepszego – przekładu jego wierszy, autorstwa Ireny Kuran-Boguckiej, więc pożyczyłem go od przyjaciółki i wklepałem w komputer. 375 stron, wiersz po wierszu, poemat po poemacie. Po blisko ćwierćwieczu, przenoszony z twardego dysku na twardy dysk, podróżuje ze mną nadal. Ze wszystkich miłości, które przeżyłem w życiu, którymi nadal żyję, ta jest jedną z najtrwalszych.

Federico Garcia Lorca (tłumaczyła Irena Kuran-Bogucka)
Nokturn martwego młodzieńca

O, pójdźmy w milczeniu nad rzekę skłębioną,
zobaczyć młodzieńca, który tu utonął.

O, pójdźmy w milczeniu poprzez brzegi wietrzne
zanim go do morza zniosą fale rzeczne.

Łkała jego dusza drobna i zraniona,
nad nią traw i sosen wznosił się aromat.

Z księżyca spływała z rozplecionym włosem
woda, sypiąc lilie na gór nagich zbocze.

Kameliami cienia zasypały wiatry
przytłumione światło ust smutnych i martwych.

Przyjdźcie jasnowłosi chłopcy z turni, z hali,
zobaczyć młodzieńca, co utonął w fali.

Przyjdźcie ciemni ludzie z góry i z doliny,
zanim go zaniesie rzeka w mórz głębiny.

Zanim go zaniesie w morze białogrzywe,
po którym wędrują wody woły siwe.

Ach, jak w Sil śpiewały i drzewa, i góry!
Lśnił księżyc zielony, jak krągły tamburyn.

Chodźmy szybko, chłopcy, niechaj nikt nie zwleka
bo oto już w morze porywa go rzeka!

Popłakałam się, jak przeczytałam ten wpis. A myślałam, że kiedyś wreszcie dorosłam i już nie płaczę…
Lorca był na pewno największą miłością w życiu Mamy.
21 sierpnia minęła 25 rocznica jej śmierci.
Zawsze nas przejmował fakt, że umarła w dwa dni po nim.
Grafika z cyklu Romancero Cygańskie 2 (ilustracje do wierszy Federica Garcii Lorki / Aresztowanie Antonia el Camborio na drodze do Sewilli)

Katarzyna Krenz (moja siostra) napisała:
21 sierpnia o godz. 12:59

Irena Kuran-Bogucka 1925-1995

Mama odeszła 25 lat temu.
Jej cień.
Wracają do mnie Jej kolory: zielony księżyc i granatowa noc. Czarny profil kobiety na złotawej desce drzeworytu. Zapach majowego deszczu i farby drukarskiej. Gwiazdy milczą. Ich milczenie przerywa krzyk Cyganki i tnie z szelestem białe płótno wiersza Federica. Zielony księżyc jest młody i zagięty jak rogalik. O byku nikt nie mówi, bo byk zawsze umiera. Rytmy posunięć dłuta i głębokiej pieśni płyną wspólnie po plastrze lipowego drewna przez otwarte okno ku nocy. Dzwony w kościele Najświętszego Serca Jezusowego na ulicy Czarnej wybijają godzinę pierwszą, drugą, trzecią… Dzwony na wieżach Kordoby wybijają swoje godziny

Ay, mój koniu niestrudzony! Ay, przecież śmierć mnie tu czeka, zanim dotrę do Kordoby
Kordoba samotna w dali.

O tym, że umarła Maria Janion dowiedziałam się z wpisu Justyny Sobolewskiej na FB:

Justyna Sobolewska
23 sierpnia, godz. 21:42

Wielki smutek. Zmarła profesor Maria Janion. Wielka humanistka i nauczycielka kilku pokoleń studentów. Ostatnio przypomniało mi się to zdanie Goethego, które interpretowała najpierw na naszym seminarium potem w książce „Odyseja wychowania” – najwyższym szczęściem dzieci ziemi jest jedynie osobowość. Tych ważnych zdań, które zostały, jest wiele. Pozostało mnóstwo książek – czasem białych kruków jak cykl „Transgresje” z gdańskiego seminarium. Wiele z nich miało swoje źródło w pracy podczas seminarium – „Bohater, spisek, śmierć”, „Niesamowita słowiańszczyzna”, „Kobiety i duch inności” czy „Płacz generała. Eseje o wojnie”. W tej ostatniej książce opisywała m.in. niebezpieczeństwa mitu bohaterskiego, który ma ładunek śmiercionośny i jednocześnie wielką siłę przyciągania. Widzimy to wyraźnie dzisiaj. Jej książki z lat 90 i dwutysięcznych badają życie pośmiertne romantyzmu, ale otwierają się na współczesność. Są przede wszystkim próbą przywrócenia zjawisk nie dość opisanych i zauważanych w kulturze. Zawsze chodziło jej o przekroczenie stanu świadomości polskiej, narodowej i symbolicznej uwięzionej w dawnych fantazmatach. Jej gigantyczny dorobek to próba przepracowania polskich traum i mitów. To była praca Syzyfa – w wywiadzie w Polityce w 2005 roku Janion mówiła, że cała moja ciężka walka o to, żeby paradygmat romantyzmu i historii przekształcić w paradygmat romantyzmu i egzystencji, nie powiodła się. Ale nie ustawała w wysiłkach. Pozostały ważne książki, do których zawsze będzie można wrócić, o które będzie można oprzeć kolejne projekty wolnościowe, emancypacyjne.

Fot. Agencja Gazeta

Tibor Jagielski przytoczył z kolei taki cytat: Dziś obserwujemy oczywisty, centralnie planowany zwrot ku kulturze upadłego, epigońskiego romantyzmu – kanon stereotypów bogoojczyźnianych i Smoleńsk jako nowy mesjanistyczny mit mają scalać i koić skrzywdzonych i poniżonych przez poprzednią władzę. Jakże niewydolny i szkodliwy jest dominujący w Polsce wzorzec martyrologiczny! Powiem wprost – mesjanizm, a już zwłaszcza państwowo-klerykalna jego wersja, jest przekleństwem, zgubą dla Polski. Szczerze nienawidzę naszego mesjanizmu.

Niestety tak, napisał Tibor, cześć jej pamięci.

Niestety tak, cześć ich pamięci.

***

Anna Krenz napisała przed chwilą na FB o kolejnej śmierci, o której pamiętamy:

Dziś mija rok…. / It has been a year today….
Longina Poterek-Krenz (16.2.1946-28.8.2019)
Moja najukochańsza Mama / my beloved Mom.

Jutro drugi wpis zatytułowany Sierpień umarłych.

Wróżby i koty

Teresa Rudolf

Takie wróżby…

Otwórz  rękę,
ależ pokiereszowana
losem, zamknij…

Otwórz rękę,
ależ bardzo pracowita
zawsze, zamknij…

Otwórz rękę,
gwiazda tam znów
świeci, zamknij…

Otwórz rękę, znów
księżyc tam w pełni,
dzisiaj??? zamknij…

Otwórz rękę,
serce czyjeś z piernika
ci wpadło, zamknij…

Znudziło się?
Nie otworzysz?
Biegniesz do wróżki?

Otwórz rękę, ten
jeden, ostatni, jedyny
znów raz…

Jestem  tylko Cyganką,
to wiesz, ohooo… wróżka,
zmarła, zamknij.

Kotka Lili

Piękny,
elegancki chód,
cichej pantery…

Oczy
szmaragdy,
z ironią wyższości.

Błysk
czarnego aksamitu
odbijał księżyc,

w dzien
lśnił w słońcu
wielokaratowo…

Położyła się
na mym sercu
jak w łóżku…

I nie pozwala
mi go na długo,
teraz zaścielić.

Samotność kota

Moritz, mój kot, nastroszona sierść,
nos przy parkiece
i na balkonu betonie.

Moritz mały tygrys,
zagrzebuje łapą swą
“podłość”, błaga wciąż
o kocie wybaczenie.

Moritz, koci macho,
nie chce niczego,
a jedynie, by wyszła,
by weszła, przeszła,

by spadła znów
z nieba, ta sama,
z tej samej mamy,
czarna kotka Lili.

A ona? A Lili?
Na tęczowym moście
wciąż, zanim przejdzie,
najpierw chce wybaczyć.

I calkiem niewinna,
szybsza jak człowiek,
jak zawzięty człowiek,
da mu sygnał: OK.

