Spotkania z Księciem Ciemności 23

Ksawery Kopański

Jam jest Książę Ciemności!

Można powiedzieć Książę, że sam sobie strzeliłem w stopę. W poprzednim wpisie zawiesiłem poprzeczkę wysoko: świat uczuć, dusza, eschatologia niemalże. O czym napisać dziś, aby nie obniżyć lotów? Mam pewną ideę, ale grozi nam banał. I to taki, że aż zębami zazgrzytamy z zażenowania. Cóż jednak czynić – innych pomysłów brak! Trzeba spróbować…

Ludzie zastanawiają się – od kiedy tylko sięgnęli po umiejętność autorefleksji – dlaczego jest tak, jak jest: czemu jeden rodzi się w czepku, a innemu ktoś do kołyski napluł złośliwie. Czemu jednym życie układa się jak po maśle i jak pączki w masełku żyją, a inni „bez masełka po stópki” muszą ciągle włazić, upokarzać się, by na kromkę suchego chleba zarobić. Czemu jedni są wysocy, szczupli i z męską kwadratową szczęką, emanują urokiem i czar roztaczają, a inni… co dzień rano gapią się na mnie złośliwie z lustra w łazience. Czemu jednym zdrowie dopisuje, a po latach hulaszczo spędzonych gasną cicho i bez turbulencji po dziewięćdziesiątce, zaś inni cierpieniem okupując każdy oddech, umierają w męczarniach mając lat zaledwie kilka lub kilkanaście. Et caetera, et caetera, et caetera

Każdy o tym myśli, najtęższe łby parują, by zagadnienie rozkminić. I nic. Są pomysły, aby rzecz powiązać z pracowitością, zasługami, moralnym prowadzeniem się. Lecz to raczej ślepy zaułek. Los. Fortuna. Przeznaczenie. Tyche. Fatum. Karma. Ananke. Od czego zależy? Nikt nie wie. I się nie dowie.

Banał, aż zęby zgrzytają! Ale prawdziwy. Ludzie tak mają. Koty też. Od czego zależy, że jedne kocięta – ślepe i gołe – nie dostają szansy, by przeżyć kilka bodaj godzin na tym łez padole, inne są skazane na całe lata egzystencji śmietnikowej, w głodzie i strachu, a jeszcze inne…

Zaczęło się może nieszczególnie. Przypominam: przypałętało się toto niemal rok temu, małe, chude, wystraszone, wypłoszone, z wielką blizną na boku. Ale, jakimś zrządzeniem owego tajemniczego nieznanego, trafiło właśnie tu, do naszego domu. I teraz? Śpi codziennie gdzie indziej, u kogo zechce, a ma do dyspozycji kilka mieszkań: każdy z sąsiadów go lubi. Stołuje się, gdzie akurat lepiej dają jeść. Ten pogłaska, ów pomizia. Dobrobyt taki, że grozi małemu baszy kompletną demoralizacją. Naje się, pośpi w puchach, a jeszcze zacna Kropka czuwać będzie nad jego snem.

I dlaczego? Ani rasowy. Ani wybitnie piękny: owszem, bardzo ładny, lecz ileż równie uroczych kocurków i kici snuje się po wysypiskach! Charakter też nieszczególny: chimeryk i – po troszę – samolubek.

Ale pies mu mordę lizał! Niech ma! Niech korzysta. Nie warto odrzucać uśmiechów losu. Bo one się mogą nie powtórzyć.

Joycearia (II)

Arkadiusz Łuba

Wie viel Don Quixote steckt in Lew Nikolajewitsch Myschkin und in Leopold Bloom

Nein, ich bin weder Cervantes- noch Don Quixote-Spezialist, dennoch fühle ich mich gezwungen, ein paar Worte über das Thema zu schreiben, da der hier genau vor einer Woche (im Post mdT: Jezus czyli ten Idiota Don Kichot (Barataria)) einbezogene James Joyce doch einer meiner Spezialgebiete ist und ich – mehr oder weniger – Pate Ewas Lektüre von Margaret Churchs Structure and theme – Don Quixote to James Joyce (und von James Joyces Finnegans Wake, wo sie nach „Sin Showpanza“ – FW 234.6 – und „dulsy nayer“ – FW. 234.23 – gesucht und es zuerst in Churchs Buch gefunden hat) bin.

In dem Buch von Margeret Church selbst habe ich keine direkte Referenz zu dem Fürsten Lew Nikolajewitsch Myschkin, dem Titelprotagonisten von Fjodor Dostojewskis Der Idiot, gefunden. Ein einziges Mal erwähnt sie dieses Buch (auf der Seite 85) und selbst dort tut sie es im Kontext von Die Brüder Karamasow. Sie beruft sich in ihrem Vorwort (und analysiert es auch in einem der Kapitel) auf Die Brüder Karamasow und seine [die des Romans] Protagonisten: „The structures of the novels that I discuss in the following pages provide a means of perspective on the development of the genre since Don Quixote and an ongoing thesis for this book. […] They [the novels – A. Ł.] are all tied together, as the title of the book [Structure and theme – Don Quixote to James Joyce] suggests, by the quixotic nature of characters in each one from Parson Adams, to Werther, to Emma Bovary, to Dmitri and Ivan Karamazov, to Raskolnikov and K., to Settembrini, and to Leopold Bloom, and by themes and techniques that also relate to the Quixote” (S. ix, x), also auf Deutsch: „Die Strukturen der Romane, die ich auf den folgenden Seiten untersuche, bieten einen Einblick in die Entwicklung des Genres seit Don Quixote und eine fortlaufende These für dieses Buch. […] [Die Romane] sind alle miteinander verbunden, wie der Titel des Buches [Struktur und Thema – Don Quixote bis James Joyce] suggeriert, durch die quixotische Natur der Charaktere in jedem einzelnen von Parson Adams über Werther, Emma Bovary, Dmitri und Ivan Karamasow, Raskolnikov und K., Settembrini und Leopold Bloom sowie durch Themen und Techniken, die sich auch auf den Quixote beziehen“ [alle Übersetzungen ins Deutsche, wenn nicht anders angegeben, von mir; meine Hervorhebung – A. Ł.].

Don Quixote wird von Church meistens kursiv geschrieben und als Titel eines prägenden Romans verstanden. Relativ selten bezieht sie sich auf die Figur Quixotes. Im Vordergrund stehen die Struktur und das Thema, die sich auf Cervantes‘ Roman beziehen, und nicht auf dessen Charaktere. –> „In Don Quixote, the ancestor, so to speak, of all fictions and of all metafictions, we find close and complex correlations between the structure of the book, the psychological development of the hero, and consequently, psychological theory, both Renaissance and modern. In fact, it is impossible to separate in Don Quixote intrinsic matters from extrinsic. On the one hand, Don Quixote is a statement about human behavior, psychology if you will, about the relationship of the individual to his society and to himself. On the other, it is a novel fully responsive to literary history, and it may be experienced simply as fiction” (S. 4). Zu Deutsch: „In Don Quixote, dem – sozusagen – Vorläufer aller Romanen und aller Metafiktionen [meine Hervorhebung – A. Ł.], finden wir enge und komplexe Zusammenhänge zwischen der Struktur des Buches, der psychologischen Entwicklung des Helden und folglich der psychologischen Theorie sowohl der Renaissance als auch der Moderne. Gewiss, es ist unmöglich, in Don Quixote intrinsische [also von innen her, aus eigenem Antrieb, stammende – A. Ł.] Angelegenheiten von extrinsischen [also von den von außen her anregenden, nicht aus eigenem innerem Antrieb folgenden – A. Ł.] zu trennen. Einerseits ist Don Quixote eine Aussage über menschliches Verhalten, Psychologie, wenn Sie so wollen, über die Beziehung des Individuums zu seiner Gesellschaft und zu sich selbst. Auf der anderen Seite handelt es sich um einen Roman, der voll und ganz auf die Literaturgeschichte eingeht und einfach als Fiktion erlebt werden kann.“ Zu stark scheint mir am Anfang von Ewas Post ihre Behauptung, dass Church Don Quixote (ohne die Kursivschrift, also den Protagonisten) „mit Sicherheit für das Vorbild von Prinz Leo Nikolaevich Myshkin“ hält (orig.: „Z całą pewnością, twierdzi autorka, był wzorem księcia Lwa Nikołajewicza Myszkina“). So eine starke Behauptung habe ich bei Church nirgendswo gefunden.
Vorbilder in diesem Sinne interessieren Church weniger als die „structure and theme“ der post-renaissanceschen Romane und deren moderne Entwicklung: Während „die innere Welt von Don Quixote sich in den Strukturen widerspiegelt, die Cervantes seinem Roman gibt“ (orig.: „The inner world of Don Quixote is mirrored in the structures Cervantes gives his novel“, S. 185), „geben die philosophischen, religiösen und psychologischen Spannungen der Charaktere Dostojewskis langen Werken Ordnung und Form“ (orig.: „the philosophical, religious, and psychological tensions of characters give order and form to Dostoevsky’s long works“, ebd.).

