Sylwester Wallandera

Wszyscy Czytelnicy tego bloga wiedzą, że jestem wielbicielką prozy Mankella. Pisałam o tym kilkakrotnie, między innymi o rozważaniach Mankella na temat cerowania skarpetek, które uważam za głębokie, mądre i smutne opisanie naszej współczesnej kondycji ludzkiej.

Kilka miesięcy temu opowiedziałam Czytelnikom o 7 książkach, które wybrałam sobie na straganie w Szczecinie. Jedną z nich był Mankell.

Jak niemal zawsze u Mankella, jest zimno, policjanci grzęzną w błocie, zbliżają się święta, ale oprócz kalendarza nic ich nie zapowiada. Ważna jest pogoda. Książka rejestruje najdrobniejsze jej zmiany.

W Wigilię po południu padał deszcz. Pierwszy dzień świąt był zimny i słoneczny. Drugiego dnia świąt, tuż po siódmej, Wallander wyjrzał przez okno w kuchni. Padał deszcz ze śniegiem i był to przygnębiający widok. Stanął przy oknie. Śnieg robił się coraz gęstszy. Wstał i poszedł do kuchni. Śnieg wciąż padał. Uliczna latarnia kiwała się miarowo na wietrze. Potem biegł przez mokry śnieg i omal się nie przewrócił na schodach.
– Wpadnę w sylwestra – powiedział.
– Przywieź butelkę koniaku – odparł ojciec.
Następnego dnia wyjrzało słońce i temperatura wynosiła pięć stopni. Rankiem 30 grudnia w Ystad sypał gęsty śnieg. Jeżeli pogoda się nie poprawi, w sylwestra zapanuje kompletny chaos, pomyślał Wallander. Rydberg zapytał Wallandera o plany na sylwestra.
– Jadę do mojego starego do Löderup. Kupię mu koniak, coś przegryziemy, pogramy w karty, poziewamy i o północy wzniesiemy toast. Potem wrócę do domu.
– Staram się zawsze przespać ten wieczór – wyznał Rydberg. – Sylwester to dla mnie zmora. Jeden z niewielu dni, kiedy biorę poszek nasenny.
Uścisnęli sobie dłonie, jakby chcieli zaznaczyć, że ten dzień jest szczególny. Wallander poszedł do biura, wyjął kalendarz na 1990 rok i wypróżnił szuflady biurka. Zwyczaj, który przyswoił sobie kilka lat temu. Z nadejściem nowego roku czyścił szuflady i wyrzucał stare papiery. Ilość śmieci w szufladach wprawiła go w zdumienie. W jednej wyciekł klej.
O siódmej pojechał do domu, wziął prysznic i się przebrał. Krótko po ósmej był w Löderup. Ojciec przyrządził wyjątkowo smaczną zapiekankę z ryby. Wallander kupił ojcu koniak i ojciec pokiwał z zadowoleniem głową na widok butelki henessy. Włożyli do lodówki szampana. Kolację popijali piwem. Ojciec, chcąc uczcić ten wieczór, włożył swój stary garnitur i krawat. Wallander po raz pierwszy w życiu widział tak oryginalny węzeł.
Tuż po dziewiątej zasiedli do pokera. Wallander dostał dwukrotnie do ręki trójkę, ale wymienił jedną kartę, żeby pozwolić ojcu wygrać. Około jedenastej wyszedł się wysikać na podwórze. Było bezchmurnie i trochę chłodniej. Niebo iskrzyło się od gwiazd. Wszedł do domu. Ojciec wypił już sporo koniaku i był lekko wstawiony. Wallander zamoczył tylko usta. Chciał wrócić na noc do domu. Wprawdzie znał punkty kontroli drogowej, ale uważał, że nie wypada mu prowadzić po alkoholu. W każdym razie nie w sylwestra. Czasami mu się to zdarzało i za każdym razem obiecywał sobie, że to ostatni raz.
Około pół do dwunastej zadzwoniła Linda. Kolejno z nią rozmawiali. Wallander słyszał w tle głośną muzykę. Musieli ją przekrzykiwać.
– Z nami byś miała fajniej! – krzyczał do słuchawki.
– Skąd możesz wiedzieć?! – odkrzyknęła wesoło.
Złożyli sobie życzenia. Ojciec nalał sobie kolejny kieliszek koniaku. Rozlał przy tym trochę na podłogę. Był w świetnym humorze. Dla Wallandera to było najważniejsze. O dwunastej zasiedli przed telewizorem i słuchali…

…ciąg dalszy o tym, czego słuchali Wallander i jego Ojciec, a z nimi cała Szwecja – jutro… Szczęśliwego Nowego Roku! W minutę po północy historia potoczy się dalej. Uwaga – po angielsku! 🙂

Vergessene Texte 1

… und zwar so vergessen, als ob sie nie exitierten. Und dabei habe ich den honorarlosen Text gern geschrieben und ihm den ganzen Sommer 2015 gewidmet. Er erschien 2016 in einer Zeitschrif mit dem Datum 2014 und so vielen Fehlern, dass ich mich schämte die Autorenexemplare jemanden zu zeigen. Somit ist es offiziell ein Nachdruck und nicht Originaltext. Obwohl, ich habe es natürlich umgehend geändert und korrigiert. Durchgesehen, wie man es schön auf Deutsch sagt.

Hier die ofiziellen Angaben zu den Protagonisten: Carl Ulitzka Wikipedia

Ewa Maria Slaska, Berlin

Ach, unser Prälat Ulitzka“

Ich bedanke mich bei Frau Pastorin Elisabeth Kruse, Ehrwürdigen Schwester Walburga, Pfarrer Peter Beier, Herrn Diakon Andreas Buntrock, Pfarrer Eberhard Kort, Herrn Engelbert Kremser, Pfarrer Horst Pietralla, Herrn Bernd Thürling

Als ich – Schriftstellerin und Publizistin – damit beauftragt wurde, über Carl Ulitzka zu schreiben, war ich mir über das Ausmaß dieses Wagnisses nicht im Klaren. Ich wusste, wer er war und dass er zu den vielen Persönlichkeiten gehörte, die schon vor dem Kriege grenzübergreifend zwischen Deutschland und Polen tätig waren, als symbolische Figuren der deutsch-polnischen Verständigung einen wichtigen Rang verdienten und stattdessen mit der Zeit in Vergessenheit geraten sind. Was mich aber persönlich an seiner Biographie am tiefsten berührte, war die Tatsache, dass er von der Nazis als „Polenkönig“ verfolgt und von den Polen als „Scheiß-Deutscher“ beschimpft wurde. Und ich wusste noch, dass (und wo) er in Berlin beerdigt wurde. Mehr noch, ich war einmal bei seinem Grab. Aber das war auch schon alles. Daher dachte ich, als mir der Auftrag erteilt wurde, prima, ich kann dabei mehr über Ulitzka erfahren…

Jeder Journalist, der über etwas schreibt, prüft heutzutage nach, was sich über sein Thema im Internet finden lässt. Auch ich tat nichts anderes. Und dabei überkamen mich Zweifel. Zuerst fand ich Hunderte und Aberhunderte Texte über Ulitzka. Auf Deutsch und auf Polnisch.

Dann kam es aber noch schlimmer, als ich das Buch von Guido Hitze entdeckte – Carl Ulitzka (1873-1953): Oberschlesien zwischen den Weltkriegen. 1440 Seiten! Der Autor schrieb darin folgendes:

Seine Biografie spiegelt gleichsam die besondere Entwicklung dieser umkämpften Grenzregion, die Abstimmungskämpfe in Oberschlesien nach dem Versailler Friedensvertrag wieder. Deutlich werden die Positionen des Zentrums innerhalb des Parteienspektrums sowie des deutschen Katholizismus vor und während der nationalsozialistischen Gewaltherrschaft. Die umfassende Studie porträtiert erstmals die Geschichte Oberschlesiens bis 1945 und den Lebensweg Ulitzkas aufgrund neuester Forschungsergebnisse. Der Autor wertet bisher unbekanntes Quellenmaterial deutscher und polnischer Archive aus und kommt zu neuen Ergebnissen…

Wie kann ein Journalist, ein Laie, ein Unwissender wagen, über einen Mann zu schreiben, über den allein dieser Autor 1440 Seiten geschrieben hatte? Und erst recht all die anderen Forscher…!

Aber bei all diesen Zweifeln ob eigener Unzulänglichkeit wusste ich, dass ich doch etwas über Ulitzka zu sagen habe, dass ich einen persönlichen Zugang zu ihm habe. An einem Novembertag 2006 war ich auf dem Friedhof und versuchte sein Grab zu finden. Vergeblich. Am nächsten Tag rief ich bei der Friedhofsverwaltung an. „Ach,“ sagte meine Gesprächspartnerin, „unser Prälat Ulitzka“… der liegt dort und dort begraben. Es folgten genaue Hinweise…

Interessant, dachte ich, dass er für Menschen, die ihn nicht persönlich kannten, immer noch „ihr Prälat“ war. 60 Jahre und mehr nach seinem Tod bewahrt ihn die kollektive Erinnerung. Das wollte ich näher untersuchen. So begann die Spurensuche, deren Etappen Bernau bei Berlin, Biesenthal bei Bernau, Templin, Lobetal, Berlin-Karlshorst, Berlin-Friedrichshagen, Berlin-Lankwitz und Potsdam wurden. Ich wurde mit einer Empfehlung von einem Ort in den nächsten geschickt. Nur die erste Etappe bestimmte ich selber, ich ging dorthin, wo ich sicher war, etwas zu finden: Auf den Friedhof. Das heißt, mein Ausgangspunkt war das Ende – von da rollte ich seine Geschichte auf.