Dzisiaj,
bo dziś
niedziela…

Z wolnej stopy 9

Zbigniew Milewicz

Polacy nad Dźwiną

Rozmawiają ze sobą dwaj starsi panowie: rozumiem, mówi jeden, twoja pierwsza żona miała żydowskie korzenie, przy niej zrobiłeś swoją zawodową karierę. Druga była Ukrainką, wesołą kobietą i namiętną kochanką, rewelacyjnie gotowała i na nic w domu nie narzekałeś. Nie pojmuję wobec tego, po co ci jeszcze Łotyszka… A ty wiesz – odzywa się drugi – jak one świetnie dbają o groby?

Tę anegdotę opowiedziała mi kiedyś Aina, po polsku Ania, moja dobra znajoma, kiedy jeszcze mieszkała w Monachium. Pracowała tu jako opiekunka starszych osób, ale w końcu i jej zabrakło sił i kilka miesięcy temu wróciła na Łotwę, do swojego domu i wyuczonego zawodu nauczyciela-gastronomika. Kiedy przeczytała mój wpis o Bitwie Warszawskiej, odwrotną pocztą dostałem zdjęcie mogiły polskich legionistów z cmentarza w Ezernieki, niedaleko Daugavpils, Polaków poległych w bitwach z bolszewikami o niepodległość Łotwy. Miejsce ich pochówku prezentowało się godnie i wtedy przypomniała mi się przytoczona anegdota. Ktoś powie, że nad czyimś grobem nie wypada żartować i może będzie miał rację, ale jak miejsce jest zadbane, to chyba można się uśmiechnąć. Zmarli za życia też to robili.

Foto: Aina Jakovele

Kampania Łatgalska to mniej znany epizod wojny polsko-bolszewickiej z 1920 roku, więc chciałbym poświęcić mu przynamniej kilka zdań. Na początek – miejscu, czyli Łatgalii. Jest to historyczna nazwa jednej z czterech dzielnic Łotwy, wspartej o brzeg rzeki Dźwiny .Jest wielonarodowa, oprócz Łotyszy, Białorusinów, Niemców i innych nacji od XVI wieku mieszkali tu Polacy, a w okresie zaborów przybyli Rosjanie. Ze względu na swoją ponad 200-letnią przynależność do Rzeczpospolitej Obojga Narodów nazywano ją Polskimi Inflantami, który to status utraciła po I rozbiorze Polski w 1772 roku, gdy została wcielona do Rosji. Ludność polska zamieszkująca Łatgalię to była głównie drobna szlachta i chłopstwo. Szlachta Inflant Polskich, pochodząca z rodów rycerskich kawalerów mieczowych, miała korzenie niemieckie, lecz związana była licznymi węzłami cywilizacyjnymi z Polską. Z czasem uległa gruntownej polonizacji, dostarczając szeregu zasłużonych Rzeczpospolitej rodów, w tym: Tyzenhauzów, Grothusów, Rejtanów, Denhoffów, Korffów, Romerów, Mohlów, Weyssenhoffów, Platerów, Manteufflów i innych. Nawet w okresie zaborów dominowały tu polskie wpływy kulturowe i gospodarcze, których przewaga zakończyła się dopiero w czasach niepodległości Republiki Łotewskiej w międzywojniu, ale polska obecność cywilizacyjna jest nadal widoczna.

Bez Polaków Łotysze nie świętowaliby dzisiaj stulecia uzyskania niepodległości. We wrześniu 1919 wojska generała Śmigłego-Rydza, wchodzące w skład Frontu Litewsko-Białoruskiego, podeszły pod Dyneburg, stolicę Łatgalii, i po miesięcznych walkach wyparły bolszewików za Dźwinę. Były to tereny okupowane przez bolszewicką 15 Armię. Wojsko Polskie stanęło przed dylematem: jeśli bolszewikom udałoby się tam utrzymać, umocniliby łączność między 15 a 16 Armią, od lutego walczącą z Polakami. Gdyby miasto zdobyły wojska generała von der Goltz, umocniłyby się niepożądane przez rząd polski wpływy niemieckie w państwach bałtyckich. W związku z tym jedynym korzystnym dla Polski wyjściem był sojusz wojskowy z Łotwą. Dnia 30 grudnia 1919 roku podczas rozmów w Rydze osiągnięto porozumienie, na mocy którego Wojsko Polskie miało pomóc Łotyszom w ich walce z Armią Czerwoną. Poza politycznymi korzyściami porozumienia były i operacyjne, w postaci skrócenia frontu wschodniego, poprzez zwinięcie jego długiego odcinka wzdłuż Dźwiny i oparcie lewego, polskiego skrzydła o sprzymierzoną armię łotewską.