In ihrem Nachwort zu Der Idiot führt die Übersetzerin des Buches, Elisabeth Kaerrick (unter dem Pseudonym „E. K. Rahsin“), aus: Die von Dostojewski in seinen Entwürfen als „Fürst Christus“ bezeichnete und von Aglaja als „armer Ritter“ bespöttelte Mittelpunktgestalt, die als Gravitationszentrum alle Handlungen auf sich zieht, wird wegen ihrer komisch wirkenden, aber Sympathie ausstrahlenden Aktionen u. a. mit Cervantes Don Quixote verglichen, allerdings von Interpreten auch von ihm unterschieden, denn seine Charakterisierung folge nicht einem einfachen Gut-Böse-Schema: „Fürst Myschkin ist im Wesentlichen weder ein Don Quixote, noch schön und gut nur aus Güte, und beileibe kein ‚Demokrat’ […] ist auch kein Parzival oder ein Pestalozzi, sondern ist ein echter Dostojewski“ (E. K. Rahsin: Nachwort. In: F. M. Dostojewski: Der Idiot. Piper Verlag: München-Zürich 1980, S. 955). An einer Stelle schreibt Margaret Church sogar: „common factors in novels of different eras often abrogate time altogether so that Leopold Bloom or Settembrini or Emma Bovary may be seen to precede or to influence” Don Quixote“ (S. 4), also auf Deutsch: „Einige gemeinsamen Faktoren verwischen oft die Zeitunterschiede in Romanen verschiedener Epochen, so dass Leopold Bloom, Settembrini oder Emma Bovary Don Quixote vorausgehen oder ‚inspirieren‘ können“. Oder mit Worten von Jorge Luis Borges aus seinen Labyrinths: Selected Stories and Other Writings: „Jeder Schriftsteller entwirft sich seine eigenen Vorgänger“ (S. 201).

Auch im Falle Joyce ist der Einfluss Don Quixotes (wieder als Charakter verstanden) gering. Der irische Autor hat sich dazu selbst geäußert. Warum sollte man nicht zu allererst dem Autor glauben, bevor man zu Wissenschaftlern greift?! Joyce erzählte seinem Sprachschüler Georges Borach von seinem Buch, und dieser notierte in seinem Tagebuch: „Das schönste, alles umfassende Thema ist die Odyssee. Es ist größer, menschlicher als Hamlet, Don Quichotte, Dante, Faust. Das Jungwerden des alten Faust berührt mich unangenehm. Dante ermüdet rasch, wie wenn man in die Sonne blicken würde. Die schönsten, menschlichsten Züge enthält die Odyssee. Ich war zwölf Jahre alt, als wir in der Schule den Trojanischen Krieg behandelten, nur die Odyssee blieb mir haften. Ich will aufrichtig sein, mit zwölf Jahren gefiel mir am Ulysses das Mystische. Als ich Dubliners schrieb, wollte ich zuerst den Titel Ulysses in Dublin wählen, kam aber davon ab. In Rom, als ich ungefähr die Hälfte des Porträt vollendet hatte, sah ich ein, dass die Odyssee die Fortsetzung sein musste, und ich begann Ulysses zu schreiben.
Warum kam ich immer wieder auf dieses Thema? Gegenwärtig »nel mezzo del’cammin«, ist für mich der Stoff des Odysseus der menschlichste der Weltliteratur: Odysseus wollte nicht nach Troja ziehen, er wusste, dass der offizielle Kriegsgrund, Ausbreitung der Kultur Hellas‘, nur Vorwand war für die griechischen Kaufleute, die neue Absatzgebiete suchten. Als die Aushebungsoffiziere kamen, war er gerade beim Pflügen. Er stellte sich irrsinnig. Sein zweijähriges Söhnchen legte man ihm darauf in die Furche. Vor dem Kind hält er mit dem Pflug. Beachten Sie die Schönheit der Motive: der einzige Mann auf Hellas, der gegen den Krieg ist, und der Vater. Vor Troja verbluten die Helden umsonst. Man will abziehen. Odysseus ist dagegen. Die List des hölzernen Pferdes. Nach Troja spricht man nicht mehr von Achilleus, Menelaos, Agamemnon. Nur einer ist nicht erschöpft, seine Laufbahn hat kaum begonnen: Odysseus.
Dann das Motiv der Irrfahrt. Scylla und Charybdis, welch herrliches Gleichnis! Odysseus ist auch ein großer Musiker, er will und muss hören, er lässt sich an den Mastbaum binden. Motiv des Künstlers, der lieber sein Leben opfern will, als zu verzichten. Dann der köstliche Humor des Polyphemos. »Olus« ist mein Name. Auf Naxos der Fünfzigjährige, womöglich kahlköpfig, mit Ariadne, der kaum siebzehnjährigen Jungfrau. Welch feines Motiv. Und die Rückkehr, wie tief menschlich. Vergessen Sie nicht den Zug der Großmut bei der Begegnung mit Ajax in der Unterwelt und noch viele andere Schönheiten. Ich fürchte mich fast, ein solches Thema zu behandeln, es ist zu gewaltig.“

Seinem besten Freund in Zürich, Frank Budgen, erzählte Joyce, er schreibe ein Buch, das sich auf die Odyssee stütze, aber achtzehn Stunden aus dem Leben eines Zeitgenossen schildere. Es fiel ihm ebenso schwer, Budgen das vielseitige Wesen eines Helden zu verdeutlichen, wie seinerzeit gegenüber Borach: »Sie scheinen viel gelesen zu haben, Herr Budgen«, sagte er. »Ist Ihnen von irgendeinem Dichter ein lückenloser Allroundcharakter bekannt?« Als Budgen Christus nannte, wandte Joyce ein: »Er war Junggeselle und lebte nie mit einer Frau zusammen. Das Zusammenleben mit einer Frau ist aber zweifellos etwas vom Schwierigsten, was ein Mann tun muss, und das hat er nie getan.«
»Und wie steht‘s mit Faust«, fragte Budgen, »oder Hamlet?« »Faust«, sagte Joyce, »ist weit davon entfernt, ein ganzheitlicher Mensch zu sein; er ist überhaupt kein Mensch. Ist er ein alter oder ein junger Mann? Wo ist sein Heim, wo seine Familie? Wir wissen es nicht. Und er kann nicht ganzheitlich sein, weil er nie allein ist. Immer ist ihm Mephistopheles an der Seite oder auf den Fersen. Wir bekommen viel von ihm zu sehen, das ist aber auch alles.«
»Ihr ganzheitlicher Mensch in der Literatur ist wohl Odysseus, nehme ich an?«
»Ja«, sagte Joyce. »Der alterslose Faust ist kein Mensch. Aber Sie haben eben Hamlet erwähnt. Hamlet ist ein Mensch, aber er ist nur ein Sohn. Odysseus ist der Sohn von Laertes; aber er ist auch der Vater Telemachs, der Gatte der Penelope, der Geliebte Calypsos, der Waffengefährte der griechischen Helden vor Troja und der König von Ithaka. Er hatte viele Schicksalsschläge zu erdulden, überwand sie aber alle durch Weisheit und Mut. Vergessen Sie nicht, dass er ein Drückeberger war, der sich dem Militärdienst durch vorgeschützten Irrsinn zu entziehen versuchte. Er hätte vielleicht nie zu den Waffen gegriffen und wäre nie nach Troja gezogen, wäre nicht der griechische Aushebungsoffizier klüger gewesen als er und hätte den jungen Telemach vor den Pflug gelegt, während Odysseus das Sandufer pflügte. Als er aber einmal im Krieg war, wurde aus dem Kriegsdienstverweigerer ein Jusqu‘au-boutist. Als die anderen die Belagerung aufgeben wollten, war er es, der weiter auszuharren beabsichtigte, bis Troja gefallen wäre.« Dann fuhr er fort: Noch etwas: Die Geschichte des Odysseus hörte mit dem Ende des Trojanischen Krieges noch nicht auf. Sie begann erst, als die anderen griechischen Helden zurückkehrten, um den Rest ihres Lebens friedlich zu verbringen. Und dann« – Joyce lachte – »war er auch der erste Gentleman in Europa. Als er nackt vortrat, um die Junge Prinzessin zu begrüßen, verhüllte er vor ihren jungfräulichen Augen jene Teile seines von Meerwasser durchnässten und von Kletten überdeckten Körpers, auf die es ankam. Er war auch ein Erfinder. Der Panzer ist seine Schöpfung. Hölzernes Pferd oder Eisenkasten – das spielt keine Rolle. Beides sind Hüllen, die bewaffnete Krieger enthalten.«
»Was verstehen Sie dann«, fragte Budgen, »unter einem ganzheitlichen Menschen? Wenn zum Beispiel ein Bildhauer [Budgen war einer – Anm. A. Ł.] die Gestalt eines Menschen schafft, dann ist dieser Mensch ganz, dreidimensional, aber nicht notwendigerweise ganzheitlich in einem idealen Sinne. Alle menschlichen Körper sind unvollkommen, auf irgendeine Weise begrenzt, auch die Menschenwesen. Ihr Odysseus aber…«
»Der ist beides«, sagte Joyce. »Ich sehe ihn von allen Seiten, und deshalb ist er ganz im Sinne Ihrer Bildhauerfigur. Aber er ist ebenfalls ein ganzheitlicher Mensch – ein guter Mensch.«“ [alle Quellen zu James Joyce stammen aus: Richard Ellmann: James Joyce. Revidierte und ergänzte Ausgabe, betreut von Fritz Senn in Zusammenarbeit mit den Übersetzern Albert W. Hess, Klaus Reichert und Karl H. Reichert. Suhrkamp: Frankfurt am Main 1994.]

