Przed rokiem w “Przekroju”

Przed rokiem ukazał się w Przekroju mój tekst o Polakach w Berlinie. Znalazłam go wczoraj przypadkiem, szukając czegoś innego, w wersji oryginalnej i pomyślałam, a co… ciekawy. Może nie czytaliście Przekroju, może zapomnieliście. Czytajcie:

Ewa Maria Slaska

Slogany polskiego Berlina

Przyjechałam do Berlina w styczniu 1985 roku. Już po wielkiej fali emigracji z Polski w okresie Solidarności. To oni, tak zwani potem „uciekinierzy solidarnościowi“, stworzyli pierwszą powojenną polską narrację o Polakach w Berlinie. Pojawiła się ona w sto lat po poprzedniej wielkiej fali emigracji, która trwała od roku 1870 do końca I wojny światowej. Nowi przybysze nieświadomie powtórzyli wzory zachowań swoich poprzedników, o których zapewne nigdy nie myśleli.

„Hitlerowcy“

Po II wojnie światowej w Berlinie byli wprawdzie Polacy, ale nie tworzyli żadnej zintegrowanej grupy mniejszościowej. Uważali się za Niemców i co najwyżej układali się z Komuną, żeby od czasu do czasu obejrzeć występy grup folklorystycznych.

Dla nas to byli „oni“.

Natomiast Polacy wyjeżdżający z Polski, by osiedlić się gdzieś na stałe, wielkim łukiem omijali Niemcy. Celem emigrantów była Anglia, może Francja, na pewno Stany Zjednoczone. Nikt nie chciał zamieszkać u „hitlerowców“. Do Niemiec przyjeżdzali tylko niemieccy przesiedleńcy, ze Śląska czy z Mazur, i natychmiast starannie zacierali ślady łączące je z krajem, który przed tygodniem opuścili. Ale w latach 80 do Niemiec, a przede wszystkim do Berlina Zachodniego, zaczęli przyjeżdżać Polacy. „My, Polacy“. W Polsce nastało radosne święto wolności i to ono było, używając terminu socjologicznego, elementem „push“ czy też nawet „push out“. Bo wprawdzie w sierpniu zatańczyliśmy na ulicy karamaniolę, mityczny taniec zwycięskiej rewolucji, ale zaraz potem zaczęliśmy bez przeszkód korzystać z najważniejszej oznaki wolności czyli paszportu. Im więcej upojonych wolnością Polaków wyjeżdżało na Zachód, tym bardziej nasze wymarzone kraje – raje emigracji już nas, Polaków, tak łatwo nie wpuszczały, a może nawet już nas w ogóle nie chciały. I wtedy odkryliśmy, że możemy wjechać bez wizy do Berlina Zachodniego. I to był socjologiczny czynnik „pull“ a może nawet „pull in“. A im było nas więcej, tym było nas więcej.

„Drodzy polscy goście!“

Przywitano nas z otwartymi ramionami. Na granicy czekały na nas ulotki po polsku. „Drodzy polscy goście!“, bo tak nas wtedy tytułowały władze Berlina, wjeżdżali do świata, gdzie magiczne słowo „azyl“ otwierało drzwi, na pewno nie wszystkie, ale te do schronisk dla uchodźców i urzędów pomocy społecznej. Polacy stawali się azylantami, osobami czekającymi na azyl polityczny. Nie było zresztą ważne, czy się go dostanie, bo wjazd do Berlina otwierał kilka innych możliwości. Można było natychmiast rozpocząć starania o wyjazd dalej, przy czym to „dalej“ oznaczało raczej Australię i Południową Afrykę lub Kanadę, a nie USA. Można było skorzystać z prawa do „Duldungu“ czyli pobytu tolerowanego. Można było wreszcie postarać się o dowody przynależności do narodu niemieckiego. Azylant, któremu uznano papiery niemieckie stawał się „Aussiedlerem“, przesiedleńcem. Każda z tych grup miała inne prawa i korzystała z innych świadczeń pomocy społecznej. Grupy rywalizowały ze sobą i ustanowiały zmieniający się wraz ze zmianą statusu porządek dziobania.

„Przeszłem na Aussiedlera“

Najlepiej było zostać „Aussiedlerem“. Gdy przyjechałam, złożyłam podanie o azyl, azyl uzyskałam i zaczęłam pracę w schronisku dla azylantów. Pewnego dnia tak właśnie zostałam przywitana przez jednego z podopiecznych. „Pani Ewo, przeszłem na Aussiedlera“. Przeszłem. „Aussiedlerzy“ byli Niemcami, którzy wprawdzie z reguły nie znali języka, ale ojczyzna natychmiast wysyłała ich do dobrej szkoły, tak by mogli się jak najszybciej zintegrować. Mieli wyższy zasiłek, lepsze warunki mieszkaniowe w schronisku, prawo do nauki języka i nieograniczone prawo do pracy, której zresztą było jeszcze dużo i zpełnie dobrze płatnej. „Aussiedler“ był w stadzie przybyszów zwierzęciem alfa. Gdy przeprowadzał się do własnego mieszkania, kupował garnki Amway, encyklopedię Britannica i regał z oszkloną witryną, nazywaną potocznie „ołtarzykiem Aussiedlera“.

Niemieckie papiery często były lipne i Niemcy też to powoli zaczęli odkrywać. Jeden z (paskudnych zresztą) polityków berlińskich powiedział, że wystarczy pokazać „zaświadczenie o posiadaniu owczarka niemieckiego, by dostać w Berlinie status Aussiedlera“.

„Wygrałam azyl“

Następni w kolejce byli tacy jak ja – tak zwani „uznani azylanci“. Tytuły przyznawały specjalne urzędy, które początkowo podzielały zachwyty władzy. Po wprowadzeniu stanu wojennego z „drogich polskich gości“ Polacy stali się wręcz „naszymi bohaterskimi Polakami“. Modelem Polaka-bohatera był człowiek, który „właśnie wczoraj“ przyjechał do Berlina na zakupy, a generał Jaruzelski odciął go na zawsze od ojczyzny. Stopniowo jednak i goście, i bohaterowie tracili swój nimb, po części z winy „gospodarzy“, ale po części z własnej winy. Coraz częściej zdarzało się, że sami azylanci dobrze wiedzieli, iż opowieść o prawie do „uznania“ nie musi mieć nic wspólnego z prawdą i opowiadali bajki. Gdy szłam na pierwsze przesłuchanie azylowe, ktoś mi poradził, bym zeznała, iż w więzieniu przypiekano mi pięty żelazkiem. Tak mniej więcej. Jednak w większości azylanci opowiadali, że roznosili lub rozrzucali ulotki. Czasem próbowaliśmy obliczyć, ile tych ulotek musiało być w Polce, by starczyło dla wszystkich i uznaliśmy, że były to niewątpliwie Himalaje. Azylanci wiedzieli, że opowiadają bujdy, stąd wzięło się sformułowanie „wygrałem azyl“. Podświadomie azylant przyznawał, że azyl mu się nie należy, ale zawsze można było wygrać los na loterii.

„Uznani“ mieli prawo do kursu języka niemieckiego w dobrej szkole, nie musieli mieszkać w schroniskach i mogli pracować. Po co najmniej siedmiu latach legalnej pracy uzyskiwali prawo do wystąpienia o obywatelstwo niemieckie.

„Praca na czarno“

Azylanci, którzy wciąż jeszcze czekali na uznanie azylu, lub uzyskiwali odpowiedź negatywną i odwoływali się od decyzji urzędów, musieli nadal mieszkać w schronisku. Trwało to niekiedy latami. Mogło się oczywiście zdarzyć, że w międzyczasie „przeszli na Aussiedlera“ lub wyjechali do Południowej Afryki, ale często rodziny wciąż jeszcze wegetowały w jednym lub co najwyżej dwóch pokojach w tzw. „heimie“. Samotni mieszkali w pokojach wieloosobowych. Dużo pili. Gdy w schroniskach nie było kuchni, musieli korzystać ze zbiorowego żywienia. Często zmuszano ich do kupowania tylko w określonych sklepach, a zamiast pieniędzy otrzymywali bony na żywność. Dzieci nie podlegały przymusowi szkolnemu. Nikt nie miał prawa pracy. Niektórzy szli do szkoły tzw. ludowej, która była dostępna i tania, i uczyli się języka. Za naukę musieli płacić sami, ale nie były to wygórowane sumy.

Większość azylantów po kilku miesiącach znajdowała pracę nielegalną. Zgodnie z zasadą ekonomii etnicznej, że nowoprzybyli szukają pracy tam, gdzie już pracują ich rodacy, również Polacy w Berlinie opanowali dwie wielkie dziedziny gospodarcze. Mężczyźni pracowali na budowie, kobiety jako sprzątaczki. Pracowali dużo i dobrze. Gdy im się noga powinęła, spadali z poziomu pracy nielegalnej, zwanej „pracą na czarno“, na poziom kryminalny: mężczyźni kradli, kobiety się prostytuowały.

W domu, w którym wówczas mieszkałam, mieszkała piętro wyżej niemiecka prostytutka i skarżyła się, że „Polki zaniżają cenę i psują pracę“.
Niemcy chętnie jednak korzystali nie tylko z tańszej oferty pracownic seksualnych, ale i z usług złodziei aut, którym zlecało się kradzież własnego samochodu, po to, by wyłudzić premię z ubezpieczalni.