Bitwa o Dyneburg, Dźwińsk, Daugavpils rozpoczęła się w ostatni dzień 1919 roku i zakończyła 3 stycznia 1920 roku pełnym sukcesem wojsk polsko-łotewskich. Prowadzono ją w trudnych warunkach klimatycznych, przy 35-stopniowym mrozie i obfitych opadach śniegu, i, jak to na wojnie, za cenę strat ludzkich i materiałowych. W trakcie transportu dział przez zamarzniętą Dżwinę, załamał się lód i wielu legionistów zginęło w nurtach rzeki wraz ze sprzętem, albo zmarło później na skutek odmrożeń, inni padli od kul przeciwnika. Ogólnie szacuje się, że w czasie Kampanii Łatgalskiej poległo około 500 polskich legionistów. Są pochowani w różnych łatgalskich nekropoliach. Naczelnik Państwa, Józef Piłsudski docenił bohaterstwo uczestników operacji, która przyniosła Łotwie niepodległość, polecając umieścić ich na pierwszych miejscach listy odznaczonych krzyżami Virtuti Militari, za walki lat 1919–1920.

W czasach ZSRR, kiedy Łotwa była jedną z radzieckich republik, większość populacji miasta Daugavpils stanowili Rosjanie. Podobnie jest i dziś, mimo że to już strefa Schoengen. Dzisiaj Daugavpils (w wolnym tłumaczeniu miasto nad Dźwiną) liczy ponad 100 tysięcy mieszkańców, przy czym Łotysze stanowią około 17 procent jego populacji, a Polacy ok. 15 proc. Prapradziadek (po mieczu) Ainy, czyli Ani, która mieszka 40 kilometrów od Daugavpils, był Polakiem, nazywał się Luns. A jej ojciec szczycił się tym, że ma polskie korzenie i choć sama Aina uważa się za stuprocentową Łotyszkę, to coś ją czasami ciągnie na mszę w języku polskim, odprawianą w jednym z kościołów w Daugavpils, do polskich przepisów kulinarnych w internecie, albo do przebojów Anny German w oryginale, czyli nie do końca jej te lechickie geny gdzieś wyparowały.

– Przyjeżdżaj w gości – zaprasza. – Pokażę ci wszystkie polskie miejsca u nas, gimnazjum imienia Piłsudskiego, kościoły, groby…

Do tych ostatnich podchodzę z pewną rezerwą, ale kto wie, może dam się zaprosić.

Reblog o ogrodach (wystawa) / Gärten (Ausstellung)

Wystawa wirtualna: Ogrody w oczach artystów polskich i niemieckich
Virtuelle Ausstellung: Gärten in den Augen deutscher und polnischer Künstler

Uwaga: Kliknięcie w obraz Teresy Murackiej Park przekieruje nas do wystawy
Achtung: durch einen Klick aufs Bild von Teresa Muracka gelangen wir in die Ausstellung

Fundacja Pokolenia Pokoleniom i Policultura Verein zapraszają na wernisaż kolejnej odsłony wystawy OGRODY POLSKO-NIEMIECKIE OCZAMI ARTYSTÓW,

Vernisage
Freitag / w piątek, 04 września / September godz./ um 18:30 Uhr

Partner projektu: Fundacja Współpracy Polsko-Niemieckiej.
Maseczki mile widziane, w zachowaniu rekomendowanego dystansu (pandemia covid) pomoże możliwość rotacyjnego oglądania wystawy dzięki temu, że przed atelier jest wielki dziedziniec.
Bitte kommeth mit den Masken!