Bezogen auf Structure and Theme fasst Church zusammen: „In den Romanen von James Joyce findet man eine psychologische Struktur, die auf dem Viconischen System basiert und außerhalb der Werke liegt, aber von Joyce so geformt und neu gestaltet wurde, dass sie zu einem inneren Muster der Entwicklung seiner Protagonisten wird, beginnend mit dem Alter, in dem die Eltern dominieren, übergehend in die Pubertät und ihre Anpassungen, dann zur Reife und zu einer Rolle in der Gesellschaft, bis hin zu einem einschlagenden Blitz, wo man wie ein Phönix aus der Asche aufsteigen muss, um neu zu beginnen, »ein Commodius Vicus der Rezirkulation«“ (orig.: „In the novels of James Joyce, we find a psychological patterning, based on the Viconian system, exterior to the works but molded and redesigned by Joyce so that it becomes an interior pattern of the development of his protagonists, beginning with the age when parents dominate, moving to adolescence and its adjustments, then to maturity and a role in society, until lightning strikes and one must phoenix-like rise from ashes to begin anew, “a commodius vicus of recirculation“ (S. 185).

Die hier skizzierte Problematik schöpft weder das polemische noch das wissenschaftliche Potenzial der Frage „Wie viel Don Quixote steckt in Lew Nikolajewitsch Myschkin und in Leopold Bloom?“ aus und sollte hier als erste Anregung zu einer vertieften, gründlichen, komparatistischen Quellenforschung gelesen werden. Aber wen interessiert das schon außer ein paar besessene Anbeter?! 😉

Um es mit – wiederum – einem polnischen Schriftsteller abzuschließen, der u.a. durch sein Ferdydurke bekannt wurde und woraus auch folgender Zitat stammt:

„Schluss und Punktum!
Wer es las, der ist dumm!“

pozdrawiam
wiadomo kto 😉

Wygięcie jaszczurki

Autor, którego w zeszłym tygodniu zaprezentowałam z codzinnie zapisywaną ręcznie modlitwą, znalazł w kaligrafii pewną krzywą, która, jak mi się wydaje, zbliża go (nas?) do kosmicznej doskonałości. Krzywa ta pojawia się w przyrodzie, w różnych miejscach, na przykład w wygięciu jaszczczurki. Ale nie tylko. Autor odtwarza ją w ogrodzie. Ale nie tylko.

Foto: Ela Kargol & Krystyna Koziewicz

Sam autor napisał o tym tak:

Kierując się wskazówką, że jak coś się robi, należy czynić to konsekwentnie, ćwiczę się w gibkiej linii jaszczurki zwinki. Ornamenty układają się w model z regularnych wzorów. Powstaje taki kieszonkowy kosmos na własny użytek.
Gleicher Text für die deutschen Kameraden:
Einem Hinweis folgend, wenn man etwas macht, sollte man es konsequent tun, übe ich mich in dem Schwung der Linie einer Eidechse. Die Ornamente reihen sich zu einem Modell der regulären Muster zusammen. Es entsteht so ein Kosmos im Taschenformat für eigenen Bedarf.
Foto: Autor

 

Nigdy więcej i again

Komunikat Stowarzyszenia ‘NIGDY WIĘCEJ’

Stowarzyszenie ‘NIGDY WIĘCEJ’ zostało partnerem wystawy malarstwa pt. ‘Again’ Ryszarda Szozdy, którą będzie można oglądać w galerii sztuki współczesnej Nanazenit w Warszawie.

W obozie koncentracyjnym Dachau wzniesiono w 1968 roku pomnik Narodów, na którym – jako przestrogę – w pięciu językach umieszczono napis ‘Nigdy więcej’. W tym samym roku siły zbrojne USA w Wietnamie osiągnęły 549 tysięcy żołnierzy, zastrzelono Martina Luthera Kinga, a w całych Stanach wybuchły zamieszki rasowe. W Polsce rozpoczęto antysemicką nagonkę, a Praską Wiosnę spacyfikowano czołgami. W wojnie pomiędzy Nigerią i Biafrą giną 3 miliony cywilów.

‘Again’ dokumentuje historię przemocy. Wystawa jak rollercoaster wiezie nas przez zamieszki i egzekucje, jest w bajkach i filmowych zapisach z wojskowych dronów. Obecna wszędzie przemoc oślepia – w końcu przestajemy ją widzieć, akceptujemy ją i kapitulujemy. Cykl zamyka się – jesteśmy skazani na wieczne ‘Again’.

Dzięki uprzejmości noblistki Olgi Tokarczuk, jako uzupełnienie do malarstwa Szozdy, na wystawie pojawi się fragment mowy noblowskiej pod tytułem ‘Czuły narrator’.

Wernisaż odbędzie się 27 czerwca o godzinie 18, a wystawę będzie można zwiedzać od 25 czerwca do 14 sierpnia 2020 (adres galerii Nanazenit: ul. Zwycięzców 15 w Warszawie).

Ryszard Szozda – urodzony w 1976 roku w Krakowie. Mieszka i pracuje w Warszawie. Absolwent Wydziału Grafiki Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie w 2001 roku. W latach 1999-2000 studiował na Wydziale Fotografii Uniwersytetu Duisburg-Essen w Niemczech. Do 2007 roku zajmował się przeważnie grafiką i fotografią, od 2012 skoncentrował się na malarstwie. W swoich pracach eksploruje tematy związane z symboliczną przemocą, zagrożeniem rasizmem i wojną obecną we współczesnej ikonosferze. Autor projektów: ‘Sig Sauer’ i ‘Wiza Amerykańska’ w 2000 roku w Galerii Otwartej prowadzonej przez Rafała Bujnowskiego i Wilhelma Sasnala. Współtwórca i reżyser filmu dokumentalnego ‘Don’t pay me’ o negacji konwencjonalnego priorytetu gromadzenia pieniędzy i dóbr. Współredaktor audycji ‘Ptaki i ornitolodzy’ o sztuce współczesnej w internetowym projekcie radiowym Radio Głosy. Autor wielkoformatowych obrazów do przedstawienia ‘Zew Cthulhu’ w reżyserii Michała Borczucha w Teatrze Nowym w Warszawie w 2017. Laureat nagrody głównej Arte Laguna Prize 2019 w Wenecji.

Stowarzyszenie ‘NIGDY WIĘCEJ’ jest założoną w 1996 roku niezależną, apolityczną organizacją ekspercką, która monitoruje zdarzenia na tle ksenofobicznym. Prowadzi również kampanie społeczne, m.in. ‘Muzyka Przeciwko Rasizmowi’ i ‘Wykopmy Rasizm ze Stadionów’.‎

Więcej informacji:
www.nigdywiecej.org
www.facebook.com/Respect.Diversity
www.twitter.com/StowNIGDYWIECEJ

Galeria sztuki współczesnej Nanazenit: http://nanazenit.pl

 

 

 

XXX

Kicia Kocia wiersze pierwsze

Wszyscy oczywiście wiedzą, że Kicia Kocia Rysia zniknęła. Zniknęła w dzień urodzin syna (mojego, ona syna nie ma), a odnalazła się w Bloomsday. Obie daty dla Kici Koci bez znaczenia, ale dla innych, Autorów i Czytelników – znaczące. Kici nie było 19 dni. Znalazłam Kicię na ulicy. Znawcy twierdzą, że zdarzyło się tak, bo Kicia postanowiła, że da się znaleźć.