„Milcząca mniejszość“

Przed rokiem czy dwoma Peter Oliver Loew wydał książkę o Polakach w Niemczech i nazwał ją „Wir, Unsichtbaren – My, niewidzialni“. Miał na myśli to, że od 150 lat Polacy starają się ukrywać swoją polskość, wtapiać się w ogół, nie rzucać się w oczy. Tak miało być w XIX wieku i tak na pewno było w latach 1980-2011. Ale generalnie wszyscy wiemy, że my, Polacy, byliśmy nie tylko mniejszością niewidzialną, lecz – może nawet przede wszystkim – milczącą.

Kobiety pracowały w sferze prywatnej i nie musiały się specjalnie ukrywać z tym, co robią. Mężczyźni jednak musieli milczeć. Przechodziliśmy dzień w dzień koło wznoszących się berlińskich „szklanych domów“ i wiedzieliśmy, że budują je Polacy, bo nikt się nie odzywał.

Państwo się zjednoczyło, stolica przeniosła się do Berlina, zaczął się niewiarygodny boom budowlany. To Polacy traktowani jak niewolnicy zbudowali Potsdamer Platz i inne szklane krajobrazy Berlina.

Politycy bez zmrużenia powieki przyznawali, że miasto dzięki pracy nielegalnej udało się zbudować tanio, a zatem więcej pieniędzy będzie można wydać na luksusowe wnętrza.

„Szczurze nory“

Można jednak było zrezygnować z restrykcji życia azylanta w schronisku, przejść na tzw. „Duldung“ czyli pobyt tolerowany i nieco w stylu amerykańskim „stać się kowalem własnego losu“. „Duldung“ nie dawał żadnych praw i żadnego zabezpieczenia finansowego. „Tolerowani“ nie mieszkali w schroniskach tylko albo u przyjaciół lub, nazwijmy to umownie, narzeczonych, albo też w mieszkaniach wynajmowanych przez rodaków stojących wyżej na drabinie dziobania, nielegalnie użyczanych rodakom z samego dołu drabiny. Oczywiście wiedzieliśmy o tym, że takie mieszkania istnieją i mniej więcej orientowaliśmy się, jak wyglądają. Strasznie. Jak „szczurze nory“, żeby użyć określenia z filmu Lubitscha „Być albo nie być“. Zetknęłam się ze zjawiskiem „szczurzej nory“ przez… dobre serce. Koleżanka uciekła od męża w dramatycznych okolicznościach. Przygarnęłam ją z dwójką małych dzieci, a sama przeniosłam się na kanapkę do innej koleżanki. Po jakimś czasie adwokat wywalczył dla niej prawo powrotu do wspólnego mieszkania, co oznaczało, że mąż musi je opuścić. Gdy zapytała mnie, czy mąż na najbliższy miesiąc mógłby u mnie zamieszkać, zanim znajdzie mieszkanie, zgodziłam się. Tymczasem ów mąż, oczywiście nie powiadamiając mnie o tym, wynajął moje mieszkanie ośmiu samotnym mężczyznom, którzy płacili mu w sumie czterokrotną wysokość czynszu, a „za to“ zdewastowali mi mieszkanie. Dowiedziałam się o tym, gdy zatelefonował do mnie sąsiad, skarżąc się na pijanych Polaków rzygających mu w nocy na okna… W ciągu 24 godziny wszystkich ich wyrzuciłam, koszty remontu mieszkania i długi za nieograniczone korzystanie z mojego telefonu spłacałam ponad pół roku.

„Niedźwiedź w paszporcie“

Ostatnią kategorią byli ludzie mieszkający w Berlinie całkowicie nielegalnie. Ich warunki życia były jeszcze gorsze niż tolerowanych. Tolerowani i nielegalni rozmnożyli się niezwykle po roku 1989. W Polsce zapanowała demokracja, Niemcy przestały przyjmować od Polaków podania o azyl polityczny, a „Aussiedlerzy“ musieli ubiegać się w Polsce o uznanie papierów niemieckich. Nowoprzybyli natychmiast wsiąkali w szarą strefę pracy na czarno i życia na pograniczu przestępstwa. Każdy zatrudniony nielegalnie popełnia oczywiście wykroczenie przeciw prawu, ale i wśród skryminalizowanych ustanowił się porządek dziobania – najgorzej mieli ci, których złapano, zresztą nieważne na czym, i ukarano odesłaniem do Polski z pieczątką w paszporcie. Oznaczało to zakaz wjazdu do Berlina przez sześć miesięcy. Tak zwany niedźwiedź albo miś, czyli herb Berlina, w paszporcie złamał niejedną dobrze się zapowiadającą karierę.

„W tramwaju milczę, w muzeum głośno rozmawiam“

Oczywiście to, co tu opisuję, sprawiło, że berlińczycy przestali nas lubić. Owszem korzystali z nielegalnych, a więc tańszych, usług polskich budowlańców, sprzątaczek, złodziei aut i prostytutek, ale traktowali nas z pogardą lub, w najlepszym wypadku, litością („bo Polska jest taka biedna“). A my…

A my w ciągu tych trzydziestu lat, pomiędzy rokiem 1980 a 2010, zacisnęliśmy zęby i o własnych siłach, z nieprawdopodobnym uporem, bez niczyjej pomocy i przez nikogo nie motywowani, wydźwignęliśmy się z tego skryminalizowanego bagna do roli cenionych i kreatywnych pracowników, inteligentnych przyjaciół i odpowiedzialnych obywateli. Wydostaliśmy się najpierw z czarnej strefy, potem z szarej, a potem krok po kroku wspięliśmy się po drabinie społecznej do poziomu klasy średniej. Założyliśmy szkółki i szkoły, stowarzyszenia i kluby, gazety i galerie, sklepy, warsztaty, firmy budowlane i restauracje. Jeden z „tolerowanych“ udzielił kiedyś wywiadu dziennikarce berlińskiej gazety „taz“ i powiedział zdanie, które do dziś uważam za symbol naszych ówczesnych wysiłków: „W metrze milczę, w muzeum głośno rozmawiam po polsku“.

Byliśmy dobrze wykształceni, wynieśliśmy też z Polski głęboki kult dla kultury. Emigracja wepchnęła nas w głęboki dół, ale wiedzieliśmy, że to dół i że trzeba się z niego wydostać. Wiedzieliśmy też, co nas czeka, gdy już przestaniemy być „kobietą i mężczyzną z wydm“.

Wysiłki przyniosły efekty. Dziś już nikt nie wypomina nam złodziejstwa i życia w „nielegalu“. Nie mieszkamy w „szczurzych norach“. Pracujemy, mieszkamy, żyjemy, jeździmy na wakacje na Karaiby. Stworzyliśmy mocną i ciekawą ofertę kulturalną nie tylko dla nas samych ale i dla naszych gospodarzy i innych współmieszkańców naszego miasta.

Dotarliśmy na miejsce i możemy być z tego dumni.

Dodajmy jednak, że my z tych „szczurzych nor” wyszliśmy, same nory jednak nie zniknęły, wciąż bowiem pojawiają się ich nowi mieszkańcy – niechciani polscy goście.

„Nie chcę mieć z nimi nic wspólnego“

Od wstąpienia Polski do Unii do Berlina przybywają nowi Polacy. Studenci, stażyści, praktykanci, artyści, informatycy i młodzi przedsiębiorczy założyciele start-upów, obieżyświaty, ludzie alternatywni, geje i lesbijki, ci, których dusi Polska i zaściankowo-martyrologiczna polskość. Przybyli tu dumni z tego, że są Polakami. Nazwali się Kosmopolen. Połączyli się z dziećmi mojego pokolenia, które wprawdzie w pełni korzystają z przywileju mieszkania w stolicy najważniejszego państwa europejskiego, ale nigdy nam nie wybaczyły, że zabraliśmy je potajemnie z domów od babci, dziadka i przyjaciół i przywieźliśmy tutaj.

Są młodzi, świat należy do nich, nie ukrywają swej polskości, nie wstydzą się jej, cenią dwujęzyczność, pielęgnują obcy akcent i swoją odmienność. Czują się dobrze tu i teraz, chwalą się, że nie są, tak jak my, zakompleksieni i zawstydzeni polskością. Nie interesuje ich nasze doświadczenie i nasza droga do postawy obywatelskiej.

Czasem z nami współpracują, czasem pracują dla nas i to my im płacimy pensje lub honoraria, ale nawet wtedy potrafią publicznie powiedzieć, że „nie mają i nie chcą mieć z nami nic wspólnego“.

To właśnie usłyszałam wczoraj, 11 października 2017 roku.

Berlin, 12 października 2017

Cukierki

To jest wiersz, napisała mi w mailu Autorka, o człowieku, który odszedł, a zawsze częstował cukierkami.

Anna Dobrzyńska

A kiedy już dotrę do końca mej drogi,

I z murem się zetknę, co nieuniknione,

Odnajdę szczelinę, ciemną i wąską,

I przedrę się przez nią na drugą stronę.

X

Zobaczę ocean, wielki, falisty,

I łódź, co na brzegu mnie czeka drewnianą,

I wejdę do łodzi, mej łodzi, prywatnej,

A fale poniosą mnie w przestrzeń nieznaną.

X

Fale poniosą mą łódź w rękawiczkach,

Białych i czystych, skropionych krochmalem,

A ja nad głowami, falami popłynę,

Tam skąd przyszedłem, zanim się stałem.

X

A tym co jeszcze zostali za murem,

Cukierków garść sypnę, na pożegnanie,

Niech im się słodko zrobi w ich domach,

Gdy się już zajmą praniem, sprzątaniem.