Reblog o podróżowaniu

Ni stąd ni z owąd dostałam mailem instrukcję z travelbit, klubu podróżników online, jak mam przygotować prezentację o moich podróżach. Nie wiem, dlaczego ją dostałam. Nie jestem podróżniczką, choć bardzo lubię podróże i wędrówki. Zwłaszcza wędrówki. Czasem zdarzało mi się gdzieś bywać w świecie, nikt mnie jednak nigdy do klubu podróżników nie zapraszał. W tym roku zaś, kiedy to największym moim osiągnięciem poza-miejskim była czterodniowa wyprawa na Wdzydze i trzy minirejsy szalupą z przystani Wdzydzki Kąt na wyspę Mały Ostrów (nie ja byłam kapitanem, nie ja żeglowałam, nie ja wiosłowałam), zostaję zaproszona… I teraz się waham, bo może jednak trasa Wdzydzki Kąt – Mały Ostrów ma rzeczywiście, jak twierdzi nasz kapitan, znaczenie ponadczasowe.

Tymczasem, nie mogąc się zdecydować, czy by jednak nie opisać tej Wielkiej Podróży, wchodzę na stronę i czytam sobie informacje o innych Wielkich Podróżnikach…

Reblog

Historia „polskiego” poznawania świata zaczyna się całkiem efektownie

Pierwszy – jeżeli można go tak nazwać – polski globtroter był jednym z głównych uczestników największej zorganizowanej przez Europejczyków w XIII wieku ekspedycji. Nazywał się Benedykt Polak (Benedictus Polonus). Urodził się ok. 1200 toku w Wielkopolsce a zmarł ok. 1280 w Krakowie jako gwardian tamtejszego zakonu franciszkanów. Benedykt uczestniczył w pierwszej europejskiej wyprawie w głąb Azji, która dotarła do Mongolii. Miała ona pionierskie i przełomowe znaczenie w dziejach odkrywania Azji.

Powodem zorganizowania ekspedycji były najazdy tatarskie na Europę. Wobec realnego zagrożenia dla chrześcijańskiej Europy, papież Innocenty IV postanowić wysłać specjalną misję do wielkiego chana. Miała ona spowodować zaniechanie najazdów na chrześcijańskie kraje, a także nawrócić chana i jego poddanych na wiarę Chrystusa. Ponieważ wiedza Europejczyków o wnętrzu Azji była w tamtych czasach, co najmniej mglista, dodatkowy cel wyprawy stanowiło zdobycie informacji o trybie życia, wierzeniach, obyczajach i organizacji państwa Mongołów.

Misja papieska wyruszyła z Lyonu 16 kwietnia 1245 roku a jej kierownikiem został Włoch Giovanni da Pian del Carpine. Benedykt Polak był bardzo ważnym uczestnikiem ze względu na wiedzę i kontakty. Ekspedycja 18 listopada 1247 roku wróciła do Lyonu. Wysłannicy spotkali się z wielkim chanem, który jednak odpowiedział odmownie na list papieża. Co więcej, zażądał przybycia do swojej stolicy wszystkich władców Europy celem złożenia mu hołdu.

Mimo to wyprawa była sukcesem, gdyż zdobyła bezcenne informacje pozwalające przygotować opisy odwiedzanych krain. Według przeprowadzonych badań, powstały trzy relacje. Najobszerniejsza „Historia Tartarorum” (rękopis znajduje się w posiadaniu Uniwersytetu Yale) przypisywana jest właśnie Benedyktowi Polakowi. Należy pamiętać, że wyprawa Benedykta miała miejsce ponad ćwierć wieku wcześniej niż znacznie bardziej znana wyprawa Wenecjanina Marco Polo. Fachowcy twierdzą także, że „Historia Tartarorum” Benedykta jest bardziej rzetelna niż „Opisanie świata” Marco Polo.

W roku 2004 śladami Benedykta Polaka wyruszyła wyprawa zorganizowana przez Roberta Szyjanowskiego ze Szczecina. Była ona efektem fascynacji osobą pierwszego polskiego globtrotera, ale także wieloletnich badań i przygotowań. Wyprawa trwała trzy miesiące (czerwiec-wrzesień) i przebiegła trasą opisaną przez Benedykta (www.benedyktpolak.org).

 

Ciąg dalszy TU

Über Bord

Krzysztof Jagielski

1.