Bazyli Kellersdorf-Szałas (z żoną Anną Szałas)*

kicia kocia, mała psocia
pogubiła się na dachu
na dół zlazła, gdzieś polazła
tracąc z oczu locus gmachu

pańcia owej kiciej koci
bardzo zgubą się martwiła
i by kiciej dać, co kocie
jęła sypać karmę w milach

tak – naprawdę! całe szlaki
mniamkich kici-chrupków poszły
od okiennic domu Ewy
aż do den Haweli, Szprewy

był to wytrych czarownicy
wyszukany z ksiąg pradawnych
na to, jak namierzyć zwierza
który cni się do kobierza

prawdą jest, że inne miałczki
też poczuły się wezwane
i ruszyły, niczym tanem
w matnię kicio-kociej matki

taka oto liczna rajza
jęła wlewać się oknami
rzeka puchu – się zdawało
ranty ciał niknęły w fali

Ewa ledwo dech łapała
pod ciężarem spasłych maści
co, choć w drodze żarła miały
miast wdzięczności – “nachschlag!” piały

jedna tylko jakaś kicia
czyżby kocia? niemożebne
ale tylko jedna ona
w czas, gdy karmicielka kona

cicho siedzi na dywanie
“czy tej Pani coś się stanie?
pewnie tylko sobie leży
uliczników chce opierzyć!
może zrobi dywan nowy…
w każdym razie – problem z głowy”

Rysia! – pańcia ją poznała
i w te pędy się zerwała
siłą jakąś z innych światów
zdjęła z pleców puchu napór

biegnie, klęka i przytula
kipi szczęściem do kocura
a ten nieugięty stoik
niewzruszeniem wzrusza swoim 🙂


* Wiersz o Kici Koci Rysi przyszedł jako pierwszy, potem pojawiły się rozważania na temat pseudonimu.
Są bardzo śmieszne, dlatego je tu zacytuję w całości:

Muszę wymyślić pseudonim.
“Bazyli Kellersdorf-Szabas (z żoną Anną Szabas)”.
Albo Jan Rolnik.
Które lepsze?
A może Bazyli Kellersdorf-SzaŁas.
Połączenie dwóch światów.
Oczywiście z żoną, Anną SzaŁas.
Tak, to chyba będzie najlepsze.
Poproszę o pseudonim “Bazyli Kellersdorf-Szałas (z żoną Anną Szałas)”.
Żona w nawiasie, nie dlatego że gorsza, ale po prostu tylko robi korektę.
No i zachowała nazwisko panieńskie. Nie chciała być “Kellersdorfem”.
Za to mąż zdecydował się na dwuczłonowe.
Fajnie, z duchem czasu.
Myślę że nawet dobrze z nim wygląda, to znaczy dobrze się je czyta.
Jak Anna nie chce, to nie musi, nikt jej nie będzie zmuszał.

Prowincjonalne Theatrum Mundi 6

Stefan Andrzejewski

Jest wiosna 1988 roku. Trwają Miejskie Spotkania Teatralne, w których uczestniczą, jak co roku, uczniowie jedynego w mieście wojewódzkim liceum. Wśród nich szczególnie wyróżniają się słuchacze klasy humanistycznej. Wszak już na pierwszej lekcji języka polskiego, którą odbyli w murach tej szkoły, nauczycielka wmówiła im, że mają być elitą intelektualną swego miasta. A oni wzięli sobie te słowa głęboko do serca. Wielu z nich rozwija artystyczne ambicje. Do tego stopnia, że – może trochę na wyrost – kreują się na artystyczną bohemę swojego prowincjonalnego miasteczka.

Jak co roku repertuar Spotkań prezentuje się bardzo różnorodnie. Wśród zaproszonych zespołów teatralnych są zarówno przedstawiciele znanych scen warszawskich i krakowskich, jak też teatry prowincjonalne. Jedyne ograniczenie to niewielka i niedoposażona technicznie scena tutejszego domu kultury: nie posiadająca zapadni, nie dysponująca wystarczającą liczbą garderób i pomieszczeń technicznych. Trudno przeto wyobrazić sobie na deskach domu kultury monumentalne przedstawienie z kilkudziesięcioosobową obsadą czy z dużymi obrotowymi dekoracjami. Ale i tak, mimo ograniczeń, repertuar corocznych spotkań teatralnych daje mieszkańcom miasteczka możliwość obcowania z Wielką Sztuką, pozwala im zetknąć się ze znanymi w całym kraju artystami sceny.

W tym roku szczególne emocje wzbudza, oczekiwane niecierpliwie, przedstawienie warszawskiego Teatru Ochoty – zarówno ze względu na spektakl, jak i na jego obsadę. Ale także i sam teatr jest źródłem ekscytacji!

Teatr, założony na warszawskiej Ochocie przez Jana i Halinę Machulskich, to z jednej strony scena pod każdym względem profesjonalna, zaś z drugiej – przedsięwzięcie, można powiedzieć, rodzinne i spełniające specyficzną rolę. Małżeństwo Machulskich oddaje się bowiem pracy społecznej, propagując teatr poprzez prowadzenie ogniska teatralnego dla dzieci i organizowanie warsztatów artystycznych dla młodych talentów. Wielu późniejszych aktorów tej sceny to wychowankowie tych warsztatów. Niektórzy z nich nie ukończą nawet studiów aktorskich, zaś dla innych to właśnie ognisko artystyczne Państwa Machulskich będzie wstępem do nauki w profesjonalnych szkołach teatralnych.

Przedstawienie, którym Teatr Ochoty zaprezentuje się na Miejskich Spotkaniach Teatralnych, nie należy do łatwych ani przyjemnych. To adaptacja opowiadania Michaiła Bułhakowa zatytułowanego «Morfina»: opowieść o zmaganiach młodego, uzależnionego od narkotyków człowieka – morfinisty – jak nazywano ludzi dotkniętych tym nałogiem w epoce Bułhakowa. Smutna historia bez happy endu.

Niezależnie jednak od mrocznej i przygnębiającej tematyki mieszkańców prowincjonalnego miasteczka elektryzuje obsada spektaklu. Na scenie domu kultury pojawi się bowiem, miedzy innymi, sam dyrektor teatru: Jan Machulski. Nasza licealna młodzież zna go już z wielkiego ekranu, ze wspaniałej roli gangstera Kwinty, którą stworzył w filmach wyreżyserowanych przez swego syna: «Vabank» oraz «Vabank 2 czyli Riposta». W ponurych latach osiemdziesiątych to tytuły, które elektryzują publiczność w całym kraju.

Kolejnym artrystą, który gra w przedstawieniu, jest Zygmunt Kęstowicz. Nasi dzielni humaniści są już cokolwiek «za duzi», by oglądać programy dziecięce, mają przecież ambicję na sztukę przez wielkie «S». Jednak, choć głośno się do tego nie przyznają, w każdy piątek niemal wszyscy z nich zasiadają przed ekranem telewizora, by oglądać «Piątek z Pankracym». Dla nich Pan Zygmunt jest osobą bardzo bliską, niemalże domownikiem, którego spotyka się regularnie.

I wreszcie artystą, odgrywającym rolę głównego bohatera spektaklu – zniewolonego nałogiem Polakowa – jest, wówczas trzydziestokilkuletni i bardzo sławny, Tomasz Mędrzak. Dla młodzieży Anno Domini 1988, to ktoś, kogo trzy dekady później można byłoby określić mianem «idola». Dzielny Staś Tarkowski z ekranizacji «W pustyni i w puszczy», później także reporter «Świata Młodych». Któż z naszych licealistów nie czytał wtedy tej gazety! Jeśli nie od deski do deski, to przynajmniej zamieszczany na ostatniej stronie komiks w odcinkach o przygodach Tytusa, Romka i A’Tomka. No i oczywiście reportaże Stasia, czyli pana Tomka Mędrzaka.

Nieodłącznym elementem spotkań teatralnych jest możliwość rozmowy z artystami bezpośrednio po przedstawieniu. Każdego wieczoru, po skończonym spektaklu, publicznosć i twórcy udają się do jednej z sal domu kultury na spotkanie, kiedy pojawia się możliwość zadawania pytań, czy dyskusji na temat wystawionej sztuki. Są to rozmowy, które ciągna się długo, a są przy tym nieraz bardzo żywiołowe. Zdarza sie często, że twórcy przedstawienia muszą wysłuchać krytycznych uwag. A co, publiczność prowincjonalna też umie być wymagająca! I jeśli trzeba, potrafi skrytykować: a to grę aktorską, a to scenografię, oświetlenie czy opracowanie muzyczne. Niejeden już raz dostało się różnym artystom od naszej małomiasteczkowej publiki!

Uczniowie klasy humanistycznej oczekują więc niecierpliwie nie tylko samego przedstawienia, ale także spotkania po jego zakończeniu. W tyle głowy każdy piastuje pytanie: jacy są naprawdę ci nasi, znani z ekranu, artyści? To ludzie przystępni, czy też może rozkapryszone gwiazdy? Czy Jan Machulski jest tak samo błyskotliwy i dowcipny, jak kreowany przez niego Kwinto? Czy Pan Zygmunt Kęstowicz jest równie serdeczny i zawsze uśmiechniety, jak grany przez niego opiekun psa Pankracego? No i oczywiście dziewczyny zastanawiają się, czy Pan Tomasz Mędrzak, po zdjęciu kostiumu i zmyciu charakteryzacji, jest takim samym przystojniakiem jak na ekranie?

Dość powiedzieć, że «Przystojniak» swoją rolę zagrał fenomenalnie. Odtwarzany przez niego głód narkotykowy, z towarzyszącym mu bólem fizycznym, były bardzo sugestywne. Na spotkaniu zadano mu pytanie, jak przygotowywał się do tej roli i jak udało mu się tak realistycznie oddać przeżycia człowieka uzależnionego. Pan Tomasz bardzo szczerze opowiedział o chorobie wrzodowej żołądka, z którą zmaga się od lat, o atakach bólu, które pomogly mu zrozumieć – choćby w przybliżeniu – cierpienia narkomana pozbawionego morfiny.

To wyznanie młodego aktora uświadamia naszym licealistom, że za każdą twarzą, znaną im z celuloidowej taśmy czy rozkładówki młodzieżowego pisma, kryje się człowiek z krwi i kości, dzieje się jakaś utajona ludzka historia.

