Eutanazja i jak dalej?

Niemcy za eutanazją

Niemiecki Trybunał Konstytucyjny ogłosił w środę, 26 lutego: „Istnieje prawo do samostanowienia o własnej śmierci”.

Tekst za audycją radia Deutsche Welle z własnymi uzupełnieniami.

Niemiecki Federalny Trybunał Konstytucyjny w Karlsruhe orzekł, że wprowadzony w 2015 roku w Niemczech zakaz komercyjnego udzielania pomocy w samobójstwie jest niezgodny z niemiecką ustawą zasadniczą. Paragraf 217 Kodeksu Karnego został w roku 2015 przyjęty i natychmiast zaskarżony przez osoby oczekujące pomocy w dobrowolnej śmierci, organizacje zajmujące się umożliwianiem samobójstwa, a także lekarzy. Ci zwracali uwagę, że mogą zostać uznani za przestępców prowadząc niektóre postępowania w medycynie paliatywnej wobec nieuleczalnie chorych. Część z nich domagała się też prawa do udostępnienia chorym, w ściśle określonych przypadkach, preparatów powodujących śmierć.

Trzy dni temu sąd przyznał im rację:

Przewodniczący Trybunału, prof. Andreas Vosskuhle, argumentował, że istnieje prawo do samostanowienia o własnej śmierci. Obejmuje to także wolność wyboru co do odebrania sobie życia i skorzystania przy tym z pomocy innych. Paragraf 217 w dużej mierze to uniemożliwiał.

Uściślijmy – samobójstwo jako takie nie jest w Niemczech karalne, karze podlegała pomoc ze strony osób trzecich, lekarzy, instytucji niosących pomoc. Karze nie podlegała jedynie najbliższa rodzina ciężko chorych, która udzieliłaby takiej pomocy. Wspomaganie samobójstwa noszące znamiona działalności gospodarczej zagrożone jest w Niemczech karą grzywny albo pozbawienia wolności do 3 lat.

W Niemczech zakazana pozostaje aktywna pomoc w samobójstwie – na przykład zaaplikowanie nieuleczalnie chorej osobie zabójczej substancji. Traktowane jest to jak zabójstwo na żądanie. Osoba, która chce skończyć z własnym życiem, musi przyjąć substancję samodzielnie. Tym niemniej, zdaniem sędziów, i państwo, i społeczeństwo muszą zaakceptować indywidualną decyzję człowieka, który nie chce już żyć.

Przypomnijmy dla jasności, że już teraz, jeśli istniało podpisane i prawomocne oświadczenie woli pacjenta, lekarze mogli zrezygnować z dalszego leczenia osób śmiertelnie chorych, poprzestając tylko na stosowaniu medycyny paliatywnej.

Wyrok Trybunału w Karlsruhe ostro skrytykowały Kościoły katolicki i ewangelicki, co jest oczywiście zrozumiałe i zgodne z ich instytucjonalnym sumieniem. Podobnie jak w sprawie aborcji czy małżeństw nieheteronormatywnych Kościoły mają prawo, a nawet obowiązek protestowania w sprawach całkowicie niezgodnych z ich kodeksem. Tak dzieje się na całym świecie, również w Niemczech i w Polsce. Różnica pomiędzy oboma krajami jest TYLKO taka, że w Polsce protest Kościoła stanowi prawo świeckie, a w Niemczech nie. Tyle i TYLKO tyle. 

Badania wykazują, że większość Niemców popiera eutanazję w uzasadnionych wypadkach. Cztery z pięciu ankietowanych osób (81 procent) jest za tym, by pozwolić lekarzom na pomoc przy samobójstwie ciężko chorych osób. Oczywiście nadal podejmowanie decyzji wyrażającej zgodę na śmierć innej osoby pozostaje bardzo trudnym dylematem, z którym przychodzi się zetknąć nie tylko rodzinom osób chorych, starych i niedołężnych, ale i prawodawcy. Gdy pięć lat temu parlament niemiecki dyskutował na temat wprowadzenia paragrafu 2017 do Kodeksu Karnego, posłowie zwolnieni zostali z obowiązku głosowania zgodnie z interesem partii, którą reprezentują – mogli zatem głosować w zgodzie z własnym sumieniem. I zagłosowali w obronie życia za wszelką cenę. Teraz TK zadecydował za nich, stawiając indywidualne prawo człowieka do decydowania o swoim życiu PONAD przekonaniami ogółu.

Oczywiście nie oznacza to, że od teraz społeczeństwo niemieckie będzie zmuszało ludzi do samobójstwa, a jak sądzę tak właśnie zostanie to prawo zinterpretowane w Polsce. Podobnie jak prawo do aborcji nie zmusza kobiet do usuwania ciąży, ani nie zachęca instytucji państwowych i społecznych, by ją promowały, a wychowanie seksualne dzieci nie skłania ani tym bardziej nie zmusza do uprawiania seksu, tak prawo do udzielania pomocy w popełnieniu samobójstwa nie oznacza, że za chwilę będziemy mogli umierać na własne życzenie, kupując ampułkę z trucizną w kiosku na rogu.

Oznacza to jednak, że działające w Niemczech organizacje pomocy nieuleczalnie chorym będą działały legalnie, tak jak to ma miejsce w Szwajcarii. Przypuszcza się też, że podobnie jak w przypadku aborcji, przepisy wykonawcze zażądają przymusowego poradnictwa medycznego i psychologicznego. Ale nie wolno już nikomu zakazać udzielania choremu pomocy.

Prezydent Trybunału wyraził to jasno. “Gdy chory podejmuje decyzję, że chce umrzeć, możemy próbować go przekonać, ale ostatecznie musimy uznać jego wolne prawo do decydowania o sobie.”

Fantastyczna decyzja. Dzięki TK!


Dodam jeszcze, że w sprawie prawa do samobójstwa wykazuję zdumiewającą wręcz stałość poglądów. Pamiętam, że w X klasie liceum, gdy przerabialiśmy Martina Edena, nasza wspaniała polonistka, Halinka Mierzwińska, podzieliła klasę na pół i kazała nam dyskutować za i przeciw samobójstwu. Gdyby się okazało, w co oczywiście nie wierzę, że nie pamiętacie o co chodzi, przypomnę, że Martin Eden jest alter ego autora i przechodzi podobną drogę jak London, z biedy do zaszczytów zdobytych dzięki pisaniu. Z tą jednak różnicą, że Martin Eden popełnia samobójstwo, podczas gdy London żyje nadal i jeszcze przez siedem lat beztrosko zapija się na śmierć. Umiera w wieku lat 40, przy czym nie jest do końca jasne, czy tym razem faktycznie popełnił samobójstwo, czy umarł na uremię, której nabawił się pijąc na umór. Na umór czyli na śmierć.

Ciekawe, że Halinka podzieliła nas niejako automatycznie, ci od okna byli przeciw samobójstwu, ci od ściany – za. Każda grupa wybrała swojego speakera. Ci od okna wybrali Władka Jagielskiego, ci od ściany – mnie. I starliśmy się jak dwa na dwóch planetach władające bogi, na śmierć i życie. On przeciw prawu do jakiegokolwiek ingerowania człowieka w boski plan, ja za absolutną wolnością decyzji każdego z nas. 

Minęło ponad pół wieku. Ja nie zmieniłam poglądów. A Władek?

Sąsiedzi 10

Teresa Rudolf

Śpiący Lesio…
Filomena z Klarą cichutko weszły do pokoju szpitalnego, w którym leżał biedny, pobity Lesio.
Lesio spał, a oczom odwiedzających było dane oglądać go ciągle w bandażach i gipsach (ręka i noga leżały trochę wyżej niż reszta ciała, na jakichś metalowych rurkach).
Panie były tu już trzeci raz, miały nadzieję, że czegoś wiecej dowiedzą się o jego stanie zdrowia, o samopoczuciu psychicznym, miały też niezmiennie dużo pytań, dotyczących Salomona, który mało jadł, nie “odzywał”, czyli o nic nie prosił, nie narzekał, nie miauczał, po prostu z nikim się nie komunikował.
Klara nazwała ten stan apatią, w wyniku zniknięcia Lesia, “a przecież kotom nigdy niestety nie wytłumaczysz, co i  dlaczego”…
Kobiety stały przy łóżku śpiącego wciąż Lesia i patrzyły zaskoczone na uśmiechniętą, a nawet można by powiedzieć wręcz roześmianą twarz chorego.
Nagle kołdra na lewej nodze, w okolicy stopy zaczęła poruszać się rytmicznie.
– On chyba tańczy, albo słucha muzyki, skwitowała to rozbawiona Filomena.
Niespodziewanie usłyszały zrozpaczony i wystraszony głos Lesia:
– Regina, ty znowu tu, miałaś przeeeeeeecież wyjechać do Polski!!!!!, krzyczał.
W jednej sekundzie twarz mu się zmieniła, nie było już ani uśmiechu, ani radości, jedynie grymas niewypowiedzianego bólu.
– Kobieto, zejdźże mi wreszcie z nogi, krzyczał zupełnie wyraźnie Lesio.
Sytuacja zaczęła się komplikować.
– Idę po siostrę, jego musi któraś z tych nóg boleć, powiedziała Klara i wyszła z sali.
Filomena przyglądała sie Lesiowi, myśląc znów o tym, jaką zołzą musiała być owa Regina, że mu się wszędzie pojawia, nawet tutaj, w szpitalu.
Klara wróciła, a wraz z nią przyszła pielęgniarka dyżurna, która poinformowała je, że pan Lesław otrzymuje obecnie silne środki przeciwbólowe, dzięki którym może się też wreszcie troche wysypiać.
– Ależ on ma jakieś koszmarne sny, krzyczy, prawie płacze, mówiły jedna przez drugą poruszone sytuacją sąsiadki.
– Mówi o jakiejś Reginie, tak? To musiała być jakaś straszna historia, bo się na nią ciągle denerwuje, powiedziała siostra i wyszła z pokoju.
– Trzeba go obudzić, niech się już tak z tą rudą małpą dłużej nie męczy, zdecydowała Klara i zrobiła się nagle jak maki czerwona, spojrzawszy na czerwonopomarańczowe włosy Filomeny.
– Ależ mi się znów coś głupiego wyrwało, najmocniej panią przepraszam, pani Filomenko, mówiła dalej.
– Nie szkodzi, nie każda ruda musi być zaraz małpą, jak i nie każda kobieta musi mieć zawsze takt – skwitowała sprawę Filomena.
Klara zmieszana chwilowym napięciem dodała: – No, niechże się pani nie gniewa, ja naprawdę jestem cięta na tę… “rudą małpę, Reginę”, powiedziały równocześnie i obie się głośno roześmiały.
Lesio, właśnie zaczął się budzić i spoglądał zdziwiony na obie sąsiadki. Nagle cicho zapytał: – Czy była tu moja ex, Regina, bo Panie coś o niej mówiły?
– Ależ nie, ona się Panu chyba śniła, bo Pan coś do niej bardzo krzyczał, odpowiedziała Filomena.
– Ach tak… Najpierw mi się śniło, że znów byłem w Stanach, graliśmy z moją grupą country na jakiejś ogromnej imprezie, śpiewała z nami kobieta, była bardzo podobna do pani Filomeny, było mega sympatycznie, pięknie, lekko i nagle weszła na scenę Regina i panią wyrzuciła, spojrzał z niepokojem na Filomenę. Zrobiła się awuntura, bo Regina zaczęła krzyczeć, że jest moją żoną, choć przecież już dawno nie jest.
– O Jezu, ale miał Pan pecha, kurczę pieczone, dwie rude, na jednej scenie?
– No chyba wrócę do moich blond włosów, powiedziała Filomena. Takie to życie skomplikowane, a przecież mogłoby wreszcie stać się  jak motyl lekkie.
Lesio popatrzył na nią ciepło i zapytał: – A jak tam Salomon, dał się już polubić?
– On tak, ale my chyba nie bardzo, powiedziała Klara. Nie podchodzi do nas, na Filomenę w ogóle nie spojrzy, idzie od razu do miski, ale je niewiele. Aaaaa, a czy on kiedykolwiek widział innego kota? Może by się z moją Salcią zaprzyjaźnił?
Lesio zamyślił się i po chwili odpowiedział: Myślę, że Pani Filomena mu Reginę przypomina, pod koniec naszego małżeństwa się jeszcze poznali, a jeśli chodzi o koty, to Salomon widział tylko sam siebie w lustrze w przedpokoju, i nawet się sobie spodobał.