Z poezją w sprawie godności

Teresa Rudolf

Sen

Jakoś tak sobie pogrywa ze mną…
Spuszcza tiulową firankę na oczy
głaszcze po nich, porywa,
kamienieje do rana,

lub pomachuje mi tym tiulem,
łaskocze, rozdrażnia, odpływa
by znów obudzić, złośliwie
daje znać, że nie odpuści,

podle pokazuje mi miejsce
w szeregu, że nie da się
bez niego, że będzie nękał
tak długo, aż nie zasnę…

I pokażę zmęczoną twarz
mówiąc, że zrobię wszystko,
i nie poddam się tej władzy,
zwanej bezsennoscią.

Człowiek powinien…

To co człowiek powinien,
to czekać się nauczyć,
by rozumieć, co nie jest do
zrozumienia.

Czuć, co nie do wyczucia,
kiedy powinno się czuć,
wybaczać, choć co tak
dokładnie, nie wiadomo…

Powinien być otwartym, gdy
zamknięte wszystkie drzwi,
być zamkniętym, żeby
nie musieć nikogo wyrzucać…

Powinien odchodzić, bo
tak lepiej, zostawać, bo
łatwiej, mieć wyczucie,
że tak przecież nie można…

Powinien, powinien,
powinien się

zamknąć,
kiedy mówi, otworzyć
kiedy ma milczeć…

Chyba, że wreszcie powie
sobie cicho “nie”, a potem
światu głośno, z uśmiechem
“NIE”!

Bo to właśnie powinien…

Godność człowieka na co dzień

Wewnętrzne wyprostowanie,
z wewnętrznie podniesioną głową,
wewnętrzne trzymanie się w karbach
by samemu ze sobą porozmawiać.

Porozmawiać o tym, jak powinno się
na zewnętrz pokazać nie pokazując
niczego, żadnego bólu, słabości,
nałogów, cierpienia, oczekiwań.

Nie obarczać nikogo sobą, nie pokazywać,
jak bardzo chciałoby się pokazać,
to, co niegodne pokazywania,
a co powinno pozostać w człowieku…

***
Uwaga: Wszystkie wpisy Teresy Rudolf są jej autorską kompozycją, co oznacza, że jest ona nie tylko autorką wierszy, ale dokonała też wyboru muzyki i filmów wideo lub zdjęć, które towarzyszą jej poezji i ją uzupełniają.

Barataria 102 – Znaczy kapitan

Mamert Stankiewicz. Znaliśmy go wszyscy, dzięki niezapomnianej książce Karola Olgierda Borchardta. Właśnie minęło 130 lat od jego urodzin a w listopadzie minie 80 lat od jego śmierci. Urodził się 22 stycznia 1889 w Mitawie (obecnie Jełgawa), zm. 26 listopada 1939 na morzu podczas pełnienia służby.
We wrześniu 1939 roku kapitan objął dowództwo na statku ORP „Piłsudski”.
25 listopada  okręt wyszedł w swój pierwszy wojenny rejs w konwoju do Nowej Zelandii. 26 listopada o 5:36 na transatlantyku doszło do dwóch wybuchów. Kapitan Stankiewicz pozostał na statku, aby sprawdzić, czy opuściła go cała załoga. Opuścił okręt z dwójką ostatnich marynarzy (jeden ukrył się na pokładzie w szalupie i przeżył w niej katastrofę). Po półtorej godzinie rozbitkowie zostali wyłowieni przez brytyjski niszczyciel HMS „Valorous”. Mamert Stankiewicz zmarł wskutek hipotermii i ataku serca na pokładzie tego okrętu.

Ze zdumieniem odkryłam, że Znaczy Kapitan napisał pamiętniki, które zatytułował Korsarz i Don Kichot, a które wydawnictwo wydało pod zmienionym wg własnego widzimisię tytułem.

Reblog

Kazimierz Robak

Korsarz i Don Kichot

Książka jest sensacją literacką, sukcesem edytorskim i… kompromitacją redaktorską.
Oto bowiem wydane zostały – pół wieku z górą po ich napisaniu – wspomnienia i przemyślenia człowieka-legendy, najsłynniejszego dowódcy polskiej marynarki handlowej, który zginął na morzu śmiercią marynarza i żołnierza, na okręcie zatopionym przez wroga. Ale wydane zostały bez należytej staranności, za to ze stemplem arogancji i samowoli edytorów.

Mamert Stankiewicz stał się sławny dzięki twórczości swego ucznia, a później podwładnego i zastępcy – Karola Olgierda Borchardta. Zbiór opowiadań zatytułowany Znaczy Kapitan wydany został w Polsce w milionach egzemplarzy i można bez przesady uznać, że nie ma w kraju osoby zainteresowanej morzem czy żeglarstwem, nie znającej opowieści o kapitanie, o którym opowiadano, że „nawet w depeszach używa słowa ‘znaczy’, za które urzędy pocztowe całego świata już nie pobierają opłat.”
Proza Borchardta wykracza poza ramy marynistyki: jest jednocześnie dokumentem epoki,
świadectwem świata, który bezpowrotnie odszedł i traktatem moralistycznym. Do tego jest to znakomita literatura: jasna i klarowna w stylu, a przy tym bogata i – co może najważniejsze – pełna humoru, ironii i autoironii.
Postać Znaczy Kapitana stała się dzięki niej alegorią odpowiedzialności i profesjonalizmu,  którego moralnym imperatywem jest, by obowiązki, bez względu na okoliczności – zawsze
były wykonane z najwyższą starannością „znaczy, porządnie”.
Borchardt zakończył swój zbiór komentarzem na temat pamiętników kpt. Mamerta Stankiewicza.
Z trzydziestu siedmiu opowiadań, wchodzących w skład książki „Znaczy Kapitan” kilkanaście było uprzednio drukowanych na łamach miesięcznika „Morze”. Po ukazaniu się
w roku 1959 ostatniego opowiadania pod tytułem „Meczet Omara” do redakcji „Morza” nadszedł list, którego nadawcą był Mamert Stankiewicz. List ten wywołał zrozumiałe poruszenie, ponieważ nikt z nas nie wiedział, że syn Kapitana nosi Jego imię.
W wyniku nawiązanej korespondencji dowiedziałem się o losach maszynopisu pamiętnika, o którym kapitan Mamert Stankiewicz opowiadał mi w listopadzie 1939 roku na zakotwiczonym na rzece Tyne „Piłsudskim”. Pamiętnik wraz z pewną ilością zdjęć– ocalał. Wyniosła go z płonącej Warszawy w 1944 roku żona Kapitana. Wydaje się nieodzowne podzielenie się z Czytelnikami – chociażby bardzo pobieżnie wrażeniami i spostrzeżeniami, które nasunęły  mi się po przeczytaniu pamiętnika Kapitana. […]
Kapitan w rozmowach ze mną nigdy – nawet wtedy, gdy zmienił stosunek do mnie
ze służbowego na przyjacielski – nie mówił o swych ideałach, dążeniach i osiągnięciach . Dowiedziałem się o tym wyłącznie z zachowanego maszynopisu. Ze zdziwieniem i przyjemnością odnajdywałem na kartach pamiętnika te cechy charakteru Kapitana, które zdołałem zaobserwować w ciągu kilkunastu lat współpracy z Nim.