Ich kannte das Wort Prälat, wusste aber nicht, was es/er ist? Ulitzka ist 1926 Päpstlicher Hausprälat geworden. Wikipedia informiert, dass in der katholischen Kirche als Prälat der Inhaber ordentlicher Leitungsbefugnisse, Inhaber höherer kurialer Ämter oder ein verdienter Priester, der den Ehrentitel vom Papst erhalten hat, bezeichnet wird.

Fortsetzung folgt in ein paar Tage


Quellen:
Guido Hitze, Carl Ulitzka 1873-1953 oder Oberschlesien zwischen den Weltkriegen, Düsseldorf 2002

Wiersze w kolorach

Teresa Rudolf

Niesamowite kolory Howarda Behrensa…

„Niesamowicie wiele
kiczu w niej” o mnie ktoś
mógby powiedzieć.
A ja? A ja najchętniej
ubrałabym się w te obrazy

I chodziła sobie
po ulicy,  po plaży
po mieście
po polach
wszędzie.

Siedziałabym sobie w nich,
w Santorino, na Korsyce,
na uliczkach z kawiarenkami,
na balkonach białych
domków willowych,

gapiąc się w niebo takie nieprawdopodobnie
kiczowato-niebieskie,
na te owce na pastwisku nieba,
pasące się moją tęsknotą.

Ach ten Howard Behrens!

A te kwiaty tak pachną,
że chodzę po ogrodzie pijana,
potykam się o  powietrze,
ślepnę od kolorów,

które sobie kiedyś
wybrałam na marzenia,
które wyśniłam
śniąc na jawie,

cała niebieska w środku
cała słoneczna w środku
cała leciuteńka w środku,
cała zwiewna, biała

niebiesko-biała,
niebiesko-złota
niebiesko-szmaragdowa
niebiesko-niebieska

cała jakaś taka niewinna,
jak powiew od morza,
leciutka jak obłoczek,

cala jakaś, taka…

Nie wysłany nigdy list do pewnej damy w kapeluszu i z parasolką

Już wiem,
gdzie się zgubiłaś…
zostałaś bardzo dawno temu
w obrazach Clauda Moneta,
paradując po ogrodach
w  tysiącach kapeluszy,
po “Normandiach”
z ogrodami ociekającymi
czerwonym kwiatem żywotności.

Patrząc
z wyższością kogoś,
kto najlepiej wie,
co to melancholia, co  migrena,
łykająca ciagle kropelki
z przepięknej torebki,
z damą do spacerów z dziećmi,
do wyprowadzania piesków,
do głaskania kotów.

Najczęściej sama, z parasolką
chroniącą przed słońcem,
przed deszczem,
przed oczyma ciekawskich
oddając się naturze
nie pytana po co,
dlaczego tak,
dlaczego inaczej,
nie gnębiona realnością.

Nie zauważyłaś kiedy
znalazłaś się,
w DZISIAJ
w kamienicy, bez ogrodu,
w mieście pełnym ludzi,
o ciekawskich spojrzeniach
na tę kobietę, w kapeluszu,
zagubioną w sobie
w melancholii z tamtych lat.

Nie widząc tak naprawdę nikogo,
jak wtedy, czując coś,
niewypowiedzianego
jak wtedy, odgradzając
się od tego pospólstwa
jak wtedy…
będąc nieszczęśliwą
samotną, kobietą
w kapeluszu i bez parasolki.

Puste dni

Ewa Maria Slaska

Pełnia i pustka

Wiem, puste dni mogą znaczyć po prostu dni bez treści, puste dni, pusty czas. Ale mnie chodzi o znaczące puste dni, odznaczające się wyraźnie na tle przebiegu całego roku. Wiele kalendarzy zna puste dni, dni które wypełniają czas wymuszony na matematyce przez astronomię, a zwłaszcza Księżyc. Rok to było 12 miesięcy słonecznych po 30 dni (o dwa dniwiącej niż miesiąc kalendarzowy) i pięć do zapachania dziury matematycznej.

W Europie pozostała jeszcze pamięć tych pustych dni, różnych rzeczy nie wolno, albo przeciwnie – koniecznie trzeba zrobić w okresie pomiędzy końcem Bożego Narodzenia a Nowym Rokiem, który przyjdzie i jak  miotła ustawi wszystko z powrotem w jak najlepszym porządku.

Tuż przed świętami była pełnia Książyca, pisała o niej Teresa Rudolf, a Tibor Jagielski przysłał reprodukcję obrazu. Gdy mija pełnia, dni ubywa, Księżyc się kurczy, kurczy się ostatni tydzień w kalendarzu. W puste dni rok jak żołnierz odcina czas na miarce krawieckiej.

Trzeba oddać długi. Trzeba przeprosić tych, wobec których zawiniliśmy. Wyrzucić śmieci nagromadzone po kątach. Kupić szczotkę i śmietniczkę. Nie prać. Jeśli znamy te przesądy, my, ludzie z miasta, wykonujemy je (jeżeli w ogóle) tylko mechanicznie. Nie pierzemy, zamiatamy, kupujemy szczotkę. Nie wiążemy z tym czasem żadnych prawdziwych ważnych decyzji i właściwie nie mają one najmniejszego znaczenia.Tak to zresztą oddaje najlepszy barometr zainteresować społecznych czyli google. Wpiszmy “puste dni” i  zobaczmy, co “nam wyjdzie”? Raperska piosenka QBKA, a poza tym zwykłe uwagi. Puste dni, to dni bez terminów i spotkań, ciężkie dni, kiedy nic nie ma znaczenia lub nic się nie chce. Gdy dorzucić do hasła słowo “kalendarz”, pojawią się puste kartki bez terminów i bez znaczenia. W książce Kalendarz Polski Józefa Szczypki nie ma nawet wzmianki o pustych dniach.

Tymczasem w kulturze ludowej przełom roku ma ogromne znaczenie. Pięć dni, które nie przynależą do żadnego miesiąca, ciemne dni, być może w ciągu tych dni objawi się smok i pożre świat i żaden miesiąc – bóg – patron go nie obroni. Mircea Eliade pisał, że tych bezpańskich dni było w kulturze rumuńskiej 12 – były to dni kalendarzowe, te które wynikały z różnicy między kalendarzem starej daty (juliańskim) a nowym, czyli naszym – gregoriańskim.

Jak każdy człowiek podmodernistyczny jestem kulturowym eklektykiem, czyli biorę z tego co mnie otacza i co wiem, to co mi akurat najlepiej pasuje. Pięć pustych dni między końcem świąt a nowym rokiem “akurat mi pasuje”. Roi mi się, że są to dni uwolnione z gorsetu, otwarte – owszem być może niebezpieczne, ale zapewniające większą niezależność myśli, swobodę przeskakiwania z tematu na temat, z książki do książki. Tak jakby świat myśli i wyobrażeń, nie znając granic ni kordonów, otaczał mnie jak wielki ocean, przenosząc zdania ze snu do książek, z książek do muzyki, z wody do filmu. Nad wielkim ciemnym morzem świeci wielki jasny księżyc, wielkie białe jabłko niebytu…

Projekt okładki Lucyna Talejko-Kwiatkowska, foto – Piotr Chojnacki

Bohaterka lubiła trzymać świeczki w sypialni. Inną dało się określić tylko jako morze, a jeszcze lepiej – ocean. Czytam w książce Myttinga o trumnie ozdobionej naręczem kwiatów kartofli, a ktoś, kto nic o tym nie wie, przynosi mi pocztówkę z kwiatem kartofli.

Leżę w szpitalu, mam ochotę przeczytać Cola Breugnon Romain Rolland – wieczorem przychodzi koleżanka i przynosi mi tę książkę.

Jadę taksówką. Taksówkarz ma bary jak byczek, łysy łeb, szeroki kark.
– Jest mi niedobrze, mówi. – I rzeczywiście widzę, jak na karku występują mu krople potu. – Zjadłem coś niedobrego.
– Niech pan zjedzie na bok – proponuję. Mam czas, sama dojdę stąd do dworca.
Nie zgadza się jednak. Boję się, że umrze.
Nigdy mi się to jeszcze nie przydarzyło. I nigdy o tym nie słyszałam.
Jadę do innego miasta. Myślę o oceanie i ośmiornicach, rozmawiamy o polityce. Kobieta, u której nocuję, pyta czy pamiętam aferę z ośmiorniczkami. Takie halo wokół tego zrobili, a teraz, szkoda gadać…
Kobieta, u której nocuję, lubi palić świeczki w sypialni. Ja nie. Przed zaśnięciem sięgam na półkę po cokolwiek, żeby przeczytać dwie strony i zasnąć jak kamień.
Trafiam na Białe jabłka. Lektura mnie wciąga, docieram do strony 42.
Bohater jedzie taksówką. Taksówkarz jest chudy, łysawy, ma wielkie oczy i wąski nos.
– Przepraszam, że przeszkadzam – mówi – ale mam okropną zgagę. Pozwoli pan, że staniemy na momencik przy aptece, żebym coś kupił…
Nie zdąży jednak, umrze zanim dojedzie do apteki.
Jego dziewczyna je kanapkę z pastrami, o której pisałam wczoraj. Idealną kanapkę. Tym razem tłumacz nazwał ją kanapką z wędzoną wołowiną.
Na stronie 208 mężczyźni w zakładzie fryzjerskim formują Franza, faceta, który rozmawia z Bogiem. Znam go, mój wnuk wymyślił go już kilka miesięcy temu. Też miał na imię Franz.