– A więc Salcia będzie od zaraz jego lustrem, stwierdziła Filomena.

Spotkania z Księciem Ciemności 8

Ksawery Kopański

Jam jest Książę Ciemności! Ale… akurat mnie nie ma. Drugi dzień.

Koty to łazęgi. Wiem o tym właściwie od zawsze. Jedna z fajniejszych bajek, jakie pamiętam z dzieciństwa, to ta Kiplinga, o kocie, który chadzał własnymi drogami. Wypisz-wymaluj: Książę. Czasem siedzi niemal bez przerwy, jak ostatnio, gdy spędził u nas dwie noce pod rząd. A potem przepada na całe godziny, albo i dnie. Tym razem to już, jakem wspomniał, dzień drugi.

Mam czas, by pomyśleć. Nie są to miłe myśli. Wredny Czarnuch! Najpierw osacza mnie czarna zazdrość. Na pewno siedzi u sąsiadów! Bo trzeba tu dodać, iż opisana niegdyś konspiracja okazała się tak skuteczna, że o kant dupy ją rozbić. Sąsiedzi poznali tajemnicę i – mam wrażenie – rywalizują o względy Sierściucha. No i na pewno tam teraz wygrzewa się i obżera, niewdzięcznik jeden. A kij mu w oko! Łaski bez, jak mawiają małolaty.

Lecz to tylko przypuszczenia. Dowodów brak. Czas mija, a mnie ogarnia czarny niepokój. Co, jeśli spotkała go jakaś krzywda? Mało wokół niebezpieczeństw? Samochody śmigają w pobliżu całymi stadami, choć to li i jedynie dzielnica podmiejska. Niemal wiejska. Może teraz gdzieś… Nie!!! Ani nawet tak nie myśl, chłopie. Wredota, samolub, pyszałek – a jak się człowiek do niego przywiązał. Niebywałe.

Za chwilę zapewne pogrążę się w czarnej rozpaczy.

I wtedy Książę wraca. Wchodzi jakby nigdy nic, gdym otwarł drzwi, wynosząc śmieci. Wchodzi, łaskawie wita się krótkim miźnięciem z moją Żoną. Chwilę kotłuje się z Kropką po podłodze i po meblach.

A potem uspokaja się i siada na krześle. Jakiś taki wyciszony, refleksyjny. Dopiero teraz widać, że jest po prostu zmęczony.

Do tego stopnia, iż za chwilę przechodzi do sąsiedniego pokoju, bezceremonialnie włazi na kosz z wypranymi ubraniami i się na nich wygodnie mości. Po czym śpi bite trzy godziny.

Myśmy go posądzali o najgorsze, a tymczasem on załatwiał swoje kocie sprawy. Czy były to obowiązki wobec przyszłych pokoleń – tego nie wiem. Ale na pewno coś ważnego. I męczącego.

Wyspał się, wstał i dumnym krokiem kieruje się ku drzwiom. Gdy mnie w nich mija wychodząc, kłaniam się dwornie w pas i uroczystym głosem deklaruję: Dziękujemy za wizytę. Zapraszamy ponownie!

Bo cóż innego można zrobić?

Chiny. Dwa dni w lutym 2020 roku

Reblogs

Jeśli myślicie, że Koronawirus, to wszystko, czym nas mogą przerazić Chiny…

1/ Artur Cieślar 
20 lutego 2020
Stracić twarz
codziennie, a raczej conocnie śledzę chińskich blogerów i vlogerów, którzy cudem pańskim omijają cenzurę komunistycznych władz i przemycają swoje relacje do sieci, do youtuba, nam, ludziom Zachodu. coraz mniej tych relacji, bo ci, którzy wykładali karty na stół i wprost mówili o manipulacjach władz dot. działań przeciwko wirusowi, ci, którzy wprost mówili: “hej, komunistyczny rządzie, ja się śmierci nie boję, a ty myślisz, że ciebie będę się bał!”, oni wszyscy zapadli się pod ziemię, znikali jeden po drugim, a ich relacje ustawały. i warto wiedzieć, warto przekazywać dalej, że mamy do czynienia z powtórką a la Czarnobyl, fałszowaniem danych, i aresztowaniami oraz mordami ludzi, którzy dla chińskich władz, ich wizerunku i podejścia, które nam jest obce – “za wszelką cenę nie można przed innymi stracić twarzy”, że komunistyczne Chiny prędzej cały świat zakażą wirusem niż przyznają się do swojej tępej polityki i odpuszczą sobie własne stołki, powołując do życia demokratyczne mechanizmy, których Chińczycy od wieków zwyczajnie nie znają – a bo cesarze, a bo Mao, a bo komuniści zaraz po nim.
przeraża mnie jako zwyczajnego konsumenta informacji o tym, co wydarza się na mojej planecie, że wszystkim rządzą pieniądze, że nawet w naszych mediach dziennikarze głównie martwią się stratami w gospodarce, spowodowanymi blokadą Chin w związku z wirusem. przeraża mnie, że jakoś nie słyszę o wielkich działaniach humanitarnych na rzecz walki z wirusem i pomocy. oni, czytaj Chińczycy, przemycają światu piękne obrazki z najnowocześniejszych szpitali, gdzie personel przypomina astronautów z NASA, gdzie wszystko lśni i jest na glanc monitorowane, zdjęcia ozdrowieńców, którzy z wdzięcznością machają lekarzom bukiecikami kwiatów i opuszczają szpital. tymczasem tam jest Armagedon. tam wszystkiego brakuje. większość Chińczyków jest zakażona i przebywa chorobę we własnych domach, całe bloki, osiedla chorują i nie ma szansy na ambulans ani miejsce w szpitalu. albo chorują na prowizrycznych łózkach polowych, gęsto porozstawianych w salach gimnastycznych szkół. cała masa przypadków zgonów jest nieopisana i nieudokumentowana. ciała zmarłych są zabierane bezpośrednio do krematoriów, a pracownicy tychże nie nadążają ze spalaniem zwłok, są przemęczeni i zdruzgotani tym, że oficjalne dane komunistów nie mają nic wspólnego z rzeczywistością i że nikt im nie pomaga.
to jedna z najbardziej przerażających pułapek, jakie ludzie zastawili na ludzi w XXI w. to pułapka władz państwowych na własnych obywateli, gdzie metody sowieckie są stosowane na co dzień i po dziś dzień. nota bene: wydalono właśnie wczoraj amerykańskich dziennikarzy z Wall Street Journal, bo zbyt krytycznie przedstawiali sytuację w Chinach! to “mocarstwo”, gdzie ludzi się łamie, a ci, którzy znajdują w sobie pokłady siły i odwagi i nazywają rzeczy wprost, znikają w tajemniczych okolicznościach.
i światu nie przeszkadza handlować i przyjaźnić się z chińskimi władzami, które z każdym kolejnym sprzedanym iPhonem, parą butów, koszulką, garnkiem i samochodem, obrastają w tłuszcz mocy i jeszcze szczelniej obudowują własną twierdzę. twierdzę, która jest pułapką dla ponad miliarda mieszkańców naszej planety.

2/ Andrzej Titkow
23 lutego 2020
Jestem Ujgurem

Koronawirus zwrócił oczy całego świata na Chiny. Ale ten kraj próbuje ukryć przed nami inny horror: chińskie władze wtrąciły do brutalnych „obozów reedukacyjnych” już milion Ujgurów.

Kobiety się gwałci i torturuje, dzieci przemocą odbiera rodzicom.