Z powodów wiadomych, osobiste wspomnienia i refleksje człowieka, który zdobył wykształcenie i umiejętności fachowe w Imperium Rosyjskim, walczył w „białej
armii” Kołczaka, przeszedł przez więzienia i obozy bolszewickie, nie mogła się ukazać
drukiem w PRL, a przynajmniej nie w formie, na którą zgodziliby się spadkobiercy autora i depozytariusze tekstu.
Po raz pierwszy pamiętniki kpt. Mamerta Stankiewicza opublikowała w roku
1995 oficyna wydawnicza WSM w Gdyni, w serii Księgi Floty Ojczystej. Następnych
trzech wydań dokonał polski gigant wydawniczy, oficyna „Iskry”.
Lektura jest pasjonująca. Do czytelnika przemawia bezpośrednio ktoś doskonale znany, znajomy bez mała – bo przecież chyba wszyscy czytający zdążyli wcześnie zapoznać się z
z opowiadaniami Borchardta. Nie ma nawet co silić się na inny niż Borchardtowski opis wrażeń: Pamiętnik Kapitana odkrył przede mną postać chłopca, który poprzez miłość do morza potrafił przezwyciężyć wszystkie przeszkody, zagradzające Mu drogę do upragnionego celu. Zanim otrzymał tytuł kapitana, stał się „kapitanem własnej duszy”. Pierwszym Jego zwycięstwem było opanowanie uczucia strachu przed żywiołem
wody, który – podczas ćwiczeń na szalupach pod żaglami – wydawał Mu się przerażający i mogący Go pochłonąć. Nie nadaję się na marynarza – to była pierwsza myśl, która przyszła w ślad za przerażeniem. Miał możność skorzystania z propozycji matki i studiowania architektury na politechnice. Przełamał jednak siebie i wbrew intencjom matki poszedł na morze. […]
Po przeczytaniu pamiętnika zrozumiałem też, skąd u tego człowieka z werwą i młodzieńczą skłonnością do przekory wziął się pełen rezerwy i opanowania sposób bycia. […]
Stopień opanowania języków obcych – którym Kapitan zadziwiał – ma również
swe potwierdzenie na kartach maszynopisu. Kapitan wspomina, że jako młody oficer podczas długiego postoju zimowego w jednym z portów udzielał – dla podreperowania swego budżetu – korepetycji w języku niemieckim z matematyki młodemu Niemcowi
zamieszkałemu wraz z rodzicami w tym porcie. Swobodne posługiwanie się językiem angielskim umożliwiło Mu objęcie posady urzędnika konsulatu w Stanach Zjednoczonych. O dobrej znajomości języka francuskiego nawet nie wspomina, ponieważ należała ona w owym czasie do obowiązkowego wykształcenia.
Moje spostrzeżenia, że Kapitan łatwiej by się nauczył jeszcze jednego obcego języka niż
powiedział nieprawdę, znajduje liczne potwierdzenia w prostych i szczerych opisach życiowych niepowodzeń – poczynając od trudności podczas egzaminów, a kończąc na fatalnych skutkach osłabienia uwagi podczas służby”,
Nawet drobne nawyki Kapitana zaobserwowane na mostku podczas manewrów, jak na przykład współpraca ze sternikiem, znajdują uzasadnienie w pamiętniku […].
Opisane przeze mnie wprowadzenie „Polonii” na redę jachtową Obanu to już tylko słabe echo przeprowadzenia przez pola minowe cieśniny Muhu (Moonsund) największego pancernika „Sława”, o której to operacji sam powiedział, że nie chciałby jej powtórzyć.
Wprowadzenie „Polonii” podczas sztormu do Konstancy, wyprowadzenie „Piłsudskiego” w nocy z przystani nowojorskiej – ma swój odpowiednik w prowadzeniu przy ciężkiej pogodzie przez pola minowe krążownika „Riurik”, za co został dwukrotnie odznaczony
jako doskonały nawigator. Opisana przeze mnie umiejętność nawigacji wśród mgły, to jedynie powtórzenie akcji, którą przeprowadził podczas szalejącej śnieżycy w celu odszukania i ściągnięcia z mielizny statku załadowanego minami.
Te cechy Kapitana można by w skrócie określić dwoma wyrazami: donkiszoteria
i korsarstwo. Pojęcie donkiszoterii oznacza w tym wypadku romantyzm,
rzucanie się na przedsięwzięcia szlachetne, choć stokroć niewykonalne, szczery heroizm nie liczący się z warunkami życia. Wyrazicielem tych cech był w pojęciu współczesnych Kolumb, który – jak twierdzi wielu znawców literatury – posłużył Cervantesowi jako
wzór Don Kichota. Korsarstwo natomiast wiąże się z pojęciem odważnej żeglugi podróżników odkrywców, której kontynuatorami stali się korsarze. Osiągnięta przez nich wiedza i doświadczenie nawigacyjne dawało im przewagę nad silnie uzbrojonymi okrętami wojennymi, które zdobywali wraz z mianem najlepszych nawigatorów.
Wielu ludziom wydaje się, że obecnie wskutek olbrzymiego postępu technicznego przekreślone  zostało raz na zawsze znaczenie dawniejszego kapitana żaglowca, jak również żaglowca jako podstawowego ośrodka wychowawczego oficera marynarki. Po dziś dzień jednak są taki chwile na morzu, kiedy kapitan musi się oprzeć wyłącznie na zdobytych przez siebie wiadomościach i doświadczeniu oraz sam musi decydować. […]

Pamiętnik swój kapitan Mamert Stankiewicz zatytułował: KORSARZ I DON KICHOT.

* * *
Opowieść Znaczy Kapitana – a mam przed sobą trzecie wydanie „Iskier” – pod względem edytorskim jest niezwykle staranna: ładny i dobrej jakości papier, niebanalny, z lekka archaizujący skład stron, twarda okładka i elegancka obwoluta, oparta na grze rozbielonej sepii, czerni i czerwieni.
Jest jednak w tym wydawnictwie kilka poważnych niedociągnięć redakcyjnych. Zdaję
sobie sprawę, że dla większości czytelników mogą one pozostawać niezauważałne, ale nie w zauważaniu czy nie zauważniu jest problem. Diabeł, jak zwykle, tkwi w szczegółach.
Pominę  […] literówki, które łatwo mogły zostać wyeliminowane przy staranniejszej korekcie. Dużo bardziej istotne jest moim zdaniem to, że redaktor (redaktorzy?) przecenili
znacznie swoją rolę. Nie redagowali pracy debiutanta ani amatora. Mamert Stankiewicz miał spory dorobek publicystyczny (np. artykuły w Słowie Pomorskim i Żeglarzu Polskim), był również wybitną osobowością, człowiekiem świadomym nie tylko wagi czynów ale i słów. Do tego, co napisał, należało więc podchodzić z szacunkiem i – nieodzownym w takich przypadkach – profesjonalnym wyczuciem, gdzie kończy się prawo ingerowania w tekst.
Dlatego denerwujące są  przypisy, w których edytorzy piszą np. „U autora w tym i innych miejscach: Port Artur”, czy „u autora: Skagen” i wstawiają do głównego tekstu dziś używane nazwy Port Arthur czy Kattegat. Naturalnym prawem edytora jest uwspółcześnianie ortografii i interpunkcji, dzielenie utworu na rozdziały i części, ale też niewiele więcej. Stankiewicz oczywiście mógł się pomylić (choć znającjego perfekcjonizm mało to prawdopodobne), ale rolą edytorów jest wyrażanie wątpliwości i od tego mają przypisy. Edytorskie uprawnienia zostały więc przekroczone, choć tego typu nadużyć jest na szczęście tylko kilka.
Redaktorzy nie sprawdzili pisowni wszystkich nazwisk osób wspominanych przez autora. W ten sposób dowódca II Eskadry Pacyfiku w tekście i indeksie wymieniany jest – bez
żadnego komentarza – jako „Rożdiestwienski” zamiast „Rożestwienski” (Рожественский). Dziwne, że nie zlokalizowali też podpetersburskiego portu Transund, pozostawiając go w
tekście ze znakiem zapytania. Jednak na takich drobiazgach nie koniec.
W tekście głównym często się powtarza znak […], oznaczający opuszczenie. Tak pisze o tym w przedmowie Jan Kazimierz Sawicki, odpowiedzialny za opracowanie edytorskie: „Poza jedno- czy kilkuzdaniowymi opuszczeniami, wynikłymi z chęci uniknięcia powtórzeń, mówić można tylko o dwóch partiach tekstu, z których publikacji zrezygnowano. Chodzi tu o króciutki rozdział pt. „Wycieczki z Nowego Jorku i drzwi otwarte”, z maszynopisu stanowiącego podstawę […] pierwszego wydania po rozdziale „Awarie” i sprawiającego wrażenie niekompletnego. W rodziale „Pułaski i Polonia” zrezygnowano też z przytoczenia
kilkustronicowego opisu walk byków w Sewilli.”
Tu już sprawa jest poważniejsza. Argumenty Sawickiego nie trafiają mi do przekonania, z dwóch przynajmniej powodów: braku zaufania do jego opinii, że rozdział sprawia wrażenie „niekompletnego” (a od czego są przypisy i komentarze redakcyjne?) i niechęci do protekcjonalnego traktowania czytelników, którzy wszak powinni otrzymać tekst maksymalnie wierny oryginałowi, by móc sformułować własną o nim opinię. Edytorzy i tak mogliby mieć na nią poważny wpływ dzięki komentarzom w przypisach. Skróty,
moim zdaniem, usprawiedliwić mógł jedynie nieczytelny lub niekompletny rękopis, co należało w przypisach zaznaczyć.
Rozumiem motywację wydawców – dokument zawsze sprzedaje się znacznie gorzej niż
narracja zwarta. W tym jednak wypadku komercja winna ustąpić edytorskiej dokładności, zwłaszcza że na rzecz komercji działa nazwisko autora, będące dostatecznym magnesem, a nawet sensacją.

Redaktorom wydania zabrakło niestety energii na pracę edytorską wykonaną „porządnie”. Brakuje na przykład chronologicznego zestawienia wydarzeń i życiorysu kpt. Mamerta Stankiewicza. Brakuje także bibliografii, choćby prowizorycznej, tak podmiotowej – artykułów i tłumaczeń, autorstwa kpt. Stankiewicza, jak przedmiotowej, ta zaś musi być (nawet pomijając utwory Borchardta) niemała. Myślę, że Znaczy Kapitanowi się to należało.