Co z tego wynika? Nic? Są puste dni. Przeczytajcie te trzy książki.

 

 

Katz salami

Ewa Maria Slaska

Wspomnienia z Nowego Jorku

Nie wiem, czy wiecie, ale są ludzie, którym nie sposób kupić prezentu, bo nic nie chcą i nic ich nie ucieszy. Mam takich również w rodzinie. Czasem próbuję obejść problem dookoła i, korzystając z nowoczesnych środków komunikacji, znienacka zadaję pytanie: Co przywieźć? Zadałam je pod koniec pobytu w NY. Odpowiedź była lakoniczna, co mnie nie dziwi, bo sama też jestem nader lakoniczna: Nie wiem. Katz salami?

Katz salami? Katzsalami… katzsalami…

Pytam przyjaciół. Nie wiedzą. Katzsalami. Katzsalami? No, salami.

Jedziemy do sklepu, przy okazji pytamy w dziale mięsnym. Katzsalami? No idea.
E tam, mówi przyjaciółka. Kup salami. Nie ma nic takiego, jak kacsalami…

O nie! Jeśli człowiek trudny do obdarowania udziela odpowiedzi, to znaczy, że dobrze wie, czego chce i po prostu muszę znaleźć Katz salami. Szkoda, że zapytałam tak późno, bo zotały mi już tylko dwa dni do wyjazdu.

Siadam do komputera i rozpoczynam research. To moje ulubione zajęcie, a internet jest niezwykłym narzędziem, wymyślonym na pewno tylko po to, żeby mi sprawić przyjemność, ułatwiając poszukiwania odpowiedzi na pytania, które zadają mi inni i które zadaję sobie sama. Taki odwrócony paragraf 22 (i to jest takie zdanko, absolutnie bez związku z czymkolwiek, które tu wam podrzucam, po to, żebyście teraz wy się pogłowili nad tym, co autorka miała na myśli? Jak odgadniecie, to dostaniecie nagrodę.)

Research potrafi człowieka zaprowadzić do niezwykłych światów. I tak też było z Katz salami.

Zacznę od końca. Pamiętacie taką słynną scenę filmową. Dziewczyna i chłopak, którzy nie są parą, idą do restauracji, rozmawiają o życiu, ona publicznie odgrywa orgazm, a pani przy sąsiednim stoliku mówi do kelnera – poproszę to samo, co ona.

No? No? No jasne, Kiedy Harry poznał Sally, choć wszyscy i tak znają ten film jako Harry i Sally. Grają Billy Crystal i Mag Ryan. Autor wpisu w polskiej Wikipedii był niewątpliwie smętnym idiotą. Opowiada beznadziejnie treść filmu i NIE zauważa tej jednej sceny, TEJ, którą wszyscy lepiej pamiętają, niż fakt, że film dostał oskara i całą furę złotych globów.

To szyld, który wisi w restauracji, gdzie miała miejsce TA scena.

Zdanie I’ll have what she’s having weszło do historii kina i na liście najsłynniejszych cytatów filmowych zajmuje 33 miejsce. Podobno na pokazie przedpremierowym wszystkie kobiety się śmiały, a mężczyźni skonsternowani milczeli.

No już dobrze, dobrze… Już wyjaśniam:

To ta restauracja. Ta, w której miała miejsce TA scena. Katz Delicatessen albo jak mówią mieszkańcy NY – Deli. Katz deli. Salami z delikatesów Katza. Ale tak naprawdę Katz słynie przede wszystkim z kanapek z pastrami.

Reszta jest historią, którą znaleźć można na polskiej stronie Pastrami Deli, bo, pastrami ma swoje miejsce w historii kultury i, jak się okazuje, kanapki z pastrami uważane są za najsłynniejszy sandwicz na świecie. Pastrami to marynowana wołowina. Zabrałam moją przyjaciółkę do delikatesów Katza i przyglądałam się z zainteresowaniem jak zjada pół takiej kanapki. Już ta połówka jest pokaźnych rozmiarów, a mięsa ma tyle, że wystarczyłoby na obiad dla sporej rodziny. Ale tak się to właśnie je w Katz’s Deli. Góra marynowanego czerwonego mięsa wołowego na kromkach chleba żytniego, dokładnie takiego, jaki jedliśmy codziennie w PRL-u i nigdy nam się nie znudził. Pewien niemiecki tłumacz (nie podam tu nazwiska, bo każdy z nas ma prawo się pomylić lub czegoś nie wiedzieć) przetłumaczył tę nazwę jako Pastrami auf Roggen, pastrami na życie (co po polsku brzmi już doprawdy najśmieszniej pod słońcem).

Katz`s Delicatessen to restauracja, bar szybkiej obsługi i sklep, który od momentu założenia w roku 1887, mieści się w tym samym miejscu – na rogu East Houston i Ludlow. Była to początkowo niewielka masarnia. Sussman Volk, żydowski rzeźnik z Litwy, sprzedawał tam między innymi pastrami, potrawę, na którą dostał przepis od przyjaciela, emigranta rumuńskiego. W rok później Volk przekształcił masarnię w niewielką resturację. W 1903 roku kolejny emigrant, tym razem Żyd rosyjski, Willy Katz, został wspólnikiem Volka, a potem właścicielem restauracji. Do roku 1988 lokal znajdował się w rękach rodziny, choć linia dziedziczenia nie zawsze przebiegała prosto z rodziców na dzieci i czasem przeskakiwała na szwagra czy zięcia. 30 lat temu restaurację odkupili od Katz’ów polscy Żydzi, bracia Fred Austin i Alan Dell.

Podczas drugiej wojny światowej Katz wprowadził zwyczaj wysyłania salami walczącym na wojnie żołnierzom. Pojawił się slogan „Send a salami to your boy in the army”, wymyślony przez żonę ówczesnego właściciela delikatesów. Ich dwóch synów przebywało na froncie. Zwyczaj się przyjął, po czym stał się tradycją. Delikatesy zaczęły produkować salami w wielkości dostosowanej do wielkości przesyłek na front. Tradycja, jak to tradycja, trwa do dziś. Salami Katza dociarało również  do Iraku i Afganistanu.

Salami produkuje się w trzech wielkościach i może ważyć dwa funty, trzy lub cztery. Firma do dziś nie stosuje żadnych środków przyspieszających produkcję. Kiełbasy powoli dojrzewają, wisząc w sklepie ponad głowami sprzedawców. Jeśli jeszcze nie dojrzały, nie będzie można ich kupić i już. Tak było, gdy dotarłam do Katza. Jedyne salami, jakie akurat było dojrzałe, ważyło cztery funty, i wiedziałam, że po prostu nie mogę zabrać ze sobą takiej ogromnej kiełbasy. Musiałam się zadowolić salami pokrojonym na plasterki, ucięte z wielkiej (dojrzałej) kiełbasy.

Są dwie odmiany salami Katza – miękka i twarda. Ale nie mam pojęcia, czym się różnią. Zapewne tym, że jedna jest miękka, a druga twarda :-).

PS. Dwie uwagi dla tych, którzy postanowią odwiedzić delikatesy Katza. Pierwsza – płaci się tylko gotówką! Druga – przy wejściu dostaniesz niepozorny świstek, na którym kelnerzy i sprzedawcy będą notowali, co kupujesz. Biada, jeśli ów bilecik zgubisz, bo wychodząc zapłacisz 50 dolarów kary.

Madonna ze Stalingradu

Radosław Wiśniewski

Kolęda 1942. Madonna ze Stalingradu

Jest ciemna, mroźna noc 24 grudnia 1942 roku. Nad stepami na zachód od Wołgi wieje porywisty wiatr, który powoduje, że do ujemnej temperatury około minus dwudziestu – trzeba dodać kolejne minus dziesięć stopni. Do tego pada gęsty śnieg, który w połączeniu z wiatrem daje srogą zamieć.
W ziemiankach wykopanych jeszcze latem lub wczesną jesienią gromadzą się ludzkie kukły pozawijane w szmaty, które jeszcze jakiś czas temu były dumnymi żołnierzami III Rzeszy.
O północy Radio Berlin przed życzeniami wigilijnymi emituje audycję „Radio bez granic”
w której wzywa najdalej wysunięte frontowe posterunki Wielkich Niemiec: Spitzbergen, Afryka, Atlantyk, Petsamo, Nordkapp, Krym, Kaukaz. Rzesza będzie wielka. Spikerzy wywołują też Stalingrad.
Tymczasem pod Stalingradem – w mieście i w stepach, w kotle o rozmiarach mniej więcej 60 na 60 kilometrów pozostaje żywych około 300 tysięcy niemieckich, rumuńskich i węgierskich żołnierzy. Wśród nich są także ochotnicy różnych narodowości ZSRR, którzy zdecydowali się służyć w armii jednego szatana, przeciwko drugiemu szatanowi. Wybrali bycie żołnierzem Hitlera. Wszyscy są w potrzasku i wiedzą o tym. Tylko część z nich jest w stanie walczyć, większość próbuje przetrwać głód, mróz i choroby. Ocenia się, że w grudniu 1942 roku zdolnych do walki i noszenia broni był co czwarty żołnierz 6 niemieckiej armii dowodzonej przez generała von Paulusa. Przy czym ilość ich systematycznie spadała koło Bożego Narodzenia, dochodząc do liczby nie więcej niż 40 tysięcy zdolnych do walki.