Trudno uwierzyć, że coś tak makabrycznego może mieć miejsce w 2020 roku przy milczącej akceptacji naszych rządów. Ale my nie będziemy milczeć! Za kilka dni w ONZ może się odbyć debata w tej sprawie. Wierzymy, że światowy apel może skłonić kilka wpływowych państw, by sprzeciwiły się chińskiej bezwzględności. Jeśli każdy, kto to czyta, podpisze naszą petycję, zbierzemy milion podpisów i dostarczymy je na forum ONZ – po jednym podpisie za każdego zatrzymanego Ujgura!

Następnie dostarczymy świadectwa samych Ujgurów do parlamentów całego świata. Będziemy naciskać na globalne koncerny, by przestały uczestniczyć w tym kulturowym ludobójstwie. Pokażmy Chinom i całemu światu, że żądamy, by Ujgurzy odzyskali wolność.

Podpisz

Do Rady Praw Człowieka ONZ, parlamentów naszych państw oraz do przedsiębiorstw prowadzących interesy w Chinach:

Brutalne internowanie i „reedukacja” co najmniej miliona niewinnych ludzi to zbrodnia przeciwko ludzkości. Żądamy reakcji. Apelujemy o potępienie tej potworności, nałożenie sankcji na osoby odpowiedzialne oraz o wycofanie inwestycji – po to, by nakłonić rząd Chin do respektowania fundamentalnych praw człowieka i prawa międzynarodowego. Nie możemy pozwolić na nieustanną inwigilację, reedukację, masowe internowanie, zorganizowane gwałty i tortury i na kulturowe wyniszczenie całego narodu.
Historia będzie pamiętać o Ujgurach – i o tym, co w ich sprawie zrobiliście.

Podpisz petycję

Wtorek z Markiem

Tabor Regresywny alias Marek

Żona wysłała mnie po jajka. Chciała żebym pojechał pociągiem. Słucham kobiet, a w szczególności żony, ale robię po swojemu. Tym razem to był błąd. Ale po kolei. Miałem kupić dwadzieścia dwa jajka, dwanaście do naszego pojemnika i dziesięć w standardowym opakowaniu. Wziąłem wózek o wdzięcznej nazwie „Zapilux” i o czwartej rano ruszyłem w stronę Bystrzycy Kłodzkiej. Szło się rewelacyjnie. Zawsze miedzy czwartą a dziesiątą rano idzie się rewelacyjnie, bez odpoczynku, bez picia i bez jedzenia. Na miejscu byłem około ósmej. Kupiłem od znajomego jajka, wypiliśmy kawę, trochę pogadaliśmy i ruszyłem w drogę powrotną. Nie lubię wracać tą samą drogą. Do Bystrzycy Kłodzkiej szedłem przez Kłodzko, Krosnowice, Gorzanów Zabłocie, a z powrotem przez Stary Waliszów, Romanowo, Trzebieszowice. Szło się trochę gorzej zaczęły się przerwy na odpoczynek. W pewnym momencie uświadamiam sobie, że wprawdzie zapłaciłem za 22 jajka, ale zapomniałem 10, tych w pudełku. No trudno. Nie będę wracał. W Ołdrzychowicach nad rzeką było zejście do wody. Postój i moczenie nóg. W drodze staram się jak najczęściej myć nogi i sandały. W pewnym momencie do wody podchodzi kobieta z wiadrami. To pana wózek? Mój. Skąd pan idzie? Z Bystrzycy. A dokąd? Do Kłodzka. A wstąpi pan na kawę? A wstąpię.

Nigdy nie odmawiam zaproszenia do stołu.

I już siedzimy na podwórku z jej mężem i synem, pijemy kawę, zajadamy pyszne ciasto, kpimy z lokalnych polityków. Bardzo wesoła rozmowa, zapraszają, jak bym wstąpił, jak bym przechodził, jakbym był w pobliżu. Ruszam dalej, jestem coraz bardziej zmęczony, w końcu wspinam się na Przełęcz Droszkowską, gdzie u znajomych zostaję na noc. Wieczorem długa rozmowa przy winie i z pięknymi widokami na Ptasznik i góry Złote. Rano gospodarz mówi, że nie mamy już nic do jedzenia, ale ja mam przecież jajka. No i poszło siedem. Ruszam w kierunku sklepu Madagaskar w Kłodzku. To taki sposób by oszukać chochlika drogi powrotnej. Nie wracam do domu, tylko idę w kierunku jakiegoś miejsca w pobliżu domu, tam kończę wędrówkę i dopiero wtedy wracam. Chochlik drogi powrotnej to taka złośliwa bestia, która utrudnia powrót. Odyseusz miał z nim do czynienia, gdy wracał na Itakę. Jest niebywale przebiegły. Ostatnio jak jechałem do Berlina, to wykiwał mnie i okazało się, że zamiast kupić bilet powrotny na Flixbusa z Berlina do Wrocławia, kupiłem bilet z Wrocławia do Berlina. Oddałem sprawę w ręce kobiet i wszystko wyprostowały. Wróćmy jednak do naszych jajek. Kończę wyprawę u Heni w Madagaskarze, pijemy kawę, no i mogę wracać do domu, dla pewności pcham wózek tyłem. Zbliżając się do domu, muszę minąć sklep spożywczy, a tam siedzą miejscowi zwolennicy Partii Przyjaciół Piwa. A ja z tym idiotycznym wózkiem. Jak minąć ich niepostrzeżenie, żeby się nie śmiali? Podjechałem do nich i pytam: Kto postawi piwo staremu koniowi, który wraca do domu, bo mu się pieniądze skończyły? Wszyscy rzucają się, by mnie poratować. Nie jest tak źle. Jest jeszcze solidarność w narodzie. W domu tłumaczę żonie, jak to się stało, że zostało mi tylko pięć jaj. No, ciebie to tylko wysłać po jajka, mówi żona. Próbuje być zła, ale jej to nie wychodzi.


PS. Te dziesięć jaj, których zapomniałem, odzyskaliśmy. Żona dała je synowi, mówiąc: To są jaja od chłopa. To są jaja są niemyte. Jaja niemyte dłużej zachowują świeżość. Taka jest wiara chłopów.

Istnieje!

Istnieje! Tak jak Truso, Thule czy Wineta, również Barataria doczekała się różnych lokalizacji. Czasem jest wyspą, czasem całym krajem. Tabor Regresywny widzi Polskę jako Baratarię, dziś docieramy do źródła, które obejmuje tym mianem państwo-wyspę Portoryko.

Uwaga wpis wielojęzyczny! Achtung: Mehrsprachen Beitrag!

Barataria
Juan López Bauzá
LibrosAC, San Juan, Puerto Rico Libro 1 2013, Libro 2 2014

Como avatares contemporáneos de los personajes cervantinos, Chiquitín y Margaro abandonan sus hogares y se lanzan por los caminos del país a la búsqueda quimérica de un mito arqueológico y un ideal político. El viaje revela la realidad de un país enloquecido y trasnochado por la violencia, la impunidad, por el fanatismo religioso, por la corrupción, por el desprecio hacia la naturaleza y hacia la historia propia. En la mejor tradición de la epopeya satírica, la novela narra este gran recorrido por el lenguaje y la realidad de un Puerto Rico en el que se mezclan de forma indisoluble lo dulce con lo amargo, las risas con las lágrimas, las glorias con las tragedias y la verdad con la fantasía. Un viaje al corazón de una sociedad que anda rumbo al colapso.

As contemporary avatars of the Cervantes characters, Chiquitín and Margaro leave their homes and throw themselves on the roads of the country to the chimeric search for an archeological myth and a political ideal. The trip reveals the reality of a country driven mad and out of control by violence, impunity, religious fanaticism, corruption, contempt for nature and history itself. In the best tradition of the satirical epic, the novel narrates this great journey through the language and reality of a Puerto Rico, in which the sweet and the bitter are inextricably mixed, the laughs with the tears, the glories with the tragedies and the truth with fantasy. A trip to the heart of a society that is heading for collapse.

Jeden z recenzentów napisał, że to funny story, una historia graciosa…

Amerykański sprzedawca dodaje trochę więcej szczegółów:

Chiquitín Campala, a Vietnam veteran and autodidact archaeologist in his 50’s, has two obsessions in life: finding the last Taíno chief’s sacred Guanín and see Puerto Rico become the 51st star of the United States. Armed with a wheelbarrow mounted on an old bicycle and in the company of Margaro, his loyal and pragmatic companion, he will travel the Puerto Rican landscapes going from one crazy adventure to the next in order to achieve his aims. With an extraordinary handling of the language and an unstoppable imagination, Juan López Bauzá shows in this classic magnificent novel an intelligent picture of the Puerto Rican society; and even more, a tribute, parody and contemporary rewrite of Quixote. Barataria forces the reader to rethink the hard political and social conditions of the entire Latin America.

The Taíno were an indigenous people of the Caribbean. At the time of European arrival in the late fifteenth century, they were the principal inhabitants of most of Cuba, Hispaniola, Jamaica, Puerto Rico, The Bahamas and the northern Lesser Antilles. The Taíno were the first New World peoples to be encountered by Christopher Columbus during his 1492 voyage. They spoke the Taíno language, an Arawakan language. Taíno society was divided into two classes: naborias (commoners) and nitaínos (nobles). These were governed by male chiefs known as caciques, who inherited their position through their mother’s noble line. The nitaínos functioned as sub-caciques in villages, overseeing naborias work. Caciques were advised by priests/healers known as bohiques. Caciques enjoyed the privilege of wearing golden pendants called guanín, living in square bohíos, instead of the round ones of ordinary villagers, and sitting on wooden stools to be above the guests they received. Bohiques were extolled for their healing powers and ability to speak with deities. They were consulted and granted the Taíno permission to engage in important tasks.

A więc to Taínom zawdzęczamy słowo kacyk.  Miła ciekawostka.

A cacique is a leader of an indigenous group, derived from the Taíno word kasikɛ for the tribal chiefs. In the colonial era, Spaniards extended the word as a title for the leaders of practically all indigenous groups that they encountered. In Spanish America, Brazil, Spain, and Portugal, the term also has come to mean a political boss or leader who exercises significant power in the political system known as caciquismo.