Tematyka przedstawienia nie nastraja do zbyt luźnej i niezobowiazującej atmosfery podczas spotkania. Ale wszystko zmienia się, gdy oficjalna część dobiega końca i każdy może podejść do aktorów, by zamienić z nimi parę słow, lub poprosić o autograf. Ci, którym trema nie pozwalała zadać pytania publicznie, mogą to teraz uczynić w cztery oczy.

Pan Jan widząc, że otacza go chmara nastolatków i podlotków, uśmiecha się radośnie. Zaś błysk, który widać w jego oku, nie pozostawia żadnych wątpliwości: to człowiek, który kocha młodzież, a praca z nią jest jego prawdziwym powołaniem. Wiele lat później przyjaciel piszącego te słowa, aktor i absolwent łodzkiej «filmówki», student rocznika, którego opiekunem był Jan Machulski, potwierdzi to wrażenie autora.

Pan Tomasz również tryska serdecznością i nierażącym, niezmanierowanym luzem. Nie unika odpowiedzi na pytania o rolę Stasia, choć przecież zagrał ją wiele lat temu jako nastolatek, aktor jeszcze nieprofesjonalny. Choć ta rola trochę go zaszufladkowała na wiele późniejszych lat i miałby prawo unikać tego tematu, to jednak odpowiada na wszystkie pytania. Zdaje sobie przecież sprawę z faktu, że – chcąc nie chcąc – Staś Tarkowski i Tomasz Mędrzak bedą przez wiele dziesięcioleci stanowić nierozłączną parę.

Pan Zygmunt z kolei sam zbliża się do grupki onieśmielonej nieco młodzieży, wśród której znajduje się akurat piszący te słowa. Podchodzi z tym samym, co na ekranie, serdecznym i ciepłym uśmiechem. Zagaja rozmowę:
– Czy wiecie, że ja pierwszy raz byłem w waszym mieście w 1947 roku, z przedstawieniem teatru Ludowego Wojska Polskiego, w którym zaczynałem jako aktor?

Po czym rozpoczyna barwną opowieść o tym, jak zapamiętał nasze miasteczko z lat powojennych. Zadziwia nas jego fenomenalna pamięć, wszak jako aktor grający przedstawienia wyjazdowe, musiał takich – podobnych do naszego – miasteczek, przemierzyć setki w całym kraju! Ale daje się wyraźnie wyczuć, że to nie tylko efekt dobrej pamięci tego niezwykle miłego człowieka. To przede wszystkich otwartość, życzliwość wobec spotykanych ludzi i ciekawość świata.

Kiedy spotkanie z artystami dobiega końca, jest tak późno, że w domu kultury zostaje już tylko sprzątaczka, myjąca korytarze przed kolejnym dniem spotkań teatralnych. Z budynku wychodzą więc razem, jedynym pozostawionym jeszcze otwartym wyjściem, artyści i publiczność. Na widok pani myjącej podłogę, Pan Zygmunt podbiega do niej i szarmancko całuje ją w obie dłonie.

Pani protestuje:
– Nie trzeba, mam mokre ręce, dopiero co wyżymałam ścierkę!
– Nic nie szkodzi – odpowiada Pan Zygmunt – w imieniu całej ekipy chciałem podziękować za wspaniałe przyjęcie w waszym domu kultury. I życzę Pani dobrej nocy!

Jakże piękna to była lekcja kultury osobistej dla naszych licealistów w wykonaniu aktora «starej daty», który potrafił okazać szacunek wobec każdego. Stara, dobra, wileńska szkoła!

*

W chwili gdy autor pisze te słowa, nie ma już wśród nas Jana Machulskiego. Pozostały jego wspaniałe role, ale także wiele roczników polskich aktorów, którzy mieli szczęście spotkać go jako pedagoga: czy to w łódzkiej filmówce, czy też w studium przy teatrze Ochoty.

Pan Tomasz Mędrzak, po sukcesach filmu «W pustyni i w puszczy» oraz serialu «Dom», zniknął z małego i wielkiego ekranu. Ale oddał się z całą pasją pracy teatralnej. Nie tylko przez jakiś czas dyrektorował Teatrowi Ochoty, ale wciąż reżyseruje w nim wiele przedstawień: od lat wierny swojemu teatralnemu matecznikowi, stara się jak najlepiej kontynuować dzieło państwa Machulskich.

Na grobie Pana Zygmunta Kęstowicza na warszawskich Powązkach wyryto napis: «Kawaler Orderu Uśmiechu. Przyjaciel dzieci. Założyciel ośrodka Dać Szansę w Białymstoku, dla dzieci upośledzonych umysłowo».
Jego wielkie role – filmowe, serialowe i teatralne – pozostaną na zawsze w pamięci widzów. Ale ci, którzy pielęgnują pamięć o nim, postanowili na jego epitafium uwiecznić inne dokonania, zapewne dla niego samego o wiele ważniejsze, niż aktorska sława.

Piszący te słowa, spotkawszy go przed laty podczas bardzo krótkiej, ale serdecznej rozmowy z młodymi ludźmi, może tylko dać świadectwo – a świadectwo jego jest prawdziwe – że był to Wspaniały Człowiek. Przyjaciel dzieci. Przyjaciel ludzi.

Z wolnej stopy 1

Zbigniew Milewicz

Powstanie bokserów

Jak i po co powstał koronawirus? Teorii na ten temat, w tym spiskowych, jest już tyle, że jedna więcej nie zaszkodzi. Kiedy więc niedawno usłyszałem w radiu, że właśnie mija 120 rocznica wybuchu Powstania Bokserów w Chinach, które miało przepędzić stamtąd europejskich kolonialistów, ale zostało stłumione, to wymyśliłem sobie, że covid-19 jest zemstą za tamtą niedokończoną robotę. Chińczyk jest cierpliwy i z zemstą potrafi czasem długo czekać. Produkując wirusa sam się zaraził, ale szybko się z tego wykaraskał, i teraz śmieje się całemu światu w oczy, patrząc jak ten wije się jeszcze w chorobie i biedzie. Już sama nazwa powstania zastanawia. Wyobraziłem sobie Michalczewskiego, Adamka i Gołotę, jak na czele tłumu atletów idą na Belweder i dają czadu w imię sprawiedliwości, tylko w Chinach to wyglądało serio i zupełnie inaczej.

Państwem Środka od połowy XVII wieku rządziła obca, mandżurska dynastia Qing. Jak to często z władzą bywa, początkowo była bardzo kreatywna i ekspansywna, na północy włączyła do imperium tereny za rzekami Amur i Ussuri, podbito Mongolię, a na zachodzie granice wyszły poza góry Tien-Szan i cesarstwo Tybetu. Podporządkowano również politycznie Koreę. Zasięg imperium był największy w jego historii, jednak w końcu XVIII wieku zapanowała stagnacja, a niezmieniane od stuleci struktury polityczne, społeczne i gospodarcze można było włożyć tylko do lamusa. W XIX wieku były więc Chiny państwem wielkim terytorialnie i liczebnie, ale w porównaniu z krajami zachodnimi słabym gospodarczo i militarnie, czego skutkiem były przegrane wojny, m.in. z Wielką Brytanią i Francją. Jednocześnie imperium przeżywało ogromne problemy wewnętrzne; zacofanie chińskiej gospodarki (ciągle opartej na pracy setek tysięcy małych, niezmechanizowanych warsztatów rzemieślniczych) i społeczna bieda szły w parze z ogromną korupcją aparatu urzędniczego, co skutkowało coraz śmielszymi buntami poddanych, domagających się poprawy swojej doli. Największy z nich, powstanie tajpingów (1851–1864), miało wyraźny antyfeudalny oraz egalitarny charakter i niemal obaliło władzę pięciu milionów Mandżurów nad 400 milionami Chińczyków. Bunt został wprawdzie stłumiony przy pomocy armii mocarstw europejskich, ale przyszło za nią drogo zapłacić.

Za interwencję narzucono Państwu Środka niekorzystne traktaty, głównie o charakterze handlowym, które dzieliły jego tereny przybrzeżne na strefy wpływu państw kolonialnych, zainteresowanych eksploatacją chińskich bogactw naturalnych i handlem. Do Europy płynęły statki z drogocenną herbatą, jedwabiem, porcelaną i ryżem, zaś do Chin głównie z używkami, takimi jak opium, które Brytyjczycy sprowadzali ze swoich indyjskich kolonii.