Trzy tygodnie temu była jeszcze szansa, żeby się wycofać, kiedy na skrzydłach wojska sowieckie Rokossowskiego, Żukowa i Watutina pędziły w stronę mostu w Kałaczu nad Donem – von Paulus prosił kwaterę główną czyli Hitlera o zezwolenie na manewr odwrotowy około 100-160 kilometrów na zachód. Wiedział, co się dzieje, widział z samolotu, jak sowieckie czołgi dosłownie rozjeżdżają  w stepach broniące skrzydeł jego armii wojska rumuńskie, włoskie i węgierskie. Propozycję wstępnie zatwierdził szef sztabu OKW, gen. Zeiztler, ale ostateczną zgodę musiałby wyrazić sam nieomylny, wpadający już we wstępne stadium obłędu i samouwielbienia, Adolf Hitler. Ale on nie zezwala na odwrót z miasta noszącego imię jego odwiecznego rywala, o które kazał toczyć od lata walki o każdy dom, ulicę, piętro. Stalingrad jest teraz wprawdzie morzem ruin, pozbawionym realnego znaczenia, ale jest coś takiego jak prestiż dyktatora. Sowieccy żołnierze trzymają w rękach wąskie na kilkaset metrów skrawki miasta tuż nad Wołgą, poukrywani w głębokich nadrzecznych jarach, wspierani przez artylerię z drugiego brzegu, zaopatrywani jak desant na przyczółkach – łodziami, barkami i pontonami.
Historycy po latach przyznają, że zmagania o Stalingrad w jakimś momencie całkowicie utraciły sens, przypominając raczej tępe rzezie poprzedniej wojny, niż blitzkrieg, a żadna ze stron nie chciała ustąpić. Jak wiadomo – Wehrmacht się nie cofa, a armia czerwona nie gwałci.

W listopadzie zatem jeszcze, kiedy teoretycznie istniała droga odwrotu, Hitler wydaje rozkaz, że 6 Armia i resztki innych formacji ma się okopać, trwać i czekać na odsiecz, a zaopatrzenie bierze na siebie Luftwaffe. Sam Kesselring gwarantuje, że wszystko czego trzeba dostarczy most powietrzny, do którego ściąga wszystkie dostępne samoloty transportowe i bombowe. W jedną stronę paliwo, żywność, amunicja, ciepłe ubrania, w drugą – ranni i niezdolni do walki. Do zaopatrzenia takiej masy ludzi, pojazdów i zwierząt w polu, jaką posiada 6 Armia, potrzeba 500 ton zaopatrzenia dziennie. W najlepszym momencie istnienia mostu powietrznego do kotła Luftwaffe będzie przy bardzo ciężkich stratach własnych dostarczać ok. 100 ton, tylko dwa razy liczba zbliży się do zadeklarowanych przez Kesselringa 300 ton. Odbywa się to kosztem ściągnięcia zewsząd wszelkich samolotów, także z ośrodków szkolnych i jednostek zaangażowanych do tej pory w loty nad Atlantykiem. Tylko co z tego, skoro wśród tego zaopatrzenia znajdzie się między innymi 200 tysięcy egzemplarzy pism propagandowych albo 6 ton cukierków, czy 4 tony części zamiennych do sprzętu saperskiego, niezbędnych jak wiadomo głodującym żołnierzom. Do połowy grudnia 1942 roku zostaną zarżnięte konie w liczbie 4 tysięcy, należące do rumuńskiej dywizji kawalerii. Do Wigilii pod nóż pójdzie też większość koni pociągowych, taborowych. Armia, nawet gdyby chciała – bez koni nie ma szans wykonać większego marszu odwrotowego. W armii niemieckiej bowiem, wbrew obiegowej opinii, podstawowym środkiem logistyki jest nadal koń.

Generałowi von Paulusowi nie wystarcza siły charakteru na okazanie wodzowi niesubordynacji. Rezygnuje z planu wycofania 23 listopada, i tak spóźnionego, rezygnuje z planu przebijania się z 27 listopada – także spóźnionego i w praktyce nie do realizacji, zgadza się okopać i czekać. Okopać? Na zmarzniętym stepie? Z obroną, której nie ma o co oprzeć? Z dziesiątkami tysięcy głodujących żołnierzy, z których nie z powodu ran w walce, ale odmrożeń coraz mniejsza ilość jest zdolna do noszenia broni? Paulus we wspomnieniach jawi się jednak nie jako krewki dowódca frontowy, ale drobiazgowy sztabowiec, skromny i cichy, po wielokroć analizujący sytuację.

12 grudnia od południa, chociaż nie najkrótszą drogą, rusza odsiecz prowadzona przez mistrza sytuacji niemożliwych do rozwiązania – Ericha von Mansteina. Kilka wcześniej poturbowanych dywizji pancernych w ramach operacji „Wintergewitter” przez dziewięć dni przebija się mozolnie w śnieżycach w stronę Stalingradu i trzystu tysięcy towarzyszy broni. Manstein wybiera dłuższą o 80 kilometrów drogę do Stalingradu, przeczuwając, że na najkrótszej sowieci skoncentrowali większość swoich sił i, paradoksalnie – dłuższa droga może być dużo szybsza. Nie myli się. Sowieci są zaskoczeni i przez kilka dni się cofają. W eterze słychać krzyżujące się komunikaty wysyłane przez radiostacje dywizji Mansteina – „wytrwajcie”, „idziemy do was”, „do zobaczenia wkrótce”. Jednak dla pełnego sukcesu konieczne jest współdziałanie 6 Armii, a więc żołnierze von Paulusa muszą się zdobyć na ostatni szturm, żeby wyjść z okrążenia. Paulus domaga się jednak więcej zaopatrzenia, argumentując, że ostatnie czołgi, jakie ma, mają paliwa na rozruch silników i przejechanie nie więcej niż 20 kilometrów.

Nikt jednak nie wie, że Adolf Hitler wcale nie chce, aby Manstein umożliwił niemieckim żołnierzom odwrót. Dowiedziawszy się, że dywizje pancerne znajdują się tylko 40 kilometrów od kotła pod Stalingradem, Hitler już wydaje rozkazy, aby po przebiciu się do wojsk von Paulusa, utworzyć w stepach korytarz długości stu kilometrów, który posłuży do lepszego zaopatrzenia 6 Armii tak, aby ta mogła utrzymać miasto. Jeden z ostatnich jego rozkazów, w większości jednobrzmiących, do konających na mrozie żołnierzy i ich dowódców brzmi:

Zabraniam poddania się. 6 Armia będzie trwać na swoich pozycjach do ostatniego człowieka i do ostatniej kuli. Przez swój niezłomny opór wniesie niezapomniany wkład w ustanowienie obronnego frontu i zbawienie zachodniego świata.

Ale planu szaleńca, by utrzymać Stalingrad, nikt jednak nie wprowadzi w życie. W Wigilię Bożego Narodzenia żołnierze w kotle stalingradzkim słyszą nasilony huk armat od południa i zachodu. Nie wiedzą jednak, że to nie jest odgłos nadchodzącej odsieczy, ale sowieckiego kontrnatarcia. Tego dnia sowieckie czołgi wpadają m.in. na lotnisko Tacynska, skąd startowały samoloty z zaopatrzeniem dla Stalingradu. W ostatniej chwili, dosłownie pod lufami czołgów, podrywa się w powietrze ponad sto samolotów transportowych, ale składy i kilkadziesiąt innych samolotów, wpada w ręce Rosjan. Racja żywnościowa w kotle stalingradzkim zostaje zmniejszona do 100 gramów chleba na osobę. Czasem interpretowane to jest jako racja żywnościowa dla żołnierzy, którzy są zdolni do walki, dla rannych i niezdolnych do walki ta racja bywa obniżana do 50 gramów chleba dziennie i pół litra zupy, gotowanej na kilku paskach koniny. To jedyne mięso. Zdarza się, że strawienie wysokokalorycznego posiłku dostarczonego mostem powietrznym, np. tłustej konserwy – po wielu dniach głodówki powoduje taki wysiłek organizmu, że następuje niemal natychmiastowa śmierć.

Na okolicznych wzgórzach sowieci wystawiają udekorowane choinki, tak żeby widzieli je niemieccy żołnierze, przez megafony puszczają niemieckie kolędy, tak żeby było je dobrze słychać. W swoim bunkrze lekarz 16 dywizji pancernej, Kurt Reuber, w cywilu pastor i teolog, rysownik na prośbę żołnierzy zaczął szkicować jakiś obrazek na święta. Żołnierze wiedzieli, że umie rysować. Na szlaku bojowym jaki przeszedł z nimi, ciągle coś szkicował. Do dzisiaj zachowały się portrety dzieci, kobiet, starców spotkanych po drodze. Nie ma w tych obrazach cienia wyższości, poczucia bycia nadczłowiekiem, raczej próba wglądu, chciałoby się powiedzieć – empatycznego. W ramach swojej pracy Kurt Reuber leczył nie tylko rannych żołnierzy niemieckich, ale także jeńców wojennych, a w oblężonym już Stalingradzie – co potwierdzają relacje rosyjskie – udzielał pomocy chorym i rannym cywilom.