Po polsku kacyk też znaczy kacyk.

Powieść została napisana zanim huragan Maria, który szalał nad wyspą od 16 do 30 września 2017 roku, niemal całkowicie ją zniszczył. Autor natomiast odnosi się do innego niezwykłego wydarzenia, a mianowicie referendum, w którym ludność odpowiadała na pytanie, czy chciałaby by ich państwo zostało całkowicie włączone do USA, czy wręcz przeciwnie – opowiada się za pełną niepodległością. Większość zadecydowała, że woli na dobre wejść do USA, ale ponieważ było to badanie opinii publicznej a nie decyzja polityczna, wszystko pozostało po staremu. Tym niemniej bohater książki, szalony archeolog chce zobaczyć, jak jego ojczyzna – Portoryko staje się 51 stanem USA (samochody miałyby wtedy rejestrację RI). Ponieważ jest szaleńcem, to sam jest przeciwnikiem Włączenia i dokonuje zamachu, by się temu przeciwstawić. Tylko, cóż, zamiast dynamitu ma do dyspozycji batoniki czekoladowe. Zanim uwierzę błędnemu autorowi, sprawdzam w Wikipedii, jak to było:

Portoryko jest jednym z terytoriów nieinkorporowanych Stanów Zjednoczonych. Jego mieszkańcy są obywatelami USA i mogą się dowolnie osiedlać na terytorium stanów.  Sytuacja polityczna wyspy jest do pewnego stopnia prowizoryczna. Pomimo nazwy „Wolne Państwo Stowarzyszone Portoryko” (Estado Libre Asociado de Puerto Rico) nie jest to państwo stowarzyszone z USA, jest natomiast zorganizowanym terytorium nieinkorporowanym o statusie „wspólnoty” (ang. commonwealth). Portoryko jest zależne od USA, ale posiada dużą – odpowiadającą terytorium stowarzyszonemu – autonomię wewnętrzną. Mieszkańcy nie płacą federalnych podatków od dochodów wytworzonych na wyspie. W wyniku referendum z 2012 roku, mieszkańcy większością 54% głosów opowiedzieli się za przekształceniem kraju w 51 stan, przy czym wynik głosowania był kontrowersyjny m.in. z powodu wielu głosów nieważnych. Ewentualna inkorporacja wymagałaby głosowania w Kongresie.

Tak czy owak – to jest na pewno Barataria. Dodajmy jeszcze, że Sancho Pansa jest czarny, a Don Kichot, powtórzmy – archeologiem. Wszystko bardzo bliskie memu sercu.

Na zdjęciu, jak widać, nie udało się uniknąć kociego ogona. Widać też inne książki przyniesione z biblioteki. A wejście do niej wygląda(ło) tak (ło, bo teraz jest remont):

Recenzentka, Portorykanka, szczegółowo i z wielką erudycją omawia powieść TU.
Ja, na użytek czytelników, którzy być może nie znają hiszpańskiego, wybrałam z tej recenzji kilka istotnych fragmentów:

Porozmawiajmy więc o Baratarii. W drugim tomie powieści Cervantesa, tym z roku 1615, poczynając od rozdziału 42, Sancho odchodzi, by rządzić wyspą, którą książęta Villahermosa postanawiają mu przyznać mu jako żart, aby nadal się z niego śmiać. Sancho bowiem często narzekał, że jego pan nie spełnił swojej obietnicy i nie mianował go gubernatorem jakiejś insuli, zdobytej podczas wypraw, na które przecież obaj wyruszyli. Sprawa wyspy przypomina, iż w czasie gdy Cervantes pisał swą powieść, Hiszpania poprzez działania kompanii zamorskich organizowała dalszy podbój świata, co pozwala na interpretację wędrówek Don Kichota jako „wypraw eksploracyjnych”. Tylko że Don Kichot, naiwny zubożały szlachcic, wierzy w retorykę imperialną, która głosi chrystianizację dla rzekomego dobra zbawianych Indian. Barataria, nazwa wywodząca się od słowa tanio, niedrogo lub o niewielkiej wartości – to nazwa wyspy zarządzanej przez Sancho Pansę. Rządząc wyspą giermek okazuje mądrość, i rozsądek, jest zwolennikiem porządku i włada sprawiedliwie. Jednak rozczaruje się i zadecyduje, że władza nie jest dla niego.
Chiquitín jest weteranem wojny w Wietnamie, pochodzi z portorykańskiego miasta Ponce (podobnie jak autor) i pracował długi czas jako asystent skorumpowanego antropologa, który sfałszował wyniki badań. Szef jednak umiera, a asystent zostaje szefem. Jego pomocnikiem zostaje Margaro, niepiśmienny facet z okolicy wioski, gdzie będą prowadzone wykopaliska.
Zamiast średniowiecznego świętego Graala Chiquitín będzie szukał Świętego Guanina, „symbolu nadprzyrodzonej mocy naczelnego wodza Borikena, który po raz ostatni widziano na skrzyni kacyka Agüeybaná II Dzielnego nieco ponad pięćset lat temu. Archeologa nie interesuje historyczna ani archeologiczna wartość dzieła, po prostu chce się wzbogacić, sprzedając złoty emblemat na czarnym rynku. Chiquitín interesuje się natomiast sytuacją polityczną i gotów jest wyzwać na pojedynek każdego, po to, by bronić wielkości Wielkiej Korporacji czyli narodu amerykańskiego.
Narracyjnie poszukiwanie świętego Guanina jest więc tylko pretekstem, po to, by autor mógł nam opowiedzieć o spisku polityków, tyle że używa chwytów literackich jak w hiszpańskiej powieści barokowej (długie tyrady, niekończące się dialogi i monologi, dygresje, ba, całe minipowieści, zawikłane fabuły, konstrukcja szkatułkowa opowieści), zaprawionych jadowitą satyrą.
Dziś bardziej cenimy literaturę, która poważnie opowiada o naszych problemach, ale nie zawsze tak było. Manolo Núñez Negrón przypomina nam, pisze reccenzentka, w swoim studium pt. Polityka, a humor w Ameryce Łacińskiej, że humor miał tu fundamentalne znaczenie w kształtowaniu sfery publicznej. Jego badania skupiają się na wieku dziewiętnastym, czasie, gdy w różnych krajach Ameryki Łacińskiej zostały wynalezione narodowe narracje. Satyra wywodzi się tu z tzw. oratury, indiańskiej tradycji przekazywania ustnych opowieści, które nie tylko informowały o zdarzeniach, ale również porządkowały świat. Tradycje opowieści ustnej zostały wyparte przez pismo, które jest zinstytucjonalizowane i znajduje się w jawnej opozycji zarówno w stosunku do głosu, jak i do ciała.
Do końca XX wieku gazety i czasopisma były bardzo ważnymi elementami tworzenia świeckiej wyobraźni narodowej: burżuazyjnej i nowoczesnej. Gazety bez przerwy publikowały dowcipy, rysunki, humorystyczne wiersze. Słowo i rysunek satyryczny były elementami propagandy politycznej, były bronią.
Nie zapominajmy, że śmiech można interpretować na różne sposoby. Freud proponuje, abyśmy się śmiali, ponieważ uwalniamy stłumione napięcie, którego źródła kryją się w nieświadomości. Helen Cixous mówi o śmiechu jako doświadczaniu kobiecej radości, która uwalnia się z fallocentryzmu. Núñez Negrón podkreśla, że śmiech to broń polityczna tych, którzy nie mają dostępu do innych form komunikacji. Satyra jest więc podstawową być może formą interwencji obywatelskiej, głosem niemych, milczących i słabych.
Być może więc powieść Barataria staje się dobrem społecznym. Podczas czytania wyobrażałam sobie, pisze recenzentka, że to zabawne dla publiczności, która czyta powieść i śmieje się z tych bohaterów, śmiejących się z samych siebie. Powieść sprawiła, że przypomniałam sobie, iż kiedyś czytanie na głos było popularną metodą informowania niepiśmiennych odbiorców tekstu, co w swej strukturze zbliża się do oralności, jak sam Don Kichot. W rozmowach między Chiquitinem i Margaro pojawi się również teza, że niezależnie od tego, kto rządzi biedą biedaków, ich sytuację poprawia tylko radość.
Obie postacie przypominają nam naszych rodaków, podkreśla autorka, to my, Portorokańczycy. To nasze absurdalne dyskusje rodzinne i polityczne, które codziennie znajdujemy w mediach, szczególnie online, które nieustannie kwestionują autorytety, co sprawia, że ich niewykształceni czytelnicy często uciekają się do zniewagi. Jak bezużyteczna jest ta debata, w którą angażujemy się na co dzień, jak daleko jej do ideału „debaty oświeconej”, z której uformowałaby się nowoczesność. Dziś hegemonia to gra sił marketingowych. Ale przemoc pozostaje. Żyjemy raczej w brzuchu Lewiatana Hobbesa niż w Utopii Tomasza Morusa. To co dostajemy to fałszywy sen, zbudowany w duchu nowoczesnej retoryki. López Bauzá przypomina, że Don Kichot nie jest tworem jednolitym, bo Cervantes napisał dwie powieści w dwóch różnych momentach historycznych w odstępie dziesięciu lat, i tak też jest i w jego przypadku – dwa tomy jego dzieła dzieli jednak tylko rok, a nie 10 lat. Całość kończy się wojną zwiastującą koniec świata, wojną z „bombami metanowymi”. Nie wyjaśnię więcej. Rzecz jest eschatologiczna, w najlepszej satyrycznej tradycji Rabelaise’a.