Na mocy tych traktatów cudzoziemcy, nazywani przez Chińczyków „zamorskimi diabłami”, uzyskiwali rozliczne przywileje, takie jak np. ograniczenie ceł. Na wybrzeżu chińskim zaczęły powstawać eksterytorialne osady dla Europejczyków, w wielu ośrodkach, np. w Szanghaju, budowano istne miasta w mieście, zamieszkane przez tysiące białych osadników, posiadających własne szkoły, policję, firmy i urzędy. Przybyszów obowiązywały także inne, sprzyjające im przepisy prawne. Na domiar złego wybuchł militarny konflikt z Japonią (1894–1895), krajem sprzymierzonym z Zachodem, który do tej pory traktowany był w Pekinie jako młodszy brat lub uczeń, i Chiny tę wojnę z wielkim wstydem przegrały. Utraciły wtedy między innymi Tajwan i wpływy w Korei oraz musiały zapłacić wysoką kontrybucję. Szok wywołany klęską spowodował pragnienie zmian. Niestety młody reformator, pro japoński cesarz Guanxu, autor tzw. reformy stu dni, został zastopowany przez konserwatywną arystokrację mandżurską i odsunięty od tronu. Faktyczna władza pozostała w ręku jego ciotki, cesarzowej-wdowy Cixi, rządzącej faktycznie Chinami niemal przez pół wieku (1861–1908).

Cixi nie rozwiązała żadnego problemu Chin, toteż dwa lata później, w 1900 roku wybuchło tzw. powstanie bokserów. Organizatorzy powstania pochodzili z chińskiej, tajnej organizacji o nazwie Yihequan, “Pięść w imię sprawiedliwości i pokoju” (brzmi jakoś znajomo, prawda?). Była to jedna z grup wywodzących się z antymandżurskiego Stowarzyszenia Białego Lotosu. Nazywano ich bokserami, ponieważ trenowali sztuki walki i przykładali wielką wagę do sprawności fizycznej, wierząc, że silne ciało pozwoli im zdzierżyć wystrzelone pociski. Praktykowali oni także rozmaite techniki szamańskie, przed walką wprowadzając się w mistyczny trans. Kiedy pod koniec XIX wieku Chiny nawiedził szereg klęsk żywiołowych, takich, jak dwuletnia susza, kiedy wystąpiła z brzegów Żółta Rzeka, prorocy różnych buddyjskich i taoistycznych sekt uznali, że winni temu są cudzoziemcy, którzy zakłócili istniejącą harmonię natury, budując koleje żelazne i otwierając kopalnie. Klęski te spowodowały wielki wzrost przestępczości i chłopi w obawie przed rabusiami napadającymi na wioski, powierzali swoją obronę tajnym stowarzyszeniom, takim właśnie, jak Yihequan. Byli więc także gotowi na ich rozkaz chwycić za broń i dołączyć do powstania. Pierwsze rozruchy miały miejsce w prowincji Shandong, gdzie znajdowały się niemieckie koncesje. Mieli poparcie gubernatora Yuxiana i znacznej części lokalnych arystokratów, pragnących tego samego, co powstańcy, a więc wypędzenia z Chin wszystkich cudzoziemców. Aby tego dokonać, antymandżurska opozycja musiałaby przejść najpierw na stronę pekińskiego dworu, co z czasem stało się realne, bo cel jak wiadomo uświęca środki i łączy starych wrogów przeciw nowemu, choćby tylko na chwilę.

W listopadzie 1899 roku, pod naciskiem zagranicznych posłów, Yuxian został odwołany ze stanowiska, a w Shandongu pojawiła się chińska armia z rozkazem stłumienia rebelii. Gubernator wraz z oddziałami Yihequanów zdołał się jednak wycofać do innej prowincji. Po drodze do buntowników dołączali okoliczni chłopi, rzemieślnicy i biedota, co pozwoliło ostatecznie sformować ponad 100-tysięczne, regularne oddziały. Pod koniec maja 1900 roku ich pierwsze oddziały pojawiły się w okolicach Pekinu. Zaniepokojeni tym przedstawiciele mocarstw kolonialnych zaczęli wzmacniać obronę ambasad w stolicy; pod koniec maja dotarły posiłki, w tym grupa żołnierzy japońskich. Również Rosjanie rozpoczęli marsz w kierunku Pekinu, zajmując po drodze wiele miast w Mandżurii, z której później nie dało się już ich usunąć. 3 czerwca powstańcy przerwali linię kolejową z Tianjinu, zatrzymując kolejne posiłki. Na wezwanie z Pekinu, stacjonujące u chińskich wybrzeży cudzoziemskie oddziały połączyły się i w sile 2100 żołnierzy, pod dowództwem admirała Edwarda Seymoura, ruszyły na stolicę. Sprzymierzyły się również siły przeciwnika, oddziały cesarskie i bokserów wyruszyły wspólnie na spotkanie Seymourowi i pokonały go w bitwie pod Langfang. 19 czerwca interwenci, porzucając większość ciężkiego wyposażenia, zawrócili do Tianjinu.

Od dwóch dni wyjęci spod prawa powstańcy, na mocy dekretu cesarzowej Cixi, mieli urzędowy status chińskiej milicji i nazywali się odtąd Stowarzyszenie w imię sprawiedliwości i pokoju, czyli ze starej nazwy tylko pięść poszła w zapomnienie. Pięść może kojarzyć się z gwałtem, a stowarzyszenie przywodzi na myśl harmonię oraz ład i bardziej przystoi milicji. Zwycięstwo nad oddziałami Seymoura wywołało falę entuzjazmu w całych Chinach, więc kiedy na dwór cesarski dotarła wiadomość, że wojska kolonialne opanowały strategicznie ważne forty Dagu, Cixi wydała armii rozkaz ataku na broniącą się przed bokserami dzielnicę poselską.

Tego samego dnia, 19 czerwca, rząd nakazał cudzoziemcom , aby opuścili Pekin w ciągu 24 godzin. Rankiem następnego dnia bokserzy zastrzelili niemieckiego posła Clemensa von Ketteler, który zmierzał do ministerstwa spraw zagranicznych z oficjalną skargą. Mimo przedłużenia ultimatum o następną dobę, jeszcze tego samego dnia oddziały chińskie rozpoczęły ostrzał dzielnicy ambasad. 21 czerwca dwór Qingów poczuł się na tyle silny, że wypowiedział oficjalnie wojnę wszystkim ośmiu pastwom , które kolonizowały Chiny: Niemcom, Japonii, Rosji, Wielkiej Brytanii, Stanom Zjednoczonym, Francji, Włochom i Austro-Węgrom. Do rządów poszczególnych prowincji przesłano dekrety nakazujące wymordowanie wszystkich cudzoziemców, a oddziałom bokserskim dano wolną rękę w łupieniu nabrzeżnych koncesji. Za dostarczenie żywego cudzoziemca cesarzowa wyznaczyła nagrody: 50 taeli za mężczyznę, 40 za kobietę i 30 za dziecko. W odpowiedzi na oblężenie swoich ambasad mocarstwa zawiązały koalicję i podjęły decyzję o zbrojnej interwencji, ale zanim ta ruszyła minęło kolejne osiem tygodni.

Przez dwa miesiące 43 obrońców dzielnicy poselskiej bohatersko i skutecznie odpierało ataki bokserów, chroniły ich grube mury, dobra taktyka walk i reglamentacja żywności (na koniec do zjedzenia mieli już tylko kucyki wyścigowe) oraz nieustająca wiara szturmujących w magię, która chroni od kul… Bronili blisko tysiąca cywili i żołnierzy korpusów cudzoziemskich oraz trzech tysięcy chińskich chrześcijan, którzy znaleźli tutaj schronienie. Głównie przeciw chrześcijanom szło bowiem to powstanie, przeciw misjonarzom i misjonarkom, masowo przyjeżdżającym do Niebiańskiego Cesarstwa łowić dusze oraz chińskim neofitom. Ci ostatni budzili w bokserach szczególną odrazę, gdyż nie praktykowali kultu przodków, nie posiadali konkubin, nie pracowali w niedzielę i nie mogli krępować swoim córkom stóp. Ponadto mieli status uprzywilejowanych, gdyż podlegali łagodniejszym przepisom prawnym, obowiązującym cudzoziemców, a więc jednocześnie stanowili obiekt zazdrości. Szacuje się, że w czasie powstania zamordowano około 240 misjonarzy i misjonarek, 30 tysięcy chińskich chrześcijan oraz 10 tysięcy cudzoziemców, którzy nie byli związani z kościołem.

Na odsiecz obrońcom pekińskich ambasad wyruszył korpus pod dowództwem Niemca, feldmarszałka Alfreda von Waldersee. Żegnając żołnierzy cesarz Wilhelm II Hohenzollern wygłosił swoją osławioną huńską mowę. Powiedział:

Tępić bez pardonu, nie brać jeńców, kto wpadł wam w ręce, niech ginie. Podobnie jak tysiąc lat temu Hunowie zdobyli sławę pod przywództwem swojego króla Attyli (…) tak niech zapisze się dzięki wam na tysiące lat w Chinach imię Niemców w taki sposób, żeby nigdy żaden Chińczyk nie odważył się chociażby krzywo spojrzeć na Niemca.