Kiedy zatem spiker Radia Berlin wśród licznych posterunków Tysiącletniej Rzeszy wzywa Stalingrad, Kurt Reuber siada w swojej ziemiance i na odwrotnej stronie sowieckiej mapy o rozmiarach 90 na 120 centymetrów zaczyna szkicować postać. Zachowały się jego listy pisane do żony, w których zapewniał ją i dzieci, że tata na pewno wróci, ale opisał także i ten moment:

 

Długo myślałem nad tym, co powinienem naszkicować i zdecydowałem się na Madonnę albo matkę i dziecko. Zamieniłem swoją dziurę w zmrożonym błocie w studio. Przestrzeń była zbyt mała, żebym mógł widzieć swój obraz dobrze, więc wchodziłem na stół i patrzyłem na niego góry, żeby zyskać właściwą perspektywę. […] Nie miałem dobrych materiałów, więc użyłem rosyjskiej mapy jako papieru. […] Obraz wygląda tak: głowa matki i dziecka są skierowane ku sobie a wielki koc otula ich oboje. Intencją było pokazanie „bezpieczeństwa” i „Miłości matki”. Pamiętałem słowa św. Jana “Światło, życie i miłość” . Co mógłbym więcej dodać?

Madonna ze Stalingradu jest otulona tylko tym kocem, ma bose stopy, z jednej strony ukazuje ciepło jaki otacza małego Nowonarodzonego, z drugiej potworny chłód (szalała zamieć, zmniejszono racje żywnościowe) wszędzie wokół.

Żołnierze zaczęli przychodzić sami do bunkra Reubera, siadali wokół, milczeli, wpatrywali się w stworzony przez niego obraz i wyglądało to tak, jakby medytowali. Kurt Reuber powiesił swój obraz na ścianie i zapalił przed nim świeczkę, jak przed prawosławną ikoną. Jego ziemianka zamieniła się w rodzaju ekumenicznego miejsca adoracji, kontemplacji i skupienia. Miejscem w którym synowie symbolicznie spotykali się z matką. Większość ostatni raz.

Obraz Reubera oraz jego listy zostały wywiezione z kotła przez jego dowódcę dr. Wilhelma Grosse, który opuścił Stalingrad ostatnim samolotem transportowym, jaki tworzył powietrzny most, 6 stycznia 1943 roku i po wojnie dostarczył jego rodzinie.

Kocioł w Stalingradzie ostatecznie upadł 2 lutego 1943 roku. Na polach wokół miasta i w samym mieście sowieckie służby znalazły prawie 150 tysięcy niepochowanych ciał ludzi, którzy zginęli z zimna i głodu. Niektóre leżały w stosach, jedne na drugich. Niektóre w pozycjach świadczących, że w ostatnich chwilach życia ludzie popadali w obłęd, na trzydziestostopniowym mrozie rozbierali się do naga. Sowieci wzięli do niewoli około 100 tysięcy jeńców różnych narodowości, głównie Niemców. Nie wiadomo, czy zaliczono do tej liczby wziętych do niewoli służących w Wehrmachcie żołnierzy narodowości ukraińskiej, rosyjskiej i innych. Tych bowiem najczęściej rozstrzeliwano na miejscu. Do rodzin po wojnie wróciło łącznie pięć tysięcy wziętych do niewoli Niemców, czyli co dwudziesty żołnierz niemiecki, który dożył kapitulacji 6 Armii. Kurta Reubera wśród nich nie było. Zmarł 20 stycznia 1944 roku w sowieckim łagrze Jełabuga w Tatarstanie.

Przed śmiercią, w święta Bożego Narodzenia 1943 roku, naszkicował na skrawku papieru swój ostatni obraz – Madonnę Uwięzionych.

Obraz Reubera został przekazany przez rodzinę w sierpniu 1983 roku w depozyt Kościoła Pamięci w Berlinie.

Oprócz Kościoła Pamięci w Berlinie kopie ikony Reubera przyjęły dwa inne miasta zrównane z ziemią przez wojnę jako symbol pojednania i pragnienia pokoju.

Kopie “Madonny ze Stalingradu” są wystawione w protestanckim kościele w Coventry i prawosławnej cerkwi w Wołgogradzie, dawnym Stalingradzie.


Od redakcji: Niemiecka Wikipedia podaje listę, która liczy 26 kopii Madonny w Niemczech, jedną w Anglii (w Coventry), cztery w Austrii i dwie w Rosji.

Barataria 97&98 Władca much

Cara Nicoletti, Yummy books

Jackowi z podziękowaniem za to, że rok temu położył mi tę książkę pod choinką.
W międzyczasie przeczytałam ją dwa razy, kilka przepisów wypróbowałam, ale to taka publikacja, która nie daje spokoju. Nie tylko dlatego że świetnie się ją czyta.

Cara Nicoletti, Amerykanka włoskiego pochodzenia, jest wnuczką rzeźnika, ale sama też jest rzeźniczką, a ponadto kucharką, baristą, piekarką, autorką bloga o książkach i jedzeniu, autorką książek.

ciastka.jpgOstatki 2018 z donatami wg przepisu Cary Nicoletti. Produkcja ponadpokoleniowa. Donaty są krzywe, ale zaręczam, że były pyszne. Wykonaliśmy je, ponieważ jest to jedyny przepis, jaki znam, w którym piecze się również… dziury. Współpiekarz pożarł wszystkie dziury zanim zdążyłam je sfotografować.

Ewa Maria Slaska

Cara Nicoletti, Yummy books. In 50 Rezepten durch die Weltliteratur.
Pyszne książki. W 50 przepisów dookoła historii literatury światowej.

Cara Nicoletti nie jest zapewne ani pierwszą ani jedyną autorką książek kucharskich i kucharką, która podaje “okropne” przepisy kulinarne. Jest taki trend. Grafik, który przygotował do druku niemieckie wydanie tej książki użył na okładce zdjęcia, mające tę brutalność uwypuklić.

Młoda, piękna kobieta pozuje do fotografii z obciętym zwierzęcym łbem i uśmiecha się. Autorka prowokuje nas od pierwszej strony. I cała książka jest taka. Nicoletti “gwiżdże” na mdłą jedzeniową poprawność ostatniego dziesięciolecia. Wyzywa ją, wyśmiewa i prowokuje. W tym co pisze mnóstwo jest tłuszczu (i to często wieprzowego), mięsa, mąki, soli, cukru, alkoholu. Ale nie koniec na tym. Same przepisy też są prowokacją. Niekiedy są one dokładną ilustracją tego, co napisali autorzy, niekiedy są tylko inspirowane przez literaturę. Możemy się więc nauczyć, jak przygotować grzanki z wątróbką tak, jak przyrządził sobie ludzką wątrobę Hannibal Lecter w powieści Thomasa Harrisa Milczenie owiec, albo upiec zrolowaną i świńską twarz. Porchetta di testa. Przepis, który autorka wybrała, by zilustrować film i książkę Władca much.

Do Władcy much zaraz wrócimy, ale chciałabym zacząć jednak od tego, że to był niemiecki wybór zdjęcia na okładkę. Chociaż niewiele to zmienia, bo Nicoletta sfotografowała się z tym (świńskim?) łbem i umieściła to zdjęcie sieci. Oryginał jej książki nazywał się Żarłoczne książki z podtytułem – głodna czytelniczka “prze”-gotowuje się przez wielkie książki. Po polsku książki chyba nie ma, szukałam w internecie, ale jeśli jest, to, proszę, napiszcie mi o tym natychmiast. I może najlepiej przyślijcie zdjęcie okładki.

Gdy byłam w USA zetknęłam się zresztą z inną prowokującą książką o kuchni, autorstwa Anthony’ego Bourdaina, o którym ostatnio było bardzo głośno. Był nie tylko amerykańskim szefem kuchni, podróżnikiem, aktorem, działaczem społecznym i pisarzem, ale przede wszystkim osobowością telewizyjną. Sprawiał wrażenie szczęśliwego człowieka, któremu świat leży u stóp. Miał niewiele ponad 60 lat, bardzo dobrze wyglądał i był nadzwyczaj popularny. Niedawno ożenił się po raz drugi i miał dziesięcioletnią córeczkę. W czerwcu tego roku popełnił samobójstwo.
Podczas pobytu w Stanach spałam w pokoju, który był gabinetem do pracy mojej przyjaciółki. The Nasty Bits Bourdaina znalazłam na półce przy łóżku. I w tej książce chodzi (między innymi) o krew, pot, brud i inne okropieństwa ludzkiej egzystencji, od których oczywiście i sztuka ani nie jest wolna, ani wolna być nie może. A zatem również i literatura.

Zresztą od kilku już lat pojawił się w gastronomii trend, uważany zresztą za trybut spłacany ekologii i ochronie środowiska, żeby zjadać całe zabite zwierzę, od głowy po racice. W Berlinie jest już kilka restauracji gotujących zgodnie z zasadą no waste.