A ja jeszcze dodam (całkowicie w duchu Pierre Bayarda, autora książki o tym, jak rozmawiać o książkach, których się nie czytało), że (wydaje mi się, iż) w całej powieści ani razu nie pada tytułowe słowo Barataria, bo autor zakłada, że albo czytelnicy wiedzą, że to wyimaginowana wyspa dziwnego żartu z Don Kichota, albo przyjmują tytuł dosłownie, a więc po prostu jako Taniocha bądź Kraj Taniochy. Jest to więc tak, jakby taki na przykład Jakub Żulczyk napisał powieść zatytułowaną Soplicówka, w której propisowskie skiny z wiochy Soplicówka naprzają się bez przerwy z opozycyjnymi punkami, a pewien zupełnie początkujący ucina sobie romans z własną ciotką, po to by po kilku tygodniach zdecydować się jednak na swoją kuzynkę, Zojkę Lesbijkę. Nazwa wsi kojarzy się z wódką. O Mickiewiczu i jakimś tam bubku Tadeuszku nikt nigdzie nie wspomina.

Tylko recenzenci.

Reblog für Marta

For Marta J.L.
with two pics she made in USA

William Merrit Chase (1849-1916), The Yield of the waters, Carnegie Museum of Art

Rebecca Hahn

Tinte, Tarnung und Tentakel

Ihre größten Vertreter hielt man einst für Meeresungeheuer, heute diskutiert man die Möglichkeit, sie könnten aus dem All gekommen sein. Ein Blick auf die Erforschung der Tintenfische.

Ein prächtiger Pharao-Tintenfisch (Sepia pharaonis). Gut sichtbar ist sein Hyponom, die Düse, durch welche ein Kopffüßer Wasser aus seiner Mantelhöhle presst und damit beschleunigen kann wie kaum ein anderes Meerestier. Foto: Mauritius

Eine unheimliche Begegnung hatten Wissenschaftler der amerikanischen National Oceanic and Atmospheric Administration im Juni vergangenen Jahres im Golf von Mexiko. Etwa 160 Kilometer vor New Orleans hatten sie eine Spezialkamera im Wasser versenkt. Mit rotierenden Lichtimpulsen sollte das Gerät Tiefseebewohner anlocken. 120 Stunden Filmmaterial hatten die Forscher schon gesammelt, als sich plötzlich ein heller Wurm aus dem Dunkel schlängelte. Erst im Näherkommen fächerte das Tier seine Arme auf und gab sich als drei bis vier Meter langer junger Riesenkalmar zu erkennen. Seine Arme umwickelten den Lichtköder und umspielten ihn mit ihren Saugnäpfen. Dann aber erkannte das Tier, dass es nicht auf essbare Beute gestoßen war und schoss zurück in die Schwärze.

Über Architeuthis dux, den Riesenkalmar, ist nur wenig bekannt; und auch seine anderen Verwandten aus der Klasse der Kopffüßer, wie Kraken und Sepien, muten zuweilen recht außerirdisch an. Dabei leben die sogenannten Cephalopoden in allen Weltmeeren bis hinunter zur Antarktis. Sie bewohnen flache Korallenriffe, die freie Wassersäule der Tiefsee und die Räume unter dem Meereis der Polargebiete. Sie sind Meister der Tarnung, haben drei Herzen und blaues Blut, werden selten älter als zwei Jahre und verfügen dennoch – als einzige Weichtiere – über ein großes und komplexes Gehirn. „Sie sind intelligent, bunt, schnell, raffiniert, merkwürdig und inspirierend“, schreiben die Meeresbiologen Roger Hanlon, Mike Vecchione und Louise Allcock in ihrem Buch „Octopus, Squid & Cuttlefish“. Neurowissenschaftler und Biologen erhoffen sich von der Erforschung der Kopffüßer tiefgreifende Einblicke in die Evolution, aber auch Astrobiologen interessieren sich für die irdischen Aliens.

Der Riesenkalmar spukte schon durch die Phantasie der Menschen, als noch lange nicht wissenschaftlich gesichert war, dass er überhaupt existiert. Verborgen im Dunkel der Tiefsee, so erzählten sich die frühen nordischen Seefahrer, lauere „der Krake” – ein Monster, so gewaltig und furchterregend wie kein anderes Meeresungeheuer. Von Norwegen über Island bis nach Grönland erstrecke sich sein Reich. Die Kreatur sei so groß wie eine Insel und könne ganze Schiffe packen und in den Abgrund reißen. Oder sie umkreise ihre Beute so lange, bis sich ein Strudel auftäte, in dem Mann und Schiff versänken.

Schon in einer um das Jahr 1180 verfassten Saga über den norwegischen König Sverre Sigurdsson kämpft dieser – neben weiteren Meeresungeheuern – gegen einen Riesenkraken. Über die Jahre wurde die Legende von dem vielarmigen Monster so oft wiederholt, dass der Krake sogar Eingang in Carl von Linnés 1735 erstmals veröffentlichte Systema Naturae fand. In der ersten Ausgabe seines Werks zur wissenschaftlichen Klassifizierung von Tieren, Pflanzen und Mineralien hielt der schwedische Naturforscher den Riesenkraken unter der Bezeichnung Microcosmus marinus fest. Im Bemühen zur Wissenschaftlichkeit entfernte von Linné das mystische Wesen in den späteren Ausgaben jedoch wieder. Erst über hundert Jahre später sollte sich herausstellen, dass der Krake durchaus ein Teil der realen Tierwelt ist.

26.08.2018, Neuseeland, Wellington: Taucher Jack Aplin liegt am Strand nahe Wellington neben einem toten Riesenkalmar. Foto: dpa

Im 19. Jahrhundert sammelte der dänische Forscher Japetus Steenstrup alle Hinweise auf den Riesenkraken, die er nur finden konnte. Aus heutiger Sicht war Steenstrup damit einer der ersten Kryptozoologen, die versuchen, die Existenz von Fabelwesen zu beweisen. Obwohl die anderen Wissenschaftler seiner Zeit den Riesenkraken für ein Hirngespinst hielten, ließ Steenstrup nicht von der Sache ab. Er stöberte alte Bilder von seltsam unförmigen großen „Fischen“ auf, die er als Kopffüßer identifizierte. Um seine Theorie zu belegen, reichten ein paar alte Gemälde aber nicht aus.

1854 spülte der Zufall schließlich den entscheidenden Beweis an: Fischer entdeckten an einem Strand in Jütland den Kadaver eines riesigen unbekannten Tieres. Sein Fleisch verarbeiteten sie zu Fischfutter, aber der Schnabel gelangte in Steenstrups Hände. Damit konnte dieser in einem Vortrag vor der Dänischen Naturhistorischen Gesellschaft erstmals die Existenz des sagenumwobenen Riesenkraken belegen, der seither unter seinem wissenschaftlichen Namen Architeuthis dux bekannt ist.

Taxonomisch gesehen handelt es sich allerdings nicht um einen Kraken, sondern um einen Kalmar. Erkennen lässt sich das an der Anzahl der Arme: Kraken sind achtarmig, Kalmare haben neben ihren acht Armen noch zwei lange Tentakel. Beide gehören, wie auch die zehnarmigen Sepien, zur Unterklasse der Tintenfische. Zur entfernteren Kopffüßer-Verwandtschaft zählen die ausgestorbenen Ammoniten und Bactriten sowie die Perlboote, die einzigen noch heute lebenden Cephalopoden, die ihren Körper mit einer Schale schützen. Zu ihnen gehört unter anderem Nautilus mit seinem charakteristischen, spiralförmig aufgedrehten Gehäuse. Diese Art bewohnt die Hänge von Korallenriffen und bewegt sich zwischen siebzig und siebenhundert Meter Tiefe – noch weiter unten würde der Wasserdruck ihre Schale zerbrechen.

Ihre schalenlosen Verwandten sind da flexibler: Selbst im Abyssal, jenem lichtlosen Bereich der Tiefsee zwischen zweitausend und sechstausend Meter unter dem Meeresspiegel, kommen noch Oktopus-Arten vor. Die größte Vielfalt an Kopffüßern ist tagsüber zwischen zweihundert und tausend Meter zu finden. Dort leben die meisten Kalmar-Arten nebst einigen anderen Cephalopoden. Auch Architeuthis dux bewohnt diese lichtlose, schwer zugängliche Zone, weshalb Wissenschaftler bisher meist nur Reste angespülter Kadaver untersuchen konnten. Seit Schleppnetze bis in die tieferen Stockwerke der Ozeane vordringen, verfangen sich auch Riesenkalmare darin. Für Seafood-Liebhaber sind sie indes kein lohnender Fang. Wie fast jede zweite Kalmar-Art lagern die Riesenkalmare Ammoniak in ihrem Gewebe ein, das ihnen anstelle einer Schwimmblase Auftrieb verleiht.

Über frischen Architeuthis im Beifang freuten sich aber kürzlich Wissenschaftler der Universität Kopenhagen aus anderen Gründen. Dank der unverdorbenen Gewebeproben konnten sie erstmals das Genom eines Riesenkalmars sequenzieren und mit Gendaten aus Gewebeproben anderer, verwandter Kalmarspezies vergleichen. Die Forscher trieb die Frage um, wie der Riesenkalmar zu seiner gewaltigen Größe kam. Ausgewachsen wird Architeuthis dux vermutlich zwischen zehn und zwölf Meter lang. Genau lässt sich das wegen der Dehnbarkeit seiner Arme schlecht bestimmen. Allein der Kopf aber wird einen Meter lang und bietet Platz für zwei tellergroße Augen.

Wie die Mitte Januar in GigaScience veröffentlichte Studie der Kopenhagener Forscher zeigte, besteht das Genom des Riesenkalmars aus rund 2,7 Milliarden Basenpaaren, das sind 90 Prozent der Größe des menschlichen Erbgutes. Über die Körpergröße des Tiers sagt das aber noch nichts. Zwar half vielen Wirbeltieren die Verdopplung ihres Genoms im Verlauf der Evolution, größer zu werden. Ein ähnlicher Prozess scheint sich bei Riesenkalmaren aber nicht vollzogen zu haben, ergab die Untersuchung.