14 lipca 1900 roku wojska interwencyjne wylądowały w Tianjinie, odblokowując jednocześnie tamtejszą koncesję z miesięcznego oblężenia. Po spaleniu miasta dwudziestotysięczny korpus, składający się z żołnierzy japońskich, rosyjskich, amerykańskich, brytyjskich i francuskich, ruszył na Pekin. Chińczycy nie stawiali zorganizowanego oporu, wielu kluczowych dowódców qingowskich popełniło samobójstwo. Interwenci wkroczyli do Pekinu 14 sierpnia. Rozpoczęły się grabieże i gwałty, splądrowano m.in. Zakazane Miasto. Cesarzowa Cixi wraz z dworem zdołała uciec do Xi’anu. Zdobycie stolicy oznaczało faktyczny koniec powstania; opór był znikomy – w czasie marszu wojsk interwencyjnych całe wsie i dzielnice miast poddawały się bez walki, nie stawiając jakiegokolwiek oporu. Jednocześnie fanatyczni członkowie oddziałów Yihequan bronili się zaciekle do śmierci, wzbudzając zdumienie cudzoziemców. Powstanie zdołało objąć jedynie obszar północno-wschodnich Chin, ale karę za nie zapłaciło całe imperium.

Zgodnie z tzw. protokołem końcowym, panujący reżim zobowiązał się do wypłacenia interwentom w ciągu 39 lat gigantycznej kontrybucji, wartości 330 miliardów dolarów oraz do zamrożenia na dwa lata zakupów broni. Gospodarka chińska jeszcze bardziej uzależniła się od zachodnich mocarstw, stracono Mandżurię na rzecz Rosji, jedynym dobrym następstwem klęski było to, że rząd w Pekinie wziął się wreszcie za reformy. Dzięki nim m.in. zaczęto budować nowoczesną armię i system szkolnictwa oraz podjęto próby uzdrowienia aparatu urzędniczego, choć dni monarchii były już policzone. W 1911 roku przyszedł czas na republikę.

Francuski rysunek przedstawiający kolonialnych władców, dzielących tort w postaci Chin, 1898 rok (rys. Henri Meyer, domena publiczna)

Żołnierze bokserów (1900)

Starcie między bokserami i oddziałami angielsko-japońskimi.


Pisząc ten materiał, korzystałem z pracy Wojciecha Tomaszewskiego – Rewolucja Xinhai i upadek chińskiego cesarstwa oraz Wikipedii.

Wiersze gorszego sortu

Roman Brodowski

Polska To – My

Odnalazłem się wczoraj
Niby w domu a bezdomny
Odarty z wolności słowa
Zdobytej dramatem niemych ust
Ojczyźnianego aktu „Jestem“
Przytuliłem matczyny płacz

Tak niedawno szliśmy „My“
(Nie oni, tamci, inni, ale „My“)
Ciernistym żywotem ojców
Do ziemi wielobarwia Dusz
Szliśmy po nowy lepszy los
Dla dzieci, wnuków… “Nam”

W końcu doszliśmy zmęczeni,
Silni mocą polskiej wspólnoty
Nad brzeg rzeki zakrzepłej krwi
Płynącej losem przodków naszych
Do chłodnych ruin pustego gniazda
Do kolejnej szansy naszego “Być”

To gniazdo ponownie odzyskało blask
Powstało niby z zmartwychwstania
Z tradycji kultur, z wiar, z przekonań
Z szacunku innym z tolerancji
Polskiej Rzeczy jakże nam Pospolitej
Z żywej historii wielobarwna w “nas ”

Dziś ta mozaika wspólne dzieło
Obraz Ojczyzny dumnej i trwałej
Ta nasza jedność “My Nam i w Nas”,
Po raz kolejny w fekaliach tonie
W poklasku, w tanim populizmie
W faszyzmie w dyktatorskim “ja”

Nie dajmy więcej się podzielić
Z różnego ciasta może powstać chleb
Tęcza jest ponoć znakiem z nieba
Bożym przymierzem z ludzkim rodem
Nie ze mną, z Toba, lecz nie z nim…
Obudź się Polsko jednym sortem.

Sortem, co zwie się – “Jedność, My ”

W mojej kolekcji

Wczoraj kupiłem
Czyjeś sumienie
Za bezcen
Leżało przecenione
W starym koszu
A na nim napis
Towar przeterminowany

Zbędny przedmiot
Pomyślałem
Wkładając nabytek
Do starego plecaka.
Z zapałem zbieram
Zużyte wartości
Człowieczego “wczoraj”

W mojej kolekcji
Mam ich wiele.
Zagubioną prawdę
Namiastkę empatii
Zużytą tolerancję
I młodzieńczą życzliwość
Do rozdania

Nikt jednak nie chce.
Dziwny świat z lamusa
Jakże już niemodny
Komu potrzebna
Ludzka słabość
Minionej epoki…
Nadszedł “lepszy” Dla “silnych” czas

09.11.2019

Nadzieja odchodzi ze mną

Odnalazłem pożółkłą
Obleczoną w przeszłość
Pamięć zapisaną
Młodzieńczym tekstem

Usłyszałem siebie
W nocnym seansie
Niemego kina snów
Podczas pierwszego – ach!

Kilka prostych rymów
W intymności serca,
Romantyczne kocham
Pachnącej ekstazy

Dziś znów imię miłości
Powróciło tęsknotą
Wnętrze płacze cicho…
Mefisto – dlaczego?

A Ona wiernie czeka
W mroku przemijania
Moja wielka… no właśnie
Zegar wybija kolejny rok

Nadzieja?

22.03.2020

Przyrzeczenie

Obiecałem Ojczyźnie i sobie
Że się w nowym roku zmienię
Bo i szronu przybyło na głowie
I społecznie mniejsze przyzwolenie.

Dziś po latach walki z PiS dyktatem
Walki w sprawie polskiej Konstytucji
Zrozumiałem czego chce nasz naród
Kasy, wódy, politycznej prostytucji…

Znów historia zatoczyła koło
Kiedyś były “Bar” i “Targowica”
A obecnie? – sorty – lepszy, gorszy
Władza PiS-u, dyktator, ulica.

Niepotrzebne są moim rodakom
Praworządność, jedność, demokracja
Dla nich ważne są treści z ambony,
Polityka dyktatu, populizm, dewiacja.

Żal mi naszej polskiej tożsamości,
Krwi ofiary przodków naszych…
Dziś historię nową pisze PiS-u władza
Dumnie kroczy nacjonalizm, faszyzm

Obiecałem Ojczyźnie i sobie
Że się w nowym roku zmienię
Gaśnie we mnie dusza romantyka
Pozostają gorycz i … łzawienie.

15.02.2020

Mojej Liluszce

Moja Żoneczka jak przed laty
Gdy ją ujrzałem po raz pierwszy
Uśmiechem kusi mnie codziennie
Więc nie żałuję dla niej wierszy.

Z ochotą biorę pióro w dłonie
W myślach przytulam mą Liluszkę
I piszę strofy, tylko dla niej
Bo ona jest mym dobrym duszkiem

Ona jest mamą mej córeczki
Płomykiem ciemnej duszy mojej
Jest tym kto sens nakreśla życia
Mojego życia… za nas troje.

Chociaż nie zawsze świeci słońce
Czasami wieje wiatr mi w oczy
To wiem że “jutro” będzie lepsze
Bo ona śmiało przy mnie kroczy.

Moja Liluszka jak przed laty,
Gdy ja ujrzałem po raz pierwszy,
Niezmienna treścią swoich uczuć
Miłością… wartą także wierszy.

13.04.2019

Z cyklu Apokryfy Broma

Apokryf XXXVIl

Wiatr znów nam
Wieje ze złej strony
Znów nie tę prawdę
W purpurze niesie
Zmienia się wiara
Ginie przeszłość
Nastał czas rządu
Dla nierządnych

Naród się ubrał
W czas pogardy
Ruszyła przed się
Myśl prostacza
Przewodnik powiódł
W otchłań bagien
Na horyzoncie
Widać strach

Dzwony na alarm
Biją żałośnie
Nikt nie chce słuchać
Ich wołania
Kupionym duszom
Dziwnie dobrze
A ja się boję
Wściekłość i żal

Dziś “dobra zmiana”
Jutro? Nie wiem
Nie wiem czy będzie
Dla nas jutro
Brunatny sztandar
Wciąż powiewa
I polskie krzyże
Na nich… Nikt

Na mojej starej
Polskiej ziemi
Jedność narodu
W błocie tonie
Nienawiść, kłamstwo
Płoną w ofierze
Nowemu Bogu
Smutny to dar

A ja wciąż szukam.