Wreszcie sprawa – moim zdaniem – najpoważniejsza. Pisze Sawicki: „Czytelnicy książki Borchardta pamiętają zapewne, iż jej bohater miał swe wspomnienia zatytułować Korsarz i Don Kichot. Ze względu jednak na nikły związek tak sformułowanego tytułu z zawartością treściową pamiętnika, zdecydowano się nie respektować tego zamysłu autorskiego.”
W gruncie rzeczy, niewiele można dodać po tak szczerym zdaniu, będącym świadectwem redaktorskiej arogancji, chyba to, że edytorzy niewiele zrozumieli z cytowanej wcześniej
opinii Borchardta. Zmienili więc tytuł oryginalny na pretensjonalną frazę, która przez banalne nawiązanie do hymnu okrasza całość dydaktyczno-patriotycznym sosikiem i jest wobec treści i stylu Stankiewicza dysonansem. Niestety, mimo zastrzeżeń redakcyjnych, nie sposób nie powtórzyć za Borchardtem słów Znaczy Kapitana: „Znaczy, panowie nadużyli kompetencji; znaczy panowie nie są w porządku w stosunku do podjętych przez siebie obowiązków.
Borchardt wraca do tytułu pamiętników Mamerta Stankiewicza jeszcze w opowiadaniu „Druga strona Księżyca”, przeznaczonego do Kolebki nawigatorów, ale nieukończonego. Fragmenty cytuje Ewa Ostrowska: W rozmowach zawsze wspominał o swoim pamiętniku, jaki napisał i zostawił w Polsce. Mój podziw dla niego przeszedł w uwielbienie, gdy wyjaśnił
mi, że pamiętnik swój nazwał KORSARZ I DON KICHOT. Przeistoczenie korsarza w Don Kichota wygląda na świadome naśladowanie pana Andrzeja Kmicica. Gdy zdecydował się wrócić do pracy na morzu po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, postanowił najpierw pojechać do Częstochowy. […] Mnie w zapale wyjaśnił, że padł przed obrazem jako korsarz i krzyżem leżał, by przebłagać Częstochowską, że w obcym mundurze walczył. – Gdy wstałem, byłem już Don Kichotem – ale polskim.”
***
Na temat redaktorów i redakcji pamiętników Mamerta Stankiewicza Borchardt miał zdanie negatywne jeszcze z innego powodu. Pisze Ostrowska:
“Pamiętnik ten przechodził przez tak wiele rąk, że dzisiaj trudno już udowodnić słowa kapitana Borchardta, który na teczce zawierającej kolejną przeredagowaną wersję
napisał: ‘Pamiętnik sfałszowano’. Natomiast w rozmowie ze mną kapitan Borchardt wyjaśnił, że z oryginalnego tekstu zniknęły fragmenty, które w niekorzystnym świetle ukazywały osoby z kręgów morskich, cieszące się współcześnie dużym autorytetem i uznaniem władz powojennej Polski.” Co i przez kogo zostało usunięte, nie dowiemy się
chyba już nigdy, a osoby znające prawdę nie żyją, ale nie ma też powodów, by nie wierzyć
kapitanowi Borchardtowi.
W przedmowie Sawickiego zdumienie budzi jeszcze jedno zdanie: „To ostatecznie przesądziło o tytule, którym po wszechstronnych konsultacjach z bracią
morską opatrzono dzieło.”
Po konsultacjach? A cóż tu było do konsultacji? Gdyby wszyscy redaktorzy zechcieli konsultować tytuły „z bracią”, mielibyśmy prawdopodobnie Niszczący najazd szwedzki zamiast Potopu i Nie będzie Teuton pluł nam w twarz zamiast Krzyżaków.

Swego czasu Tuwim bodajże kpił, że po interwencji nadgorliwych redaktorów
Popioły – zamiast „Ogary poszły w las” – otwierałoby zdanie „Sfora psów myśliwskich rasy ogar pobiegła do lasu”. Widząc tytuł na okładce wspomnień Mamerta Stankiewicza, mam wrażenie, że wydała je sfora takich właśnie nadgorliwców.

Pogrzeb cioci

W tym roku jakoś mało “hucznie” zorganizowałam na blogu okres Bożego Narodzenia, no to niech się jego koniec (zbliża się wszak Matka Boska Gromniczna) przynajmniej odznaczy wpisem szczególnym

Ela Kargol

Kilka dni temu byłam na pogrzebie siostry mojego taty, w Nysie. Pogrzeb i cała oprawa skromna, bo i skromne było życie nieboszczki. Cmentarz stary, na którym już nie chowają. Ale ciocia miała to „szczęście”, że był tam już grób jej męża, zmarłego jakieś 50 lat temu.

Msza pogrzebowa w neogotyckim kościele przy klasztorze Werbistów. Kościół, o tak!, robi wrażenie, zabudowania też. Nie było czasu, żeby się rozejrzeć po okolicy. Ksiądz taki sobie, mylił się i nieskładnie mówił, oratorem nie był.

Kuzynka Marysia zarządziła, że nie dajemy na mszę, bo on (ksiądz) nie wyczyta z imienia i nazwiska, pomyli daty i miejsca, itp. i lepiej dać u siebie, w swojej parafii i przypilnować. Tak też zrobiłam, nie dałam.

W części budynku klasztornego mieści się szkoła, zresztą jest jakby kontynuacją dawnego gimnazjum misyjnego.

W kościele jest nas garstka, oglądam witraże, drzeworyty, staram się skupić, ale marznę i nici ze skupienia. Trochę się wstydzę za księdza i odliczam minuty, żeby wyjść, ogrzać się styczniowym słońcem, może jeszcze się rozejrzeć wokół.

Ale nic z tego, nie wypada, nie ma czasu. Organizujemy się, kto z kim, i jedziemy na cmentarz.

Przed kaplicą cmentarną, wymagającą natychmiastowego remontu, stoją panowie z firmy pogrzebowej, jeszcze „nieprzebrani”. Klną jak szewcy. Mróz siarczysty i słoneczny. Drewniany krzyż z tabliczką informującą o dacie urodzin i dacie śmierci (ot całe życie!) stoi niedbale oparty o mur kaplicy i czeka na to, żeby go postawić na grobie, zresztą zwyczajowo tylko na jakiś czas, bo potem zastąpi go tzw. pomnik. W kaplicy nie można wytrzymać z zimna. Na zewnątrz słońce, jakby na przekór mrozowi, podnosi rtęć w termometrze nieco do góry. Wujek Kazek rozpoczął modlitwę za zmarłych, ale niektórzy, w tym i ja wychodzą do słonka.

Szkoda, że wcześniej tego nie wiedziałam, choci, może właściwie dobrze, że nic nie wiedząc rozglądam się i chłonę to, co uda mi się w ciągu tych kilku minut dostrzec. Widzę, że cmentarz stary, że na pewno poniemiecki, bo to przecież te tereny. Dostrzegam ślady dawnych alei, obsadzonych z jednej strony starymi drzewami. Podejrzewam, że z braku miejsca te aleje zwężono.

Dopiero później dowiaduję się, że to Cmentarz Jerozolimski (Jerusalemer Friedhof), cmentarz o bardzo długiej historii, siegającej XVII wieku, albo jeszcze dłuższej. Niestety po roku 1945 cmentarz zagospodarowano na nowo, zniszczono stare groby. Cudem ocalał grób i nagrobek Josepha von Eichendorffa (1788-1857). Podobno jest zaraz przy Kościele Jerozolimskim pod wezwaniem Świętego Krzyża, który widzę. Jakbym wiedziała, że to tak blisko, może bym podeszła choć na chwilkę. Ciekawostką jest, jak podaje Wikipedia, że przy budowie kościoła spełniono wymogi tzw. miary jerozolimskiej – odległość między nyskim ratuszem (symbolem władzy) a kościołem jest taka sama jak odległość między domem Pata a miejscem Ukrzyżowania Chrystusa w Jerozolimie.

Sam cmentarz zachęcał bardzo do spaceru.

Ale to był pogrzeb cioci. Cioci, którą mało znałam, która żyła zgodnie i godnie, pracowicie i długo, bo aż 85 lat, pochowała wcześnie męża, wychowała sama troje dzieci, przeżyła śmierć syna.

Ksiądz rozpoczął w kaplicy ceremoniał pogrzebowy. Zaintonował pieśń „Anielski orszak”. Oprócz wujka i księdza nikt nie znał dokładnie słów, albo nie odważył się śpiewać. Panowie grabarze już przebrani (czarne marynarki i białe szaliki) wynieśli trumnę z kaplicy, uderzając trzy razy o próg i nieśli ją na barkach kilkadziesiąt metrów dalej do wykopanego grobu.

Minęliśmy mały murek na kórym zapalono kilka zniczy panu prezydentowi Adamowiczowi. Jego trumę też dwa dni temu nieśli – prezydenci innych miast.

Modlitwa nad grobem, potem trumnę na linach dość szybko zsunięto w dół.

Później kwiaty, bardzo dużo sztucznych, przy tych mrozach wytrzymają do wiosny, praktycznie. Jadąc na pogrzeb zamawiałam wiązanki. Pani z drugiej strony telefonu przekonywała mnie do sztucznych: „jest mróz, żywe zmarzną”. Może miała rację. Bo z jakiej racji ja mam mieć rację wybierając żywe, sztucznie pędzone?

Znicze się wypalą prędzej czy później. Zapomnimy prędzej czy później ciocię Genię, Eichendorffa może nie, pana prezydenta Adamowicza nie wiem.

Jest taki wiersz Eichendorffa, którego w szkołach niemieckich uczą się wszystkie dzieci na pamięć. Nie wiem, czy powstał w Nysie, ale mogę sobie to wyobrazić.

Weihnachten

Markt und Straße steh’n verlassen,
still erleuchtet jedes Haus;
sinnend geh ich durch die Gassen,
alles sieht so festlich aus.

An den Fenstern haben Frauen
buntes Spielzeug fromm geschmückt,
tausend Kindlein steh’n und schauen,
sind so wunderstill beglückt.

Und ich wandre aus den Mauern
bis hinaus ins freie Feld.
Hehres Glänzen, heil’ges Schauern,
wie so weit und still die Welt!

Sterne hoch die Kreise schlingen;
aus des Schnees Einsamkeit
steigt’s wie wunderbares Singen. –
O, du gnadenreiche Zeit!

Boże Narodzenie

Pusty rynek. Nad dachami
Gwiazda. Świeci każdy dom.
W zamyśleniu, uliczkami,
Idę, tuląc świętość świąt.

Wielobarwne w oknach błyski
I zabawek kusi czar.
Radość dzieci, śpiew kołyski,
Trwa kruchego szczęścia dar.

Więc opuszczam mury miasta,
Idę polom białym rad.
Zachwyt w drżeniu świętym wzrasta:
Jak jest wielki cichy świat!

Gwiazdy niby łyżwy krzeszą
Śnieżne iskry, cudów blask.
Kolęd dźwięki niech cię wskrzeszą —
Czasie pełen Bożych łask!