Das Geheimnis der Größe des Riesenkalmars lüfteten die Forscher zwar nicht, dafür entdeckten sie etwas anderes: über hundert Gene aus der Familie der Protocadherine. Diese seien wichtig, um ein komplexes Gehirn korrekt zu verdrahten, so die Autoren der Studie. Bis vor einigen Jahren war man noch davon ausgegangen, dass diese Gene nur bei Wirbeltieren vorkommen. Die Wissenschaftler hoffen nun, dem Riesenkalmar-Genom durch weitere Analysen noch mehr Informationen über die Entwicklung der Kopffüßer zu entlocken.

Die meisten Cephalopoden sind deutlich kleiner als Architeuthis dux. Einige Oktopoden etwa werden nur wenige Zentimeter groß. Ob winzig oder riesig, alle Kopffüßer teilen grob den gleichen Körperbauplan: Wie ihr Name vermuten lässt, hängen die Füße beziehungsweise Arme der Cephalopoden direkt am Kopf. In ihrer Mitte liegt der Mund, der mit einem papageienartigen Schnabel bewehrt ist. Die meisten Kopffüßer ernähren sich von kleineren Weichtieren, Fischen oder Krustentieren. Dabei kauen sie ihre Nahrung nicht, sondern raspeln sie klein: Ihre Zunge ist mit vielen kleinen Zähnen besetzt und sorgt dafür, dass die Nahrung als feiner Brei im Magen ankommt. Und das ist auch nötig, denn die Speiseröhre führt mitten durch das Gehirn. Ein zu hastig verschlungener Brocken könnte da leicht stecken bleiben.

Der zentrale Teil des Gehirns macht bei Kopffüßern aber nur etwa ein Drittel des Nervensystems aus. Der Rest erstreckt sich bis an die äußersten Spitzen ihrer Tentakel. Etwa sechzig Prozent der Neuronen verteilen sich auf Arme, Haut und andere Organe. Es wurden schon abgetrennte Krakenarme beobachtet, die dank ihrer Ausstattung mit Nervenzellen noch einige Zeit eigenständig ihrer Wege gingen – ein guter Täuschkörper, wenn der Rest des Tiers gerade vor einem Angreifer flüchten muss. Für die Cephalopoden ist die weiträumige Verteilung ihres Nervensystems aber auch aus anderen Gründen sinnvoll. Ihre Arme sind regelrechte Multifunktionswerkzeuge. Sie können Gegenstände ergreifen und festhalten; manche Arten laufen damit auch über den Meeresboden; und die Saugnäpfe an den Armen sind mit Sinneszellen ausgestattet, mit denen die Tiere fühlen und schmecken können.

Das Leben der meisten Kopffüßer – den auch sonst gemächlichen Nautilus, der bis zu zwanzig Jahre alt werden kann, ausgenommen – ist schnell und kurz. Kaum eine Spezies wird älter als zwei Jahre. Um ihre teils beachtliche Größe zu erreichen, müssen manche Arten ihr Gewicht daher anfangs jede Woche verdoppeln. Ihr Stoffwechsel läuft auf Hochtouren; ein hoher Blutdruck ist bei Cephalopoden nicht krankhaft, sondern der Normalzustand. Zwei zusätzliche kleine Kiemenherzen pumpen das Blut zu den Kiemen, wo es mit Sauerstoff angereichert wird. Dieser bindet bei Kopffüßern nicht an eisenhaltiges Hämoglobin, sondern an Hämocyanin, ein Proteinkomplex, der um zwei Kupferatome gebaut ist. Daher ist das Blut eines Kopffüßers blau gefärbt. Das dritte, sogenannte systemische Herz pumpt das sauerstoffreiche Blut anschließend in den Rest des Körpers.

Anders als Wirbeltiere sind Kopffüßer in ihrer Bewegungsfreiheit nicht durch Gelenke und ein starres Skelett eingeschränkt. Sie können ihre Arme in jede erdenkliche Richtung bewegen. Das gelingt ihnen dank einer Technik, die sich „muskuläres Hydrostat“ nennt. Das Prinzip ist das gleiche wie bei der menschlichen Zunge oder dem Rüssel von Elefanten. Statt an einem Knochen verankert zu sein, verdrehen sich die Muskeln umeinander und ermöglichen so eine Vielzahl von Bewegungen. Doch wie koordinieren Tintenfische ihre vielen Arme? Entscheidend hierfür ist wieder das komplizierte Nervenkostüm der Cephalopoden: Die Arme scheinen über einen eigenen Nervenring zu verfügen, der am zentralen Gehirn vorbeiführt. So können die Anhängsel untereinander kommunizieren, ohne dass es dem Gehirn immer bewusst sein muss. Selbst wenn Letzteres gerade nicht weiß, wo sich einer der Arme befindet, wissen es die anderen Arme, so dass sich die Tentakel nicht versehentlich verknoten.

Feinabstimmung ist auch bei der Tarnung gefragt. Viele Oktopus-Arten leben in flachen Gewässern, in Korallenriffen etwa oder Seegraswiesen. Um Angreifern zu entgehen, haben sie gelernt, sich perfekt zu tarnen. Oktopoden können zum Beispiel die Textur ihrer Haut ändern, indem sie kleine Regionen darin, die sogenannten Papillae, zusammenziehen oder wieder entspannen. An diesen Stellen verlaufen die Muskelfasern wie in einem runden Spinnennetz. Werden sie zusammengezogen, stülpt sich das weiche Gewebe im Zentrum der Papillae zu kleinen Beulen auf. So können Oktopoden sich zum Beispiel optisch an die komplexe Oberfläche einiger Korallenarten anpassen.

Forscher der Cornell University ließen sich vor drei Jahren von der Haut der achtarmigen Tintenfische inspirieren und entwickelten ein Material, das sich ähnlich flexibel verformen lässt. Gesponsert wurde das Projekt durch das Recherchebüro der U.S. Army – wohl in der Hoffnung, mit dem Material künftig Militärfahrzeuge besser tarnen zu können. Aber auch Frachtkosten könnten durch die künstliche Oktopus-Haut verringert werden, sagte Robert Shepherd, der die Forschung leitete. Material könne als flaches Tuch transportiert werden und sich erst am Einsatzort zu seiner dreidimensionalen Form auffalten. Ganz so ausgefeilt wie die Haut der Kopffüßer ist das künstliche Gewebe aber noch nicht: Bislang kann das Material nur eine einzige, vorbestimmte Form annehmen.

Der Zwergtintenfisch (Euprymna berryi) wird höchstens so lang wie ein Daumen. Foto: Biosphoto

Cephalopoden ahmen bei ihrer Tarnung nicht nur die Gestalt des Untergrunds nach, sondern auch dessen Farbe. Ähnlich den Pixeln eines Bildschirms enthält die Haut von Tintenfischen Millionen von Farbzellen, die sogenannten Chromatophoren. Im Grunde handelt es sich dabei um kleine elastische Farbbeutel, die durch Muskelzellen je nach Bedarf zusammengezogen oder ausgedehnt werden können. Je nach Spezies können die Farbpigmente rot, braun oder gelb sein. Dank einer zweiten Hautschicht stehen den Tintenfischen aber noch viel mehr Farben zur Verfügung: Unter den Farbzellen liegen die sogenannten Iridophoren. Sie werfen – ähnlich wie eine metallische Oberfläche – das Umgebungslicht zurück und beeinflussen damit den Kontrast und die Farben der Chromatophoren. Eine dritte, tiefer liegende Schicht aus weißen Zellen kann den Kontrast zusätzlich verstärken.

Die gesamte Umfärbung dauert oft nur den Bruchteil einer Sekunde – ein Chamäleon ändert seine Musterung im Vergleich dazu in Zeitlupe. Entscheidend für die farbliche Tarnung ist das Sehvermögen der Kopffüßer. Ihre Augen sind ähnlich aufgebaut wie die der Wirbeltiere einschließlich des Menschen und liefern präzise Bilder der Umgebung. Auch im Dunkeln können Cephalopoden gut sehen. Wie eine 2015 im Journal of Experimental Biology veröffentlichte Studie zeigte, enthält zusätzlich zu den Augen auch die Kopffüßer-Haut lichtempfindliche Moleküle. Die Haut liefert dadurch zwar kein detailgetreues Bild der Umgebung, hilft aber vermutlich dabei, das Umgebungslicht wahrzunehmen und so die Tarnung noch besser abzustimmen. Wie genau den Kopffüßern allerdings der Farbenmix gelingt, ist unklar. Denn die Tiere sind wahrscheinlich farbenblind.

Schlägt die Täuschung doch einmal fehl, strecken Cephalopoden entweder ihre Arme aus und machen sich groß, um ihre Feinde abzuschrecken. Oder sie setzen auf einen schnellen Rückzug: Angreifer werden in diesem Fall mit einer großen Portion Tinte im Wasser abgelenkt, die in einem in Darmnähe befindlichen Tintenbeutel gespeichert ist. Zugleich starten die Kopffüßer ihren körpereigenen Düsenantrieb. Dazu füllen sie ihre Mantelhöhle mit Wasser, das sie durch einen Trichter mit Hochdruck wieder hinausschießen. So können sie auf kurzen Strecken enorm beschleunigen und sich in Sicherheit bringen.

Jules Verne (1828-1905). 20.000 Meilen unter dem Meer. Holzstiche nach Zeichnung von A. de Neuville

Angriffslustige Monster sind Kopffüßer – anders als in den Legenden – also offenbar nicht. Aber Aliens vielleicht doch? Erst 2018 setzten sich 33 Astrobiologen unterschiedlicher Universitäten und Institutionen im Fachjournal Progress in Biophysics and Molecular Biology ganz im Ernst mit der Frage auseinander, ob die ersten Kraken, Sepien und Kalmare möglicherweise aus dem All kamen. Die noch junge Erde sei möglicherweise durch Panspermie befruchtet worden. Asteroiden und Kometen müssten demnach das Leben durch kosmische Keime auf die Erde gebracht haben. Befruchtete Cephalopoden-Eier könnten in kleinen Eisklümpchen durch das All geflogen sein. Nach Ansicht der Autoren sprechen dafür unter anderem die komplexen Nervensysteme der Cephalopoden (siehe „Köpfchen mit Füßen“), deren Auftreten für die irdische Evolution viel zu plötzlich stattgefunden habe. Wirklich belastbar ist die Alien-Theorie allerdings nicht. Denn würde es sich bei Cephalopoden wirklich um Außerirdische handeln, dürften sie eigentlich keine Abstammungslinie zu anderen Vorfahren haben – es sei denn, diese würden ebenfalls aus dem All stammen.