Ende Juli des Jahres 1980 gab es Streiks im Gdingen, dann in Lodz und Warschau.
Die Regierung versuchte durch die Erhöhung der Löhne die Situation zu dämpfen.
Es schien als ob diese Politik Früchte tragen würde; dazu kamen kosmetische Änderungen an der Parteispitze. Ich erwartete schon das Ende der Protestbewegungen.

Mitte August, wegen der ausbleibenden Lieferungen, lag mein Schiff, m/s „Dęblin“ an der Rumänischen Kai  in Stettiner Hafen. Es gab keine Streiks; die meisten Matrosen nahmen Frei, und fuhren nach Hause zur Familien ins Umland.
Ohne Druck versorgte ich das Schiff und übriggebliebene Besatzung.
In der Büros trank man Kaffee, plauderte über Streiks, als ob sie auf dem Mond stattfinden würden. Doch die Ruhe war trügerisch; die Menschen waren angespannt und voller Erwartung.

Am 14. August streikten kurz die Fahrer des staatlichen Bauunternehmens Transbud.
Ich hörte abwechselnd die Auslandssender: Voice of America, Radio Free Europe, BBC London etc.
Die Landesmedien berichteten von „erhöhten Arbeitsbereitschaft“, „zusätzlichen Lieferungen“ und „sporadischen Unterbrechungen in der Arbeit“(…).
Am selben Tag kam die Nachricht vom Streik in Danziger Werft. „Streikt, streikt!“ rief ich innerlich.

Am 15. August standen an der Danziger Bucht alle Räder still. Endlich!
Alle telefonische Verbindungen wurden gekappt – unmissverständliches Zeichen, dass die Regierenden die Situation bedrohlich fanden.
Doch was wird in Szczecin? Das Wetter war regnerisch und es schien, als ob sich die Wolken immer mehr zusammenbrauen (…). Ich wusste, es wird etwas geschehen.

Am nächsten Tag traf Ministerpräsident Babiuch vor die Fernsehkameras und bezichtigte die „antisozialistische Kräfte des Aufwiegelung der arbeitendes Volkes“.
Der Erste Sekretär der polnischen kommunistischen Partei, Gierek, unterbrach sein Urlaub auf Krim und flog nach Warschau zurück.
Doch die Lawine rollte und war nicht mehr zu stoppen.

Am Sonntag waren die Kirchen überfüllt; man sang patriotische Lieder: „Freies Vaterland gib uns wieder o Herr…“; das Händedruck wurde stärker, ansonsten schwieg man (…).

Am Montag, den 18.08., fuhr ich Richtung Werft zum Lieferbetrieb „Baltona“.
Schon vor weitem sah ich weiß-rote Fahnen. Ich gab Gas.
Über dem Eingang der Parnica-Werft ragte ein Riesenaufschrift: „BESATZUNGSSTREIK“. Vor und hinter dem Tor – Arbeiter.
Ich schaute; ich schaute lange und spürte plötzlich wie mir die Tränen zu rollen anfingen.

2.

In der „Baltona“ gab es allgemeine, aber freudige Aufruhr.
„Warski–Werft steht!“ schrien die Menschen und fielen sich in die Arme.
Ich war überwältigt und entschloss mich hinzufahren.
Eine Riesenmenschenmenge stand vor dem Haupttor.
Doch es wurde noch nicht gestreikt: „Wir warten auf den Brych, das Fass ist voll“ sagten die Arbeiter (…).
Diese Nacht konnte ich nicht schlaffen.

Dienstag morgen fuhr ich zum Schiff vorbei an Warski–Werft.
Riesenaufschriften: „Streik“; „Wir solidarisieren uns mit den Danziger Werftarbeiter“; „Wir unterstützen berechtigte Förderungen”.
Am Tor, neben dem Werkschutz, standen Arbeiter mit Helmen und weiß-roten Armbinden.
Auch in Parnica-Werft wurde gestreikt.
Im Hafen angekommen bemerkte ich seltsame Ruhe; alle Kräne standen still.
An Bord wurde mir bestätigt – der Hafen steht; auch Reparaturwerft, das Stahlwerk, das Containerfabrik „Unikon“ und städtische Verkehrsbetriebe streikten.
Vor den Geschäften, trotz des Schauerwetters, bildeten sich Riesenschlangen; alle Lebensmittel, bis auf Salz, wurden restlos aufgekauft.