Tłumaczył ks. Jerzy Szymik

Kot i ptak z cmentarza Montparnasse

Ewa Maria Slaska

Widzimy tylko to, co wiemy

Zawsze to powtarzam. Niestety. I zawsze, gdy to głoszę, widzę przed oczyma ruiny klasztoru w Eldenie i słonia na ulicy w Berlinie. Do klasztoru trzeba zjechać zaledwie parę kilometrów z głównej drogi, którą się jedzie z Berlina nad Morze Północne. Ale jak się nie wie, że trzeba, to się nie zjedzie.

Caspar David Friedrich, Klosterruine Eldena (ca.1825)

Ze słoniem było na odwrót. Ale to dlatego że już czytałam powieść o izraelskim chłopcu, który znalazł słonia i szedł z nim do domu po ulicach Tel Avivu. Nikt go po drodze nie zaczepił, co chłopiec skwitował w myślach właśnie tą uwagą: ludzie nie widzą tego, czego nie spodziewają się zobaczyć. Doświadczyłam tego, gdy pewnego dnia wyszłam z poczty ulokowanej w nieważnej, bocznej uliczce w Berlinie. Naprzeciwko poczty mieściła się szkoła. Do szkolnej bramy właśnie podjechała ciężarówka,  z ciężarówki wysiadł słoń i poszedł do szkoły. Trwało to dłuższą chwilę, co jakiś czas z poczty wychodził następny klient, ja mówiłam: O, słoń!, a pan lub pani patrzyli na mnie jak na osobę niespełna rozumu i oddalali się w pośpiechu.

Z ptakiem i kotem na cmentarzu Montparnasse było jednak tak, jak zazwyczaj bywa – nie wiedziałam, to nie zobaczyłam. Byłam tam kilka lat temu (zobacz wpis Pisarze i cmentarze), odwiedziłam groby Sartre’a, Simone de Beauvoir, Ionesco i Cortazara.

Cortazar – najukochańszy, absurdalny, kultowy… Naszukałam się jego grobu jak głupia. W końcu machnęłam ręką na porównywanie rzeczywistości z planem. Wiedziałam, że jest w lewo od grobu Ionesco i tak długo chodziłam między grobami, aż znalazłam.
A mimo to nie znalazłam ani grobu z kotem ani z ptakiem. O obu dowiedziałam się przez przypadek, szukając informacji, dlaczego pewna rzeźba Niki de Saint Phalle nazywa się Nana de Berlin?

Setki stron internetowych uporczywie powtarzały jedno zdanie – że ta mała Nana (ma niewiele ponad 30 cm wysokości), zwana również La baigneuse, została przez artystkę zaprojektowana w roku 1973 i wykonana w Niemczech w 500 egzemplarzach. Dopiero zadając pytanie na stronie internetowej artystki, dowiedziałam się, że wydawcą nakładu był oddział słynnego berlińskiego wydawnictwa Propyleje (Propyläen), a dokładniej jego dział zwany Refaktur. Berlińską Nanę wciąż można gdzieś od kogoś kupić, a jej cena waha się pomiędzy osiem a trzydzieści tysięcy euro, nie kupujcie więc kota w worku.

Zastanawiam się, jak to było możliwe, że choć, jak mi się wydaje, zdeptałam cały ten cmentarz od muru do muru, nie zauważyłam dwóch nagrobków wykonanych przez jedną z moich ulubionych i z daleka rozpoznawalnych artystek. Jest to tym dziwniejsze, że jeden z tych nagrobków to duży, kolorowy kot…
Le Chat Ricardo z roku 1989, to poliestrowa rzeźba na grobie Ricardo Menona (1952–1989), rzeźbiarza i malarza, asystenta artystki podczas budowy Ogrodu Tarota. Ricardo, który zmarł w wieku 37 lat na aids, był jednym z wielu przyjaciół Niki de Saint Phalle chorych na tę w owym czasie nieuleczalną chorobę. Dzisiaj, 30 lat później, ludzie chorzy na aids mają szansę przeżyć wiele lat, pod warunkiem, że systematycznie przyjmują leki spowalniające. Rzeźba kota została przez artystkę podpisana: Nie jestem kotem, jestem Ricardo. Również drugi grób na cmentarzu Montparnasse, ozdobiony rzeźbą artystki, to grób jej przyjaciela i asystenta, Jean-Jacquesa Goetzmana, który umarł na aids.

Niki de Saint Phalle była znana ze wsparcia, jakiego udzielała chorym, a także instytucjom, które walczyły o ich godne życie. W roku 1987 opublikowała książkę AIDS: You Can’t Catch It Holding Hands, która została wydana po angielsku, francusku, niemiecku, włosku i japońsku. Wszyscy znamy ten tytuł, to znane hasło: Nie nabawisz się aids, trzymając się za ręce.

Jean-Jacques Goetzman był przyjacielem Philipa Matthew, syna artystki. Umarł w roku 1998, a Niki de Saint Phalle wykonała dla niego rzeźbę zatytułowaną Oiseau pour Jean-Jacques (ptak dla Jana Jakuba).

Muzyka cenniejsza niż złoto

Lech Milewski

Zacznijmy od złota

W Muzeum Australijskiej Demokracji w odległym 120 km od Melbourne Ballarat znajduje się replika złotego nugatu znalezionego w tej okolicy w 1858 roku.

68.98 kg czystego złota.
Rok 1858, to już ósmy rok gorączki złota w okolicach Ballarat. Amatorów kopiących dołki przy użyciu łopat i kilofów zastąpiły zespoły wyposażone w mechaniczne koparki. Nugat został wydobyty przez 22-osobowy zespół górników przybyłych tu z Kornwalii.
Oczywiście przybyli nie wszyscy naraz.
Prawdę mówiąc, to akurat zrobili sobie przerwę na lunch, pozostawiając w tunelu wynajętego pracownika. Ten znalazł nugat i z wrażenia zemdlał. Gdy koledzy wrócili do pracy, zauważyli leżące w tunelu ciało. Pospieszyli na pomoc. Pierwszy z nich, gdy zauważył powód zasłabnięcia, również zemdlał. Jak to dobrze, że zespół liczył aż 22 osoby – któraś z nich nie zemdlała.

Nugat kupiła firma Wittkowski Brothers (Julius, Isidor, Joseph) za £10,500, co przewyższało jego rzeczywistą wartość. Przez kilka miesięcy nugat był prezentowany na wystawach, ostatecznie kupiła go za £9,350 królewska mennica w Londynie i przetopiła na złote suwereny.
Na marginesie wspomnę, że jest to drugi co do wielkości złoty nugat. Największy, 72,02 kg, został znaleziony 10 lat później w tych samych okolicach.

Bryła złota w Muzeum Demokracji, czy to nie dziwne zestawienie?
Właściwie dlaczego dziwne? Przecież wiadomo, że demokracja to bardzo nieefektywny i kosztowny system. Gdyby tak każdy demokrata wnosił do systemu bryłę złota, to może wreszcie przedsięwzięcie zakończyłoby się sukcesem.

Australijska demokracja miała swój początek na złotodajnych polach Ballarat. W 1854 roku rząd obciążył poszukiwaczy złota wysokimi podatkami. Wybuchło powstanie, które zostało szybko stłumione przez wojsko i policję. Sprawa jednak trafiła do sądu, a ten przyznał rację poszukiwaczom złota – polecam nieco obszerniejszą relację umieszczoną na tym blogu prawie dwa lata temu – KLIK.

68.98 kg złota. To 2,217 uncji czyli według dzisiejszych cen $2,866,181.
Phi, to wcale nie tak wiele. Prywatny kanał telewizyjny podpisał 6-letni kontrakt na prawo transmisji rozgrywanego właśnie w Melbourne turnieju tenisowego Australian Open. Cena $300 milionów.

Oglądanie tenisa mnie nudzi, przejdę zatem do muzyki.

Goldfields

Organy złotodajnych pól.
Jakaż w tym logika i konsekwencja: złoto -> bogactwo -> grzech -> religia.
Religia, i to nie jedna. W Australii konkurowały ze sobą anglikanizm, katolicyzm i różne odmiany protestantyzmu. A zatem w miasteczku budowano trzy kościoły. Przynajmniej w jednym z nich instalowano organy.

Festiwal organizowany jest już od 24 lat. Mam ogromną pretensję do google’a, że obserwując moje wędrówki po internecie, dopiero rok temu powiadomiło mnie o tej imprezie.

Podobnie jak w zeszłym roku pojechaliśmy do Ballarat na pierwsze trzy dni festiwalu.

Koncert inauguracyjny w katedrze św. Patryka.

Katedra

W tym roku była to Pasja wg św Jana, kompozytor Arvo Part. Fragment TUTAJ.
Witający gości biskup Ballarat, gospodarz katedry, zwrócił uwagę, że tegoroczne koncerty w katedrze są odbiciem Wielkanocy. W piątek słuchamy Pasji, w niedzielę zostanie wykonany utwór Johna MacMillana kontynuujący tekst św Jana – złożenie ciała Jezusa w grobie i spotkanie zmartwychwstałego Jezusa przez Marię Magdalenę i Apostołów.

Następnego dnia wczesna pobudka, śniadanie i jazda do Doliny Węży (Snake Valley) gdzie w kościele Uniting Church odbył się kolejny koncert.

Snake Valley

Kościół ufundowała rodzina Russel – rolnicy, nie poszukiwacze złota. Więcej na ten temat TUTAJ. W zlinkowanym artykule jest błąd, koszt inwestycji to £1,200.