Mnie jednak w opowieści Cary Nicoletti zainteresowało nie tyle jedzenie, ile przypomnienie prostego faktu, iż nie ma społeczeństwa idealnego, nie ma utopii, a to co ma być utopią stanie się swoim własnym przeciwieństwem – antyutopią.

Władca much. Wiem o czym jest ta książka i ten film, tym niemniej opisując je, posłużę się tekstem Nicoletti (w moim tłumaczeniu z niemieckiego).

Byłam jeszcze mała, miałam nie więcej niż siedem lat, gdy pewnego wieczoru zobaczyłam w telewizji film Władca much z roku 1963. Było Boże Narodzenie, siedziałam z rodzicami na kanapie, tata skakał pilotem po programach i na chwilę zatrzymał się na tym filmie. Następne dwie godziny przetrwałam zmartwiała ze strachu. Byłam przerażona na śmierć, ale nie odważyłam się, powiedzieć o tym rodzicom.
Gdy leżałam już w łóżku i próbowałam zasnąć, wciąż widziałam przed oczami pokryty muchami świński łeb wbity na pal i nie mogłamy go usunąć z wyobraźni. A przecież wychowywałam się w rodzinie rzeźników i od dzieciństwa widziałam świńskie łby w rzeźni u dziadka. Ale tamte były różowe, nieowłosione, miały zamknięte oczy, a ich ryjki były tak ułożone, że wydawało się, iż są zadowolone. Nie było porównania z porośniętym szczeciną potwornym łbem o wyłupiastych oczach, jaki zobaczyłam na filmie. Tę noc i wiele następnych spędziłam skulona na podłodze w sypialni rodziców.
Wiele lat później, gdy chodziłam już do szkoły średniej, znalazłam tę książkę na liście lektur i znowu wstrząsnęła mną wizja Williama Goldinga, opisującego, co przydarzyło się grupie chłopców, którzy po wypadku samolotowym znaleźli się sami na bezludnej wyspie. Początkowo grupa stosuje się jeszcze do reguł cywilizacji, która ich ukształtowała. Zwołują zebrania, wybierają przywódcę, dzielą się pracą. Jednak im dłużej trwa ta sytuacja, tym widoczniejszy jest rozkład znanego porządku. Czytelnik musi, podobnie jak Ralf, stwierdzić, że “świat, który znał, ów uporządkowany świat zniknął”. Golding celowo wybrał jako bohaterów grupę chłopców w wieku od 6 do 12 lat, bo to grupa, która w rzeczywistości najbardziej się zmaga z rygorami porządku społecznego. Wybrał ich, żeby pokazać Czytelnikowi, jak szybko miniaturowa społeczność rozbitków pogrąży się w chaosie, podważając głębokie przekonanie cywilizowanego człowieka, że zachowania społeczne są nam przyrodzone.
Gdy chłopcy lądują na wyspie, są jeszcze bezsprzecznie grupą dobrze wychowanych angielskich dzieci. Początkowo Jack nie może się uporać z zabiciem świni. Wszyscy są głodni, Jack to wie, ale nie potrafi podołać zadaniu. “To coś potwornego – wbić nóż w żywe ciało – nie da się znieść krwi”. Trzy rozdziały później Jack podrzyna świni gardło i wraca dumny do obozu, wiedząc, że przechytrzył coś, co żyje, narzucił mu swą wolę, odebrał mu życie, wyssał je jak jeden potężny haust.
W pewnym momencie “maluchy” zaczynają się bać, twierdząc, że na wyspie ukrywa się groźne zwierzę, a ich lęki sprawiają, że wszystkich rozbitków ogarnia panika. Jack decyduje się na ofiarowanie łba zabitej świni tajemniczej bestii, po to by ją udobruchać. Łeb, nazwany przez chłopców Władcą Much, staje się symbolem rozprzężenia i chaosu, symbolem tego, co w człowieku brutalne, dzikie i nieposkromione. “Władca Much” to imię Belzebuba (בעל זבוב, Baal-Zevuv – pan much) – w filmie i w książce obraz świńskiego łba jest bardzo mocny. Tak mocny, że chociaż w The Meat Hook czyli zakładzie rzeźniczym, który prowadzę, sprawiłam już setki świńskich łbów, zawsze muszę przy tym myśleć o tej właśnie scenie z filmu.

Władca Much
Porchetta di testa – rolada z głowizny

Przepis streszczę (bo jest nader szczegółowy) i uzupełnię komentarzami. Otóż podobno głowę świni można kupić u lokalnego rzeźnika, jeśli nie – trzeba ją u niego zamówić i poprosić, by ją ogolił, usunął oczy oraz wszystkie chrząstki i gruczoły, a potem zdjął mięso w całości jako jeden plaster.

Nie wytrzymuję i sprawdzam, czy tak się to da zamówić w Berlinie. Brrr, jakie okropne zadanie. Ale co tam, avanti! Dzwonię po kolei do różnych sklepów rzeźnickich. Na zawołanie łbów świńskich nie ma. Niekiedy udaje mi się pogadać z mistrzem, który, i owszem, może zamówić pół łba (całych nie ma w ogóle, bo świnie po zabiciu sprawia się w połówkach, musiałabym zaordynować więc osobne, wykonane specjalnie dla mnie, zabicie całej świni, której podczas świniobicia nie będzie się kroić na pół…), ale na pewno nikt nie  zdejmie teraz tego mięsa z głowy, tak by uzyskać jeden plaster. Ma przed Bożym Narodzeniem za dużo roboty, a kiedy indziej, no, ok, ewentualnie mógłby to zrobić, ale będzie mnie to sporo kosztowało
Ilustracja jakby to miało wyglądać jest TU. Nie pokazuję jej, bo to nie jest widok dla osób o delikatniejszej naturze.

Przepis jest prosty: mięso (będzie go ze 3 kilo) posmarować od wewnętrznej strony pastą z przypraw, zrolować (uwaga uszy podwinąć do środka, tak, żeby zasłaniały oczy, ozór zwijać razem z mięsem), obwiązać sznurkiem. Włożyć do brytfanny i zostawić ją na noc w zimnym miejscu. Rano wyjąć brytfannę, pozwolić jej przez pół godziny powrócić do temperatury pokojowej. Natrzeć roladę oliwą z oliwek.
Nagrzać piec do 230 st. C. Wstawić brytfannę do piekarnika. Piec przez 20 minut w wysokiej temperaturze, a potem przez 2,5 godziny w temperaturze 130 stopni. Ostatnie 30 minut z powrotem podwyższyć temperaturę piekarnika, tym razem do 170 stopni, przez co uzyskamy chrupką skórkę. Po wyjęciu pieczeni z pieca, pozostawić ją na pół godziny, żeby wypoczęła i dopiero kroić.

Pasta z przypraw: sól, prażone nasiona kminu włoskiego, pieprz czarny, chili, posiekany rozmaryn i tymianek (oba bez gałązek!), 15 ząbków czosnku, drobno posiekanych, skórka cytryny, łyżka świeżego soku z cytryny. Wszystko utłuc w moździerzu i wymieszać z łyżką oliwy.

Podawać z soczewicą, ziemniakami i duszonymi zielonymi warzywami. Porcja starcza dla 8-10 osób.

Podobno pychota!


Władca much (ang. Lord of the Flies) – powieść angielskiego pisarza, laureata nagrody Nobla, Williama Goldinga, która w alegoryczny sposób mówi o upadku kultury stworzonej przez człowieka. Książka opisuje grupę chłopców, ocalałych z katastrofy samolotu na bezludnej wyspie, którzy próbują zorganizować na wyspie własne społeczeństwo. Początkowo dzieci pozostawione samym sobie zachowują się wzorowo, z czasem zmieniają się w żądnych krwi barbarzyńców, którym nie zależy na powrocie do cywilizacji. Powieść opisuje mechanizmy społeczne, pokazuje degradację wartości, umożliwiającą narodziny tyranii. Proces ten czytelnik obserwuje na przykładzie mikrokosmosu, jakim jest wyspa. Starsi chłopcy reprezentują tu klasę rządzącą, podzieloną na różne frakcje. Maluchy to społeczeństwo, które staje się kartą przetargową w sporach elit.

Władca much, wydany w 1954 roku, był pierwszą powieścią Goldinga i wszedł na stałe do kanonu najważniejszych powieści XX wieku, a w 2005 roku książka znalazła się na liście stu najlepszych anglojęzycznych powieści powstałych od 1923 roku, ogłoszonej przez tygodnik Time. Książka była dwukrotnie filmowana, w 1963 (reż. Peter Brook) i 1990 roku (reż. Harry Hook). Obecnie powstaje wersja filmu o grupie dziewcząt.

Włatcy Móch to polski serial animowany dla dorosłych autorstwa Bartka Kędzierskiego. ”Włatcy móch” są opowieścią o grupie uczniów II klasy, ośmiolatkach Czesiu, Konieczce, Maślanie i Anusiaku.