Ich entschloss mich zum Warski-Werft zu fahren.
Am Haupteingang stand eine Menschenmenge; manche schrieben von den an dem Tor befestigten Transparenten etwas ab… Streikförderungen!
Ich fing an mitzuschreiben: „Punkt 1. Gründung der freien und, von der Partei und Regierung,
unabhängigen Gewerkschaften…“
Ich hielt kurz inne und las noch mal… Ja! Freie Gewerkschaften. Endlich…
Dann folgten weitere 35 Punkte.
„Schnell abschreiben“ sagte ich mir „bevor die Stasi kommt“ (…).
Zu Hause angekommen setzte ich mich an die Schreibmaschine und vervielfältigte die Liste bis mir die Finger anschwollen.
Diese Nacht schlief ich wie ein Stein.

3.

Am 20. 08. gab es weiterhin schlechtes Wetter.
In den morgigen Nachrichten von RFE hörte ich Informationen über Verhaftungswelle unter Mitgliedern von KOR, KPN und ROPCiO, der oppositionellen Bewegungen.

Bis zu diesem Tag war ich eigentlich nur ein Mitläufer; zwar ein erklärter Gegner der Kommunisten, doch ohne mich organisatorisch irgendwo zu betätigen.
Ich wäre bereit auf die Barrikaden zu klettern; doch es gab kein Ruf.
Mein Betrieb war fest in der Hand der Parteimitglieder; es gab keine Streikwillige.
Vielleicht streikte man in Gdingen, doch wir wussten von nichts – es gab keine Telefonverbindungen.

Das Wetter wurde so stürmisch, das man von Schiff aus zusätzliche Leinen an das Kai binden musste. Obwohl im sicheren Hafen, tanzte das Boot wie verrückt.
Von einem Zöllner, der bei uns vorbeikam, erfuhr ich, dass gestern gegründete Interbetriebliches Streikkomitee (MKS) die Gespräche mit einer Regierungsdelegation aufgenommen hat; ich entschloss mich zum Werft zu fahren.

Das Haupttor war mit den Blumen übersät; überall National- und Papstfahnen, sowie Riesenbilder von ihm und Madonna von Tschenstochau; auf der Mauer, wo ein Lautsprecher befestigt war, saßen die Arbeiter. Es wurde eine Direktübertragung der Gespräche zwischen dem Streikkomitee und der Regierungsabgesandten vorbereitet.
Plötzlich hörten wir ein Stimme; raunen ging durch die Menge: „Das ist Jurczyk“.
„Wer ist Jurczyk?“ fragte ich. „Der Vorsitzende von MKS“, wurde mir erklärt.
Er bat für eine Schweigeminute für die Gefallenen des Dezemberaufstandes von 1970.
„Genialer Schahzug“ dachte ich, „wie müssen sich wohl die Regierungsvertreter jetzt fühlen?“ Dann kamen die Streikförderungen; Punkt auf Punkt.
Die Antwort des Ministers Barcikowski klang wie kratzen auf Glas; kurz darauf wurden die Gespräche vertagt.

Ich ging an die am Tor stehenden Arbeiter, überreichte die mitgebrachten ein paar Stangen Zigaretten und versprach den Streikenden fünfzig Liter Suppe aus meiner Schiffsküche täglich, und erntete als Dank den harten Händedruck eines Hafenarbeiters.

Übersetzung aus polnischen – T.J.
Fortsetzung folgt in einer Woche 

Über Krzysztof Jagielski (auf Polnisch) HIER

Stettiner Bahnhof

Fragment po polsku na samym dole

Für heute wurde vom Verein Städtepartner Stettin eine Führung angesagt.
Organisatorin Ela Kargol.

SAMSTAG 22. August 2020
VON 15:00 BIS 17:00

Rund um den Stettiner Bahnhof

Öffentlich & kostenlos · Gastgeber: Städtepartner Stettin e.V.
Von hier fuhren damals die Züge nach Stettin. Er gehörte zu den größten und prächtigsten Bahnhöfen Berlins. Was ist geblieben, was verschwand von der Stadtkarte und warum? Weshalb wurde der Stettiner Bahnhof umbenannt?
Auf diese und ähnliche Fragen antwortet und führt uns durch die Umgebung um den jetzigen Nordbahnhof Dr. Andreas Jüttemann, Autor und Stadthistoriker.