Wydaje mi się, że potomek fundatorów też był na koncercie.

Rolls

Na lunch wpadamy do pubu w miejscowości Smythesdale. Poniżej archiwalne zdjęcie początków miejscowości.

Centrum miasta

Po lunchu nie ma wiele czasu na odpoczynek, kolejny koncert już o 3. Znowu w Uniting Church, tym razem w Ballarat.

Nie jestem pewien czy termin Uniting Church jest używany poza Australią, więc wyjaśnię.
W 1977 roku nastąpiło w Australii połączenie trzech kościołów – Prezbiterian, Metodystów i Kongregacjonalistów (chyba dobrze odmieniłem). Powody połączenia były dość przyziemne – malejąca ilość wiernych. Po połączeniu można było sprzedać sporo kościołów i Uniting Church stał się znaczącą instytucją.

Tym razem w programie Das Musikalische Opfer Jana Sebastiana Bacha. Przyznam się, że nigdy nie wysłuchałem tego utworu w całości i wydawało mi się, że jest to utwór o charakterze religijnym.
Nic błędniejszego.
W 1747 roku Fryderyk Wielki zaprosił Jana Sebastiana Bacha do Poczdamu.
Jaki to pech, że wszyscy rozbiorcy Polski mieli poważne zainteresowania muzyczne. Maria Teresa trzymała na kolanach małego Mozarta, Katarzyna Wielka napisała libretto do opery, zaś Fryderyk Wielki był całkiem dobrym flecistą, a na swym dworze zatrudnił plejadę muzycznych gwiazd.
Po pierwsze oczywiście Johann J. Quantz – najlepszy flecista tej epoki
Po drugie, Carl Philipp Emanuel Bach – syn Jana Sebastiana, który w tym czasie przewyższał popularnością swojego ojca. To o nim W. A. Mozart powiedział – Bach jest ojcem, my wszyscy jesteśmy jego dziećmi.
Po trzecie Gottfied Silberman, budowniczy instrumentów klawiszowych, który właśnie wyprodukował nowy rodzaj fortepianu i Fryderyk Wielki chciał pokazać ten instrument Janowi Sebastianowi.

Na marginesie wspomnę, że fortepian Silbermana nie przypadł J.S. Bachowi do gustu, preferował Cristofori piano. Taki właśnie instrument został użyty na koncercie w Ballarat
i chyba wszyscy uczestnicy koncertu przyznali Janowi Sebastianowi rację.

Fryderyk Wielki podał Janowi Sebastianowi temat i wyzwanie – zaimprowizować trzygłosową fugę na ten temat. Po wykonaniu zadania król podniósł poprzeczkę – zaimprowizować sześciogłosową fugę. Jan Sebastian poprosił o pozwolenie opracowania tego utworu w domu.
Zadanie zajęło mu dwa miesiące a utwór rozrósł się do sześcioczęściowej kompozycji – więcej informacji TUTAJ.

Dedykacja Jana Sebastiana: Waszej Królewskiej Mości poświęcam niniejszym z najgłębszym oddaniem tę muzyczną ofiarę, której najszlachetniejsza część z najłaskawszej własnej ręki Waszej pochodzi. Z pełną czci radością wspominam jeszcze szczególną łaskę królewską, gdy w czasie mej niedawnej bytności w Poczdamie raczył Wasza Królewska Mość osobiście zagrać mi na klawesynie temat do fugi, najłaskawiej mnie przy tym zobowiązując, abym takową w najwyższej obecności Waszej zaraz wykonał

Na kolejnym marginesie wspomnę, że 14 lat wcześniej J.S. Bach pisał równie uniżone listy do króla Polski, Augusta III Sasa. W tym okresie drezdeńska orkiestra dworska uchodziła za jedną z najlepszych w Europie. Nic dziwnego, że Bach chciał nawiązać z nią współpracę. Starania opóźniła nieco śmierć Augusta II (Mocnego) i związana z nią żałoba. Bach odczekał kurtuazyjne pół roku i w lipcu 1733 roku wysłał do króla Augusta III partyturę Mszy, ktorej towarzyszył list zawierający takie słowa: Z najgłębszym oddaniem przedstawiam Waszej Królewskiej Wysokości ten mały wytwór mojej muzycznej wiedzy z najbardziej pokorną prośbą o potraktowanie go nie według niedoskonałości kompozycji lecz łaskawym okiem… i przyjęcie mnie pod swoją potężną ochronę.
Ta potężna ochrona to pozycja dworskiego kompozytora. Warto zauważyć, że Bach – luteranin – skomponował dla polskiego króla katolicką mszę z łacińskim tekstem. Msza nie została wykonana w całości za życia Jana Sebastiana. Podanie o stanowisko kompozytora dworskiego zostało rozpatrzone pozytywnie dopiero trzy lata później, ale nie wydało żadnych znaczących owoców poza kilkoma polonezami… – przykład TUTAJ.

To dopiero połowa naszej wizyty w Ballarat, ale odczuwamy znużenie. Ze smutkiem stwierdziłem, że być może wielu słuchaczy wyglądało starzej ode mnie, ale chyba mieli lepszą kondycję.

Kolejnych koncertów już nie relacjonuję gdyż muzyka to dla mnie zbyt trudny temat do pisania. Pozwolę sobie tylko wspomnieć jednego z solistów – skrzypek Davide Monti.
TUTAJ znaleziony na youtube fragment jego występu w Poznaniu. Z tego wnioskuję, że bywa również w Polsce, a zapewne i w Niemczech. Polecam.

W poniedziałek rano wróciliśmy do złota. Oto wzgórze Eureka – miejsce zamieszek 1854 roku.

Eureka

Nad wzgórzem powiewa Eureka Flag – flaga rebeliantów.

Powstańcy wybudowali prymitywne umocnienia i nazwali je Eureka Stockade.
Poniżej wersja dla dzieci. Te trzy figury to oczywiście żołnierze brytyjskiej armii tłumiącej powstanie.

Eureka

W Muzeum Australijskiej Demokracji zwróciłem uwagę na dwie ilustracje.

Lenin

—-

Mur

No tak, dobre intencje przeważyły nad zrozumieniem historii.

Trzy dni minęły jak jedna chwila. Pora wracać do Melbourne. Po godzinie jazdy zbliżamy się do miasta.

Melbourne

Po krystalicznie czystym powietrzu w Ballarat wita nas miasto spowite mgłą.
Według mnie istotnym powodem zanieczyszczenia powietrza i wzrostu temperatury jest nadmierne używanie klimatyzacji.

P.S. Dla cierpliwych czytelników drobna nagroda. W zeszłym roku na otwarcie festiwalu wykonano w katedrze św. Patryka Misa Criola. Ten utwór to odpowiedź na ustalenia II Soboru Watykańskiego (rok 1962) a konkretnie – liturgia w językach narodowych, w tym przypadku po hiszpańsku. Znalezione na youtube wykonanie TUTAJ.

Ptasie wesele

dla mojej siostry Kasi, która ma dziś urodziny, i Tomasza F., który mi wytłumaczył dlaczego to właśnie dziś na Łużycach obchodzi(ło) się “ptasią swadźbę”, a i on z dziećmi w szkole swojej to nadal obchodzi – bo otóż, żeby ptaszki mogły się wiosną wykluć z jajek, to mama ptaszka i tata ptaszek mniej więcej teraz “zabierają się do roboty”. A więc tak naprawdę to dziś zaczyna się wiosna. Zresztą w Berlinie zaraz zakwitną przebiśniegi.

Ewa Maria Slaska

Wszyscy już wiecie, co robi Slaska, żeby się czegoś dowiedzieć. Oczywiście! Wchodzi do internetu. A tam cała gromada piosenek i informacji o ptasim weselu. Kto by przypuszczał?

Pieśń z motywem ptasiego wesela, wykorzystywana jako przyśpiewki taneczne, bądź też jako melodie wiodące w figurach tanecznych lub zabawowych inscenizacjach. Związana jest ze słowiańskim początkiem roku, zawiera w sobie motywy kosmogoniczne wyjaśniające pochodzenie i wygląd danych ptaków i zwierząt.
Na Łużycach istnieje obrzęd ptasiego wesela, wywodzący się z przedchrześcijańskiego kultu przodków, kiedy to przodkom składano ofiary z żywności. Był to też sposób, by zjednać sobie przychylność bóstw natury. Termin święta jest ściśle związany z przedchrześcijańskim cyklem obrzędowym.

W dniu ptasiego wesela dzieci tradycyjnie wystawiają przedstawienie, którego treścią są zaślubiny sroki, kruka czy gawrona. W wieczór poprzedzający 25 stycznia, albo o poranku tegoż dnia dzieci stawiają na parapetach, na progach albo pod gołym niebem puste talerze, w oczekiwaniu, że ptaki wypełnią je prezentami ze swojego wesela: orzechami, jabłkami, słodyczami tudzież  figurkami z ciasta. Ptaki oczywiście nie zawodzą (w czym wydatnie pomagają rodzice) – odwdzięczają się w ten sposób za pożywienie, pomagające im przetrwać zimę. Dzieci przedstawiają całą historię zaślubin kruka i sroki, przebrane za państwo młodych i ptasi orszak weselny. Aby przebierańców można było podziwiać, ciągną też uliczkami wsi i miasteczek.

A więc siostro, dziś nie tylko Twój nowy rok, ale też słowiański Nowy Rok i prawdziwy początek wiosny.  Przysyłam Ci urodzinowo wiosenne zdjęcie mojej kuchni, które zrobiłam przed chwilą. Kwitną żonkile, ale nie jest to moją zasługą, bo kupiłam je w sklepie, natomiast gałęzie jabłoni zebrałam trzy tygodnie temu na wsi i dziś – jutro zakwitną.