Boże Narodzenie na Björndal (przedruk)

Trygve Gullbranssen

A lasy wiecznie śpiewają

Jeśli nie pamiętacie: zamożny chłop norweski, Dag, poślubił bogatą dziedziczkę z miasta – Teresę. Nie był to wielki romans, ten zdarzy się dopiero w następnym pokoleniu, ale małżeństwo okazało się bardzo dobre. Teresa nie jest już młodziutką panną, ale po ślubie jest młodą mężatką, to jej pierwsza zima na Björndal. Zbliżają się święta Bożego Narodzenia. Jest koniec XVIII wieku, Teresa jest nowoczesną kobietą, która znalazła się w zabitej deskami górskiej wsi, oddzielonej od świata ogromnymi lasami.

Z osiedla zaczęły przychodzić do dworu kobiety. Teresa dziwiła się, że gdy wchodziła do kuchni, kobiety podnosiły się nieśmiało i nisko się kłaniały. Skinęła im głową i zaraz pospieszyła do Daga.
— Przyszło tak dużo kobiet — powiedziała mu. — Czego one chcą?
— Zbliżają się święta — odpowiedział po prostu.
— Tak, ale po co ci obcy ludzie tutaj przyszli?
Dag zapomniał powiedzieć żonie wiele rzeczy. Odłożył pióro i podniósł się.
— To nie są obcy ludzie. Jest tu taki zwyczaj, że przychodzą, aby pomagać przy przygotowaniach świątecznych i przy innej w tym okresie pracy.
— Ależ to bardzo dużo rąk do pracy — zauważyła niepewnie.
— One przynależą tutaj — powiedział Dag.
— Ależ one mieszkają w osiedlu! — rzekła Teresa, nic nie rozumiejąc. — One chyba pochodzą z gospodarstw w dolinie.
— Tak — Dag patrzał poważnie przed siebie — ale widzisz, wszystkie te gospodarstwa
i grunty również przynależą tutaj.
— Przynależą! — Teresa zdziwiła się zaskoczona. — Czy chcesz przez to powiedzieć, że stanowią naszą własność?
— Od dawien dawna całe osiedle Björndal jest nasze.
Zatrwożyła się. Przywiozła z sobą wiele, bardzo wiele talarów, ale posiadać domy dla tylu ludzi było dla niej więcej niż bogactwem. Popatrzyła mocno na męża i odeszła, ale przy drzwiach zatrzymała się.
— Tak. Zbliża się Boże Narodzenie. W domu także urządzaliśmy uroczystość świąteczną, ale tutaj zapewne są inne zwyczaje?
— Tak, to możliwe. Czy Ane Hamarrbó już przyszła?
Teresa nie znała żadnej Ane Hamarrbó. Opuściła ją odwaga. Za dużo wszystkiego naraz.
— Poznasz Ane po jej wzroście. Jest wyższa od innych kobiet. Gdy przychodzi Ane, wtedy nadchodzą święta. Dopóki Ane nie przybędzie, nie wolno palcem ruszyć! O ile wszystko ma pójść dobrze — dodał z uśmiechem.
— Czy to niebezpieczna osoba?
— Nie… — odpowiedział z wahaniem. — Nie jest niebezpieczna, ale tutaj we dworze wszyscy jej słuchają. Jeszcze zanim ja się urodziłem, Ane kierowała przygotowaniami do świąt Bożego Narodzenia. Robi to zresztą już od osiemdziesięciu lat.
— Od osiemdziesięciu lat? — zawołała Teresa. — To ona ma chyba ze sto lat!
— Taka stara chyba nie jest, ale dziewięćdziesiąt na pewno przekroczyła i cieszy się doskonałym zdrowiem.
— I ona ma tutaj rządzić? — głos Teresy brzmiał ostro.
Dag popatrzył na nią.
— Uważają, że tak jest najlepiej.
— Dlaczego? — Teresa chciała wiedzieć. To wszystko wydawało jej się nader dziwne.
— Takie są stare obyczaje — wyjaśnił Dag z poważną miną. — Należy na tyle rzeczy uważać, trzeba wszystko zacząć właściwego dnia. Wszystko, co żyje na ziemi i pod ziemią, musi być właściwie traktowane. W okresie świąt Bożego Narodzenia działają różne złe siły.
— Ależ to są przesądy! — powiedziała przestraszona Teresa.
— Cóż my o tym wiemy? Pewnego razu, gdy Ane zachorowała i nie mogła przybyć, piwo przygotowane na święta skwaśniało. Świece nie chciały się palić, syczały i gasły. Działy się jeszcze inne rzeczy, których już nie pamiętam.
Teresa czuła się bezradna. Ale Dag tłumaczył jej, że znajdzie tutaj wiele rzeczy całkiem innych niż to, do czego była przyzwyczajona. Jeżeli pozwoli Ane w tym okresie zająć się wszystkimi sprawami gospodarstwa domowego, będzie mogła obserwować, a później
przejąć je sama, kiedy Ane już nie będzie na świecie.
Przyzwyczajonej do rozkazywania Teresie nie mogło się to podobać, ale musiała się przystosować. Wyszła z pokoju.
Przez chwilę Dag siedział zamyślony. Uśmiechnął się. Ostrzegł Teresę, żeby nie zadzierała z najniebezpieczniejszą osobą w osiedlu. Stare, dobre obyczaje nie zejdą wraz z Ane do grobu. Zna przecież swoją Teresę i wie, że weźmie sobie za punkt honoru postępować zawsze zgodnie ze starymi zwyczajami, dopilnuje też, aby wszystko odbywało się przynajmniej tak dobrze jak za życia Ane.
To samo myślała Teresa, kiedy wchodziła do sieni po drodze do kuchni. W tym momencie otworzyły się drzwi wejściowe i do środka, weszła stara kobieta. Postać wysoka i koścista. Ane Hamarrbó.
Teresa poznała ją natychmiast
Przez krótką, naprężoną chwilę mierzyły się wzrokiem: stara, która w życiu tylu ludzi stanowiła potęgę, respektowaną w całym osiedlu i znała każde urodzone w nim dziecko,
i która od czasu dłuższego, niż ktokolwiek mógłby pamiętać, organizowała wielkie uroczystości na Björndal — i nowa pani, która nie znała nikogo, ale która miała tutaj rządzić, być może, jeszcze wiele lat po śmierci Ane.
Ane stała w świetle kominka, tak że Teresa mogła widzieć wyraźnie część twarzy, nie zakrytej chustką. Twarz ta wyglądała jak zrobiona ze starej stwardniałej skóry. Była nieruchoma, tylko oczy świeciły niebiesko i przenikliwie w cieniu chustki. Teresa przyglądała się jej z ciekawością, lecz zaraz zauważyła, że sama też znajduje się pod
baczną obserwacją. Podeszła do Ane i podała jej rękę. Wyciągnęła się ku niej sucha, twarda i zimna od mroźnego powietrza dłoń.
— Nie wiem — odezwała się Teresa — czy jako nowo przybyła mogę powitać tu kogoś, kto od tak dawna mieszka w tym dworze.
Ane zdjęła chustkę z głowy i zaczęła ją powoli składać. Przez ten czas Teresa mogła się jej dobrze przyjrzeć — oglądała jej srebrne włosy jeszcze wciąż falujące, jej pokryte bruzdami czoło, długi, zakrzywiony nos, jej zasuszone usta bez warg i pomarszczone, jak gdyby pozszywane licznymi ściegami, stanowczy podbródek, wystający mocno do przodu. Twarzy, tchnącej taką powagą i takim spokojem, Teresa nie widziała jeszcze u żadnej kobiety. Ane wciąż milczała, i Teresa zaczęła już podejrzewać, że jest głucha i niema…
Tymczasem Ane złożyła nareszcie chustkę i znów podniosła wzrok na Teresę. Przemówiła. Nie była to odpowiedź na słowa Teresy, mówiła teraz to, co myślała.
— Widzę, że nie jesteś młodziutka.
Czegoś podobnego Teresa nigdy jeszcze nie słyszała. Nie wiedziała, czy się uśmiechnąć, czy też przyjąć te słowa z poważną miną.
Staruszka nie zważała na jej zakłopotanie i mówiła,
a raczej myślała głośno dalej. (…)
W jej twarzy było coś, co wzbudzało zaufanie, nie umiała jednak tego określić.
— Czy nie chciałabyś się posilić czymś gorącym po tak długiej
jeździe na mrozie? — zapytała Teresa, aby zmienić temat rozmowy.
— Zwykle częstują mnie zupą, ale ty tego nie mogłaś wiedzieć, więc też się nie odzywałam. Teresa czuła się zawstydzona, ale nie dała za wygraną.
— Nie. O tym nie wiedziałam. Ale może byś chciała skosztować czegoś, co obecnie piją ludzie w mieście? To się nazywa kawą i cudownie rozgrzewa w czasie mroźnej pogody.
— Słyszałam o tym — odparła Ane. — Podobno jest okropnie drogie.
— Tak, owszem… — Teresa przyznała. — Ale ja przywiozłam to ze sobą z domu.
— Tak, ludzie w mieście dogadzają sobie. Słyszałam o tym. Warto by chyba tego skosztować.
Teresa szła już do kuchni, ale naraz przypomniała sobie o wszystkich innych przybyłych kobietach. Zwróciła się więc do Ane z zapytaniem, co należało im podać.
— Wilki znajdują sobie żer — odparła. — Same dbają o siebie, kiedy przychodzą i kiedy odchodzą.
Teresa zrozumiała, że nie ma obowiązku wobec innych kobiet, i poszła zaparzyć kawę.
Gdy wróciła, Ane nie było. Teresa zajrzała do sąsiedniej izby. Siedziała tam wygodnie jak osoba od dawna zadomowiona. Teresa przyniosła ciastka i filiżanki. Ane śledziła bacznie każdy jej ruch.
— Widzę, że umiesz zabrać się do rzeczy. Upiekłaś także ciastka dla mnie.
Teresa pomyślała sobie, co by było, gdyby Ane wiedziała, że Dag i ona mają co niedziela kawę z ciastkami.
Oto nadeszła chwila, kiedy Ane po raz pierwszy w życiu piła kawę. Nie wiadomo, czy
z wrażenia, czy też dlatego, że miała już słabą, drżącą rękę — była to długa ceremonia.
Kosztowała i doszukiwała się smaku raz i znowu, bardzo powoli.
— Wcale niezła i dobrze rozgrzewa — powiedziała. Ane nie mogła siedzieć bez końca nad swoją kawą. Jednak kawa z ciastkami, jako coś dla niej nowego, mocno ją intrygowała. Chciała bowiem wiedzieć o kawie jak najwięcej, również
w jaki sposób się ją przyrządza. Po raz pierwszy od pięćdziesięciu lat Ane Hamarrbó dowiedziała się o czymś nowym w sztuce kulinarnej, a pani na Björndal miała ją tego nauczyć. Ane otrzymała obietnicę, że dostanie trochę kawy do domu, aby syn jej, stary Orn mógł również pokosztować.
Dzięki temu Teresa zyskała sobie potężnego sprzymierzeńca i dziękowała Bogu całe życie za to, że nie okazała Ane żadnego niezadowolenia z powodu jej bezpośredniej, nie przebierającej w niczym mowy.