***
Und so ist es gewesen; Impressionen von Artur Jedyński:

Bericht von Ela Kargol:

Ein Spaziergang mit Dr. Andreas Jüttemann rund um den Stettiner Bahnhof.
Früher fuhren die Bewohner Berlins vom Stettiner Bahnhof nach Stettin und weiter an die Ostsee. Jetzt könnte man sich eigentlich die Reise sparen. Ein ostseeähnliches Vergnügen bietet die Appartementanlage Cube Lodges Berlin Mitte direkt auf den ehemaligen Gleisanlagen der Stettiner Bahn. Es gibt genug Sand, aber kein Meer zu sehen, genau wie in Stettin.
Die Liesenbrücke ist sowieso unfahrbar für die Züge, dafür aber sehr fotogenisch. Aus dem Noa Stellwerk wurde eine Denkmalfabrik und der geheime Eingang zum Friedhof über eine Wohnanlage bleibt wie in DDR-Zeiten geschlossen. Geschlossen und zugeschüttet ist auch der Stettiner Tunnel unter dem Park auf dem Nordbahnhof, der erste Fussgängertunnel Berlins. Die Wartehalle im “Kleinen Stettiner” sah heute besonders nobel , fürstlich und einladend aus. Großes Feiern kündigte sich mit prächtigen Blumenschmuck an. Hier würde es vielleicht sogar Alfred Döblin gefallen. Als er mit seiner Mutter aus Stettin nach Berlin kam im Jahre 1888 und auf dem Stettiner Bahnhof ausgestiegen ist, hat ihn die Größe und Pracht des Bahnhofs nicht angetan. Das ganze versmokte Industriegebiet um den Bahnhof, genannt Feuerland, hat ihn mehr erschrocken als begeistert.

Danke an Andreas Jüttemann für die interessante, informative und vielfältige Führung durch die Gegend um den Stettiner Bahnhof.

***
Kommentarz młodej mamy, która z dwójką dzieci wzięła udział w zwiedzaniu dawnego Dworca Szczecińskiego:

Taki jest właśnie Berlin, jak ta grupa od staruszków z ulicy Szczecińskiej, których wprowadziła w błąd informacja, bo na ulotce był adres Invalidenstr 130, a cała grupa zebrała się przed wejściem, a to był plac Elisabeth Schwarzhaupt 1. I nikt z nas nie sprawdził, czy tam ktoś czeka, bo na ulotce było też napisane, że “przed wejściem do kolejki czyli S-bahny” i tam się wszyscy zebrali. Na szczęście staruszkowie sami nas odkryli. Typowi dla Berlina byli też obaj, polscy zresztą, młodzi ludzie, określeni przez nas jako “galernicy”, z grubymi łańcuchamy zapiętymi na kłódki na szyjach. Bardzo mili i ciekawi młodzi ludzie. Inna starsza pani nie omieszkała na dzień dobry zwrócić Ewie uwagi, że nie wolno mówić obcym ludziom miłych słów, bo nie wiadomo, jak to przyjmą. Ewa się jednak nie przejęła. Dzieci, którym trzeba było obiecać lody i w przyszłości wyjście do parku wspinaczkowego, z całej wyprawy najlepiej zapamiętały tunel i uznały, że to jest loch za kratami, a wyobraźnia podpowiedziała im całą resztę. Następnego dnia malowały taki loch. Berliński poeta ofiarował Ewie kwiaty z własnego ogrodu, którymi Ewa wysmarowała sobie całą białą, płócienną torbę, bo kwiaty okazały się jeżynami. Jedna z młodych dziewcząt z Misji Miejskiej na ulicy Szczecińskiej (Stadtmission Stettiner Strasse) obchodziła bat mizwę, a my braliśmy prawie udział w przygotowaniach. Nie weszliśmy na cmentarz, bo furtka była zamknięta. NRD to jednak NRD.
Jednym słowem, fajnie i rozmaicie. A ukoronowaniem naszej rozmaitości była tęcza.