PS.
Początkowo zamiast wpisu miałam zamiar wysłać Ci po prostu jakiś porządny kawałek sztuki i, ponieważ lubisz takie ujęcia, wpisałam do google’a hasło: kobieta nad morzem sztuka. Pojawiło się mnóstwo jakiejś tandety oraz, ni stąd ni zowąd, grafika Mamy Kobiety nad morzem z mojego dawnego wpisu. Tę grafikę pokazała też Zachęta na wystawie
o historii grafiki w powojennej Polsce – w dziale (tylko usiądź i mocno trzymaj się krzesełka): Sport, czas wolny.

Niestety, obejrzałam tę wystawę ostatniego dnia, nie było więc o co i po co protestować. Siedzące nad morzem rybaczki, czekające na powrót mężów, synów, braci, ojców
z połowu… Czekające w przerażeniu, bo zawsze mogło się zdarzyć, że już nie wrócą, niefrasobliwość kuratorek zaklasyfikowała do kategorii “czas wolny”.


Powyżej reprodukcja Kobiet nad morzem w Głosie Wybrzeża z roku 1962, codziennej gazecie gdańskiej, zatytułowana – Kobieta nad morzem, choć gołym okem widać, że kobiety są trzy.
Poniżej grafika oryginalna wystawiona na wystawie w warszawskiej Zachęcie w roku 2019, zaklasyfikowana do kategorii: Sport, czas wolny, choć gołym okiem widać, że temat pracy nie ma nic wspólnego z czasem wolnym.
Nic się nie zmieniło: niechlujstwo i arogancja w stosunku do dzieła i autora.

Reblog: więzienie, ogródki działkowe i cmentarz

Ela Kargol

Niepozorna kolonia ogródków działkowych, nieopodal głównego dworca w Berlinie (Berliner Hauptbahnhof) dobrze ukryta za parkiem historycznym, który powstał w połowie XIX wieku na terenie byłego więzienia Lehrter Straße.
Właśnie tu odbył się w 1847 tzw Proces berliński (Polenprozess) przeciwko 254 uczestnikom konspiracji polskiej. Wśród oskarżonych byli Ludwik Mierosławski, Karol Libelt.

Chyba niewielu z setek tysięcy podróżnych przelewających się co dnia przez berliński dworzec główny zastanawia się, co jest za wysokim murem po przeciwnej stronie Invalidenstraße. A ci, co skracają sobie drogę, nie zwracają uwagi na nienarzucającą się, choć przemyślnie skomponowaną architekturę historycznego parku.

Do więzienia należały zachowane po części do dzisiaj budynki mieszkalne służby więziennej, przydomowe ogródki, kościół, w którym nota bene odbywał się berliński proces i cmentarz – częściowo zlikwidowany.

O istnieniu ogródków i tej dość nietypowo położonej nekropolii przeczytałam w działkowym czasopiśmie Gartenfreund. Nie mogłam sobie wyobrazić cmentarza wśród altanek, leżaków, rzodkiewki, relaksu po pracy przy piwie i grillu. A jednak jest to możliwe. W samym środku kolonii, pod rozłożystymi starymi drzewami rozrzucone są jakby w nieładzie, obrośnięte starym bluszczem przykryte trawami części nagrobków. Wszystko ogradza jasnozielony żelazny płot na podmurówce z żółtej cegły. Brama cmentarna jest zamknięta. Jest to jednak tylko część cmentarza, na którym chowano urzędników służby więziennej. Druga część przeznaczona dla więźniów została zlikwidowana i zagospodarowana przez działkowców. Tylko okazałe platany zaznaczają cmentarną aleję. Spotkana działkowiczka nie umiała jednak zbyt dużo o cmentarzu powiedzieć. Wspomniała jedynie, że urząd dzielnicy obiecał uporządkować teren tej małej nekropolii. Bardziej jednak martwiły ją włamania. Bezdomni, szukający schronienia przed zimnem są tam częstymi nieproszonymi gośćmi.
Mimo różnych problemów działkowców ogródki są atrakcyjną oazą wypoczynku w zieleni. Są jedyną kolonią w dzielnicy Tiergarten i ze względu na historyczną przeszłość cały teren objęty jest ochroną zabytków.

This slideshow requires JavaScript.

Takich jak wy będziemy wieszać

Ewa Maria Slaska

Krysi

Przyznaję, że całkowicie zapomniałam o tym incydencie, a przypomniała mi o nim obecna wtedy również koleżanka, która usłyszała, co mi powiedział pan W., znana berlińska osobistość ze skrajnej prawicy.

Poszło o bardzo błahą sprawę. Ale może nieprawda, i poszło o sprawę najważniejszą czyli o władzę.

18 listopada 2017 roku w Kościele Francuskim na Gendarmenmarkt odbywał się koncert z okazji Jubileuszu Rodła, organizowany teoretycznie przez tę, zacną kiedyś, organizację w Niemczech we współpracy z Konwentem Organizacji Polskich czyli tzw. Biurem Polonii. Napisałam, że koncert “teoretycznie” współorganizowało Rodło, bo jednak całą stronę organizacyjną zapewniał Konwent. Biuro zbierało m.in. zgłoszenia od widzów, który chceli uczestniczyć w koncercie, prowadziło listę zgłoszeń i zapewniało sprawne skreślanie gości, którzy przyszli z przygotowanych list.

Zgodnie z przyjętą od lat praktyką gości niezgłoszonych wpuszczałyśmy (byłyśmy we trzy, trzy kobiety, Joanna, Krysia i ja) jeśli przyszedł ktoś, kto zamówił na przykład pięć biletów, ale w rezultacie zająć chciał tylko dwa miejsca. Goście czekający na dodatkowe miejsca wchodzili zgodnie z kolejnością, w jakiej przyszli.

W pewnym momencie pewnym, zamaszystym krokiem wkroczył do kościoła pan W. w towarzystwie kilku młodych ludzi. Trafił na mnie. Znalazłam jego nazwisko, “odhaczyłam go” i powiedziałam, że bardzo  mi przykro, ale młodzi panowie nie byli zgłoszeni i muszą chwilę zaczekać.

Pan W. stanął przede mną, wypiął pierś i powiedział (naprawdę!), że chyba nie wiem, kim on jest i że muszę natychmiast wpuścić osoby mu towarzyszące. Odpowiedziałam, że dobrze wiem kim jest, a młodzi panowie muszą się poddać przyjętej procedurze. Ja to jeszcze załatwię pogroził mi pan W. i pobiegł ze skargą do szefów Konwentu i Polskiej Rady w Berlinie. Obaj przyszli, wyjaśniłam procedury, panowie poklepali pana W. po plecach i powiedzieli, żeby się nie denerwował, bo wszyscy zaraz wejdą. Dwóch z pięciu młodzieńców już zresztą weszło, a potem jeszcze dwóch. Pozostał jeden, gdy powrócił pan W. i gromko zażądał wpuszczenia chłopaka, który zesztą wcale nie wyglądał na zadowolonego z interwencji i zza pleców pana W. uśmiechał się do mnie przepraszająco.
– Niech go Pani wpuści, niech przynajmniej już powiesi, zażądał pan W.
– Powiesi?, zapytałam. Kto? Kogo?
– Was, warknął pan W. Przyjdzie czas, a będziemy Was, lewaków, wieszać.
Zawołałam szefostwo, poskarżyłam się, ponoć panowie chcieli uzyskać od pana W. przeprosiny. Nic nie uzyskali. Nikt nikogo nie przeprosił. Młody człowiek wszedł, gdy zwolniło się miejsce. Usłyszał, że można komuś bezkarnie grozić. I że nienawiść ma się dobrze nie tylko w towarzystwie ekstremalnej prawicy, ale również w obliczu potulnej
i dobrze wychowanej mieszczańskiej lewicy.

Z dużym opóźnieniem zaczął się koncert, a raczej “akademia ku czci” Rodła i PiS-u, PiSu-u i Rodła. Wypowiedzi były długie i okropne, pełne znanej nam wszystkim retoryki nienawiści. Nie mogłam tego słuchać, aż wreszcie nie wytrzymałam – gdy wnuczka założyciela Rodła wygłosiła wstrętną mowę antysemicką, wstałam jako pierwsza.
Wyszłam przed koncertem, za mną wyszło jeszcze kilka osób, a potem, jak się dowiedziałam, jeszcze około 50.
Tak mnie ta ohydna akademia zbulwersowała, że zapomniałam o pogróżkach pana W.

A teraz myślę, że gdybym wiedziała, jak kończy się pobłażanie nienawiści, pewnie wezwałabym policję i złożyła skargę. Ale to był koncert polonijny, przyjechali muzycy ze Szczecina – świetna orkiestra Akademia, szkoda mi było organizatorów, muzyków, publiczności…

A teraz myślę, że zawsze tym się tłumaczymy, tym ciepełkiem, tym, że nie chcemy psuć nastroju, tym , że to, tamto i siamto…

A teraz myślę, że to moja wina. Trzeba było…


Zbieżność inicjału nazwiska tego człowieka i mordercy pana Prezydenta Pawła Adamowicza, jest przypadkowa. Ale rozumiem, że skoro nie zaskarżyłam zachowania tego pana, nie wolno mi podać jego nazwiska. Czyli tak jak zawsze – ja odsłaniam przyłbicę, przeciwnik chowa się za plecy innych i paragrafy