Doch Vorfahren der Cephalopoden sind in fossilen Spuren bereits im frühen Erdaltertum belegt. Als erster, noch primitiver Kopffüßer gilt Plectronoceras cambria, ein Tierchen aus dem späten Kambrium, das ein kaum zwei Zentimeter hohes, hornförmiges Schalenhaus mit sich herumtrug. Im Unterdevon tauchten dann die Nautilida und die Ammoniten auf. Erstere waren die Vorfahren der heute noch lebenden Nautilus. Ammoniten sahen im Prinzip ähnlich aus, und die größten von ihnen konnten vermutlich Durchmesser von bis zu zweieinhalb Metern erreichen. In flachen Gewässern bildete sich eine Vielzahl verschiedener Ammoniten-Arten, die über 350 Millionen Jahre Bestand hatten.

Im Karbon oder Perm traten vermutlich die ersten Tintenfische auf, zu denen auch die inzwischen ausgestorbenen Belemniten zählten. Sie sahen ähnlich aus wie die heutigen Kalmare, nur dass ihre Fangarme statt mit Saugnäpfen mit Haken ausgestattet waren. Anders als ihre Vorgänger entwickelten die Tintenfische keine äußeren Schalen mehr und konnten sich somit flexibler bewegen. Kopffüßer können also – trotz ihrer vielen ungewöhnlichen Eigenschaften – wissenschaftlich plausibel in den Tierstamm der Weichtiere eingeordnet werden, zu dem auch Schnecken und Muscheln gehören. Viel eher als um Außerirdische handelt es sich bei Cephalopoden deshalb einfach um ein besonderes Experiment der Evolution: Lebewesen, die unabhängig von den Wirbeltieren ein komplexes Nervensystem entwickelt haben und einen beweglichen Körper voller Möglichkeiten.
(…)
So mögen Cephalopoden zwar nicht nach klassischen menschlichen Maßstäben intelligent sein, ein Beispiel für Intelligenz als evolutionäre Errungenschaft sind sie aber doch. Ob sie sich in ihrem Fall aber so weit fortführen lässt, dass sie dereinst bis in unsere ökologische Nische vordringen, ist nicht ausgemacht, bleibt aber eine reizvolle Vorstellung.

Berlinale i inne filmy

Ewa Maria Slaska

Agnieszce Łaszczuk z podziękowaniem

W Berlinie zaczęło się Berlinale (TU program). Ludzie biegają zaaferowani pomiędzy kasami, a znajomymi, którzy może mogliby pożyczyć wejściówkę (choć to chyba ostatnio strasznie się zrobiło trudne) lub mają bilety do odstąpienia. Czasem można się  przy okazji załapać na jakieś spotkanie wieczorne z udziałem osobistości, których jednak ani nie dotkniesz, ani nawet nie obejrzysz z bliska. Bo zwykły człowiek, z wejściówką lub bez, dociera tylko do poziomu sali, gdzie na stołach ustawiono zakąski i napitki, a kelnerzy uwijają się, rozdając wino i zbierając kieliszki. VIPy natomiast (taki Jeremy Iron na przykład) przebywają w ogrodzonym wybiegu dla lwów, na podwyższeniu. Siedzą przy stołach, kelnerzy zgięci w pół, z lewą ręką na plecach, nalewają trunki z butelek owiniętych w wykrochmalone serwety. Jeśli my dostajemy pomidorki i szynkę, to na stołach, jak sądzę, królują dewolaje i świeże szparagi, a jak u nas łosoś i truskawki, to u nich zapewne kawior i polędwica z wołków Kobo. W mieście pojawiają się dokładne rozpiski, kiedy i gdzie można “upolować” jakąś sławę, ale informacje są celowo niedokładne, trzeba godzinami stać na dworze, a potem co – pstrykniesz zdjęcie ponad głowami tłumu i przez czerwony kordon, a głównym motywem będą łyse głowy, czapki z pomponem i wyciągnięte do góry ręce z komórką. Skarżył mi się ostatnio jakiś operator telewizyjny, że już w ogóle nie można filmować publiczności. Ochrona danych osobistych?, zapytałam. Nie, odpowiedział, komórki. Trzymane w górze, wiadomo, ale też te na podołku, a nad nimi pochylone głowy, bo nie ma już żadnej okazji, kiedy nie sprawdza się wiadomości. Co przypomniało mi oczywiście pewien mem, jaki obiegł internet jakiś czas temu. Nie znalazłam, ale na potrzeby tego postu odtworzyłam go. Na górnym zdjęciu Wałęsa swobodnie gawędzi z Królową (angielską oczywiście). Oboje się uśmiechają, choć nikt nie wie, jak się ze sobą porozumiewali. Na drugim, ćwierć wieku później, Królowa z kamienną twarzą siedzi wyprostowana jak kij, a z tyłu za nią, w drugim rzędzie, Morawiecki. Zasłoniłam mu napis na piersiach, bo nie znalazłam tego zdjęcia w innej wersji, tylko ze słowem na k, które tu przecież wcale a wcale nie jest potrzebne, bo Morawiecki jaki jest, każdy widzi.

Czym to się człowiek nie pociesza w trudnych czasach.
Jednak mój filmowy luty to wcale nie Berlinale, lecz filmy o wojnie. Bo obejrzałam w lutym pięć filmów o II wojnie.

Gdy Hitler ukradł różowego króliczka, film nakręcony na podstawie wspomnień Judith Kerr, córki słynnego przedwojennego dziennikarza niemieckiego, żydowskiego pochodzenia. Hitler dochodzi do władzy, Kerrowie uciekają, wojna wybucha, gdy kończy się film, ach nie, oczywiście na odwrót – film kończy się w momencie wybuchu wojny. Piękny, wzruszający film, pokazujący wojnę z perspektywy dziesięcioletniego wrażliwego dziecka. Podobną perspektywę przyjmuje Jo Jo rabbit, amerykański film satyryczny w reżyserii Nowozelandczyka, Taika Waititi. Tu też głównym bohaterem jest dziesięcioletnie dziecko – chłopiec, który się zaprzyjaźnia z wyimaginowanym Hitlerem.

Mam dziesięcioletniego wnuka i Bogu dziękuję, że on i jego rówieśnicy, że pokolenie ich rodziców, ba, że my, pokolenie dziadków, nie musieliśmy przeżywać tego, co te dzieci. Strach, głód, bieda, poniewierka.  Ile szczęścia nam przypadło! Przecież wystarczyło się urodzić o kilka lat wcześniej, albo i teraz, ale tysiąc kilometrów dalej, na wschód, na południe. Cztery tysiące kilometrów na południe od nas dzieci w Aleppo zmarzają w obozach dla uchodźców. To się dzieje na naszych oczach. Gdy wojna, tamta wojna wybuchła, nasi rodzice byli w tym właśnie wieku, mieli pięć, dziesięć, dwanaście lat. I świat też na to patrzył, jak ginęli w bombardowanych miastach, łapankach, kacetach, gułagach i wagonach bydlęcych.

I wreszcie ostatnio przez trzy dni pod rząd oglądałam słynny niemiecki serial telewizyjny sprzed kilku lat – Nasze matki, nasi ojcowie. Tak się złożyło, że dopiero teraz, miałam okazję go obejrzeć. Ten film został potwornie skrytykowany przez polską prawicę spod znaku PiS, za fałszywe przedstawienie Polaków. Obejrzałam i nie dopatrzyłam się niczego, o czym byśmy nie wiedzieli. Oskarżono ludzi z AK, że byli antysemitami. A nie byli? Nie wszyscy oczywiście, ale przecież byli. Oskarżono ich o to, że byli brutalni. A nie byli? To była wojna.

To dobry film, a nasz problem z nim leży zupełnie gdzieś indziej, ale o tym za chwilę.

Pięć filmów pokazujących filmę oczami Niemców, bo nawet jeśli Żydów, to Niemców. Uderza prywatność tej wojny. W tle dzieją się wielkie zdarzenia, pojawiają się informacje radiowe. Niemcy rozpętują wojnę, lub ją przegrywają, w Afryce, na Sycylii, w Rosji, w Berlinie. Amerykanie lądują w Normandii, w Naszych matkach… bracia Winter walczą w Rosji i pod Kurskiem biorą udział w największej bitwie pancernej w historii, bitwie, którą wygrała Armia Czerwona, co przesądziło o losach wojny i świata. Ale mimo to wojna pokazywana w latach 2010/2020 jest przede wszystkim sprawą prywatną. Już same tytuły formułują tę perspektywę: Różowy króliczek, Jojo króliczek, nasze matki, dzieci i ich rodzice. Tak chyba jest, że po 80 latach od wybuchu wojny, nie chcemy już chyba oglądać bitew, tylko życie.