Listopad 2017 – 29. 04.2020

O jeden strach za dużo

O tym strachu
Co większy niż mój
Już powstały
Ballady i wiersze
Więc napiszę
Ja także
A niech tam
Nie ostatnim
Wszak będę
Nie pierwszym

Widać coś się
W przyrodzie zmieniło
Jakaś nowa
Zależność powstała…
Więc strach większy
Lub mniejszy
Jest teraz
W zależności
Od rozmiarów
Ciała

Nasz dyktator
Jest przecież
Niewielki
Nosi z sobą
Tę swoją drabinkę,
Więc go straszy….
Strachem Jego większym
Pożałujmy Jarka
Odrobinkę

Strachów mamy
W kraju dziś
Dostatek
Obrodziły latoś
Ponad miarę
Zaś strach
Sortu najlepszego,
Ten strach PiS-u
Jest ponad wymiarem

Ja nie równam
Tu mojego strachu
(Bo moj strach, strachem hołoty)
Z wielkim strachem
Jaśnie Kaczyńskiego
Jego strach jest Potężny
Wręcz złoty

Strachów mamy
W kraju dziś bez liku
Nikt nie może
Zaprzeczyć to fakt,
A kaczyści tworzą
Nam wciąż nowe
Więc empatii
Na kaczy strach
Brak

12.06.2020

Jezus czyli ten Idiota Don Kichot (Barataria)

Współczucie jest najważniejszym, a może jedynym prawem istnienia całej ludzkości.
Fiodor Dostojewski, Idiota, s. 256, przekład Jerzy Jędrzejewicz

Czułość jest najskromniejszą odmianą miłości.
Olga Tokarczuk, Wykład noblowski, str. 24

Ewa Maria Slaska

Prefiguracje i naśladownictwa

Czytam sobie tę książkę, Structure and Theme. “Don Quixote” to James Joyce Margaret Church, amerykańskiej literaturoznawczyni, ale, jak to w nauce anglosaskiej – piszącej przystępnie i zrozumiale. Church stawia tezę, że Don Kichot, pierwszy prawdziwy bohater powieściowy na świecie, był prefiguracją wszystkich ważnych, uniwersalnych bohaterów literackich. Z całą pewnością, twierdzi autorka, był wzorem księcia Lwa Nikołajewicza Myszkina, tego bożego pomyleńca, epileptyka, który ogląda świat oczami dziecka, widzi zatem, że król jest nagi.

No cóż, nie ma wyjścia, trzeba sięgnąć do Idioty, co jest właściwie całkiem interesującym zadaniem, bo nie czytałam tej książki ze 40 lat i oczywiście niewiele pamiętam. Albo nic. Oprócz tego, iż wiadomo było, że stłucze wazę. I stłukł.

Pewnego dnia książę pisze niespodziewanie liścik do swojej kuzynki, Agłai Jepanczyn.

Kiedyś zaszczyciła mnie Pani swoim zaufaniem. Może teraz Pani o mnie całkiem zapomniała. Jak się to mogło stać, że piszę do Pani? nie wiem: ale uczułem nieodparte pragnienie, żeby przypomnieć Pani o o sobie, właśnie Pani. Tak często wszystkie trzy panie były mi potrzebne, ale ze wszystkich trzech widziałem tylko Panią. Pani mi jest potrzebna, bardzo potrzebna. Nie mam nic do napisania o sobie, nic do opowiedzenia. Zresztą nie o to mi chodzi: strasznie bym chciał, żeby Pani była szczęśliwa. Czy Pani jest szczęśliwa? Tylko to chciałem Pani powiedzieć.

Brat pani ks. L. Myszkin.

Przeczytawszy ten króciutki i dosyć bezsensowny liścik. Agłaja nagle się zarumieniła i zamyśliła. Trudno by było odtworzyć bieg jej myśli. Między innymi spytała siebie: “Czy pokazać komukolwiek?” Było jej jakoś wstyd. Na koniec zresztą z drwiącymi i dziwnym uśmieszkiem wrzuciła liścik do swego stolika. Nazajutrz znowu go wyjęła i włożyła do grubej, oprawnej, z mocnym grzbietem książki (zawsze tak robiła ze swoimi papierami, żeby je w razie potrzeby móc szybko znaleźć). I dopiero po tygodniu przypadkiem spostrzegła, co to była za książka. Był to Don Kichot z La Manczy. Agłaja strasznie się uśmiała – nie wiedzieć czego.

Str. 212

Ale już kilka stron dalej Agłaja Jepanczyn potwierdzi i to w obecności wielu osób, w tym samego księcia, że i ona, i wielu innych widzą w nim uosobienie Don Kichota, a zarazem puszkinowskiego Biednego rycerza, który zresztą, co tu dużo gadać, jest Don Kichotem.

Aleksander Puszkin

Żył na świecie rycerz biedny
tłumaczył Julian Tuwim

Żył na świecie rycerz biedny,
Małomówny, prosty, twardy,
Z twarzy chmurny był i szpetny,
Duchem śmiały i otwarty.

Miał on kiedyś przywidzenie
Ponad rozum i pojęcie
I głębokie zachwycenie
Tkwiło w sercu i pamięci.

Od tej chwili duszą spłonął,
Na kobiety patrzeć przestał
I do żadnej, aż do zgonu,
Już się słowem nie odezwał.

Szyi szarfą nie okręcał,
Lecz różańcem, a przyłbica,
Gęstą kratą nasunięta,
Osłaniała jego lica.

Cudownemu wierny snowi,
Tchnąc miłością czystą, jasną,
A.M.D. na tarczy swojej
Rycerz krwią nakreślił własną.

I w pustyniach Palestyny,
Gdy po piasku i kamieniach
W bój pędzili paladyni,
Sławiąc damy swe z imienia,

– Lumen coeli! Sancta Rosa! –
Krzyczał dziki, opętany,
Gromem wpadał w bój i groza
Z nóg waliła muzułmany.

Gdy w rodzinne wrócił strony,
Wiódł surowe dni jak więzień,
Wciąż milczący, wciąż strapiony,
Aż samotnie zmarł w obłędzie.

Sceny z czasów rycerskich, 1835

Cóż, możnaby domniemywać, że książę uważany jest za Don Kichota dzięki owej, wynikającej z choroby, dziecinnej naiwności, jaką kieruje się w życiu, ale nie, bo na przykład na str. 313 jeden z bohaterów powieści, mówi, iż wszyscy wiedzą, że książę kieruje się w życiu rycerskimi poglądami co do obowiązków honoru i sumienia. O ile jednak książę sam kieruje się szlachetnością, to jednocześnie potrafi zrozumieć wszelkie ludzkie zachowania, każdą podłość, niegodziwość i słabość. Wszystko zrozumie, wyjaśni i wybaczy. Wdzi człowieka na wylot, i słowa, i czyny, i kłamstwa, i prawdę.

Zamiast niezwykłych przygód z owczarzami, pokutnikami i galernikami, księciu przydarzają się dziwaczne i niepojęte przygody z ludźmi, z których każdy chce go oszwabić lub wyśmiać, a prędzej czy później będzie zabiegał o jego przyjaźń, miłość i wybaczenie. Każda z tych historii kończy się podobnie: książę rozumie intencje szalbierza, wybacza je, ba, sam prosi o wybaczenie, robi to jednak niezręcznie, a może nawet wręcz obraźliwie i w końcu gotów jest za niezręczność tego przebaczenia zapłacić, przy czym te pieniądze są równie nierealne, co cięgi, jakie zbierają Don Kichot i Sancho Pansa. Jest to gruncie rzeczy ciągle ta sama opowieść, szkatułkowa i lustrzana. Renesansowa opowieść o przygodach ostatniego błędnego rycerza jest parodią traktowanych całkiem na poważnie średniowiecznych przygód króla Artura i jego rycerzy i powtarza się w Don Kichocie w kilkudziesięciu wersjach. Podobnie przygody księcia Lwa Nikołajewicza Myszkina w XIX-wiecznej Krainie Oszustów są wciąż i od nowa tą samą opowieścią, tylko że XIX-wieczni rozbójnicy zabijają plotkami, intrygami i machlojkami. Obu bohaterów dzieli 300 lat i… kobieta. Jest ona w renesansie zaledwie symboliczną figurą, w XIX wieku stanie się jednak złowrogą animą wszelkich poczynań. Jest młodą i piękną nierządnicą, prostytutką, kobietą lekkich obyczajów, utrzymanką, a jej siła polega na tym, że potrafi opanować nie tylko lubieżników, ale przede wszystkim – uczciwych, szlachetnych i inteligentnych mężczyzn. Andreas Leverkühn zostaje na całe życie zarażony syfilisem przez prostytutkę Esmeraldę hetaerę, Swann traci dziesięć lat życia dla Odetty, kobiety, którą każdy mógł mieć, ale która jego właśnie nie chciała. I nawet, jak to sam sceptycznie przyznaje, właściwie wcale mu się nie podobała. Rosa Fröhlich, czyli Błękitny Anioł doprowadza do upadku profesora Unrata. Szlachetny i naiwny książę Myszkin staje się ofiarą manipulacji ze strony Nastazji Filipowny, i tak dalej, i tak dalej…

Inne jest też uwikłanie księcia Myszkina w uczucia dwóch kobiet, tej jednej – dobrej i porządnej, acz złośliwej, i tj drugiej – nierządnicy i obłąkanej. Książe kocha je obie i obie traci. Obie kochają w nim to samo – dziecięcą uczciwość i szlachetność. Agłaja Jepanczyn uświadamia to sobie, czytając na głos, w salonie, przy ludziach wiersz Puszkina o biednym rycerzu. Nikt podczas tego pierwszego głośnego czytania nie uświadamia sobie, że to wiersz proroczy i że wszystko już zostało w nim powiedziane.

Gdy w rodzinne wrócił strony,
Wiódł surowe dni jak więzień,
Wciąż milczący, wciąż strapiony,
Aż samotnie zmarł w obłędzie.

Tak będzie i z księciem, który chory wyjedzie z powrotem do Szwajcarii i tam umrze.