(…) Nadeszły święta. Rządziła Ane Hamarrbó. Od wczesnego ranka do ciemnej nocy ubijano zwierzynę i warzono, pieczono, szorowano i prano, jak gdyby nadchodził koniec świata. Święta obchodzono wówczas przez wiele, wiele dni i, o ile kobiety nie chciały sprowadzić na siebie nieszczęścia, nie wolno im było w tym czasie wykonywać prac, które mogły były wykonać zawczasu.

Kobiety z osiedla i dziewki folwarczne szły do pracy szeregami jak żołnierze. Parobcy zabijali niezbędne bydło i drób, przynosili wodę i drzewo, pomagali przy cięższych robotach. Nikt nie odważył się szemrać. Ane nie traciła słów na próżno. Oczy jej były wszędzie, palące i przenikliwe, jej kościste palce groziły. Więcej nie trzeba było. Miało się wrażenie, że koścista jej postać posiada jakąś magiczną władzę nad ludźmi. (…)
Teresa robiła to, co i wszyscy. Słuchała Ane i dziękowała Bogu za to, że postąpiła tak mądrze. Jakże by dała sobie radę z tym wszystkim bez Ane Hamarrbó? Stałaby się pośmiewiskiem dla całej okolicy, także dla Daga.
W swojej izbie sypialnej zapisywała dokładnie co do dnia i godziny wszystko, co się teraz działo. (…) Zdarzało się czasami, że nie zgadzała się z Ane. W niektórych rzeczach znała lepsze sposoby, ale milczała. To były słowa Ane: „Musi rządzić ten, kto jest do rządzenia powołany”.
W czasie wszystkich posiłków Ane zjawiała się w izbie i jadała razem z Dagiem, Teresą i jej siostrą Dorotą. Pewnego dnia powiedziała do Teresy:
— Palisz światło w swojej izbie aż do północy. Czy boisz się ciemności?
Teresa wiedziała, że niepotrzebne palenie świecy było wielkim grzechem. Wytłumaczyła, że zapisuje do książki wszystko, czego się teraz uczy w sprawie przygotowań świątecznych. Ane siedziała ze wzrokiem utkwionym przed siebie i długo nic nie mówiła. Teresę zdjął śmiertelny strach. Może jej się coś nie podobało?
Wreszcie Ane przemówiła:
— Umiesz więc również pisać?
— Tak.
— Ten musi zapisywać, kto ma złą pamięć.
Teresa pomyślała sobie, że raz przecież będzie mogła próbować zmienić sąd Ane. Dlatego wyjaśniła jej, że nie pisze wyłącznie dla siebie, bo nadejdzie dzień, kiedy nie stanie ani Ane, ani jej. Wtedy może przyjdzie nowa pani i będzie z chęcią czytała z notatek Teresy, jak to Ane Hamarrbó przygotowywała święta gwiazdkowe.
— Myśli twoje sięgają daleko — powiedziała stara.
Po chwili nadszedł Dag. Gdy zjedli, Ane podniosła się i powiedziała do niego:
— Masz więcej rozumu w kwestii małżeństwa niż wielu z twoich krewnych.
Daga zmieszało to trochę, ale zrozumiał i spojrzał ukradkiem na Teresę. Oczy ich spotkały się rozbawione.
Gdy święta Bożego Narodzenia nadeszły, praca dla kobiet z osiedla skończyła się. Wróciły do domu, niosąc ze sobą resztki mięsa pozostałego z uboju. Ostatnie dni pracowały już tylko te kobiety, które na stałe należały do dworu. Ane miała pozostać do ranka wigilijnego. Na Hamarrbó jest dosyć rąk do pracy — mówiła. Teresa nie wątpiła, że ręce te pracowały tak, jak je tego nauczyła Anne.

Tłumaczenie Henryk Goldman i Henryk Leśniewski


Autor żył na przełomie XIX i XX wieku (1894 – 1962).
Książkę (w norweskim wydaniu trzytomową) napisał w latach 1933-1935. Trylogia stała się światowym beststellerem i została przetłumaczona na 20 języków.
W roku 1959  powstał austriacki film wg pierwszego tomu trylogii (reżyseria Paul May), w 1960 – wg drugiego (reżyseria Gustav Ucicky).

Nie znalazłam w sieci filmu, ale znalazłam zwiastun. Nie wróży chyba nic dobrego:

Dziś o 18 – pełnia Księżyca

Beethoven Moonlight Sonata (Sonata al chiaro luna)



Teresa Rudolf

Pełnia księżyca na Cyprze, pamiętasz??

Księżyc czasem potrafi nagle rozświetlać kompletną ciemność jak najjaśniejsza lampa, taka okrągła i biała kula,  jak te, które bardzo lubię, gdy tak w rzędzie stoją na eleganckich, kawiarnianych ulicach i uliczkach różnych miast. Nadają im klimat tajemniczości, sekretów, romansów świeżych jak południowe owoce i też tych pikatnych, smakujących kiedyś słodko-kwaśno, jak chińskie dania.

A czasem wisi  ta kula na niebie i jest właśnie tą jedyną i niesamowitą lampą. Pamiętam, kiedyś byliśmy w zimie na Cyprze, mieszkaliśmy w pensjonacie, który był dość niedaleko od Famagusty.

Wieczór zaczynał się gwałtownie kompletną ciemnością, jakiej przedtem nigdy nie przeżyłam. Nie mogliśmy się więc poruszać nigdzie poza domem,  bo nie było widać, gdzie  się idzie i po czym!

Po dwóch dniach nagle rozświetliła niebo pełnia ksieżyca i zrobiło się przedziwnie jasno, jak w dzień i światło stało się jak neon fioletowe, i na przemian białe, jak te moje ukochane, lampy uliczne.

Przechodziliśmy pół nocy kąpiąc się w tym świetle, jak latem w jeziorze, ze wszystkimi dzwiękami natury, i również  tymi  z dalekiego miasta. Nie opuszczało nas uczucie, że poruszamy się jak dzikie zwierzęta, nastawione na ostrożność, na absolutny,wielowarstwowy odbiór dźwiąków, bedących jak muzyka na różnych płaszczyznach, wyznaczanych przez rozmaite, przedziwne instrumenty.

Muzyka życia, nocy, podróży, bycia w świecie, ale też i w domu.

W sobie i u siebie.

Wszystko bylo jednym….

No i jak ty jak wyglądasz?

Pani Ksieżycowa
ma już dość,
ciagłego latania
wokół księżyca,
pępka nieba w nocy.
Ileż musi się naszyć,
dla męża próżnego.

Na godzinę
òsmą wieczorem,
coś cieniutkiego,
a na dziesiątą kolor
srebrnostalowy
jest szalenie ważny,
dobrze zgrany
z ciemnym nieba granatem.

A nad ranem, to dobrze
coś troszkę złotego,
nienachalnie, bo przecież
ma się aż do nocy,
oddać słońcu niebo.

A pan Ksieżyc,
czekoladą się obżera,
i tyje, tyje, tyje, tyje,
co dla Księżycowej,
już tylko jest rozpaczą!!

Prosi go, błaga,
grozi, przestanę już
szyć, nie jedz tyle,
mówi, nie nadążam,
nie nadążam!

No i jak ty wyglądasz znów?…
Jak ten Księżyc w pełni!

***
Uwaga: Wszystkie wpisy Teresy Rudolf są jej autorską kompozycją, co oznacza, że jest ona nie tylko autorką wierszy i prozy, ale dokonała też wyboru muzyki i filmów wideo lub zdjęć, które towarzyszą jej wpisom i je uzupełniają.