To wszystko są filmy o Niemcach w czasie wojny. JoJo Rabbit to satyra, nie można się pośmiać, bo tragiczna, ale nie trzeba jej brać poważnie. Poza tym hitlerowcy mówią po angielsku, czyli z góry wiadomo, że to wszystko nieprawda.
Różowy króliczek z kolei jest filmem dla Polaków łatwym do samoidentyfikacji, bo pokazuje świat z perspektywy ofiary. A tylko tak chcemy widzieć wojnę – jako ofiary lub bohaterowie. I tylko takie chcemy znać perspektywy opowiadania o wojnie. Nie jesteśmy przyzwyczajeni do prywatnej perspektywy niemieckiej, jak to się dzieje w Naszych matkach… Tu właśnie czai się niebezpieczeństwo, z jakim polski widz sobie nie radzi, i może to właśnie ono tak naprawdę wywołało ataki ze strony prawicy. Pięcioro bohaterów filmu to młodzi ludzie, nasze córki, nasi synowie. Nie mamy wyjścia, utożsamiamy się z nimi. W pierwszym odcinku nie jest to trudne, bo są młodzi, ładni i niewinni. Ale utożsamiamy się z nimi również potem, wtedy, gdy przestali już być naiwni i niewinni, bo wojna ich wszystkich zmieniła, bo już dopuścili się zdrad, już się zaprzedali, już stali się okrutni. Gdy bracia Winter z oddziałem atakują sowiecką stację nadawczą, perspektywa filmowa jest “nasza”, “nasz” oddział atakuje Złego, który czai się na poddaszu. Wszystkie filmy naszego dzieciństwa tak były kręcone i z takiej perspektywy poznawaliśmy zło. Takie były w owym czasie wszystkie westerny. Dobrzy atakują Złego, ten się broni, ale Dobrzy zawsze w końcu wygrywają. Rio Bravo z Johnem Waynem i Ricky Nelsonem. Gdy oglądam scenę napadu niemieckiego na stację sowiecką, oglądam Rio Bravo, moja podświadomość chce więc, żeby im się udało. Chcę, żeby udało się Niemcom! Jest tak, bo tak się przyzwyczaiłam i jest tak, bo przywiązałam się do młodszego Wintera jeszcze wtedy, gdy nie chciał tej wojny i nie umiem usunąć tej sympatii, gdy stał się już okrutnym wykonawcą zadań wojennych. I to jest, moim zdaniem, największa groza tego filmu. Udało mu się. Tak, udało mu się. Ja, Polka, oglądając ten film utożsamiam się z wrogiem! Przyjmuję jego rolę. Widzę w Niemcu człowieka, a nie zbrodniarza.
No cóż, za moich czasów mówiło się, że film “zmusza do myślenia”. Nasze matki, nasi ojcowie zmuszają nas do pójścia znacznie dalej, do zejścia do piwnic naszego polskiego ja, do głębokiego przeanalizowania tego, co się tam kryje. Bo zawsze dotąd myślałam, że moje reakcje na takie filmy wynikały z “naszyzmu”, nasi walczyli, nasi cierpieli, nasi wygrywali. A dopiero teraz widzę, że może to wszystko, cały ten “naszyzm”, to bzdura, bo to co się liczy, to… miłość. Bo nie umiem zobaczyć w tych młodych Niemcach zbrodniarzy, nawet wtedy, gdy widzę, jak popełniają zbrodnię, a widzę w nich tylko nasze dzieci. Nasze córki, naszych synów…

I nic na to nie mogę poradzić.

Sąsiedzi 9

Teresa Rudolf

Salomon

Klara i Filomena otwierały w milczeniu drzwi do mieszkania Lesia na trzecim piętrze. Nie rozmawiały jednak o tym, czego się spodziewają. Klara była ciekawa, jak daje sobie radę samotny mężczyzna i jaki jest też ten Salomon, uśmiechający się z pudła Whiskasu, będący równocześnie kopią Salci.
Filomena była również  bardzo ciekawa mieszkania Lesia, ale myślami bardziej była przy nim w szpitalu.
– Co on z tą jakąś Reginą musiał przeżyć, że aż się tak wystraszył możliwości jej odwiedzin, toż to musiała być jakaś straszna zołza, pomyślała.
Poczuła nagle nastrój dawnych, dramatycznych rozstań… odchodzeń, przychodzeń,
a też i rozdrażnienie, niewytłumaczalny niepokój, smutek sączący się nie wiadomo skąd.
Kobiety weszły do środka
Klara szybko otworzyła okna, komentując:
– Biedna kicia, nie ma kto kuwety wyczyścić, piasku nasypać, no więc jak tu ma nie śmierdzieć?
Ale gdzie on teraz jest? Gdzie się schował? Najpierw damy mu coś do jedzenia. Kupiłam Shebę z łososiem…
Może ze względu na sam zapach już z kąta wyjdzie?
W dużym pokoju w kącie stały trzy  puste miski, jedna na wodę, jedna na jedzenie miękkie i wilgotne, jedna na pokarm suchy.
Klara napełniła wszystkie trzy miseczki. Usiadły z Filomeną na kolorowej kanapie, kolory były nienachalne, stonowane. Usiadły i czekały na kota.
Była godzina 18.00, o tej porze dostawał kolejny posiłek.
Czyli nie było żadnego uchybienia ze strony pań, poza jednym zasadniczym: nie były Lesiem.
– Miau, miau, kici, kici, wołały jedna przez drugą…
Ale kota, jak nie było, tak nie było.
– Ale gdzie on może być?, niecierpliwiły się Klara i Filomena…
– Wyczyszczę kuwetę, powiedziała Klara i zabrała się natychmiast do pracy, rutyna rzuciła się natychmiast w oczy.
Filomena natomiast zaczęła rozglądać się po mieszkaniu. W pokoju znajdowały się nowoczesne, jasne meble z Ikei, stół, krzesła, proste, lekkie, na stole jasnosłoneczna serweta lniana, komponująca się świetnie z jednym z kolorów szmaragdowo-łososiowo-żółtej kanapy. Na stole stały tulipany, również łososiowego koloru, jeszcze w zupełnie dobrym stanie.
Ogólnie rzecz biorąc, pokój był, zdaniem Filomeny, skromnie, ale gustownie urządzony.
Nie było nigdzie popielniczki, czym jako palaczka, kończąca z nałogiem od lat, akurat nie była za bardzo zachwycona.
– Cholera, co to za facet, powiedziała głośno do Klary, która właśnie wróciła z pół przymkniętego balkonu, gdyż także i tam szukała Salomona.
Ale kota nie było. Spróbowała sobie wyobrazić, co zrobiłaby Salcia, gdyby ktoś obcy dziś do nich przyszedł.
– Wiem, krzyknęła odkrywczo, kanapa od tyłu!
Kobiety odsunęły kolorową, wygodną, jak stwierdziły zgodnie kanapę i zobaczyły dziurę w płótnie tylnej  ściany.
– Coś takiego, naprawdę jak Salcia, czyli, że wszedł do szuflady na pościel…, miejmy nadzieję, że Lesio nie trzyma jej tutaj…
Klara wyciągnęła szufladę z przodu, Filomena pilnowała dziury z tylu..
– Przecież musi coś jeść, pić, do kuwety iść, biedne, przerażone stworzenie, jak mu powiedzieć, żeby się nie bał, bo Lesio wyjdzie z tego???, mówiła Klara.
Filomena również bezradnie stała za kanapą.
Zgodnie z przepowiednią Klary, w pustej  szufladzie na pościel, siedział zwinięty w kłębek, ale nastawiony bojowo, więc prychający, kompletnie zdezorientowany Salomon.
– Salomon, chodź kotku do nas, musisz coś przeciez zjeść, twój Lesio niedługo przyjdzie, a teraz ciocie się tobą zajmą, obłaskawiała kota Filomena.
Kot nawet na nią nie spojrzał, co ją nieco zmroziło i pohamowało w zalotach.
Nie znała kotów, rodzice mieli ostatnio psa, Kajtka, który ciagle bez powodu szczekał i był dlatego kością niezgody między nimi i pania Klarą.
– Ależ to było wszystko bez sensu, tak dawno, naprawdę wszyscy zwariowali wtedy i to tyle lat, pomyślała i spojrzała uważnie na Klarę.
Tymczasem  Salomon wziął rozpęd i wyskoczył łukiem z szuflady, prawie pod nosem Klary.
Najpierw pobiegł do kuwety, gdzie po ważnych czynnościach, zaczął wszystko zagrzebywać, a wyglądało to tajemniczo, trwało długo i jeszcze powtórzyło się parę razy.
– Co on tak tam zagrzebuje, spytała Klara, Salcia wszystko załatwia szybciutko, grzebie krótko i gotowa, cała w skowronkach, wraca do pokoju.
Salomon jeszcze ciągle coś zagrzebywał, wyglądało na to, że ten rytuał nie ma końca.
Wreszcie z podniesionym ogonem i zmierzwionym futerkiem, jakoś tak bokiem, podszedł do swoich misek. Napil się wody, zjadł parę suchych keksów, ale mokrą karmę z uporem maniaka starał się zagrzebać prawie pod parkiet!
– Oj kiepściutko, kiepściutko, prawie równocześnie powiedziały samozwańcze ciotki Salomona.

Spotkania z Księciem Ciemności 7

Ksawery Kopański

Jam jest Książę Ciemności! Przychodzi. Z łaskawą miną, miękkim i powolnym krokiem, dokonuje obchodu swych włości. Łaskawie obdarzy zainteresowaniem moją Żonę, mnie ignorując zupełnie. Po czym kieruje się do kuchni, wyraźnie dając znać, iż pora na posiłek. I w tym akurat muszę się z nim zgodzić, ja też właśnie myślałem o jakiejś przekąsce.

Karma z puszki wędruje wprost do miseczki, dla Księcia. A dla mnie do salaterki – tuńczyk. Też z puszki. Taki w kawałkach, w wodzie (nie w oleju i nie w sosie własnym, tylko właśnie w wodzie), czyli nic nadzwyczajnego. Aha, trzeba jeszcze przynieść sobie chleb!

Wracam. Patrzę…

Czy to wina zwierzęcia? Nie, raczej moja bezbrzeżna głupota, naiwność oraz brak przezorności. Kot i tuńczyk z puszki w jednym pomieszczeniu: to nie mogło się skończyć inaczej! Pssssiiik, paszoł won, Sierściuchu jeden!!!

Nie przejął się zanadto. Siedzi. Patrzy. A wygląda, nie przymierzając, jak Behemot, z kieliszkiem wódki w jednej łapie i z widelcem – na który zdążył już nadziać marynowany grzyb – w drugiej. Ja zaś zapewne przypominam w tym momencie nieszczęśliwego, skacowanego Stiopę Lichodiejewa.

Tak. Zjadłem.

I co mi zrobisz?

Jam jest Książę Ciemności!